» Czytelnia » Szorty » Wiosenny gość

Wiosenny gość

Wiosenny gość
Arvel siedziała oparta o świerk. Zmęczenie dało jej się we znaki, oparła więc głowę o pień. Morr zsyłając sen, pozwolił odpocząć jej ciału.

- Czy wszystko w porządku? – pytanie wyrwało ją ze snu. – Nie zimno ci pani w stopy? Wszak chłód jeszcze nie odszedł na dobre.
- Dziękuję za troskę – powiedziała podnosząc się.

Obok niej stał wyraźnie zaniepokojony mężczyzna. Dalej na trakcie zauważyła muła zaprzęgniętego do wozu, na którym leżała kobieta.

- Jeszcze nie regeneruję sił tak szybko jak powinnam – mówiła kładąc rękę na barku mężczyzny – ale z każdym dniem powinno być lepiej.
- Na imię mi Rudolf. Mam jakieś skrawki materiału, chętnie zamienię je na coś…

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
- A na co mi sukno? – przerwała.
- Jeśli dobrze je nim owiniesz - mężczyzna wskazał na jej bose stopy- i przywiążesz rzemieniami, to zatrzymają ciepło i zmniejszą trudy wędrówki.
- Nie trzeba – odpowiedziała cicho.Skupiła wzrok na kobiecie.
- Dokąd podążacie? – zapytała obchodząc rozmówcę i zbliżając się do wozu.
- Ulryk nie okazał nam łaski tej zimy. Podążamy za chlebem, modlitwą i cyrulikiem, do Salzenmund - dorównał kroku Arvel –Silveg, znaczy żona moja – wskazał na wóz - nie czuje się najlepiej.

Arvel podeszła do wozu. Pogładziła po głowie leżącą na nim kobietę.
- Nie gorączkuję, to dobry znak.
- Jesteś zielarką pani?
Przesuwała rękę niżej, docierając do podbrzusza.
- Jest brzemienna – zamilkła zamykając na chwilę oczy – nic jej nie będzie, ani jej, ani waszej dziatwie.
- Dziatwie? – ze zdziwieniem spytał Rudolf.
- Tak, to bliźniaki…

***

Ludzie mawiają, że bogowie wyznaczają linię życia każdego ze śmiertelników. W przypadku Arvel, ingerencję boską widać było aż nadto. Urodziła się w Dniu Słońca, co przez miejscowych odczytane zostało jako znak od Rhyi. Ulryk zdawał się zamrażać ją w zimowe pory, Manann w letnie dni zawsze łaskawie zsyłał jej pomyślne wiatry, a gdy Taal przejmował władzę nad aurą, obdarzał ją niespożytymi siłami. Wybraniec boży – tak nazywali ją w Ragen. Choć wyjechała stamtąd w bardzo młodym wieku, od kilku lat, co roku w przeddzień Mitterfruhl wracała do rodzinnej osady. Również przed tegorocznym przesileniem.

***

Berta siedziała przy strumieniu, wodząc wzrokiem po lesie. Słońce chyliło się ku koronom drzew, a chłodny wiatr tańczył między pniami. Trzask gałęzi spowodował, iż omal nie podskoczyła. Natychmiast skupiła wzrok w miejscu, z którego dobiegł dźwięk.

- Witaj przyjaciółko – usłyszała za pleców.
- Do czorta – krzyknęła przestraszona – skradasz się jak dziecię Ranalda.
Po chwili utonęła w ramionach Arvel.
- Wszyscy już czekają. Mała Rudi też. To dzięki twojemu błogosławieństwu, to dzięki…
- Ja też się cieszę, że tu jestem – gładziła ją po głowie Arvel – chodźmy, opowiesz mi wszystko po drodze.

***

Jak co roku przyjęli ją ciepło, uściskom i powitaniom nie było końca. Wszyscy dorośli mieszkańcy wioski zebrali się przed domem sołtysa, gdzie rozpalono wielkie ognisko. Gdy pierwsze podniecenie opadło, sołtys zwrócił się do miejscowych myśliwych:

- Bertholdzie, Felixie przynieście dary Taala, niech nasz gość je pobłogosławi.
- Braxie – odrzekła Arvel – ja nie jestem kapłanką…
- Ależ dziecko moje, jesteś wróżbą wiosny, posłanką płodności – zmieszał się na chwilę – przepraszam, ale nie mogę się przyzwyczaić, że nie jesteś już małym oseskiem – mówił ze wzrokiem skierowanym w ziemię. - Pamiętam jak z córką zielarki biegałyście po łąkach, zbierałyście w lesie jagody. Dziś – zaduma i powaga pojawiły się w jego głosie – jesteś już dorosłą, piękną kobietą, a Berta już sama jest matką…
- I to dzięki tobie druhno… – wtrąciła Berta.

Myśliwi zaczęli znosić dary lasu. Dwie sarny, kilkanaście zajęcy, suszone grzyby i zioła przygotowane były specjalnie na przyjazd gościa. Zabawa trwała do późnej nocy. Arvel jadła niewiele, wina nawet nie skosztowała. Unikała rozmów i pytań, cały czas coś nie dawało jej spokoju.

***

Arvel stała przy głównej studni obserwując, jak w wiosennych promieniach słońca wieś budzi się do życia. Kobiety szykowały poranną strawę, dzieci bawiły się z psami, mężczyźni schodzili się przy gospodzie rozmawiając o przygotowaniach do wieczornego święta. Bardzo ceniła sobie to, jak blisko żyją z naturą, jak pokornie poddają się jej wyrokom.

Opuściła to miejsce jako trzynastolatka. Nie wracała do wspomnień z dzieciństwa. Stały się dla niej zamkniętą księgą. Tak było łatwiej. Tam gdzie pobierała nauki, słyszała, że piorun nie trafia dwa razy w to samo drzewo. Zimowe sny, zmysły i intuicja podpowiadały, że znalazła wyjątek od tej reguły. Dziś mija szósty rok, dziś będzie miała pewność. Coś w niej chciało, by się myliła.

***

Jak co roku, kilka godzin przed zmrokiem, wszyscy mieszkańcy spotkali się przy starym dębie, który uznawali za święte miejsce.

- Proszę o ciszę – zwróciła się do wszystkich miejscowa zielarka.
- Cisza, Elenor was o coś prosi – krzyknął Brax.

Ubrana w zielone szaty, starsza kobieta podeszła pod dąb. Ściągnęła z głowy kaptur i wyciągnęła ręce do góry.

- Matko płodności, ojcze puszczy, patronie mórz – inkantowała wznosząc ręce – wzywamy was, witamy was i dziękujemy wam. Wznosimy modły nasze, aby prosić o waszą łaskę i posłuchanie…

Arvel rozejrzała się po zebranych. Gdy miała pewność, że wszyscy pogrążyli się w modłach, oddaliła się na kilka kroków i stanęła w cieniu lasu. Opuściła wzrok i mamrocząc pod nosem, obracała nadgarstkami, jakby zwijała sznurek w kłębek. Nagły wiatr rozwiał jej włosy, podniosła głowę, a wokół jej oczu kłębiła się zielona mgła. Błysk pioruna, który uderzył gdzieś niedaleko burząc zadumę modlących się, rozświetlił polanę. Po kilku sekundach krótki, głośny huk rozszedł się po lesie. Krople deszczu spadły na zebranych.

- Dziękujemy ci za przybycie ojcze niedźwiedzi, a ciebie panie wilków żegnamy – modliła się Elenor. Arvel zaś przyglądała się wiernym.
- Burza to dobry znak. Mrozy już nie wrócą. Módlmy się, by las i w tym roku nas wyżywił.

Przed oczyma Arvel rozpościerały się dwa obrazy. Jeden przedstawiał rzeczywisty stan rzeczy, drugi nakładał nań pryzmat wiatrów magii. Deszcz o zielonej poświacie zaczął padać mocniej. Zielona mgła tańczyła bezwładnie wokół leśnego runa, co jakiś czas wyrzucając ku górze smugi, które opadając powoli krążyły wokół dębu. Ghyran budził do życia florę i faunę.

Nagle czarodziejka poczuła coś niepokojącego. Ogromną siłę, którą porównać mogła jedynie do mocy wodospadu lub sztormu. Takie skupienie energii, mogło stanowić zagrożenie nawet dla matki Matrony. Przyklękła na kolanie, dotykając ręką mokrej ziemi. Po chwili jadeitowe wici dymu otoczyły jej palce. Drugą rękę oparła się o konar drzewa. Opar wokół jej oczu gęstniał, spoglądała w las oczekując nieznanego.

Kolejne wydarzenia zdawały się być rekonstrukcją jej snów i wizji. Ogromny słup jadeitowego światła uderzył w dąb. Mieszkańcy wioski odczuli tylko powiew wiatru. Tylko ona widziała, jak stare drzewo przepełnia energia. Mogłaby przysiąść, że na jej oczach, na gałęziach zaczęły pojawiać się pąki. Po chwili kawałek kory ukruszył się, tworząc dziurę w pniu. Zielona wiązka wydostała się z konaru i zaczęła krążyć wokół zebranych.

- A jednak sny mnie nie zwodziły – szepnęła do siebie.

Uwolniona wiązka energii zdawała się przyciągać do siebie dużą część rozścielonej na ściółce mgły. Krople potu pojawiły się na czole Avrel, a gdy siły witalne zdawały się ją już opuszczać, zauważyła mgłę koncentrującą się wokół Rudi.

- To jeszcze dziecko – krzyknęła magister życia – Może tego…

Energia, która ją oplotła zacisnęła się wokół dziewczynki i wchłaniała się przez jej skórę. Rudi upadła na ziemię. Wszyscy odwrócili się w stronę Arvel. Opierała się o pień, z jej twarzy biło wyczerpanie, a ręką wskazała na dziecko.

- Rudi, moje dziecko, Rudi co ci jest – rozległo się szlochanie Berty.

Deszcz zamienił się w ulewę, która padała później przez trzy kolejne tygodnie. Czarodziejka z trudem podniosła się i skierowała ku dziewczynce.

- Arvel, Arvel! – krzyczała matka – pomóż jej!
- Muszę ją zabrać – mamrotała Arvel klękając przy Rudi – teraz jest zbyt dużym zagrożeniem dla was i dla siebie samej. Potrzebuje opieki kogoś, kto odpowiednio nią pokieruje... Tak mi przykro…
- Co ty pleciesz, przecież to jeszcze dziecko – szlochała Berta – Na Sigmara, pomóż jej. To jeszcze dziecko! Ona jest za mała by wieczerzać z Morrem.

Arvel patrzyła na nią, starając zachować spokój. Jej twarz, mimo zmęczenia, była kamienna. Mimo doskonałego wykształcenia, znajomości języków, elokwencji, nie potrafiła znaleźć teraz słów. Uklękła naprzeciw rozgoryczonej matki, a jej myśli ogarnął niepokój.

"Odbierać dziecko matce, to najgorsza zbrodnia. Znienawidziłabyś mnie ukochana druhno, gdybyś wiedziała… Ghyran dokonał wyboru już dawno, nie zostawiając go mi."

***

- Witaj Wielka Matrono.
- Bądź pozdrowiona Arvel Zenten. Miałaś rację, że wielkim darem obdarowane jest te dziecię.

Podeszła do dziewczynki. Ukucnęła tak, by jej głowa była na wysokości głowy dziecka. Położyła palec wskazujący na podbródku Rudi i podniosła jej głowę do góry.

- Jestem Tochter Grunfeld, arcymag Kolegium Jadeitu, Wielka Matka Druidów, Matrona Magistrów Życia – gładziła ją po policzku – A ty, mały szkrabie, masz wielki dar i to ty kiedyś zajmiesz moje miejsce.
- Ja chce do domu, do mamy – łzy zaczęły ściekać po policzkach Rudi.
- Od dziś to jest twój dom, a ja jestem twoją mamą.



Czytaj również

Komentarze


Fingor
   
Ocena:
0
Całkiem fajny "szort". Zwróciłem uwagę na błędnie użyte słowo "pryzmat". Ale poza tym bardzo fajnie...:)
21-03-2007 20:38
gwylliam
   
Ocena:
0
jeju, nie ma Chaosu, nie ma trupów, nawet jednego goblina!!!! bleeeeeee!!!!!!

a tak serio to: w końcu!!!! brawo!!!! wreszcie tekst o prawie normalnym zyciu.
Fajny sposób przedstawienia postaci z punktu widzenia "tłumu".

Zgoda co do pryzmatu, może "mgliste cienie", albo "pasma".

21-03-2007 22:02
Jeremiah Covenant
    Ładnie,
Ocena:
0
generalnie, nie jest źle. I rzeczywiście, jak zauważył przedmówca, bardzo dobrze, że nie śmierdzi Chaosem. Wreszcie jakieś bardziej pozytywne jazdy - czekamy na kolejne opowiadania ;)
21-03-2007 22:51
Keddar
   
Ocena:
0
Znakomity szort. Gratulacje. Po przeczytaniu wpadł mi do głowy pomysł na przygodę.
22-03-2007 15:37
Flamur
   
Ocena:
0
Niby nie ma Chaosu, ale czy oby na pewno?
Jestem przekonany, że takim wyjątkowym dzieciem na pewno zainteresowały by się mroczne macki chaotycznych bogów.

Bardzo podoba mi się sposób przedstawienia głównej postaci.
22-03-2007 17:48
Karvuna
   
Ocena:
0
Faktycznie dobre opowiadanie, jest tylko kilka błędów językowych (np. zamiast: "Ghyran dokonał wyboru już dawno, nie zostawiając go MI" powinno być MNIE) ale i tak bardzo mi się podoba...

22-03-2007 18:47
~fala

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Korekta trochę poległa - fakt. Ale reszta - pierwsza klasa... Congr...
25-03-2007 17:38
~goff

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
hmmm
Bardzo ciekawe opowiadnie, taka miła odskocznia do goblinów, orków i pomiotów chaosu. Jest tylko jedno "ale", czy w Starym Świecie byli sołtysi ?
31-03-2007 20:34
~adi

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
a burmistrzowie byli?
26-08-2008 11:00

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.