» Czytelnia » Opowiadania » Most Mgieł

Most Mgieł


wersja do druku
Most Mgieł

Dla Miriam


U samego początku roku dwutysięcznego pięćset dwudziestego drugiego, za panowania Jaśnie nam Oświeconego Jego Wysokości Wszechwładcy Imperium, Karla Franza, dziwne rzeczy dziać się zaczęły w całym kraju. Jeno Hexenstag przeminął, jeno w Wielkiej Świątyni Vereny w Altdorfie pobożni kapłani zakończyli swe modły o pomyślność w nadchodzącym roku, a już mróz olbrzymi wziął we władanie całe ziemie na wschód od Gór Szarych.

Wichry mocy wielkiej zaczęły hulać po równinach, wpadając w gęste puszcze i wyjąc wśród drzew niczym dzikie legiony dusz potępionych. Wraz z wichurami nadeszły i śniegi, białe zamiecie, omiatające swą niszczycielską siłą każde domostwo, każde schronienie ludzkie. Z gór zaczęły schodzić potężne lawiny, niosąc kres wielu wioskom leżącym u ich podnóża. Ich mieszkańcy musieli uciekać, unosząc cały swój dobytek w nieznane. Niewielu z nich przeżyło choćby kilka dni, umierając z wyczerpania, witając śmierć jak wybawienie od szponów mrozu. Rzeki skuł lód gruby na dwie stopy i nawet rwący zawsze Talabek opornie przelewał swe wody, niosąc ogromne kry w swych objęciach.

Tak jak i wody, tak i ludzkie serca zaczęły robić się coraz to zimniejsze, człowiek zaczął zdawać się drugiemu człowiekowi wilkiem, coraz więcej było waśni, coraz więcej kłótni pośród najbliższych. Ludzie zaczęli podejrzewać się nawzajem, oskarżać o kradzieże, oszustwa, aż w końcu i o czarostwo. Łowcy wiedźm zaczęli panoszyć się po całym kraju, a noce często rozświetlały łuny płonących stosów.

Byli jednak nieliczni, którzy przeczuwali, co może zwiastować tak dziwna aura, co mogą nieść za sobą mrozy i zamiecie. Znali oni bowiem stare proroctwa, ludowe bajania, gdyż byli to samotni mędrcy, mający mądrość wielu wieków, przez jednych zapomnianą, przez innych uznaną za bajdy i wierutne kłamstwa. Ta właśnie garstka pustelników głosić poczęła nadejście niewyobrażalnego zła, czasu śmierci i pożogi, krwi i płaczu straszliwego, a ich nawoływanie słychać było pośród wsi i miasteczek:

„Oto nadejdzie Sztorm, który zmiecie świat cały! Nawałnica zaleje cały wasz dobytek, pochłonie wasze dusze, bo oto nadciąga ze wschodu zło przepotężne, niezaznane dotąd przez nikogo z żywych i martwych. Ten, który miał prawym być, obrał złą drogę, a Chaos zawładnął jego sercem! Tak oto zrodził się jedyny godzien Pięciu Trofeów, jedyny godzien być zwanym Czempionem Mrocznych Bogów. Tak oto narodził się Pan Krańca Wszechczasów!!! Przeto modły wznoście do swych bogów, proście o ich litość i łaskę, gdyż czas jest bliski, a światło nadziei, choć coraz słabsze, wciąż jeszcze się tli! Albowiem napisano, że jest większa siła, większa potęga ponad wypaczone dzieła mrocznych bogów i gdy przyjdzie czas odpowiedni, dwa warkocze raz jeszcze zabłysną na nieboskłonie, a Sigmar Młotodzierżca przybędzie raz jeszcze przegnać zło z tej krainy! Módlcie się przeto, módlcie!!!”

I choć lud wierzył w to, co głosili kaznodzieje, choć wznosił modły do swych bóstw, żaden z możnych nie uwierzył w ich słowa, biorąc ich za szaleńców, którzy z samotności postradali zmysły. Zaś gdy po stu dniach mróz zaczął słabnąć i pierwsze tchnienie wiosenne dawało się wyczuć w powietrzu, wszystkie przepowiednie przykrył kurz niepamięci…


***

Cichy szum padającego deszczu działał jak jedna dawka czarnego lotosu – usypiał. Jednostajny odgłos kropel uderzających o daszek zrobionego naprędce szałasu jedynie potęgował to uczucie senności. Dookoła roztaczał się gęsty bór, pełen wysokich sosen i rozłożystych świerków, skrytych w tej chwili za nieprzeniknioną zasłoną długich strug deszczu.

- W sumie szczęście w nieszczęściu, ten deszcz. Gdyby nie on, nie moglibyśmy rozpalić ogniska, boby nas widzieli z dwóch mil. A tak, proszę - i ciepło, i miło…

W szałasie siedziało dwóch mężczyzn w znoszonych, prostych mundurach zwiadowców. Jeden z nich, wyraźnie młodszy, ogrzewał zdrętwiałe od chłodu palce przy trzaskającym wesoło ogniu. Na jego chłopięcej jeszcze twarzy malował się szczery uśmiech, płomienie złociły jego włosy koloru zboża. Drugi ze zwiadowców siedział w cieniu, otulony swym grubym, ciepłym płaszczem. Na jego kolanach spoczywała załadowana kusza. Przenikliwie spoglądał w ciemną przestrzeń lasu, jakby próbując wypatrzyć czające się w niej niebezpieczeństwo. Od czasu do czasu jego suchą, pokrytą kilkudniowym zarostem twarz z charakterystyczną, brzydką szramą na prawym policzku, otulał gęsty kłąb dymu tytoniowego.

- Jak ty możesz w ogóle palić to świństwo? – odezwał się młody z niesmakiem. Jego towarzysz nie odpowiedział. Dalej wpatrywał się w ciemność, rozkoszując się ciepłym dymem z długiej, kościanej fajki. Ogień płonął cicho, zagłuszany przez szum padającego deszczu.

Nagle, gdzieś nieopodal, pośród kniei rozległo się wycie. Młody szybko zadeptał ognisko. Kusza błyskawicznie znalazła się w rękach drugiego strażnika. Obaj wstrzymali oddechy, wsłuchując się w jednostajny dźwięk padających kropel.

Po chwili ciszy rozległ się odzew. Potem kolejny i jeszcze jeden, tym razem naprawdę blisko. Blondyn powoli zaczął sięgać po miecz, lecz został powstrzymany ruchem ręki.

- Ciii... słuchaj uważniej... – wyszeptał starszy.

Chłopak odłożył broń i jeszcze bardziej wytężył słuch. Przez moment zdawało mu się, że w ciemności nie ma niczego, poza ciągle padającym deszczem, lecz po chwili to, co zdało mu się jedynie miarowym stukotem kropel, przerodziło się w jakieś głębokie, niskie dudnienie. Regularne uderzenia, bardziej wyczuwalne niż słyszalne. Powoli uklęknął i przyłożył ucho do ziemi. Tu też słyszał ten dźwięk: raz, dwa, raz, dwa, łup, łup... Brzmiało zupełnie jak…

- Wojsko? – z niedowierzaniem powiedział chłopak.

- Dokładnie.

- Jakie wojsko?

- Jedyne, które używa wilków jako wierzchowców. Zbieramy się Nic tu po nas. Trzeba jak najszybciej zawiadomić garnizon w Erlensdorfie – z posępnym uśmiechem odparł starszy. Ostrożnie wychylił się z szałasu, próbując dojrzeć coś przez nieprzeniknioną zasłonę deszczu i nocy. Ulewa, która wcześniej była ich sprzymierzeńcem, stanęła teraz po drugiej stronie barykady.

- Dobra, możemy iść. Zbieraj manatki, młody.

Rozglądając się czujnie dookoła, dwaj zwiadowcy wyszli z szałasu i ruszyli w ciemny las, starając się czynić jak najmniejszy hałas. W zalegających bór ciemnościach nie dostrzegli - nie mogli dostrzec - dwóch par jarzących się złowrogim blaskiem ślepi.

Dwa uderzenia serca później knieję przeszył zduszony krzyk, zagłuszony przez wilcze wycie…


***

- Poruczniku Sagen, starszy sierżant Karl Reinfled melduje się na rozkaz! – w otwartych na oścież drzwiach stanął młody mężczyzna. Do jego pociągłej twarzy przykleiły się pasma mokrych, rudych jak marchewka włosów - nieomylny znak, że chłopak dopiero co przebudził się i ledwie zdążył opłukać twarz. W bystrych, niebieskich oczach czaiła się ciekawość. Rozbieganym wzrokiem lustrował główną izbę siedziby garnizonu. Ściany pokoju ozdabiały skóry, broń i inne trofea myśliwsko-żołnierskie. Z boku stało kilka krzeseł, a na środku znajdował się duży, dębowy stół, dookoła którego stało pięć osób: trzech sierżantów, szef miejskiej milicji oraz porucznik Sagen.

- Spocznij. Podejdź tu, Karl. Rzuć swoim okiem na sytuację – na twarzy pochylonego nad stołem dowódcy garnizonu malowała się troska. W ręku trzymał spory kawałek węgla, którym kreślił coś na blacie. Karl podszedł do stołu i przyjrzał się rysunkom.

Był to prosty szkic Erlensdorfu i otaczających go terenów. Po prawej stronie chłopak rozpoznał ciągnącą się z Gór Środkowych aż do Talabek rzekę Ostenfluss, w której dolinie leżało miasteczko. Rzekę przecinał dwiema mocnymi kreskami jedyny w okolicy most, zwany Mostem Mgieł. Dookoła miasta cienką linią zaznaczony był wał obronny. Grube krzyżyki przecinające go w kilku miejscach zapewne symbolizowały wyrwy, jakie spowodowały roztopy i ulewy w ciągu ostatniego tygodnia. Na zachodzie, na delikatnie nachylonych stokach doliny były farmy braci Bauer, winne pola Albrechta von Keller oraz zagony innych, mniej licznych rodzin, dla których plony rodzone przez tę ziemię były wszystkim. Miasteczko utrzymywało się głównie dzięki zaopatrywaniu leżącego pięćdziesiąt mil w górę Ostenfluss zamku Lenkster oraz z handlu. Przez miasto przebiegał bowiem duży trakt prowadzący na zachód, do Middenheim, Miasta Białego Wilka. Właśnie przy nim porucznik Sagen zakreślił spory okrąg.

- Cztery dni temu dwóch naszych zwiadowców nie wróciło z posterunku. Patrolowali okolice na zachód od miasta. Grupa wysłana do sprawdzenia sytuacji nie zdążyła nawet dotrzeć na miejsce obozowiska, które rozbili zwiadowcy, gdyż natknęła się na ślady dużej bandy orków i goblinów, mniej więcej w tym miejscu – porucznik wskazał palcem na las w pobliżu middenheimskiego gościńca.

- Jak duża jest banda? – zapytał jeden z przysłuchujących się sierżantów.

- Z tego co mi wiadomo, to…

- Dość duża, by puścić Erlensdorf z dymem, sierżancie Łukow. Przepraszam bardzo za spóźnienie – przerwał mocny, szorstki głos. Karl rozpoznałby go wszędzie, bo głos ten towarzyszył mu od najmłodszych lat w prawie wszystkich dziecięcych zabawach; głos należący do jego przyjaciela, starszego o trzy lata Heinricha Dunkelsee, obecnie szefa zwiadu garnizonu stacjonującego w Erlensdorf.

– Minimum sto głów, w tym około dwudziestu jeźdźców. Na to w każdym razie wskazywały ślady – dodał Heinrich, nie siląc się już na sarkazm. Zdjął swój ciężki, skórzany płaszcz i rzucił go nonszalancko na stojące w kącie krzesło.

- Tak jak nie omieszkał zauważyć podporucznik Dunkelsee – porucznik wolno cedził każde słowo, szczególny nacisk kładąc na stopień Heinricha – jest to banda stanowiąca dla naszego miasta duże zagrożenie. Wał jest częściowo uszkodzony, nie możemy więc polegać na nim jako głównym punkcie obrony. Jest jeszcze jedna zastanawiająca rzecz. Dziwi mnie, że taka banda zeszła z gór zupełnie niezauważona przez załogę zamku Lenkster…

- Hej, Heinrich – szeptem zagadnął przyjaciela Karl. – Czemu jesteś tak późno?

- Ważne sprawy w terenie, młody.

- Jak myślisz, będziemy się tłuc z zielonymi?

- Zależy, jak to będzie leżało staremu… ale pewnie trzeba będzie utoczyć trochę orczej krwi. – Heinrich mrugnął porozumiewawczo do Karla. Chłopak odpowiedział przyjacielowi złowieszczym uśmiechem.

- Jak zatem widzicie, sprawa jest poważna – kontynuował swój wywód porucznik Sagen. – W tej chwili dysponujemy około pięćdziesiątką ludzi, wliczając w to zwiad i milicję miejską. Nie wiemy nic o jakichkolwiek posiłkach, które mogłyby przyjść nam z ewentualną pomocą. Nie wiemy też nic o tym, co planują zielonoskórzy. Z dotychczasowych informacji wynika, że nie jest to zwykła łupieżcza wyprawa, gdyż za bardzo zależy im na zaskoczeniu, o czym może świadczyć brak jakichkolwiek informacji z Lenkster. Nie mamy wiele czasu, trzeba więc jak najszybciej podjąć decyzję.

- Poruczniku, jeśli pan pozwoli, jako pierwszy wyrażę swoją opinię – odezwał się po chwili ciszy Heinrich. – Uważam, że nie powinniśmy w tej chwili podejmować żadnych drastycznych kroków. Możemy zwiększyć ilość patroli, baczniej obserwować trakt, może nawet zaimprowizować jakieś barykady za farmami Bauerów. Jednak osobiście sądzę, że powiedzenie ludziom wprost, o co chodzi, może doprowadzić do wybuchu zupełnie niepotrzebnej paniki, która w razie ataku na miasto całkowicie utrudni jakąkolwiek obronę.

- Całkowicie nie zgadzam się z podporucznikiem! – krzyknął szef milicji, Eryk Raven. – Nie mamy prawa okłamywać ludzi w obliczu nadciągającego zagrożenia! To niegodne żołnierzy Imperium!

- Za to całkowicie godne głupców, którzy z chęcią nadzialiby się na orkowe szable. Raven, masz tu najmniej do gadania.

- Dunkelsee ma rację, opanuj się, Raven – odezwał się sierżant Łukow.

- To niech ten idiota się opanuje! Chce wydać ludność na rzeź, te bestie nie przepuszczą nikomu!

– To prawda. Nie wydaje mi się, żeby ten plan był dobry. W wypadku nagłego ataku panika będzie tym większa, dojdzie do rzezi!

- Przygotowanie się do obrony jest oczywiste. Nie będziemy przecież siedzieć z założonymi rękoma. – zawyrokował porucznik Sagen. – Tylko co mamy robić? Okopać się? Bez sensu, bo wystrzelają nas jak kaczki.

- Gdybyśmy jednak poinformowali chłopów, to może zdążylibyśmy przyszykować zapory przeciwko wilkom. Mielibyśmy też więcej ludzi do obrony. Kilku chłopów z kosami to zawsze coś – odparł Karl.

Zapadła cisza. Każdy z zebranych w izbie rozważał coś w głębi serca, toczył śmiertelną walkę między tym, co dyktowało serce, a co podpowiadał rozum. Łukow wyjął ze swej skórzanej kurty piersiówkę, pociągnął solidny łyk i zaklął z kislevicka. Sierżanci Ormblut i Dreitzstock, do tej pory milczący, zaczęli szeptać między sobą. Porucznik Sagen usiadł na krześle, twarz skrył w dłoniach i myślał. Raven po chwili mruczenia pod nosem walnął pięścią w stół i klnąc wyszedł na dwór. Totalna beznadzieja, wypływająca z tych pięciu mężczyzn, uderzyła Karla niczym młot kowalski. Świat nagle przestał być tak prosty, jak był do tej pory. Dwadzieścia jeden lat, które chłopak miał na karku, odpłynęło gdzieś w dal w przeciągu kilku sekund. Zniknęły gdzieś radosne zabawy, zapasy z kolegami, pierwsze dni w wojsku i całkowicie luźna dalsza służba. W końcu co do tej pory przeżył? Dwa rajdy zbójców? Trudno nawet mówić, że było to prawdziwe zagrożenie, banda obwiesiów z pałami w łapach, chcących zrabować parę beczek wina z piwniczek von Kellera. Żart, farsa. Karl dopiero teraz to zrozumiał. Służba tutaj, na rubieżach Hochlandu, pod bezpiecznym skrzydłem potężnej fortecy, jaką był zamek Lenkster, to była czysta sielanka. „Jak to na wojence ładnie…” i tak dalej.

Teraz to wszystko runęło w gruzach. Sagen, stary poczciwy porucznik Sagen, ze swoimi zawsze śmiesznymi, krzaczastymi wąsami, zdawał się być niezdolny do czegokolwiek, był bezradny jak niemowlę.

Zagubiony w rozmyślaniach Karl spojrzał na przyjaciela. Heinrich stał tak jak wcześniej, jego wzrok wbity w ścianę nie wyrażał żadnych emocji. Spod czarnego kapelusza wystawały kosmyki czarnych włosów. Pod drobnym, przyciętym na tileańską modłę wąsikiem, usta wykrzywiały się w grymas rozczarowania. Dopiero teraz Karl zauważył, że chociaż Heinrich był zaledwie o trzy lata starszy, to jego twarz nosiła już znamiona doświadczenia, odpowiedzialności, dorosłości. Wyglądał nie na dwadzieścia cztery, a trzydzieści cztery lata, szczególnie teraz, gdy jego szczękę pokrył siny cień kilkudniowego zarostu.

- Heinrich? – odezwał się cicho Karl, lecz przyjaciel nie odpowiedział. Prychnął jedynie pod nosem, po czym ostentacyjnie wyszedł z budynku garnizonu, zabierając po drodze swój płaszcz. Karl raz jeszcze omiótł wzrokiem pokój, po czym ruszył za zwiadowcą.

Gdy otworzył ciężkie dębowe drzwi, poraził go jasny blask słońca. Zatrzymał się na chwilę, przysłoniwszy oczy ręką.

- Cholernie jasno, co? – odezwał się znajomy głos. – Kto by się spodziewał, że po tych ulewach w końcu wylezie słonko nasze kochane. Jak myślisz, Karl? Dziadzia Sagen coś wymodzi do zmroku, czy też może będzie tak siedział razem z resztą tych półgłówków i załamywał ręce, czekając aż orki same zapukają do jego drzwi?

Heinrich stał w cieniu, opierając się plecami o ścianę budynku. W jednej ręce trzymał zapalonego skręta. Głowę miał zadartą do góry, oczy półprzymknięte. Zdawał się odpoczywać po jakimś ciężkim wysiłku.

- Przecież to nie jest jakaś tam prosta decyzja, Heini. Muszą się namyśleć.

- Gówno prawda. Decyzja jest prosta i oczywista, trzeba tylko mieć jaja, żeby zrobić to, co musi być zrobione!

- Nie lubisz go, co? Nie lubisz starego.

- Nie, to nie o to chodzi, Karl – niewyraźny grymas znów przeciął twarz zwiadowcy. – On po prostu się tu nie nadaje! Już dawno powinien przejść na emeryturę albo wynieść się do miasta, zatrudnić jako strażnik czy inna cholera. Widzisz, Karl, może tobie życie zdaje się proste i łatwe. Cały czas byłeś tutaj, w tej wiosce, która pyszni się mianem miasta. Pod okiem starego Sagena nauczyłeś się musztry, machania mieczem, prostych komend. Bez większych przeszkód mogłeś w czasie służby przejść się na drugi koniec miasta do matki, zjeść ciepłej kaszy ze skwarkami.

Ja za to musiałem wyjechać, żeby zostać zwiadowcą. Nie było to łatwe, ale chciałem, bardzo chciałem. Wiesz, jak mi na tym zależało. I wreszcie dopiąłem swego. Uwierz mi, że dolina Ostenfluss to jedno z bardziej przyjaznych miejsc w Imperium. Widziałem rzeczy, na wspomnienie których włosy wciąż stają mi dęba, bo nasza służba to nie tylko zwiad, ale i interwencja, gdy trzeba.

Wiele zaznałem, wiele widziałem. Są różne drogi, którymi możemy iść przez życie. Poznałem wiele z nich, Karl, i wiesz co? – Heinrich odwrócił głowę w kierunku przyjaciela. – Zawsze trzeba umieć zmienić raz obraną drogę.

- Co przez to rozumiesz? – niepewnie odpowiedział Karl.

- A co ty przez to zrozumiałeś? – z drwiącym uśmiechem zapytał zwiadowca. Ostatni raz zaciągnął się skrętem i wyrzuciwszy niedopałek, splunął w bok. Zarzucił na ramiona płaszcz i powolnym krokiem ruszył w stronę zachodniej bramy.

- Hej! A narada?

- Powiedz Sagenowi, że moje zdanie zna!

Karl stał jeszcze chwilę zapatrzony w odchodzącego przyjaciela. Czuł przepaść, jaka między nimi zaczynała powstawać. Takie to dziwne, zupełnie jakby nie ten Heinrich, którego pamiętał, rozmawiał z nim przed chwilą.

Rozejrzał się dokoła. Popatrzył na niskie, jednopiętrowe domki, zupełnie niepodobne do kamienic, które widział w Herzig. Faktycznie, trudno było nazwać Erlensdorf miastem. Może gdzieś indziej faktycznie rzeczy dzieją się inaczej, ale tu? Tylko na jednej ulicy leżał bruk - na głównej, łączącej oba wyjazdy z miasta. Domy murowane do tej pory stanowiły mniejszość, wciąż jeszcze sporo było zwykłych, drewnianych chałup. Ludzie miast zajmować się rzemiosłem, uprawiali rolę lub polowali w pobliskimi lesie. Jakie miasto? Zwykła wieś.

Przygnębiony zachowaniem przyjaciela, Karl wrócił z powrotem do głównej izby budynku garnizonu.

Wewnątrz znów rozgorzała dyskusja. Tym razem przy głosie był Łukow.

- Po pierwsze nie możemy zbyt długo dumać, bo po prostu nie mamy czasu. Jeśli zielonoskórzy chcą nas najechać, to zrobią to najwcześniej po zapadnięciu zmroku. Mamy około pięciu godzin na przygotowanie jako takiej obrony. Pytanie tylko, co robimy?

- Ja myślę tak – zdecydował się odezwać Karl. – Trzeba jak najszybciej przygotować chociaż jakieś minimalne umocnienia. Nie wiem, farmy Bauerów? Warto też mimo wszystko jakoś zabezpieczyć się przed jazdą. Na wykopanie wilczych dołów nie starczy nam czasu, ale może jakieś zapory? Ustawić na sztorc brony?

- Reinfled ma rację – odezwał się porucznik Sagen. – Marnujemy tylko czas na czcze gadanie. Starszy sierżancie, wraz z sierżantem Łukowem zorganizujecie obronę przeciw jeździe. Będziecie rdzeniem naszej obrony. Sierżanci Ormblut i Dreitzstock, wasze oddziały będą wspierać Łukowa i Reinfleda na flankach. Raven! Gdzie jest Raven, do cholery?!

- Wyszedł gdzieś, poruczniku.

- Jasna cholera, psia mać i zaraza! A Dunkelsee?

- Poszedł w kierunku zachodniej bramy.

- Kolejny geniusz... No nic. Wraz z ludźmi Ravena postaram się zorganizować jakieś umocnienia, ale nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. Na Heinricha i tak nie liczyłem, po prawdzie i tak nie mam nad nim władzy, pieprzony zwiad. Wszystko jasne?

- A co z ludnością, poruczniku? – zapytał Ormblut. – Stawiamy sprawy jasno?

- Nie mamy innego wyjścia. Niech siedzą w domach, pozamykają się na cztery spusty, pozatrzaskują okiennice. Bramy i tak zostaną zamknięte, jak tylko zacznie się ściemniać. Nie mówcie jednak, że to orki, niech myślą, że zastawiamy pułapkę na jakichś banitów. Tak będzie bezpieczniej. To wszystko. Do roboty, panowie!


Gdy słońce powoli zachodziło za gęsty las, na farmach braci Bauer był już cały garnizon miasta Erlensdorf. Oddział Karla i Michaiła Łukowa, liczący dwudziestu pięciu żołnierzy, czekał ukryty za zbudowaną przez ludzi Ravena barykadą, przecinającą gościniec middenheimski. Uzbrojeni w długie piki mieli zatrzymać natarcie jazdy przeciwnika. Po bokach, w odległości około stu kroków, widać było zarys niskich, kamiennych ogrodzeń, otaczających farmy. Tuż za nimi czekali Ormblut i Dreitzstock razem ze swoimi ludźmi, jeden po lewej, drugi po prawej. W sadzie po północnej stronie traktu porucznik Sagen czekał wraz z garstką swoich strzelców. Mrok powoli otulał swym płaszczem całą okolicę, którą spowił złowieszczym blaskiem wschodzący Morrslieb.

Siedzący na ziemi Łukow wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza piersiówkę, zmarzniętymi palcami wyjął korek i pociągnął potężny łyk. Przełknął, potrząsnął głową i zaklął.

- Uuuch, diablo mocna gorzała. No co tam, Reinfled? Pierwsza większa potyczka, co?

- Pierwsza większa… - powtórzył w zamyśleniu Karl. Stał przy barykadzie, wbijając wzrok w ciemność, która wyzierała z lasu.

- Nie ma strachu, nic nie będzie, mówię ci, młody. Już nie takie rzeczy na granicach Ostlandu widziałem. Jakeśmy kiedyś w Las Cieni pognali, to dopiero było… ho ho! Takich bestii jak tam, to nigdy w życiu nie widziałem. Zwierzoludzie, stwory Chaosu, przeklęte mutanty… orki to przy tym wrzód na dupie!

Karl nie słuchał zbytnio swojego towarzysza. Spojrzał na niego z góry, na jego porośniętą szczeciniastą brodą twarz, zęby szczerzące się w szczerbatym uśmiechu. Popatrzył też na swoich podkomendnych, na innych żołnierzy, którzy mogli nie przeżyć tej nocy. Jedni drzemali, podobnie jak Łukow oparci plecami o zbudowaną z bali i ziemi barykadę. Inni przykucnęli gdzieś na uboczu, zapatrzeni w niebo. Ktoś cicho rozmawiał, ktoś modlił się szeptem. Remi Damelsohn tulił w dłoniach szmacianą lalkę swej córeczki. Alfred Bohnam z zacięciem ostrzył swój miecz. Bern „Łycha” Kornwil nerwowo bawił się srebrnym szylingiem. Każdy zamykał się w sobie, przeżywał samotnie te chwile pełne wyczekiwania.

Morrslieb całkowicie wzeszedł na nieboskłon. Jego świecąca nienaturalnym, ciemnozielonym blaskiem tarcza rzucała trupią poświatę na dolinę, całkowicie przysłaniając drugi księżyc - Mannslieb.

Gdzieś w oddali zawył wilk.

Dokoła zapadła cisza. Każdy wstrzymał oddech i zaczął wsłuchiwać się w noc. W koronach drzew rozległ się złowieszczy szum wiatru.

Trwali tak dłuższą chwilę. W końcu odezwał się Łukow.

- Cóż, znaczy się zwykły wilk – gdy tylko wypowiedział ostatnie słowo, rozległo się przerażające wycie. Jedno, drugie, kolejne.

- No, teraz to się dopiero zacznie – rzucił Łukow, chwytając drzewce swej piki.


- Idą na nas! Idą! Tam w oddali! Spod lasu, z dwudziestka najmniej!

- Na czym oni jadą!? To jakieś bydlęta, a nie wilki!

- Sigmarze Młotodzierżco, uchroń nas, obroń nas...

- Zamknąć ryj! Przyszykować szyk! Za barykadę, zaprzeć piki! Zaprzeć piki do kurwy nędzy!

- Dlaczego Sagen nie strzela!? Zwariował, czy co?

- Ryj Damelsohn!

- Nadciągają, lezie tu cała ta swołocz!

- Zaraz tu będą!

- Spokój, psia mać, spokój! Trzymać piki, zewrzeć szyk! Spokój… wytrzymać… wytrzymać… TERAZ!!!


Wraz ze znakiem do ataku słychać było huk wystrzału od strony sadu. Stłoczeni za barykadą żołnierze ujrzeli przeskakujący nad zaporą kształt, zdmuchnięty nagle w bok jakąś tajemniczą siłą. Z głuchym łomotem stworzenie walnęło o ziemię, krew ciekła z rany na boku.

- Dobijcie to ścierwo! Dobijcie! – krzyk żołnierza zagłuszyły pierwsze odgłosy walki.

Ralf wychynął za barykadę i zaatakował pierwszego nadjeżdżającego przeciwnika. Pika wbiła się w bok biegnącego wilczura. Zwierzę zawyło, szarpnęło ostro w bok, wyrywając broń z rąk chłopaka i zrzucając z grzbietu jeźdźca. Któryś z żołnierzy natychmiast przygwoździł gobilna do ziemi, przebijając zielonoskórego na wskroś. Karl rozejrzał się. Ci z jeźdźców, którzy byli dostatecznie daleko, by uniknąć ostrzału zmienili kierunek jazdy, kierując się ku południowi.

- Zaraz nadciągnie druga fala. Biorą nas łukiem, żeby uniknąć ostrzału, szczwane mendy – odezwał się Łukow.

- Musimy przyjąć natarcie, nie ma wyjścia. Wtedy umożliwimy Ormblutowi atak na ich tył – zawyrokował Karl. – Dalej! Przed barykadę! Zewrzeć szyk raz jeszcze!

- Jadą! Sierżancie, jadą od lewej!

- Pełną kupą! Na barykadę! Mocno zaprzeć piki! Czekać na mój znak!

Jazda zielonoskórych była coraz bliżej. W bladozielonej poświacie wyglądała jak upiorna kawaleria, rodem z nocnych koszmarów. Karl słyszał ochrypłe wrzaski goblinów, zajadłe warczenie ich wierzchowców.

- Trzymaj! Wytrzymaj! Spokój!

Pięćdziesiąt kroków. Czterdzieści, trzydzieści. Już można zobaczyć gorejące czerwienią ślepia; dwadzieścia pięć; słychać miotane przekleństwa; szept stojącego obok towarzysza „Zmiłuj się Sigmarze…”; dwadzieścia, piętnaście kroków, widać już obnażone ostrza, widać lśniącą w upiornym świetle stal, widać szczerzące się kły, złowrogie pyski; dziesięć, czuć odór zielonoskórych, czuć strach towarzyszy; pięć…

- TERAZ!!!


Pierwszy szereg wilczych jeźdźców wbił się głęboko w oddział, siejąc zamęt i spustoszenie. Większość jeźdźców spadła ze zranionych zwierząt, by zaraz zginąć, zadeptana przez następnych nacierających. Rozległy się jęki ranionych, świst zakrzywionych szabli, skowyt zabijanych wilków.

- Odrzucić piki! Dobyć mieczy!

Rozgorzało prawdziwe pandemonium.


- Tnij! Tnij, na bogów!

- Odepchnijcie ich! Odepchnijcie!

- Rańcie wilki! Sieczcie po wilkach!

- Trzymaj tarczę! TARCZĘ!

- Gdzie Ormblut!? Gdzie, do cholery, jest Ormblut!

- Moja noga! Odgryzł mi nogę! Odgryzł mi, aaaargghhhh...! – olbrzymi wilczur dopadł czołgającego się Bohnama i zatopił w nim swe olbrzymie kły. Z wściekłością zaczął szarpać bezwładny zewłok. Siedzący na grzbiecie bestii goblin wymachiwał szablą i coś krzyczał w swym okropnym, gardłowym języku. Na jego łbie Karl dostrzegł przypiętą do skórzanej czapy długą kitę. Zrozumiał, że to ich dowódca. Mocniej ścisnął miecz, poprawił tarczę i wściekłością ruszył w tamtą stronę, by dokonać krwawej zemsty.

Goblin zauważył go również. Na gębę zielonoskórego wypełzł obmierzły uśmiech. Zdzielił wolną ręką swego wierzchowca po łbie, szarpnął za futro, by zwierzę odwróciło się w stronę nowego przeciwnika. Wilczysko dojrzało cel i ze złowieszczym warczeniem rzuciło się w jego stronę.

Karl wyczekiwał, aż przeciwnik znajdzie się dostatecznie blisko. Na moment przed tym, jak wyszczerzone kły miały go dosięgnąć, odskoczył w bok, uderzając z całej siły tarczą w mijający go wilczy łeb. Drugą ręką zręcznie odbił szablę zielonoskórego. Rozległ się brzęk stali uderzającej o stal i krótki skowyt. Wilk zarył łapami po ziemi i po błyskawicznym skoku znów obrócił się pyskiem do Karla. Ten wyrwał do przodu, w ostatniej chwili przekładając ciężar ciała na prawą stronę. Tarczą po raz kolejny odbił szablę goblina, dostając dzięki odbiciu jeszcze większego pędu. Ręka w przód, miecz zagłębił się w ciało, bryznęła krew z przeciętego boku stworzenia. Wilczur zaczął się miotać z wściekłością, kłapał olbrzymią paszczą, skowycząc i dysząc ciężko.

Goblin wydał z siebie dziki wrzask, mocno spiął się i wybił w powietrze. Karl ledwie zdążył uskoczyć przed nadlatującym ostrzem. Impet uderzenia odrzucił go w tył. Bitewny zamęt nagle przestał istnieć. Chłopak usłyszał jedynie kolejny, przeciągły skowyt wilka, dobitego przez jednego z żołnierzy. Reszta już się nie liczyła, był tylko on i jego przeciwnik.

Małe, jarzące się wściekłością oczka wwiercały się w Karla. Spod długiego, haczykowatego nosa szczerzyły się długie kły.

- Ty głupi człeku! – ryknął goblin rzucając się z furią na Karla. Pod nagłym gradem ciosów chłopak zaczął się cofać. Odbicie tarczą, sparowanie mieczem, tarcza, miecz, miecz, szabla, cios za ciosem, krok w tył, krok w bok, uskok, równowaga, trzymaj równowagę! Zielonoskóry zdobywał przewagę. Karl zebrał się w sobie i po kolejnym odbiciu szabli zrobił długi wypad do przodu, chcąc przebić goblina. Myślał, że przeciwnik da się złapać na tak prosty fortel. Nie docenił jednak zielonej kreatury.

Goblin błyskawicznie przerzucił szablę do lewej ręki, sparował nią cios, a gdy Karl siłą rozpędu poleciał w przód, zdzielił go prawą ręką w plecy. Chłopak grzmotnął o ziemię. Momentalnie odwrócił się na plecy, chcąc odczołgać się od przeciwnika, jednak nie na wiele mogło to się zdać. Goblin już przy nim był, górując zwycięsko nad leżącym, wznosząc szablę do zadania ostatecznego ciosu.

- Giń, człeczyno! – wycharczał i z impetem uderzył. Karl ostatkiem sił wyrzucił desperacko rękę do przodu, by zasłonić się tarczą. Potworny ból wybuchł w jego ręce, usłyszał trzask łamanego drewna mieszający się ze straszliwym wrzaskiem. Sztylet, wyjęty w ostatniej chwili zza pasa, zagłębił się w ciele goblina po rękojeść. Karl czuł ciepło krwi zielonoskórego i dobiegające gdzieś z oddali okrzyk bitewny ludzi Ormbluta. Starał się podnieść, zrzucić z siebie ścierwo, lecz ból powalił go z powrotem na ziemię. Czerwona mgiełka przesłoniła mu oczy.

-Karl... Karl, obudź się. Obudź się!

Karl powoli otworzył oczy. Pierwsze co ujrzał, to sumiaste wąsy porucznika Sagena. Rozejrzał się dookoła. Leżał na pryczy stojącej w jednej z izb budynku garnizonu. Po jego obu stronach leżeli jeszcze inni żołnierze. Przez okno wpadały do wnętrza jasne promienie słońca.

- Co się stało, poruczniku? Pamiętam, że Ormblut chyba w końcu zaatakował, a potem…– słabym głosem zapytał Karl.

- Tak było i chwała niebiosom! Gdyby nie on, pewnie nie rozmawiałbym teraz z tobą.

- To było aż tak źle?

- Będę z tobą szczery, Karl. Trzymaliście się dzielnie, ale gdyby nie Ormblut zginęlibyście. Złamali wasz szyk. Ormblut odciągnął ich uwagę i dał wam chwilę wytchnienia, jednak straciliśmy tam dużo ludzi. Zdecydowanie za dużo, żeby odeprzeć następny atak.

- Co? Jaki następny atak?

- Widzisz, w momencie gdy Ormblut przyszedł wam z odsieczą, z lasu wyjechali następni jeźdźcy. Ruszali, żeby was zmieść z powierzchni. Musiałem wyjść im naprzeciw, żeby ich odciągnąć. Razem ze mną poszedł też Dreitzstock, Raven miał nas wspierać. Stanęliśmy w szyku, a te psy wyciągnęły łuki! Ostrzelali nas, część ludzi zwiała, część padła raniona ich zatrutymi strzałami. Kostucha zajrzała nam prosto w oczy.

- Więc co nas uratowało?

- Dunkelsee i jego drużyna. Gdy już myślałem, że po nas, nagle, jakieś pięćdziesiąt kroków przed nami, buchnął ogień. Potem drugi, jakieś pięć kroków na lewo od poprzedniego i tak co chwila. W ten sposób powstał jakby płonący mur, odgradzający nas od jeźdźców. My zyskaliśmy kilka cennych minut, w tym czasie Dunkelsee zdążył jeszcze ostrzelać gobliny, a Ormblut zmusił atakujący was oddział do ucieczki. W ogólnym zamieszaniu wszyscy zieloni podkulili ogony i zwiali do lasu. Czekaliśmy do świtu, ale żaden z nich nie wylazł ponownie. Było nie było - my też zadaliśmy im bobu...

- Co takiego zrobił Heinrich?

- Wziął dwie beczki prochu ze zbrojowni. Pozbierał trochę suchego drewna, chrustu. Od karczmarza Ernesta wziął oliwy i zmajstrował taką zaporę ogniową. A że zielone bestie boją się ognia podobnie jak wilki, pomysł okazał się niezły.

- Tylko czemu nie zrobił tego wcześniej?

- Rozmawiałem z nim o tym. Powiedział, że gdyby nie mój ostrzał, odpaliłby zaporę wcześniej, jednak gdy pierwsze natarcie zmieniło kierunek szarży, minęło się to z celem. Ma poniekąd rację, choć i tak czeka go chłosta. Bezczelny gnojek!

Karl podniósł się lekko i aż syknął z bólu. Dopiero teraz zwrócił uwagę na swoją lewą rękę. Pokrywał ją gruby bandaż, zdawało mu się też, że okalają ją jakieś deszczułki.

- Co się stało z moją ręką?

- Złamana. Ten goblin roztrzaskał twoją tarczę, nic dziwnego, że kość nie wytrzymała. Poza tym nie masz większych obrażeń. Byłeś dzielny, Karl. Naprawdę.

- Dziękuję, poruczniku.

- Puśćcie mnie! Puśćcie! Muszę dostać się do porucznika Sagena! – głośny krzyk doszedł z drugiego pokoju. Karl i Sagen popatrzyli w tamtą stronę Po chwili, wśród małego zamieszania, dwóch chłopów wniosło do sali jakiegoś człowieka w przemoczonym ubraniu. Jego twarz była cała sina, we włosach widać było długie nitki glonów rzecznych.

- Poruczniku Sagen. – odezwał się nieśmiało jeden z chłopów, którzy wnieśli mężczyznę. – Przed chwilą wyłowilimy tego utopca. Znaczy nie wyłowili, ale przylazł taki obszarpany do chałupy i drzeć ryja zaczął: „Porucznik Sagen! Porucznik Sagen!”. Wpierw to w łeb przywaliłem, bom myślał, że to nieumarlak jakowyś, albo i wariat jaki... Ale ten ryknął z bólu, opieprzył i dalej swoje. A tak ledwo na kulasach się trzymał, żeśmy go ze szwagrem przynieść tu musieli. Widać długo już po Ostenflussie dryfował.

- Puśćcie mnie do niego – odparł porucznik i podszedł do łóżka, na którym leżał mężczyzna. Sagen wyjął z kieszeni manierkę, odkręcił ją i podał leżącemu.

- Napij się.

- Muszę do porucznika, porucznika Sagena.

- Napij się, do cholery, bo mało co sobie jęzora nie odgryziesz, tak kłapiesz zębami z zimna! To gorzałka, rozgrzeje cię – mężczyzna wyciągnął drżące palce i przyssał się do manierki, pijąc chciwie. Porucznik odczekał moment; w końcu powiedział:

- To ja jestem porucznik Sagen, mów, o co chodzi.

Topielec o mało co nie zakrztusił się wódką. Natychmiast oddał manierkę.

- Poruczniku! Stała się rzecz straszliwa! Zamek Lankster został zaatakowany!

- Na bogów! O czym ty mówisz, człowiecze!

- Ze wschodu! Potworne wojska! Monstra, demony, potępieńcy! – chrypiał mężczyzna. – CHAOS!!! Zaczęło się, poruczniku, sztorm się rozszalał!!! Nie było jak was poinformować, zachodni trakt w rękach orków. Regimentarz von Radelshaff wysłał mnie i moich dwóch towarzyszy, byśmy jakoś rzeką do was dotarli z ostrzeżeniem, ale dopadły nas bestie dzień drogi stąd. Tylko mnie udało się ujść z życiem. Ta armia tu ciągnie, poruczniku! Nie mogą przedostać się na drugą stronę, rozumie pan! Musi pan ich powstrzymać! Inaczej Lankster zostanie oblężony i zamek padnie! Niech pan coś zrobi, poruczniku! – po tych słowach zemdlał.

Porucznik Sagen wyprostował się. Spojrzał na Karla dziwnym, pełnym przerażenia wzrokiem. Odkaszlnął i powiedział nieswoim głosem:

- Bijcie na alarm!


W pół godziny później odbyła się kolejna w ciągu ostatnich dni narada w głównej sali budynku garnizonu. Karl, mimo oporów zajmującej się nim nowicjuszki Shallyi, stawił się na niej również. Ręka nie bolała go aż tak bardzo, a sytuacja zdawała się być bardzo poważna. Jak zdążył się również zorientować, wśród zebranych nie było Łukowa. Karl nie musiał pytać, co się z nim stało.

- Słuchajcie, sytuacja jest beznadziejna. Straciliśmy około dwudziestu ludzi, zabijając przy tym trzynastu jeźdźców – rozpoczął Sagen. – Tego wieczoru zieloni nie będą się z nami bawić i zaatakują ze zdwojoną siłą, jeśli w ogóle nie pójdą na całość. Przed chwilą dostałem też informację, że od wschodu kierują się ku nam nieznane nam wojska.

- Jakie wojska, poruczniku?

- Chciałbym wierzyć, że tamten wysłannik majaczył. Nie ma co ukrywać, to Chaos – pełne grozy słowo zawisło w powietrzu; słowo, o którym wszyscy myśleli, lecz nikt nie odważył się go wypowiedzieć. Ciszę przerwał Ormblut.

- Więc jak stoimy z tym wszystkim?

- Stoimy po kolana w gównie! Tyle wam powiem! – ryknął Raven. – Nie ma co tu siedzieć! Ja pakuję manatki i spierdalam!

- A gdzie chcesz spierdalać, idioto?! Idź! Proszę! Prosto w orcze łapy!

- A lepsze to niż sługi demonów! Jak my ich mamy powstrzymać, co? W dwudziestu ludzi? Z potrzaskanymi tarczami? Jak przelezą przez Ostenfluss, to jesteśmy martwi!

- Właśnie – przerwał Ravenowi Karl. – Jak przelezą…

- Co? Co masz na myśli, sierżancie? – zapytał zafrasowany Dreitzstock.

- Wszyscy wiemy, jaka jest w tej chwili Ostenfluss. W żaden sposób nie da się jej przejść. To, że ten nieszczęśnik z Lankster w ogóle tu dotarł, możemy uznawać za cud.

- Młody ma rację. Po roztopach i ulewach poziom wody podniósł się na tyle, że można przejść jedynie przez…

- Most Mgieł – dokończył Ormblut. Po raz kolejny wśród zebranych zapadła cisza.

- No dobra, Most Mgieł, co z tego? – zaczął Raven. – Nie zapominajcie, że na middenheimskim gościńcu czeka na nas banda orków i goblinów, która to banda za kilka godzin znów zaatakuje! A z naszą garstką ludzi na pewno nie obronimy miasta, jeśli rozciągniemy się na dwa fronty.

- Raven, idioto, kto mówi, że trzeba bronić mostu? – odezwał się nagle milczący do tej pory Heinrich. – Trzeba wysadzić most.

- Chyba zwariowałeś, Dunkelsee! No słuchajcie, on oszalał, normalnie oszalał! Od tego prochu mózg mu się wypalił! – krzyczał Raven.

- Nie, cicho, cicho! Dunkelsee ma rację – uciął Dreitzstock – Nie mamy innego wyjścia. Pomyślcie chwilę Na posiłki z zamku nie ma co liczyć. Oni mają tam dostatecznie ciężką sytuację. Skoro ta armia, czy co tam lezie, doszło do Lankster, to Wolfenburg pewnie już padł Orki odcięły drogę do Herzig. Leżymy. Jesteśmy zdani na siebie. Jesteśmy…

- Bez szans – zakończył Raven. Znów zapadła złowroga, pełna niepokoju cisza. Każdy mierzył się we własnym sercu z suchymi faktami. Nie mają szans. Nie uda się odeprzeć dwóch natarć. Erlensdorf już właściwie przestał istnieć. Nawet jeśli zatrzymają siły Chaosu, to nie uda im się obronić wioski przed orkami. To koniec.

Ciszę przerwał porucznik Sagen. Z początku łamiącym się głosem, ale odkaszlnął i rzekł z pełną mocą:

- Jesteśmy żołnierzami Imperium. Przysięgaliśmy, że będziemy bronić naszego kraju do ostatniej kropli krwi. Nie zawiedziemy Lankster. Nie poddamy się! Będziemy walczyć!

- Tak jest!

- Nie traćmy cennego czasu na czcze rozmowy. Zamykamy bramy. Raven, zorganizuj mężczyzn. Trzeba jak najlepiej uszczelnić wał obronny. Ormblut, Dreitzstock, przygotujcie ludzi. Postarajcie się też zorganizować mieszkańców.

- A co z mostem? – zapytał Karl.

- Możesz chodzić? – odparł Sagen.

- Mogę, poruczniku.

- Świetnie. Posłuchaj, z twoją ręką nie przydasz nam się w obronie, a potrzebujemy tutaj każdego, kto mógłby utrzymać broń. Zrobisz to? Wysadzisz Most Mgieł?

- Rozkaz, poruczniku!

- Weź kogoś ze sobą. Sam nie dasz rady.

- Jeśli porucznik nie wyrazi sprzeciwu , ja pójdę - odezwał się Heinrich. – Wróg może być już blisko, trzeba będzie się zatem zakraść do mostu. Obawiam się, że sierżant może mieć z tym problemy, szczególnie jeśli pójdzie tam z jakimiś chłopami.

- Słuszna uwaga, Dunkelsee, jednak twoi ludzie będą potrzebni tutaj.

- Cóż… pan ma tutaj większą władzę niż ja – odparł z drwiącym uśmiechem zwiadowca.

- Rozumiem, że oddajesz ich pod moją komendę? Dobrze. W takim razie wszystko ustalone! Zamykamy miasto, bronimy go dopóki życie tkwi w nas! Ku chwale Imperium!

- Ku chwale Imperium!!! – odkrzyknęli wszyscy, prócz Heinricha.


Wraz z nadejściem zmroku Karl wraz ze swym przyjacielem ruszyli wschodnim traktem, taszcząc na małym, drewnianym wózku dwie beczułki prochu. Żegnały ich pierwsze odgłosy walk, toczonych po drugiej stronie miasta.

Szli tak mniej więcej pół godziny, gdy nagle Heinrich przystanął.

- Co się stało? – zapytał zdziwiony Karl.

- Nic takiego. Sądzę, że powinniśmy wkrótce skręcić w las, skoro mamy zakraść się do mostu niezauważeni. Za jakieś sto kroków powinna odchodzić od drogi wąska ścieżyna.

- W takim razie skręcimy w nią.

Wieczór zapadał szybko. Zanim mężczyźni zdążyli zagłębić się w knieję, na niebo wzeszły oba księżyce. Tak jak i zeszłej nocy, tak i tej upiorny Morrslieb przysłaniał swą tarczą swego rywala. Trupioblade, zielonkawe światło sączyło się z nieba, wypełniając bór przyprawiającymi o drżenie cieniami.

Jakiś czas przyjaciele szli w milczeniu. Wózek, który wzięli ze sobą, ledwie toczył się po grząskim gruncie. Nagły powiew wiatru przyniósł w ich stronę zapach rzeki, lecz było w nim coś jeszcze, jakiś nieuchwytny, złowróżbny odcień, bardziej podświadomy niż wyczuwany. Zapach gnijącego ciała.

- Jesteśmy już blisko – wyszeptał Karl. Heinrich odpowiedział mu skinieniem głowy, po czym przyłożył palec do ust, nakazując towarzyszowi milczenie. Wysunął się nieco naprzód, po czym kolejnym gestem polecił chłopakowi zostać, a sam zniknął wśród drzew.

Karl oparł się plecami o drzewo i osunął się na ziemię. Marsz trochę go zmęczył. Mocniej otulił się płaszczem i przymknął oczy. Powoli z ziemi zaczęła podnosić się mgła. Z początku pojawiały się ledwie widoczne, rzadkie pasma, które stopniowo przeradzały się w długie, grube wstęgi, by wreszcie zasłonić cały krajobraz. Most Mgieł był nazywany tak nie bez powodu.

Karla zaczęła ogarniać głęboka senność. Przed oczami zaczęły przelatywać mu różne obrazy z dzieciństwa. Smak jabłek z sadów wdowy Zahnen. Dzień, w którym rozbił sobie kolano i dzień, w którym pierwszy raz pocałował Adelę Rosen. Pierwszy mundur. Łzy matki i duma ojca. Porucznik Sagen, sierżant Łukow. Wszyscy jego przyjaciele, znajomi stali mu teraz przed oczyma. Witali go, uśmiechali się do niego. Podbiegł ku nim, ucieszony, że może ich widzieć. Jasne słońce opromieniało jego rudą czuprynę, radość igrała w oczach. Przypadł do matki, wtulił się w nią, jak wtedy, gdy był dzieckiem. Ona głaskała go po głowie, mówiła: „Już dobrze synku, już dobrze. To był tylko sen, zły sen.”

Nagle dłoń matki schwyciła go brutalnie za włosy. Spojrzał w jej twarz i ujrzał przerażającego potwora. Skóra zaczęła odpadać płatami, ukazując gnijące ciało. Ze spojówek wyciekała ropa, włosy zszarzały, jak przyprószone popiołem. Chłopak wyrwał się z objęć monstrum i rozejrzał się dookoła.

Był otoczony przez upiorne, makabryczne istoty, które dawniej były jego rodziną i przyjaciółmi. Teraz wszyscy ci ludzie, niczym potworne zombie, wyciągały w jego stronę pokryte ropiejącymi wrzodami ręce. Karl poczuł koszmarny odór gnijących zwłok, który z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy. Łapy zakończone pazurami zaczęły dosięgać jego twarzy, drapać; wykrzywione w strasznym grymasie twarze szczerzyły się, rozdziawiały paszcze. Ktoś złapał go za kurtę i szarpał mocno, szarpał.

- Obudź się! Karl! Idziemy, droga jest wolna.


Po kilku minutach doszli do mostu, otulonego grubą zasłoną mgły. W dole słychać było głośny szum rwącej Ostenfluss.

- Jesteśmy na miejscu – rzucił Heinrich. – Czas rozkładać manatki.

Most musiał być całkowicie zniszczony, by w zupełnie uniemożliwić przeciwnikowi przejście na drugą stronę. Heinrich powiedział, że najlepiej będzie ustawić beczki na krańcach mostu. Najpierw wysadzą tę po przeciwnej stronie, później drugą. To, co zostanie, spadnie w rzekę i przejście zostanie zniszczone. Bez ociągania się obaj mężczyźni przystąpili do pracy.

- Karl – odezwał się usypując ścieżkę prochu Heinrich – przemyślałeś sobie to, o czym ci mówiłem wczoraj?

- Co masz na myśli? – odparł chłopak.

- To, że są różne drogi, które można obrać, pamiętasz? – Karl słyszał już tylko głos towarzysza, gdyż mgła uniemożliwiała kontakt wzrokowy.

- Tak. I co z tego? Nie rozumiałem, o co ci chodziło wtedy i teraz też nie rozumiem.

- Ech, zawsze tak samo naiwny, jak zwykle – Karl usłyszał odgłos stawianej na moście beczki. – Nigdy o tym nie myślałeś? Popatrz, możemy stąd uciec! Możemy zapomnieć o Erlensdorfie, rzucić w diabły ten most i ujść stąd z życiem. Nie wpadło ci to do głowy?

- Heini, co ty wygadujesz? Przecież mamy rozkaz, to byłaby zdrada!

- A kto będzie o tym myślał, gdy Sagen będzie dawno gryzł ziemię! – dobiegł spośród mgły zdenerwowany głos zwiadowcy. – Co komu po martwym człowieku? Nie widzisz, że bogowie dają ci szansę?! Jeśli ta armia będzie mogła tędy przeleźć, nikt nie będzie nas tu szukał! Pójdziemy na południe i tam przeczekamy tę nawałnicę!

- Więc nie chcesz wysadzić mostu?

- Nie chcę. Wolę żyć, Karl!

- Żyć jako kto? Jako zdrajca? Odpowiada ci to? Odpowiada ci życie zdrajcy, Heinrich?

Zwiadowca nie odpowiedział. Z mgły dochodził jedynie cichy, narastający śmiech.

- Co cię tak bawi, idioto?

- Doprawdy Karl, doprawdy... – odparł rozbawionym głosem zwiadowca. – Ty chyba naprawdę nic nie rozumiesz - dodał złowieszczym tonem.

Wtem nagły podmuch wiatru rozrzedził nieco zasłonę mgły. Karl spojrzał na przyjaciela. W jarzących się pod rondem kapelusza oczach zwiadowcy był dziwny zimny blask, usta wykrzywiał grymas nienawiści. W pobliżu rozległ się przerażający, nienaturalny wrzask czy raczej jęk.

- Oni już tu są, przyjacielu – wycedził Heinrich, idąc powoli w stronę Karla.

- Nnn... nnieee zbliżaj się do mnie!

- Ty wciąż niczego nie rozumiesz, mój biedny, rudy chłopcze – zwiadowca przyspieszył kroku, był już coraz bliżej. Karl cofał się instynktownie, gdyż wszystko nagle zaczęło stawać się dla niego jasne. Ogarnęło go przerażenie. Nagle oparł się plecami o barierkę mostu. Nie miał już gdzie się cofać. Heinrich podszedł do chłopaka, położył mu rękę na ramieniu, uśmiechając się dobrotliwie. Karl też się uśmiechnął.

- Ty wciąż nie rozumiesz, że ja już jestem zdrajcą.

Nóż, ukryty w prawej dłoni zwiadowcy, wbił się głęboko pod żebra Karla. Chłopak stęknął cicho, gdy jego „przyjaciel” naparł na niego całym ciężarem swego ciała.

- Nie rozumiałeś – szeptał podnieconym głosem Heinrich. – Nie rozumiałeś, że Tzeentch, Ten Który Zmienia Drogi, Powiernik Tajemnic, dał ci szansę. Nie pozwoliłeś mi sobie pomóc.

Nóż po raz kolejny zatopił się w ciało Karla. Fala bólu zalała chłopakowi mózg.

- Nie pozostawiłeś mi wyboru, rozumiesz? Sam obrałeś tę drogę, choć wskazywałem ci inną.

Trzeciego uderzenia już prawie nie czuł. Było jak ukłucie szpilki, nic nieznaczące. Karl czuł, jak słabnie. Opadł bezsilnie w ramiona zwiadowcy, który przytłoczony ciężarem bezwładnego towarzysza, opuścił go na ziemię.

- Dam ci jeszcze jedną szansę. Zostawię cię tu, byś mógł widzieć, ujrzeć na własne oczy wojska brata mojego pana – kontynuował Heinrich obszukując przyjaciela. – Nie masz przy sobie niczego, czym mógłbyś skrzesać ogień, prawda? – w jego głosie brzmiała drwina. Upewniwszy się, że chłopak nie zapali prochu, zwiadowca raz jeszcze nachylił się nad Karlem.

- Nie zrozum mnie źle… nie miej do mnie urazy. Takie jest jedyne wyjście. To jak ta walka z goblinami. Możemy odwlekać nadejście nieuniknionego, ale ono i tak w końcu przyjdzie. Taki już jest ten nasz świat, po prostu taki już jest. Żegnaj, przyjacielu!


Karl czuł chłód kamieni, z których zbudowany był most. Świat powoli zaczął blednąć, zatracać swoją ostrość, rozpływać się we wszechobecnej mgle. Na ciemnym, niemal czarnym nieboskłonie Morrslieb świecił jaskrawą zielenią. Przez moment Karlowi zdawało się, że Księżyc Zła szczerzy się do niego w złowrogim uśmiechu.

Niemal nie słyszał dudnienia okutych w metalowe buty stóp, niemal nie słyszał przeraźliwych jęków, wycia kroczących nad nim bestii, niemal nie słyszał stuku kopyt zwierzoludzi i brzęczenia setek much. Prawie nie czuł przeraźliwego smrodu, który spowił cały Most Mgieł, smrodu rozkładających się zwłok. Nieomal nie był świadkiem przemarszu wojsk Czempiona Pana Zgnilizny, Feytora.


***

I tak jak mówili ci, którzy prawdę wiedzieli, nadszedł czas śmierci i pożogi, krwi i płaczu straszliwego. Wraz z Archaonem, Panem Krańca Wszechczasów, czterech czempionów mrocznych bogów ruszyło, by siać zniszczenie wśród spokojnych krain. Miasteczko Erlensdorf, jak i wiele innych osad ludzkich, zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Przedostawszy się na drugi brzeg Ostenfluss, Feytor rozpoczął oblężenie zamku Lankster, niszcząc po drodze wszystko, co stanęło mu naprzeciw, rozsiewając dokoła zgniliznę i zarazę.

Po dwudziestu dniach oblężenia zamek padł, a cały Hochland, tak jak i Imperium, ogarnął Sztorm Chaosu.



Powiązane z tym tekstem: Wyniki konkursu na opowiadanie w świecie WFRP
Bractwo Kuli -wyróżniona praca w konkursie na opowiadanie
Chciwość - wyróżnione konkursowe opowiadanie
Burza Chaosu - dyskusja na naszym forum




Czytaj również

Komentarze


Yarghuzzz
    podobne re ;)
Ocena:
0
szef milicji autentycznie miał tam najmniej do gadania :) Nic na to nie poradzę, nie dowodził on wojskiem tylko milicją, złożoną z obywateli miasteczka, która głównie zajmowała się odprowadzaniem do domów pijaków. Nie widzę tutaj logiki wypowiedzi.

A żeby po wszystkiemu ukrócić dalsze debaty - sam nie jestem zadowolony z tego że moja praca wygrała. I nie jest to fałszywa skromność, po prostu wydaje mi sie, że rezultat... no cóż... nie jest taki jaki być powinien ;) Jutro przeczytam Chciwość i podejrzewam, że utwierdzę się w moim przekonaniu.

W swoim opowiadaniu popełniłem masę błędów, które były do wychwycenia w korekcie, a na nią nie starczyło mi zwyczajnie czasu. Efekty widać tutaj. Do tego napisałem prostą historię o zdradzie, nic więcej.

I w tym miejscu chciałbym podziękować wszystkim za krytykę. Mam nadzieję, że dzięki Wam uda mi się pisać lepiej... po prostu...
06-10-2005 22:40
~MZ - Nicolas

Użytkownik niezarejestrowany
    RafiK
Ocena:
0
Zamiast burzliwej dyskusji wywolales usmiech politowania. (u mnie):))

Najlepszy jest tekst o pudelku zapalek uzupelniony o "po co pisac opowiadanie". To naprawde krytyka na wysokim poziomie.

"Nie chcę być podejrzewany o stronniczość, w końcu sam brałem udział w konkursie, ale..."

Hahah..to tez jest dobre. Tak dobre ze mozemy to zobaczyc jeszcze raz na powtorce.


"Nie chcę być podejrzewany o stronniczość, w końcu sam brałem udział w konkursie, ale..." (R)

Pozdrawiam.
N


15-10-2005 22:21
~RafiK

Użytkownik niezarejestrowany
    no cóż
Ocena:
0
Dobrze, że napisałeś "u mnie" - nie mógłbym żyć z myślą, że stałem się pośmiewiskiem dla grona osób, na których opinii rozpaczliwie mi zależy. Byłbym zdruzgotany.

Oczywiście powinienem był napisać: "wspaniałe opowiadanie, pełne napięcia, nieoczekiwanych zwrotów akcji z zaskakującym zakończeniem, do tego dopracowane dialogi i ciekawie zarysowane postaci"?

Tak byłoby lepiej?

Rozumiem też, że skoro sam brałem udział w konkursie to już nie mam prawa swobodnie wypowiedzieć się? Inaczej mogę zostać posądzony o małoduszną małostkowość :) No cóż: każdy sądzi według siebie.

Yarghuzz napisał własciwie raport z bitewniaka, który do tego nie jest podany w jakiejś szczególnie fajnej formie. Brak tu napięcia - wszystko jest przewidywalne i proste jak drut. Powtarzam: fanom "literatury erpegowej" to pewnie może się podobać. Ale tylko im.

Fabuła mieszcząca się w pudełku - zaraz potem jest o streszczaniu całej akcji w 1-2 zdaniach. Nie doczytałeś? A może nie dotarło, lub sam nie zgadzasz się z tym i uważasz akcję "Mostu" za wielowątkową i rozbudowaną? A może nie jest to krytyka na poziomie? Na jakim poziomie miałaby być?
Eee, szkoda gadać.

U mnie uśmiech politowania budzą ludzie, którzy nie tolerują krytyki. Jak ci co się rzucili na Magnesa, bo osmielił się wrzucic kamyczek do ogródka. Dobrze jest żyć w matrixie i uważać, że wszystko co się robi jest skończenie genialne i piekne. Nie za wygodnie jest, gdy ktoś wyraża własne zdanie odrębne (pewnie ma w tym jeszcze jakiś interes). Taka postawa "matriksowa" to dopiero jest żałosna.
Yarghuzz jest na szczęście pod tym względem w porządku.

Jeśli widzisz coś naprawdę żałosnego w mojej krytyce to napisz kolego wprost (z pudełkami raczej pudło - trzeba zawsze czytać całe akapity). Może sam ocenisz krytycznie opowiadanie "na poziomie" - chętnie nauczę się jak to się robi od kogoś kompetentnego. Jak uważasz, że nie powinienem wyrażać włąsnego zdania jako zaangażowany w konkurs to też napisz. Pisz cokolwiek, przecież Ci nie zabronię :)

Dyskusji nie udało się wywołać, bo coś w ogóle zastój w komentarzach. Myslałem, ze wszyscy czekaliśmy na wyniki konkursu a tu... cisza :(

Pozdrawiam RafiK
16-10-2005 06:59
~le violeur anal

Użytkownik niezarejestrowany
    literackie
Ocena:
0
Moim zdaniem dyskusja nad warstwą językową jest zawsze uzasadniona.
Czytałem opowiadanie YRGHZZa tuż po tym, jak poszło na konkurs, miałem swoje własne uwagi językowe i stylistyczne, ale nie kwestionuję zwycięstwa, przynajmniej dopóki nie przeczytam dzieł konkurentów ;) Opowiadania na sympatyczny konkurs erpegowy podlegają ocenie w konwencji erpegowej i nie powinny być wyrazem wyższych pretensji literackich autorów. Bo jeśli talentem i warsztatem są oni wiele ponad, to powinni sobie poszukać innych współzawodnictw.

Zastrzeżenia do fabuły (że jednowątkowa, że postaci płytkie) natomiast uważam za proste objawy czepiactwa i (choć nie chciałbym skrzywdzić ich autorów) nieuświadomionej niedojrzałości literackiej. Po pierwsze opowiadanie na konkurs osadzone w świecie erpegowym nie musi opierac się na głebokiej konstrukcji psychologicznej. Przyjrzyjcie się mistrzowskim nowelom Manna, Prusa albo Żeromskiego. Czy ich bohaterowie (może z wyjątkiem Tonia Kroegera) są poddani jakiejś poważnej analizie społeczno-psychologicznej? Żeby ich opisać z całym bagażem doświadczeń wystarczy kilka zdań.

Po drugie, uważać, że istnieje obiektywny sposób oceny postaci świata fantastycznego, a więc BAŚNIOWEGO (sic!) to chyba przykładać trochę za dużą lupę...

Po trzecie, opowiadanie genologicznie ma mieć jeden wątek i najwyżej zarysy innych, podrzędnych. I fabułę opowiadań ww. mistrzów gatunku można streścić w dwóch - trzech zdaniach.

Co do korekty, to argumenty Linki nie są dostateczne.

Chętnie wypowiem się jeszcze po lekturze konkurencji.

Pozdrawiam i jeszcze raz gratuluję zwycięzcy.

Kacper N.
25-10-2005 15:14
~RafiK

Użytkownik niezarejestrowany
    a ja się jednak poczepiam
Ocena:
0
Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że po "sympatycznym konkursie erpegowym" można się spodziewać określonego rodzaju (lichej) literatury. Czy słowa literacki, mądry, dobry, artystyczny (nawet) i rpg wykluczają się? Moim zdaniem: mocne NIE! Rpg a szerzej cała fantastyka nie są takim gatunkiem sztuki (bo i filmu i muzyki itd.), gdzie marną formę można usprawiedliwić tym, że wszak autor pisze o krasnoludach/elfach i Starym Swiecie.
Jestem wrogiem podejścia, które toleruje lichą literaturę spod znaku rpg, tylko dlatego, że to rpg. W ten sposób nigdy nie stanie się to poważna działka ludzkiej działalności artystycznej czy intelektualnej.

Droga sprawa - ocena dobre/niedobre opowiadanie wcale nie powinna sprowadzać się tylko do bohaterów. Oczywiscie nie trzeba ich opisać niemal wcale żeby powstał dobry utwór i to nie tylko opow. ale nawet powieści (co wiemy np. o bohaterze "Zamku" Kafki?). Jednak jeśli nie bohaterowie to co... Może świat przedstawiony (niestety w Moście Mgieł nie wydaje mi się on opisany ani plastycznie ani oryginalnie ani ciekawie w żaden inny sposób). Może fabuła - zaskakujące zwroty akcji, tajemnicze wydarzenia, nawet jeden wątek ale poprowadzony zgrabnie od początku do końca (tego również w MM brakuje, gdyż fabuła jest szczątkowa a zwroty akcji niesamowicie przewidywalne - a ja domyślną osobą nie jestem). No to moze chociaż zaskakująca pointa - w tym specjalizują się polscy autorzy opowiadań. Tego MM również nie posiada.
Co jeszcze innego może mieć opowiadanie, żeby uznać je za dobre?

Prosze o odpowiedź krytyków nie skażonych (jak ja) "nieuświadomioną niedojrzałością literacką".
Ja jestem wszak tylko czepiaczem.

RafiK

p.s.1.: Najbardziej budująca w całej sprawie MM jest postawa samego Autora. Nie dąsa się, nie obraża, tylko śmiało deklaruje, że chce się uczyć i uświadamiać swoje wady oraz mocne strony. BRAWO Yarghuzzz.

p.s.2.: jeśli kto chce się poczepiać "czepiacza" to zachęcam - jest już mój Hans Schoenencke. Można teraz pokrytykować i mnie.
28-10-2005 13:43
Yarghuzzz
    A troche tak z innej :P
Ocena:
0
A czy w Kill Billu jest coś zaskakującego i nowatorskiego? A film jest - bomba! :)
29-10-2005 01:07
~RafiK

Użytkownik niezarejestrowany
    no tak :)
Ocena:
0
Nie zawsze to, co dobre musi być nowatorskie - szczególnie jak się robi dla rozrywki a nie z "wyższych" pobudek ;) Ale również rozrywka musi być zrobiona porządnie. Kill Bill jest bardzo dobrze zrobionym filmem sensacyjnym: akcja non stop, komiksowe (bardzo wyraziste, choć dość "płaskie" przy tym) postaci, fajny dobór akcesoriów (samurajskie miecze, szybkie motory, obcisłe ciuchy).

Perfekcyjny warsztat Tarantino, którego w Moście Mgieł chyba ciut zabrakło. Bo nie jest tak, że opowiadanie "bitewniakowe" nie może być bombowe. Może! Tylko trzeba je zrobić bombowo ;)

Lista zarzutów pod adresem MM (po powtórnym przeczytaniu i przemyśleniu), mogłaby wyglądać tak:
- postaciom brak szczególnie przykuwających uwagę cech (niekoniecznie trzeba zgłębiać ich psychikę, ale niech coś mają, co sprawi, że czytelnik ich sobie wyobrazi - nonszalanckie rzucanie płaszczem to krok w dobrym kierunku ;) choć mało tego),
- brak akcji jest (niby wojna, walka, zadyma, krew, śmierć, niebezpieczeństwo, CHAOS!!! a jakoś tego wszystkiego mało)
- plastyczność opisów (pod tym względem kapitalnie wyrazisty jest początek: las, deszcz, noc, super! ale potem jest jakoś tak nijako).

Oparłeś się na fajnym pomyśle: heroiczny wyczyn, w decydującym momencie zdrada a wszystko z wojną i zadymą w tle. Ale trzebaby jeszcze nad tym pomysłem sporo popracować.
Pozdrawiam

p.s.: z Żoną sobie czasem rozmawiamy na takie tematy jak literatura i ona uważa (a ma dużo większe "obycie" ode mnie), że bez opisania bohaterów, przykucia do nich uwagi nie da się... może jest Kafka, ale to taki wyjątek potwierdzający regułę. Zawsze "coś" można o bohaterze powiedzieć, a ci z MM niestety jednym uchem wpadają a drugim...
30-10-2005 16:58
Gutts
   
Ocena:
0
Dobre opowiadanie, gratuluje pomyslu i klimatu jaki oddales. Oby tak dalej
Pozdro
04-02-2007 00:19
Widoom.Com
   
Ocena:
0
Klawe opowiadanko.
09-02-2007 01:41

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.