» Czytelnia » Opowiadania » Zemsta pachnie lawendą

Zemsta pachnie lawendą


wersja do druku
Autor: Redakcja: ~Anonim

Zemsta pachnie lawendą
- Dzień jak co dzień – mruknął Zapan do Olbrechta i rozdzielili się, każdy odchodząc w swoją stronę rynku.

To był nudny dzień. Upał, kurz oraz smród miasta zniechęcały do wychodzenia na ulicę. Jednak Zapan Paolini żył z miasta i jego ulic. To tutaj wyrósł, przeżył pierwszą miłość, pierwsze rozstanie i pierwszą przyjaźń. Tutaj Bruno Faidutti nauczył go "roboty". Zapan był włamywaczem, jednym z najlepszych w mieście.

Paolini powoli sunął pomiędzy straganami. Krzyk przekupek mieszał się z nawoływaniem straży miejskiej oraz kazaniem miejscowego kapłana Sigmara, który jak co tydzień nawoływał do składania ofiar za pomyślność interesów. "Tak jakby to coś pomogło" – pomyślał Zapan, zręcznie chowając jabłko w rękawie.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Do domu nie miał daleko. Jego mieszkanie na drugim piętrze kamienicy w dzielnicy świątynnej było wręcz azylem. Spokojna okolica, piękny widok na świątynie oraz bliskość "Cudownego Uśmiechu", jednego z najlepszych przybytków w mieście, sprawiał, że Paolini dbał o swoje lokum. Zresztą, kto mógłby okraść najlepszego włamywacza w mieście? "Okraść złodzieja, a to ci dopiero" – z przekąsem pomyślał Zapan.

Wszedł na klatkę schodową, pokonał kilka schodków i już był przy drzwiach. Poczuł dym.

- Frau Iliene, ile razy mam mówić, by nie paliła pani na korytarzu! – krzyknął do sąsiadki, która właśnie wygramoliła się z mieszkania.
- A gdzieżby ja! Od tygodnia rzucam ten zgubny nałóg! Niech się pan ode mnie odczepi! – zaskrzeczała kobieta.

Miała rację. Zapach dymu, i to w dodatku palonych ziół, dochodził z jego mieszkania. Sztylet lekko wysunął się z rękawa. Kieszeń, klucz, zamek. Otwarte. Zapan wsunął się ostrożnie do mieszkania. Choć w korytarzu nikogo nie było, to zapach palonych ziół jeszcze się nasilił. Dobiegał on z salonu. Paolini ostrożnie skierował się w tamtą stronę.

- Witam szanownego pana! – głośno i z uśmiechem oznajmił bogato ubrany jegomość, z fajką w zębach, który na pierwszy rzut oka wyglądał na kupca.
- Do rzeczy. Kim pan jest i co robi w moim mieszkaniu? – bez ogródek zapytał Paolini.
- Skoro tak szybko przechodzi pan do konkretów, to ja też podtrzymam to tempo. Jak mi doniesiono, zajmuje się pan ostrożną robotą – gość wyraźnie podkreślił dwa ostatnie słowa – a ja jestem zainteresowany pańskimi usługami.
- No cóż, chyba się pan pomylił. Jestem tylko cyrkowcem, który co jakiś czas daje popis swoich umiejętności na trapezie – Zapan rozłożył ręce w bezradnym geście.
- Inaczej mi mówiono. Poza tym ta robota jest warta kilka setek koron. No ale pan jest najwyraźniej zajęty.

Trzeba było przyznać, że gość umiał rozbudzić ciekawość. Paolini, starając się ukryć błysk w oku, zapytał:

- A jakiego rodzaju jest to robota?
- Pewien obraz, który wisi w skarbcu muzeum, tutaj w Altdorfie, spodobał się pewnej panience. Oczywiście młoda dama jest bardzo rozkapryszona, a tatuś, jak na dobrego ojca przystało, spełni jej zachcianki za każdą cenę. Mówimy o "Bitwie na Przełęczy Czaszki" wielkiego malarza Titure Bartoliniego.
- Hmm… to duża sprawa. Niech mi pan da czas do jutra. Spotkajmy się w "Czerwonym Kogucie". Wie pan gdzie to jest?
- Naturalnie. Zatem do zobaczenia.

Gość wstał, pożegnał się grzecznie i wyszedł. Zapewne tak samo łatwo, jak wszedł. Ale, jak zauważył Paolini, zamek nie był naruszony. Robota fachowca.

***

Paolini jeszcze tego samego dnia zrobił małe rozpoznanie celu. Obraz wisiał w głównym holu muzeum. Z początku wydawało się, że nie jest niczym zabezpieczony. Jednak już po chwili można było wyczuć małe zawirowania mocy wokoło, przyprawiające palce o swędzenie.

"Czyżby magiczny alarm? Trzeba będzie załatwić specjalistę. Ciekawe, czy Mruk jeszcze robi w zawodzie? W każdym bądź razie zadanie nie należy do najłatwiejszych" – myślał Zapan.

Włamywacz obszedł jeszcze inne sale, szukając drogi dojścia lub chociaż możliwych kanałów ucieczki. Kilka okien było w sam raz, gdzieś zamajaczyły tylnie drzwi dla obsługi. "W takim razie drogi odwrotu są zapewnione. Ale jak wynieść ten wielki obraz?" A był rzeczywiście ogromny. Na pierwszy rzut oka długi jak wóz zaprzęgnięty w konie, a wysoki jak wychodek na tyłach "Zabłoconego Kaptura". Paolini, udając zaciekawienie, pooglądał jeszcze kilka innych eksponatów i wyszedł. Tak, to była największa sprawa w całej dotychczasowej karierze włamywacza.

***

- Bez tysiąca koron nawet nie wchodzę
- Niech już będzie. W końcu jest pan najlepszy. Kiedy mogę spodziewać się towaru?
- Termin wykonania zadania jest tajemnicą i lepiej, aby tak pozostało. Połowa zapłaty teraz, połowa po robocie.
- Zgoda. Mówią, że z pana honorowy człowiek.
- Niech sobie mówią, ja swoje wiem.

Zapan Paolini dopił piwo, zgarnął z stołu sakiewkę z koronami. Była ciężka, przyjemnie ciężka. Wstał z krzesła i żegnając się dosyć ostentacyjnie, wyszedł z karczmy. Na zewnątrz padało. Altdorf pogrążył się w szarości chmur i ulewy. Zapan naciągnął kaptur i ruszył w kierunku swojego domu. Kałuże robiły się coraz większe, a gdzieniegdzie studzienki buntowały się, więcej oddając wody, niż przyjmując do miejskich ścieków. Paolini szedł w całym tym deszczu, mając w myślach tylko obraz i powoli zastanawiał się, kogo jeszcze wciągnąć do tej niebezpiecznej gry. Przeszedł tak kilka ulic. Nagle z naprzeciwka wyszedł człowiek w naciągniętym kapturze. Zbliżał się bardzo szybko. Szósty zmysł podpowiadał, że coś jest nie tak, że uliczka jest zbyt pusta. Ale Zapan nie zwolnił, tylko sprawdził, czy sztylet odpowiednio szybko wysuwa się z rękawa. Szósty zmysł nigdy się nie mylił…

Idący z naprzeciwka nagle wykonał szybki ruch ręką i z dużą siłą uderzył Paolinim o ścianę najbliższego budynku, aż w uszach mu zadzwoniło. W jednej chwili napastnik przywarł do włamywacza. Kaptur osunął się do tyłu i Zapan wyraźnie widział jego oczy. Szalone, przekrwione, nieobecne, naćpane. Nieznajomy mocno zacisnął dłonie na szyi włamywacza.

- Nie za mocno interesujesz się pewnym obrazem? Życie ci niemiłe? – Paolini ledwo słyszał szept napastnika w strugach deszczu.
- Nic nie wiem o żadnym obrazie… – z wysiłkiem wydusił przez ściśnięte gardło.
- Wiedz, że igrasz z niewłaściwymi ludźmi, lepiej wracaj na stare śmieci, do sakiewek i domów kupców, a obr…

W tym momencie napastnik zaniemówił. Sztylet wszedł gładko, prosto w podbrzusze. Zapan uwolnił się z uścisku i głośno nabrał powietrza, krztusząc się. Nieznajomy osunął się na ziemię. Paolini z trudem wyciągnął sztylet z miejsca, gdzie zaczęła pojawiać się czerwona plama. Krew wypłynęła na chodnik, mieszając się z deszczem. Napastnik miał jakiś tatuaż na wnętrzu jednej z dłoni. Oko otoczone wężami. Zapan rozglądnął się po ulicy. Pusto, ulewa zagłuszała wszelkie odgłosy. Z trudem zaczął iść w kierunku swojego mieszkania. Deszcz rozmywał krew po całym chodniku.

***

Trzeba było wciągnąć kogoś jeszcze do tej niebezpiecznej gry. Kaldorn, gnom z niezwykłymi "zabawkami", Olbrecht, który posprząta po akcji, sypnie coś znajomym strażnikom i uśmiechnie się, gdzie trzeba oraz Szept, od mokrej roboty dali się przekonać bez większego problemu. Potrzeba było jeszcze kogoś od tego magicznego alarmu. Mruk.

Głośne pukanie. Zapan nie miał zamiaru dłużej czekać i dlatego bez pardonu to okazywał, prawie wyważając wrota uderzeniami pięści. Nagle drzwi ustąpiły, a w progu ukazał się zgarbiony człowiek o szczupłej budowie ciała.

- Witaj Mruk. Mogę wejść?
- Wchodź, starych przyjaciół nie trzyma się na progu.

Mieszkanie Mruka, było takie jak on sam. Skromne, ciche i małe. Bądź co bądź, lubił tutaj przychodzić, chociażby po to, by poczuć woń przypraw z dalekiego wschodu i herbaty, którą mieszkanie Mruka było przepełnione.

- Opowiadaj co u ciebie, z czym przychodzisz?
- Stare bajanie. Na mieście mało się dzieje. Ale dostałem niezwykle korzystną ofertę.
- Znowu robota? Zapowiada się ciekawie. Kontynuuj.
- Jest pewien obraz w miejskim muzeum. Duży obraz. Chroni go magiczny alarm. I tutaj właśnie potrzebny jesteś ty.
- Jaka zapłata?
- Sto koron za zdjęcie alarmu i nic więcej od ciebie nie wymagam.
- Duża suma. A tak zapytam, jak ty to wyniesiesz?
- Kaldorn mówił, że ma pomysł. Na razie to tajemnica.
- Dobrze, dobrze. Kiedy?
- Za kilka dni. Dam ci znać wcześniej.
- Reszta dawnej szajki też wchodzi do gry?

Uśmiech Paoliniego wystarczył za odpowiedź.

- To ja wracam do swoich zajęć – Zapan podniósł się z krzesła i skierował w stronę drzwi. – A właśnie, miałem się zapytać. Ostatnio widziałem pewien znak. Oko otoczone splotami węży. Znasz?
- Mówią o nim "Ten, Który Zmienia Drogi[q]. Lepiej nie zadzierać. Mroczne kulty, czarna magia, nic przyjemnego.
- W takim razie trzymam się od tego z daleka. To do zobaczenia.
- Bywaj zdrów.

Jeszcze przez chwilę zastanawiał się, czy powiedzieć Mrukowi o wczorajszym spotkaniu w deszczu, ale uznał to za niepotrzebne. Od dawna miał niejasne przeczucie, że czarodziej potrafi czytać mu w myślach.

***

Plan był prosty. Na godzinę przed świtem idą pod muzeum. Szept sprawdza, czy nikogo nie ma. Zapan otwiera drzwi na zaplecze. Do środka wchodzi Szept, Paolini, Kaldorn i Mruk. Olbrecht czeka na zewnątrz i obstawia tyły. Kierują się do głównego holu, Mruk zagłusza zaklęcie. Za pomocą jakiegoś urządzenia Kaldorn zdejmuje obraz z ściany, następnie płótno zostaje wycięte z ramy, na to miejsce wchodzi fałszywka. Obraz z powrotem ląduje na ścianie, wchodzi Olbrecht, sprząta po wszystkim, Mruk spuszcza magiczną zasłonę. Wszyscy wychodzą, siadają na wóz. Strażnicy widzą, jak furmanka ze świeżym chlebem jeździ od karczmy, rozwożąc pieczywo dla głodnych mieszkańców Altdorfu. Nikt nie zauważa, jak koło "Zabłoconego Kaptura" zmieniają się woźnice, a cała szajka przekrada się do mieszkania Olbrechta. Ale szósty zmysł podpowiadał, że wszystko to było zbyt proste.

***

Kaldorn właśnie ściągał obraz z ściany. Wszystko szło jak po maśle. Mruk trzymał zaklęcie. Paolini wyciągnął sztylet i już miał się zabrać za odkrajanie płótna, gdy Mruk się poruszył, otworzył oczy i szybko podbiegł do obrazu, po drodze odpychając Zapana.

- Coś jest nie tak z tym obrazem!
- Dlaczego przerwałeś podtrzymywanie zaklęcia? Zaraz zbiegnie się tutaj cała psiarnia – Paolini prawie krzyknął.
- To nie jest magiczny alarm. To coś w rodzaju zaklęcia mylącego. Ma zatuszować jakąś magię. Coś tu wyraźnie śmierdzi. Pokaż no ten sztylet.

Zapan podał Mrukowi sztylet. Ten jął zeskrobywać z płótna warstwy farby. Nagle sztylet zaczął się topić, zmieniać, skręcać. Czarodziej upuścił żelazo na ziemię, cofnął się krok w tył.

- Spaczeń! W coś ty nas wkręcił, Zapan?
- Nie miałem o tym pojęcia. Bierzmy obraz i wynośmy się stąd. Korony czekają.

Szept jak na rozkaz kilkoma wprawnymi ruchami wyciął płótno, następnie Kaldorn przymocował fałszywkę. Chwilę później siedzieli już na wozie i odjeżdżali witani pierwszymi promieniami słońca. Jechali do Olbrechta. Tam czekała już identyczna rama oraz kilka niespodzianek…

***

- Uważaj na płótno – syknął Paolini do Olbrechta, gdy ten wnosił obraz przez drzwi kamienicy.
- Nie masz co się bać. Ja nie z pierwszej łapanki – z cynicznym uśmiechem odparł Olbrecht.

Powoli, uważając na cenny towar, weszli na trzecie piętro kamienicy, gdzie rezydował Olbrecht Durson. Gospodarz otworzył drzwi, po czym cała szajka zaczęła wchodzić do środka. Łącznie z Mrukiem, który miał się odłączyć już po drodze. Drzwi za nimi zamknęły się same. A raczej zamknął je człowiek ubrany w szary habit, z ukrytą w kapturze twarzą. Paolini tylko domyślał się, co kryje ciemne wnętrze kaptura.

- Spokojnie panowie. My tylko w krótkich odwiedzinach – powiedział człowiek na pierwszy rzut oka wyglądający jak kapłan Ulryka, boga bitwy, wilków i zimy.
- Co to ma znaczyć? – ledwo odparł zaskoczony Paolini.
- Nic nie znaczy. Po prostu przyszliśmy po swoją własność. Poproszę płótno – bez cienia wątpliwości powiedział kapłan. I jakby dla potwierdzenia, w progach pokojów pojawiło się jeszcze kilku ludzi w szarych habitach.
- Za płótno zapłacił ktoś inny – odparł Paolini, widząc, jak Szept cichcem wyciąga z rękawa sztylety, gotując się do rzutu. Mruk rozprostował palce dłoni. Wąski korytarz zapowiadał masakrę całej szajki. [q]Zaraz będzie tu nieprzyjemnie"
pomyślał Zapan.
- Niestety obawiam się, że kupiec, z którym zawarł pan kontrakt, nie będzie mógł wywiązać się z umowy – kapłan sięgnął pod poły szaty i wyjął tobołek. –Dla tego obrazu, że tak się wyrażę, stracił głowę – co potwierdził rozwiązując tobołek, z którego na podłogę wypadła głowa o znajomej twarzy. – Niech się pan nie boi. Przed śmiercią zostawił pieniądze. Nie chcemy niepotrzebnego rozlewu krwi. Macie po prostu trzymać język za zębami, zrozumiano? – mówiąc to, rzucił w kierunku Mruka sakiewkę. – Poproszę płótno.

W pomieszczeniu atmosfera gęstniała. Można by zawiesić przysłowiową siekierę. Słowa więzły w gardle, ostrza same dobywały się z pochew, czuć było pierwsze sploty magii przywoływane w półcieniu przez Mruka. Paolini w końcu zdecydował.

- Jeśli jest zapłata, dostaniecie obraz. Jest wasz.

Olbrecht podał płótno jednemu z zakapturzonych. Padł rozkaz ze strony kapłana i wszyscy "goście" opuścili mieszkanie. Nagle zrobiło się jakby lżej.

- To byłoby tyle, jeśli chodzi o uczciwych kontrahentów. Dobrze, że chociaż zostawili pieniądze – z lekko wyczuwalnym cynizmem powiedział Olbrecht.
- Następnym razem lepiej dobieraj klientów, Zapan. Ten tutaj nie jest z pewnością porządnym obywatelem – powiedział Mruk, odsłaniając spod włosów, jakiś znak wytatuowany na czerepie kupca – Slanesh, bóg dewiacji i rozkoszy.
- Wplątaliśmy się w jakąś cholerną wojnę między kultami. Co teraz, panie mądraliński? – zapytał Szept.
- To, co powinien zrobić "porządny obywatel". Oddamy prawdziwy obraz w ręce straży.

***

Na szczęście Mruk nie był w ciemię bity. Jeśli coś źle pachniało, trzeba było na to uważać. I dlatego prawdziwe płótno pojechało dalej, zaufanym wozem, aż do nabrzeży karczmy, gdzie zostało umieszczone w bezpiecznym magazynie. Niespodziewani goście dostali zwykłe płótno z szybko rzuconą iluzją. Paolini w głębi ducha dziękował Mrukowi, że został z nimi do końca.

Następnego dnia do dowództwa straży w Altdorfie dotarła dosyć duża przesyłka. W tym samym czasie do świątyni Sigmara ktoś przyniósł pewne notatki, gdzie dosyć dokładnie naszkicowano twarz pewnego kapłana Ulryka. Łowcy czarownic nie próżnowali. Tego samego dnia kult pana bitwy wilków i zimy uszczuplił się o kilku młodszych kapłanów. Niestety, nie znaleziono tego, który był na rysunku. Ale tak czy siak inkwizycja zaliczyła na swoim koncie kolejny sukces, a Paolini jakieś trzysta koron więcej.

***

Bum, bum, bum. Rozległo się donośnie pukanie w drzwi mieszkania Zapana. Włamywacz powoli podniósł się z posłania. Wczorajsza libacja dawała mu się teraz mocno we znaki. Mocno opili ostatni sukces.

- Kto tam? – z wysiłkiem wydusił Zapan.
- List do Zapana Paoliniego! – krzyknął zza drzwi posłaniec. Włamywacz otworzył, wziął list i dał kilka szylingów napiwku. Mógł sobie pozwolić na próżniactwo.

List był zwykły, jednak pachniał lawendą. Aż zachęcał, by odkryć jego słodką tajemnicę. Zapan otworzył. W tym samym momencie zrobiło mu się słabo, jakiś czarny proszek wysypał mu się na ręce. Zakręciło mu się w głowie, upadł na podłogę w mocnych konwulsjach. Ostatnie co widział, to oko oplecione wężami i spalającą się kopertę…



Czytaj również

Komentarze


Farindel
   
Ocena:
0
Susystem WFRP trzyma poziom! Opowiadanie napisane przyjemnym w czytaniu lekkim językiem okraszone wartką akcją rodem z filmów gangstersko/złodziejskich. W dodatku pasuje idealnie do realiów 2ed.
13-01-2008 23:10
Pantokrator
   
Ocena:
0
Całkiem przyjemny tekst. I obeszło się bez gejów! ;p
Ma swój, charakterystyczny i wyczuwalny klimat, akcja jest ciekawa i nawet trzyma w napięciu. Choć zasadniczo za bardzo przypomina filmowe, że tak powiem XX-wieczne napady na bank. Ekspert od alarmów i te sprawy. Ale poza tym - za bardzo się nie czepiam dzisiaj.

Dobra robota!
13-01-2008 23:43
Ysabell
   
Ocena:
0
Ale "Bruno Faidutti" to już zdecydowane przegięcie...

Rozwalił mi odbiór całego tekstu. ;)
13-01-2008 23:51
Ifryt
   
Ocena:
0
Bardzo fajne opowiadanie. Lubię taki styl. :)

Zastrzeżenia mam dwa. Pierwsze to ten nieszczęsny Faidutti. Trochę zbyt znana osoba, by ot tak rzucić jego nazwisko – gdyby chociaż było jakieś nawiązanie do gier planszowych lub hazardu (bo np. wobec Faiduttiego szulera nie miałbym żadnych zastrzeżeń, a nawet uznałbym za fajny pomysł). Druga sprawa to realia. To nie jest Warhammer jak na moje oko. Najbardziej to by mi pasowało do Zewu Cthulhu 1890 – wtedy byłoby idealnie i nie trzeba byłoby nawet właściwie nic zmieniać.
14-01-2008 12:21
15939

Użytkownik niezarejestrowany
    Taki pomysł autora...
Ocena:
0
... że jest zimna potwora :)

Generalnie opowiadanko powstało pod wpływem filmów Oceans Eleven i kolejne części, pewnego komiksu o włamywaczach z którychś tam Portali, drużyny złodziei, których prowadziłem (nie, to nie Ci z powyższego opowiadania) oraz ogólnego luzu, który wrzucił mi się po tym całym mroku w Warhammerze i innych nWoDach :) .

A Bruno Faidutti użyty z premedytacją, ze względu na moje uwielbienie Cytadeli.
14-01-2008 13:59
Sharki
   
Ocena:
0
Bardzo fajne opowiadanko. Dobrze się czytało, a akcja wciągająca. Tak trzymać! :)
15-01-2008 08:54
~Ramzes123

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Tak powinno wyglądać opowiadanie w świecie warhammera! Brawa dla twórcy!
16-01-2008 20:47
~Nameless

Użytkownik niezarejestrowany
    Jak dla mnie jedno z najlepszych opowiadań
Ocena:
0
Widzę, żę autor się postarał. Zapewne jakby było dozwolone więcej miejsca na pisanie to to opowiadanie było by o wiele ciekawsze :). Troszke przy krótki opis smierci głównego bohatera, ale styl i kilmacik jest ok. Jak dla mnie bomba xD
17-01-2008 21:31
karp
    @Nameless
Ocena:
0
"Zapewne jakby było dozwolone więcej miejsca na pisanie to to opowiadanie było by o wiele ciekawsze"
Zmartwie Cię, ale raczej dostalismy produkt kompletny. tekst co prawda przyszedł na Konkurs w szortach, ale z założenia był zdyskwalifikowany, gdyż miał i tak niemal dwukrotnie większą objętośc, więc autor nie musiał już się nią przejmować ;o)
18-01-2008 08:32

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.