» Czytelnia » Opowiadania » Veltro

Veltro


wersja do druku
Autor:
Veltro


***

„Udo, Szczapa, teraz Veltro… Za mną zgliszcza i śmierć, przede mną noc”, upiory z wioski powracały każdej nocy. Wymykały się ze świeżych mogił, straszyły okrucieństwem, przyprawiały o dreszcze i ból. Co gorsza nie dawały się pogrzebać. Minęły już dni odkąd wyjechali starą klaczą zaprzęgniętą za wóz gospodarza. „Patrzaj, to jego nogi wystają spod góry futra i zębów. Słyszysz mlaski ucztujących na nim bestii?”, jęknął gryziony wspomnieniami. Gdzieś pośród tej niekończącej się nocy czasem zjawiał się ktoś obcy. Nie widział go, ale jego ryk przepędzał nawet najstraszniejsze mary. Gdy był on w pobliżu Udo nie bał się zasnąć.

Nie odzywali się. Chłopak wciśnięty w kożuch krasnoluda pozwalał się prowadzić gdziekolwiek, byle dalej od martwych przyjaciół. Ich chichot wciąż spędzał mu sen z powiek. Prosili by wrócił, szydzili, czasem nawet płakali. On płakał razem z nimi; Sapiehą, Zezowatym, Izydorą. A gdy nie miał już sił, zasypiał utulony skrzypieniem kół, zawodzeniem wiatru i pomrukami boru. „Czy nie powinniśmy jechać szybciej? Czy potwory nas nie gonią?”

Stanęli na popas. Kolejny dzień miał się ku końcowi, a noc łypała już groźnym okiem zza ściany drzew. Dopiero dziś zwrócił uwagę na krasnoluda, jak krząta się przygotowując miejsce. Dziwne, pewnie zatrzymywali się już wcześniej, ale nie mógł sobie przypomnieć kiedy to było ani jak.

- Idę po drewno – rzucił przez ramię krasnolud i ruszył w las.

Nie czekał na odpowiedź chłopca, bo i przez ostatnie dni jej nie otrzymywał. Tym razem jednak Udo zszedł z wozu i pobiegł za nim. Ciemność budziła las do nocnego życia. Odgłosy miękko i ospale przedzierały się przez biały puch. Krasnolud zerknął na Udo i wrócił do zbierania. Chłopak z postawionymi uszami chwytał dźwięki. Zdało mu się, że ta leśna symfonia zatacza wokół nich koło. Skowyt wilków, sapanie zmęczonego zwierza, pohukiwanie sowy, urwany pisk ofiary i znów wszystko od początku jak nieustający rytm bijącego serca.

- Zawsze wolałem las od domu – jego głos zakłócił na chwilę puls natury.

- Szukaj gałęzi pod drzewami iglastymi – odburknął krasnolud nie przerywając własnych poszukiwań.

Jednak chwilę później sam zatrzymał się zasłuchany w odgłosy lasu. Kucnął. twarz wykrzywił mu grymas obrzydzenia.

- Lasy są niepewne. Przeklęte po stokroć labirynty drzew, w których za każdym coś się czai. Nie sposób wszystkiego ogarnąć. Zapachy, odgłosy, idzie oszaleć – wybuchnął, ale szybko opanował wzburzenie i dodał już spokojniej:

- Las nie jest bezpieczny.

- To prawda, że tyle lat przetrwałeś w tamtej samotnej wieży?

Zza gęstej brody wychynął uśmiech.

- Taaa, grube mury i masywne drzwi chroniły mnie od zimna i zwierza, a długimi tunelami niosło się najmniejsze echo. Tam mogłem się bronić do końca swych dni.

- Więc dlaczego opuściłeś tamto miejsce?

- Czekałem tam chwili, kiedy bogowie upomną się o ciebie.

Kolana ugięły się pod chłopakiem, wsparty o konar by nie upaść zamknął oczy. Mroźne hausty powietrza wdychane łapczywie przebijały płuca ostrym bólem. Stali przez chwilę w milczeniu. Krasnolud ruszył dalej. Udo podszedł do niego. Twarz wciąż miał bladą, oddychał z trudem. Chwycił ciężkie jak głazy dłonie krasnoluda:

- Jak to? – szepnął.

- Nazbieram drew i odpowiem przy ognisku. Wracaj pod wóz i uważaj na konia.

 

Ogień dodawał ciepła i otuchy. Krasnolud zajęty czyszczeniem wierzchowca opowiadał chłopcu o nim samym.

- Stary Świat upada, a Udo jest jego częścią. Musisz stać się Veltro by przetrwać ich śmierć. Nie możemy znać wyroku zapisanego tam, w gwiazdach, ale możemy prosić o pomoc. Tak też odnalazłem ciebie, małe szczenię, które kiedyś wyrośnie na groźnego charta by spełnić podarowaną ci szansę. Atak potworów na osadę był znakiem. Gra rozpoczęta Veltro. A ty weźmiesz w niej udział. Gdy już będziesz gotów odbędziesz wędrówkę w głąb ziemi, by tam stanąć do walki ze swym największym wrogiem. Wyjdziesz stamtąd oczyszczony i powrócisz by rządzić.

- A jeśli przegram?

- Zostaniesz na wieczność pogrzebany w potępieniu, a wielu innych razem z tobą.

Nie pytał dlaczego. Nikt na to nie znał odpowiedzi. Jeszcze nie teraz.

- Jak masz na imię? – spytał Udo.

- Miałem ich wiele. Ludzie najczęściej nazywali mnie Miedzianobrody – uśmiechnął się, ale oczy pozostały niewzruszone.

- Dobrej nocy.

Dla szczenięcia to nie był dzień jak inne. Krasnolud uważnie obserwował go od poprzedniego wieczora. Veltro zaczynał się budzić. Zmarli zostawali w tyle, razem z chłopcem. Musiał podarować im Uda. Zmarli ścigali tylko jego.

„Udo, Szczapa, Johansen. Niebywałe z jaką łatwością porzucał skóry by stać się kimś innym. Więc to wszystko prawda. Znalazłem go”, jeszcze raz zerknął przez ramię. „Nie tylko zrobił się czujniejszy, ale twarz, oczy… Stawał się”.

 

- Niebawem dotrzemy przed ludzkie siedziby. Będziesz tam sam. Ja objadę wieś szerokim łukiem. Kup prowiant, owies, dwa koce. Nie pozwól by wypytywali cię zbyt długo. Będę czekał po drugiej stronie.

- Dlaczego nie jedziesz? – spod wielkiej czapki szare oczy podejrzliwie łypały na plecy krasnoluda.

- Nie ma potrzeby – rzucił.

Skrzypienie kół cichło za ścianą drzew. Spojrzał na niebo. Ciężkie, szare chmury zapowiadały śnieżycę. Poprawił rzemień torby i ruszył szybkim krokiem.

 

Najpierw dojrzał wąskie strugi dymu, później zaś wysokie słupy palisady. Brnął przez zaspy. W powietrzu zabrzmiało ujadanie psów i wykrzykiwane rozkazy. Kilkanaście jardów przed bramą dojrzał szare kaftany piechoty. Kilka par oczu zwróciło się nań, gdy tylko przekroczył próg osady. Naliczył kilkunastu żołnierzy; szare umundurowanie, stożkowate hełmy z nosalami, kolczugi i miecze. Jak najciszej pragnął przemknąć się przed ich srogimi spojrzeniami, ale psy wyczuwszy obcego obskoczyły chłopaka. Wygłodniałe paszcze z każdą chwilą szarpały ubranie coraz zacieklej. Któryś z wojaków odgonił je kopniakami i zbliżył się do chłopca. Czarne oczy uważnie śledziły twarz Uda.

- Skąd idziecie? – rzucił.

- Z Żółtych Wód panie – odpowiedział.

- Gdzie to? – pytał wojskowym tonem nawykłym do rozkazów.

- Nie wiem panie, matka mi zmarła, ojca dawno niedźwiedź pożarł to żem ruszył ze wsi. O stamtąd – wskazał na wschód – Wiele dni żem wędrował.

Żołnierz wysunął zęby i zarżał.

- I tak sobie spokojnie wędrowałeś kiedy wilków w okolicy więcej niż pcheł na pieskim grzbiecie?

- A bo to nie atakowały? Kilka razy się zdarzyło, ale zawsze na drzewo szybciej żem wskoczył. A bestie nie głupie widząc, że i tak posiłku ze mnie wiele nie będzie to odchodziły.

Z pobliskiej chaty wytoczył się, rozebrany do pasa kompan. Wyszukał półprzytomnym wzrokiem swego towarzysza i ryknął:

- O! tu żeś się uchował, kanalio. Już ci spirytus obrzydł? Z prostym żołnierzem to ty się nie napijesz. Co? – czknął.

Piechur o czarnych oczach odwrócił się.

- Dajże spokój zaraz przyjdę.

- Tyle lat razem, a jak cię tylko mianowali od razu żeś wszystko zapomniał – skamlał tamten.

- Idę, idę – burknął i ruszył do chaty. – Pilnujesz ty mnie Hospodyn jak baba – rzucił i zniknęli w środku.

Szczapa odetchnął z ulgą. Ruszył dalej. Mijał uśpione pod białą pierzyną chaty, koszary, młyn, małą kapliczkę wciśniętą pod ścianę palisady, a przy niej, jak wszędzie, kilku nędzarzy wykłócających się o miejsce. Na końcu odnalazł sporych rozmiarów gospodę. Nie doszedł do niej dalej niż na dwa jardy, gdy drzwi z hukiem wypadły przed izbę. Z ciemnego wnętrza wyskoczył niski, chudy jegomość. Ubrany w koszulę i rajtuzy przystrojone pstrokatą szachownicą. Gęsta peruka siwych loków krzywo zwisała z czubka głowy. Trzymaną w ręku błazeńską czapkę odrzucił z gestem w śnieg:

- Dość tego! – zapiał ochrypłym głosem.

Szczapa starał się ominąć pokrakę i wcisnąć do gospody, ale ręce tamtego natychmiast go pochwyciły.

- A tu jesteś – krzyknął i obrócił chłopaka do siebie. – Po co tam leziesz? Przecież to ja wyszedłem do ciebie – wydął wargi i parsknął śmiechem. – Tak, nie musisz już nigdzie chodzić.

- Odstąp mnie panie, mam pilne sprawy… - chwycił dłonie błazna, ale kościste paluchy jeszcze mocniej wpiły się w przedramiona chłopca.

- Czekaj tu mówię – zapach wódki i mięsiwa zionął Szczapie prosto w twarz. Zaczerpnął haust powietrza i zawył:

 

Samotnie upiór pod drzwi twe przybędzie

Pod skórą chłopca przemknie niepostrzeżony

Pomóż mu głupcze, a przyniesie ogniste orędzie

On bowiem śmierci i nocy zaślubiony

 

- Precz z drogi psi błaźnie – warknął Veltro i odepchnął krzykacza.

Chudzielec z piskiem runął w zaspę. Nie słuchając parskania tamtego i przerywanych śmiechem przekleństw wcisnął się w ciepłe progi gospody. Zapach jadła natychmiast otoczył chłopca. „Cóż miała znaczyć ta błazenada. Skąd znowu ta pieśń? A jeśli nie tylko Miedzianobrody mnie wyczekiwał? Przecież były i te bestie”, wzdrygnął się. Spojrzał po zebranych. Wszystko to chłopstwo skulone nad kubkami piwa czy spirytusu, ciche, spowite wśród szeptów a przez to złowrogie.

- A ty co za jeden? Skąd żeś tu? – zawołał pulchny mężczyzna zza szynku.

- Udo Johansen panie, przyszedłem po prowiant na trzy dni, koce i trochę owsa – wyrzucił jednym tchem. Z Żółtych Wód idę, bo mnie bieda z domu wygnała.

- To ciekaw czym zapłacisz? Ale skoro konia masz to chyba nie takiś biedny jak opowiadasz? – głos karczmarza pozostał przymilny, ale oczy czujnie oceniały przybysza.

Udo zamilkł, żadne kłamstwa nie przychodziły mu z pomocą. Widział, że coraz większe zainteresowanie wzbudza jego osoba. Strach wpełzł mu na kark i zupełnie pomieszał w głowie. Tym bardziej zdziwił się słysząc nieswój gniewny głos:

- Dla ciebie biedą może być jedna ślepa kura i pusty brzuch, Johansenom też nie wiele zostało, ale stać mnie wciąż na jadło i konia – odpowiedział nie podniósłszy nawet głosu. Szmer rozszedł się po sali. Zza pazuchy wydobył mieszek, kilka koron posypało się na szynk. „Znam ten głos. Jego groźny krzyk odganiał mary nocą i dodawał otuchy, gdy martwe twarze zaglądały mi przez ramię”.

Ujrzawszy złoto kupiecka żyłka obudziła się w handlarzu. Kilka osób w izbie zamilkło całkowicie.

- Do usług panicza – zawołał i rozłożył ramiona jakby miał zaraz uściskać chłopca. – A gdzie to koń wasz mości, czy mam posłać kogo by oporządził?

- Koń i sługa zostali przed osadą. Już mi zbrzydł koński grzbiet, z chęcią bym zatrzymał się na dłużej, ale pilne sprawunki gnają mnie dalej – mówił za niego wciąż ten sam nieprzystępny ton.

- A gdzież to podróżujecie, jeśli można spytać? – chytry uśmiech wykwitł na pyzatej twarzy.

- Przyszykuj to o com prosił – uciął.

- Oczywiście, jednak trochę to zajmie, za ten czas niech pan przejdzie do mojej izby, stara coś panu przyrządzi. Proszę za mną – poprosił uniżenie, ale ręce już pchały chłopca w kierunku brudnej zasłony. Udo na powrót wepchnął złoto za koszulę i pozwolił się prowadzić. W niewielkiej facjacie przy samowarze uwijała się niemłoda żona karczmarza.

- Jóźwa, przygotuj chłopcu coś na ząb zaraz, a tera chodź ze mną do komórki po prowiant.

Jóźwa odskoczyła od pieca łypnęła na Uda i bez słowa poszła za mężem. Dopiero, gdy zniknęli Udo posłyszał wściekły szept kobiety:

- Coś mi tu za nędzarza sprowadził, durny ty jeden…

W izbie było parno i brudno. Obok pieca na sznurach zawieszono bieliznę, na ziemi rozrzucono kilka sienników, pod oknem stał stół, a na nim leżały liście kapusty. Szczapę zainteresowały zioła zawieszone tuż pod sufitem. Z nie małą dumą stwierdził, że zna większość z nich. Usłyszał ciężki głos szynkarza i już miał wrócić pod próg, gdy z zawieszonych suszonek wypatrzył ukryte trucicielki. Włos mu się zjeżył, bo i te kilka razy przyrządzała Ciotka, kiedy wilki podchodziły do wsi.

Tłusta ręka szarpnęła zasłonę.

- Patrzcie go, jak się zadomowił, już mi się przy garach pałęta – krzyknęła Jóźwa, ale wcale nie gniewnym tonem.

Szczapa udał zmieszanie i ze spuszczoną głową odsunął się od samowara.

- Głodnym okrutnie, a tu zapachy takie, że kiszki skręca – wystękał.

Zdobył tym serce kobiety bo uśmiechnięta podeszła do pieca i nałożyła w miskę sporą porcję pazibrody.

- Stół zajęty, ale jużci siadaj na sienniku, którego z chłopców moich – podała miskę, ale zaraz wyrwała. – Czekaj no, widzę żeś głodny jak wilk, ale doceń kuchnie starej kobiety. Żebyś gdzie później nie gadał, tu u starej Jóźwy źle gotują, to masz jeszcze szczyptę przypraw.

„Tym, czomber”, wyliczał obserwując dłonie kobiety. „O żesz ty Lokusto przebrzydła, tak się mną zaopiekować chcesz”, kobieta sięgnęła po trutkę. Delikatnie rozgniotła wszystko w dłoni, sypnęła na jadło i starannie wymieszała.

- No teraz to już nie przygadasz – podała z matczynym uśmiechem miskę.

Jóźwa stanęła nad stołem. Mimo że zajęta kapustą, co chwila zerkała przez ramię. Veltro pochylił się nad jadłem i warknął. „Cóż robić? Bez sprawunków nie wrócę, zostanę to ubiją”.

- Dalibyście piwa do popitki droga pani – zawołał na Jóźwę

- Patrzcie go jeszcze piwa podaj, a zapłacić macie czym?

- Zapłacę – znów wyciągnął mieszek – nie martwcie się o to.

Kobiecie ślepia zabłysły. Natychmiast rzuciła się za szynkwas:

- Piwa! Piwa dla panicza – wołała ze śmiechem.

Veltro doskoczył do gara. Zrzucił truciznę do reszty i starannie wydobył czystą porcję dla siebie. „Jedzcie sobie psie syny”

- No, smakuje, smakuje, szybko żeś się uwinął – rzuciła zaglądając do prawie pustej miski.

- Jak dobre to się rozumie. No dajcie piwa. Długo tam jeszcze trzeba będzie czekać?

- Już wszystko gotowe, możecie ruszać – huknął gospodarz od wejścia.

Jóźwa kiwnęła mu głową. „Ach szubrawcy, nie chcecie trupa pod swoim dachem to teraz przecz. Trudna rada”

Rozliczyli się czym prędzej i Udo ruszył w drogę.

- STAĆ – pisnął kto za nim.

Pod gospodę biegł chuderlawy błazen z piechurem.

- Chwytać zbiega – wrzeszczał hardo, ale głos mu się łamał.

Udo nie czekał wyroku. Chwycił mocniej pakunek i pomknął do bramy. Ta nie była daleko. Żołnierze zostali przy pierwszej bramie dlatego nie musiał się bać pochwycenia. Pozostali tylko wartownicy a ci zaalarmowani mogli wsadzić bełt w plecy bez pytania. Jednak wrzask błazna oddalał się z każdą chwilą. Chłopak zwolnił i spojrzał za siebie. Dobry gospodarz już trzymał wojaka pod ramie tłumacząc coś ze śmiechem. Tylko pstrokaty jegomość wciąż wykrzykiwał i chciał wszczynać pościg. „Nie ma pośpiechu, przecież zaraz mam tu trupem paść”, zachichotał Veltro.

 

Miedzianobrody czekał w umówionym miejscu. Spokojnie trzymał wierzchowca zapatrzony w niebo. Wóz gdzieś zniknął. Udo powinien być wściekły na kompana. O włos uniknął śmierci. Zamiast tego chciało mu się śmiać, zawołał więc wesoło:

- Co z wozem?

- Veltro jest już dość silny, nie potrzebujemy go – odparł.

- Te psy próbowały mnie otruć – wskazał na szare smugi dymu. - Niebawem przybędą po moje złoto.

- Żyjesz a poznałeś najniższą warstwę zła – zdrajców. Resztą się zajmę. Daj koce.

Udo dobył pakunek i wręczył wszystko krasnoludowi.

- Wskakuj – zarządził i klepnął grzbiet klaczy.

- Na oklep?

- Masz! – odpowiedział Miedzianobrody i zarzucił koce na wierzchowca. – Teraz się pośpiesz.

 

Nadeszło ich czterech. Prowadzeni przez błazna włóczyli noga za nogą ze spuszczonymi głowami jak wygłodniałe psy. Veltro znów był sam. Oparty głową na karku wierzchowca, ze zwieszonymi bezładnie rękami wyglądał na trupa. Najpierw usłyszał dzwoneczki:

- Dryń, dryń – rozbrzmiały, gdy błazen podbiegł do konia.

Jego rybi pysk zajrzała w otwarte oczy chłopaka. Zmrużył powieki, chwycił Uda za włosy i przyciągnął do siebie. Veltro zbudził ostry ból, gdy trefniś chwycił zębami jego nos. Łzy napłynęły mu do oczu aż zamrugał kilka razy. Na szczęście głowa błazna odwróciła się w tej chwili do nadchodzących:

- Mieliście rację, szczere złoto – zachichotał.

„Złap powietrza”, kilka oddechów pochwyconych przez nieuwagę chudzielca. Ale już nadchodzili inni. Trzy ziemiste twarze skupiły się wokół ofiary. „Krasnolud nie przyjdzie, oszukał nas”, serce zabiło szybciej. Zimne palce wdzierały się poprzez ubranie. Po chwili ktoś krzyknął:

- Jest – sakwa wyskoczyła spod koszuli chłopca. Ten, który ją zabrał uciekł od reszty.

- Wracaj tu – kolejna osoba odbiegła na bok, ale ich kłótnię zagłuszył rechot błazna.

„Duszę się. Oddechu”.

- Tee, on dycha – żołnierz, który w osadzie próbował go ścigać nachylił się niżej.

Przysunął twarz do jego ust. Błazen ze śmiechu chwycił się za brzuch. Dłoń Veltro wśliznęła się za pas. Udo poczuł żar na całym ciele. Zdało mu się, że jakaś siła rozpycha mu kości i mięśnie. Zacisnął zęby i spojrzał w oczy wojaka.

- Dychaaaaa! – krzyknął i zerwał się. Veltro chwycił piechura za włosy a drugą ręką wymierzył straszliwy cios w gardziel. Nóż wszedł aż po rękojeść. Gorąca krew buchnęła na śnieg i chłopca. Błazen zamilkł na chwilę i z wrzaskiem rzucił się do ucieczki. Zapadła cisza, pozostała dwójka przestała się kłócić. W martwocie tej drobna dłoń sięgnęła po ostrze i wyszarpnęła je z ciała. Przeciągły chrzęst jak przy patroszeniu ryby sparaliżował złodziei. Przerażeni chłopi zamarli z palcami wszczepionymi w sakwę.

- Tru… Trup – wyjąkał jeden spoglądając to na kamrata to na chłopca.

Żołnierz leżał martwy a przed nimi umorusana we krwi wyrosła bestia. Żądza mordu potwornie wykrzywiała twarz chłopca, a oczy nabiegłe krwią wściekle łypały na niedoszłych oprawców. Już nie krzyk a skowyt przeszył bór.

Sakiewka upadła w śnieg. Chłopi zerwali się do biegu.

- Wilkołak!

- Bogowie pomocy!

Miedzianobrody podkradał się za Veltro.


Dobiegłszy bram osady, dwójka uciekinierów od razu spostrzegła ruch przed gospodą. Rozpychając zebranych wdarli się do izby gdzie w ostatnich drgawkach dogorywała Jóźwa.

- Matula! – krzyknęli równocześnie i upadli do jej rąk.

- Otruta – szeptano.

Znachorka bezradnie załamała ręce i ze spuszczoną głową wyczekiwała ostatnich chwil kobiety. Ta jednak nie chcąc tak łatwo rozstać się z ziemskim padołem wciąż chwytała ze świstem resztki powietrza spluwając gęstą pianą. Między zebranymi stał ten sam żołnierz, który wypytywał Szczapę na wejściu. On to wzniósł głos ponad ogólny lament i zwrócił się do płaczących synów Jóźwy:

- Czyście go ubili?

Jeden z chłopców odwrócił się od matki.

- Gdzież tam, to smok jaki. Zadźgał Jentka i na nas się rzucił, ledwo żeśmy dali radę uciec.

- Daleko nie uszedł, ludzi zbiorę, przed nocą jeszcze go dopadniem – odwrócił się do wyjścia, ale na ten czas do izby wpadł zdyszany błazen.

- A! Nie słuchali wy mnie! – zawołał z progu – Mówił przecie, że przyjdzie potwór w skórze dziecka przyczajony. A wy jeszcze go jadłem ugościli. Teraz macie zapłatę jakżem przewidział.

- Milcz pokrako, teraz już za późno – odezwał się po praz pierwszy karczmarz – Lepiej radźmy co robić?

Błazen zbył pytanie gospodarza i jął znów drążyć:

- Nie ku radości gawiedzi mnie pan z dworu podesłał – widząc gniewne spojrzenie karczmarza odwrócił się odeń czym prędzej i zawołał do zebranych:

- Widzicie przeto, że jest jak mi przepowiedział miłościwie nam panujący władyka. Zamiast żelazem i ogniem powitaliście bestię strawą i piwem. Macie teraz śmierć – zamilkł a na te ostatnie słowa, jakby czekając przyzwolenia, pożegnalne tchnienie wydała Jóźwa i zmarła.

Sierżant opuścił izbę czym prędzej, nim żałosny jęk rozszedł się po całej karczmie. Tylko błazen nie mogąc powstrzymać śmiechu ruszył w ślad za żołnierzem.

- Co najmniej dziesięciu – szepnął sierżantowi. – To potwór, panie Kurtz.

- Sam był? – zapytał nie zatrzymując się.

- A to mało? Jedna bestia?

- Ponoć był ze sługą.

- A gdzie tam, sam jeden na koniu.

- Ale ktoś konia musiał pilnować, gdy był w gospodzie. Koń uciekł, gdy chłopak zaczął się zmieniać?

- Umysł bystry, nie przeczę – błazen zapatrzył się na sierżanta i cmoknął. – W lot wszystko wyłapie. Jeśli sługa był, to uciekł, koń to samo. Ale to o chłopaka się trzeba martwić. Weźmiecie panie dziesięciu?

- Nie tobie o tym… Idź przecz – przyspieszył kroku i wpadł do koszar. Stamtąd już posypały się iskry.

- Znaleźć mi Hospodyna, a ty i ty na koń. NA KOŃ! – wrzasnął i sam wybiegł z budynku.

Niebawem czterech wojskowych galopem gnało przez śnieg. Gruby Hospodyn na przedzie z sierżantem, dwóch młodzików z tyłu, a za nimi, jak kolorowa wstęga, gnał błazen na takim samym jak i on chudzielcu. Orszak zatrzymał się dopiero przy zwłokach Jentka.

- Dryń, dryń – błazen dopadł reszty.

- Wy dwaj – sierżant wskazał na młodzików – zasypcie krew, zabierzcie trupa do osady i każcie pochować. A ty – odwrócił się w siodle do trefnisia – zabieraj swoje dzwoneczki i won!

- Panie, proszę – zapiszczał chowając czapkę pod siodło – pozwól jechać. Nie na darmo mnie tutaj podesłano. O to powierzono mi – sięgnął za koszule i wydobył stamtąd srebrny medalion – artefakt, który powstrzyma bestię. Muszę mu tylko go do czoła przyłożyć i wypowiedzieć magiczne słowa.

Hospodyn spojrzał na trupa i w gniewie zapytał:            

- Czemuś go nie użył, gdy zarzynał Jentka?

Ściągnął grube rękawice i podjechał do błazna. Ten przeczuwając najgorsze zakrył głowę:

- Do tegom potrzebował dwóch silnych ludzi, którzy przytrzymają bestię. Niestety tchórz obleciał obydwu i sam ledwom uciekł – wytrajkotał i chwycił dłonie Hospodyna błagając o miłosierdzie.

Hospodyn odepchnął jego ręce i przyjrzał się medalionowi. W srebrze po jednej stronie wyryto wilka z otwartą paszczą po drugiej zaś młot Sigmara

- Hospodyn? – zawołał sierżant.

- Dziwne to – splunął pod kopyta chudej szkapy i uniósł wisiorek wysoko aż błazen stanął w strzemionach. – Zwyczajne na pewno nie jest, ale czy pomoże nie wiem…

- Jeśli coś pójdzie nie tak, zawiśniesz żartownisiu – uciął sierżant – Weź od żołnierza płaszcz i nakryj te kolorowe barachło. A gębę otworzysz jak ci pozwolę.

- Czy musimy odsyłać żołnierzy – zagadnął już spokojniejszy.

- Ubiję kurwiego syna – zaklął Kurtz przez zaciśnięte zęby.

 

                                                                        * * *   

           

Stali pochyleni tuż nad zwłokami żołnierza. Jego przerażony wzrok spozierał na nich wprost z krainy umarłych. Zapach krwi wciąż unosił się w powietrzu i drażnił nozdrza. Uszy wychwyciły szelest. „Za plecami!”, odwrócił się. Kij wymierzony w potylice grzmotnął chłopaka w skroń. Udo runął w ciemność. Miedzianobrody odrzucił gałąź wyciągnął chłopaka z zaspy i przystawił ucho do piersi. Uśmiech ulgi rozjaśnił twarz:

- Bije jak dzwon – sapnął i zarzucił nieprzytomnego na ramię.

Koń nie uciekł daleko, czując jednak krew, a może coś więcej, oddalał się od Miedzianobrodego i chłopaka. Krasnolud ułożył Uda pod drzewem i wściekły ruszył za kobyłą.

 

Udo ocknął się w pustej izbie. Poznał mieszkanie karczmarza. Tym razem sienniki nie były puste. Na każdym ułożono ciała:

- Połóż się z moimi chłopcami – usłyszał głos Jóźwy za uchem.

Odwrócił się. Stała tuż za nim. Blada, z twarzą umorusaną w pianie i krwi. Odsunął się w głąb izby. Postąpiła za nim.

 - No jużci panicz się nie boji i uściska starą kobietę – rozłożyła ramiona.

Udo rozejrzał się za wyjściem, ale brudna zasłona gdzieś zniknęła, martwa karczmarka przysłoniła sobą wszystko. Gdy otwierała usta, z brody strumykiem, pociekła ślina. Wyciągnęła ręce do chłopaka. Cofnął się o jeszcze jeden krok i poczuł, że ktoś chwyta go za but.  Klepisko uciekło mu spod nóg, izba zawirowała przed oczami, zamachał rękami i upadł. Nie uderzył jednak o twardą ziemię. Otworzył oczy. Nieruchome oczy synków wpatrywały się w niego. Próbował wstać, ale splątany w ich zimne uściski nie mógł nawet wydobyć rąk. Kilka powiek mrugnęło. Ciała drgnęły. Czyjeś dłonie zacisnęły mu się na szyi:

- Pomóż! – zawołał nie czując nawet łez zalewających mu policzki. – Pomóż!

Gniewem wykrzywione twarze zaglądały mu prosto w oczy:

- Będzie nas więcej – szeptały.

- Dlaczego tak mało? – krzyczała Ciotka.

- Miedzianobrody! – zawołał po raz ostatni zanim znikł pod stosem ciał.

- Zabijcie go – zawołał krasnolud.

 

Zabijcie…

 

- Zabijcie go póki nieprzytomny – głos przedzierał się przez ścianę bólu i światła. Cienki i ostry jak sztylet.

- Kazałem ci milczeć i pozbyć się tej durnej czapki – rozkazał inny.

Rozchylił powieki i natychmiast je zamknął sycząc z bólu. Lewa część twarzy zamieniła się w pulsujący gorącem wosk. Zdało mu się, że wystarczy przytknąć doń palec, by wydrążyć w niej dziurę. Otworzył prawe oko. Nad sobą zobaczył trzy rozmazane punkty.

- Budzi się – nerwowy szept – trzymajcie go jeśli wam życie miłe.

Czyjeś ramiona przycisnęły go do drzewa.

- Ktoś mu ładnie gębę obił – odezwał się trzeci.

Udo powoli zaczął poznawać wszystkie trzy postacie. Plamy nabrały ostrości i ujrzał wpatrzone weń twarze. Spod czepca, czarne jak węgle, patrzyły nań odważnie oczy sierżanta. On też wypytywał go zaraz po wejściu do osady. Drugi kompan, który na wpół rozebrany wytoczył się z chaty, teraz na potężne cielsko narzucił futro z borsuka. Trzeci był najgorszy. Błazen co chwila łypał na wojskowych i chłopca machając mu przed twarzą srebrnym medalionem. Stożkowa czapka co chwila opadała mu na oczy.

- Już? – skamlał jak podniecony szczeniak.

- Milcz – odezwał się czarnooki. – Tyś zabił mi żołnierza?

Udo próbował się poruszyć, ale potężne dłonie natychmiast ścisnęły ramiona.

- Napadli na mnie, musiałem się bronić – wystękał.

- Żona karczmarza też na ciebie napadła? – pytał żołnierz.

W pierwszym momencie Udo nie mógł zrozumieć o co chodzi temu groźnemu wojowi. Błazen natychmiast wykorzystał ciszę:

- Wy… Wykręca się panie Kurtz, nie ma go co pytać – przysunął medalion bliżej twarzy chłopca.

Lęk natychmiast przeszył Veltro. Zmieszał się całkiem i zapomniał już o co go pytano.

- Kto cię uderzył? Nie łżyj tylko, wiem, że żaden z tych co cię napadli. Gdzie twój sługa?

„Nie mów”, krzyczał w nim jakiś głos.

- Miedzianobrody, to on mnie ogłuszył, ale nie jest mym sługą – odpowiedział zrezygnowany, bez szans na uratowanie życia.

Błazen parsknął śmiechem i zawołał:

- Sam, straszny Miedzianobrody kija na niego nie pożałował. Hahaha! To nie miał on nic innego pod ręką?

Hospodyn jednak pobladł. Chwycił chłopaka za twarz aż ten wrzasnął i spojrzał mu prosto w oczy:

- Mów prawdę, i tak zawiśniesz, teraz możesz jednak oszczędzić sobie męczarni przed śmiercią. Czy był z tobą Miedzianobrody?

- Hospodyn, przecież to baje – Kurtz z niedowierzaniem spojrzał na przyjaciela.

- Nie wiem czy to on, jakżem go spytał o imię to rzekł, że takie mu imię ludzie nadali.

- Gdzieś go spotkał? – rzucił Hospodyn.

- Tam gdzieśmy się rozstali – głos za pleców przestraszył wszystkich. Ciężki niczym wina, surowy jak kara.

Na polanie stał krasnolud. W ręku wciąż trzymał cugle, a koń stał już spokojniejszy. Błazen cofnął się za drzewo. Hospodyn i Kurtz dobyli broni:

- Trzeba było cię dobić starcze – Hospodyn głos miał spokojny, ale oczyma już rozglądał się za drogą ucieczki.

Krasnolud puścił wierzchowca.

- Tyś to ten Miedzianobrody? – pytał Kurtz, ale fachowym okiem już mierzył wroga, małymi kroczkami zbliżając się do celu.

- Nie inny.

- Prawdą jest więc, że ojciec mój, Kurtz, walczył u twego boku? Walczył i bronił osady naszej?

- Ojciec twój nie znał co to zdrada ni zdrajca – szare oczy zaciążyły na Hospodynie.

Wielki jak dąb żołnierz zmieszał się pod tym spojrzeniem i cofnął o krok. Kurtz przystanął i spojrzał na kompana:

- Tyś próbował zabić tego krasnoluda?

Odgłosy dzwoneczków niknęły już w gęstwinie drzew. Hospodyn przysunął berdysz do twarzy, jakby za nim szukając ukrycia. Zapadłą ciszę przerwało zawodzenie. Najpierw jeden głos, a zaraz po nim kolejne, bliżej:

- Wilki poczuły krew i mięso – odezwał się Hospodyn rozglądając dookoła.

To nie krew jednak, a tym bardziej nie ciało Jentka zwróciło uwagę wilków. Żołnierze zdążyli już zabrać trupa. Bór zamilkł. Grobową ciszę mąciło tylko sapanie chłopca. Oczy wszystkich zwróciły się w jego stronę. Siedział pod drzewem z podkulonymi nogami, pięściami zaciśniętymi przy twarzy i pustym wzrokiem wlepionym w niebo, z trudem chwytając oddech. Ciałem wstrząsały coraz silniejsze drgawki.

- Szybko, gdzie medalion? – krzyknął Hospodyn i wzniósł ostrze nad głowę Uda.

Dzwoneczki dawno zamilkły.  Powróciły wilki. Potężne ramiona wzniosły berdysz wyżej, nad głowę.

- Stój – krzyknął Kurtz.

Oczy Hospodyna rozszerzył strach, zerknął jeszcze na sierżanta i uderzył. Wielkie jak koński łeb ostrze gruchnęło w konar. Hospodyn spojrzał pod nogi. Chłopak na czterech łapach jak pies niknął w poszyciu.

- Zdrajcy – wycharczał.

Resztę przykryła zimna biel. „Pomiłuj Kurtz”, zdążył pomyśleć Hospodyn nim runął pod drzewo.

Kurtz jednak nawet nie zdążył drgnąć. Stał zapatrzony w chaszcze, za którymi znikł Veltro. „Uskoczył spod ostrza w mgnienie oka, przy kolejnym na czworaka pędził w bór. Czary!”. Dopiero usłyszawszy jęk Hospodyna, spojrzał na kompana, gdy ten gramolił się spod zaspy jak niedźwiedź zbudzony z zimowego snu.

Wokół zaroiło się od wilków. Przebiegały o kilka jardów od nich. Ze zwieszonymi łbami, rozszalałe i głodne.

                                                                       

* * *

 

Nie zatrzymywali się. Zimno pobudzało ich do biegu. Krzyki i wycie wilków były ledwo słyszalne. Daleko poza ścianą zewu. Przed nimi rósł cały świat. Na razie, zbyt wielki by go ogarnąć, mknął niewyraźnymi plamami przed oczami. Ale z czasem nauczą się go poznawać. „Raz jeszcze”. Ręce i nogi prężyły się do skoków, wpadał w kolejne zaspy, wył i gnał dalej. Słońce mknęło nad nimi ku zachodowi, a oni wraz z nim…bliżej nocy. W końcu jednak strach i gniew ustępowały zmęczeniu. Zwalniali, a bór razem z nimi. Hucząca w żyłach krew stygła. Zatrzymywali się. Chłopiec ze zdziwieniem zobaczył, że jest nagi. Skostniałe członki zaczynały pulsować ukłuciami tysięcy drobnych igieł. Wkrótce przyjdą gorące dreszcze i otępienie, aż wreszcie ciało wykręci rwący ból. Jęk rozpaczy uciekł wraz z parującym oddechem. Spróbował wdrapać się na drzewo. Wskoczył i oplótł konar nogami. „W górę, dalej od tej piekącej bieli”. Wbił palce. Mięśnie chudych ramion napięły się pod skórą. Ścisnął uda i wyciągnął dłonie do gałęzi. Koniuszki palców musnęły ją. „Jeszcze trochę”. Splótł dłonie i zamknął uścisk. „Teraz nogi”. Rozluźnił nogi i podciągnął je niewiele wyżej. Ramiona piekły. „Jeszcze raz”. Zacisnął uda i wyciągnął ręce. Palce oplotły gałąź. „Tak”. Skowyt wiatru wdarł się przez korony drzew. Silny podmuch strącił go jak muchę. Zatonął w zaspach.

 

Dryń, dryń…

                                                            * * *

 

Wilki nie czekały długo. Hospodyn odwrócił się by wyszarpnąć berdysz. Trzy szare pręgi natychmiast przemknęły koło Kurtza.

- Hospodyn… - wrzasnął.

Hospodyn jednak zdążył tylko zerknąć przez ramię, gdy wielka paszcza zakleszczyła się na jego policzku. Kolejne kły zmiażdżyły mu udo i ramię. Odskoczył od drzewa. Zawieszony na jego twarzy wilk wierzgał przy każdym ruchu. Kutz, chwycił go za tylne łapy i nadział na miecz. Hospodyn wrzasnął. Wraz z wilkiem odrywano zeń pół twarzy, krew chlusnęła na kark i zbryzgała śnieg. Kolejne bestie rzucały się do walki.  Hospodyn rąbnął ramieniem o drzewo, gruchocząc napastnikowi kości. Kurtz spojrzał na Miedzianobrodego. Ten stał nieporuszony i zapatrzony gdzieś w dal. Sierżant zdążył tylko oswobodzić miecz i zasłonić się przed atakiem. „Krasnolud pomoże, ojciec opowiadał”. Wilk skoczył mu do piersi, cofnął głowę przed jego zębami, a kły innego szarpnęły go za nogę. „Pomóż”, ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Oczy krasnoluda wionęły lodowatą szarością. „Zginąłem”, pomyślał i z wrzaskiem runął w kłębowisko sierści. Hospodyn nie zdążył już dobyć oręża. Odrzucał skaczące nań bestie gołymi rękami. Miażdżył, rozbijał, odpychał aż opadł z sił. Kolana ugięły się pod tą niezmordowaną siłą, poczuł przez chwilę ucisk na krtani, a resztę przykryła ciemność. Wilki rzuciły się na wierzchowce.

 

                                                            * * *

Dryń, dryń…

 

Znów skądś go zabrano, znów widział umarłych, ale nie pamiętał już gdzie i kogo. Pamiętał za to ciepło. Teraz dreszcze zimna przyprawiały go o szaleństwo. „Gdzieś jednak ciepło”. Nie otwierając oczu wyciągnął dłonie. „Skąd dochodził żar? To nie sen”. Usłyszał trzask palonego drewna. „Ogień”. Uchylił powieki. Wciąż był w lesie, ale owinięty płaszczem a przed nim paliło się ognisko. Ktoś odgarnął również śnieg. Spróbował się podnieś, ale ciało unieruchomiły bryły lodu. Podsunął do ciepła powykrzywiane palce.

 

- Dryń, dryń.

Udo podniósł głowę. Tuż nad nim, na gałęzi przycupnął chudy trefniś. Podłużną twarz wykrzywiał grymas zadowolonego padlinożercy.

- Co chcesz? - szepnął Udo. – Gdzie Miedzianobrody?

- Oooo, nie ładnie. Ni podziękowań ni łez wdzięczności? Tylko gdzie kurdupel? – zaskrzeczał z obrażoną miną.

- Tyś mnie wyratował? Dopiero chciałeś ubić – skurcze żołądka przypomniały boleśnie o głodzie, a usta i gardło paliła suchość.

- Nie tak dopiero, poza tym nie na ciebie żem polował, a na niego – wskazał na szyję chłopca.

Udo sięgnął tam i ze zdumieniem wyczuł medalion.

- Cóż to?

- A to właśnie na tamtego, żeby nam nie przeszkadzał w rozmowie – zniżył głos do szeptu i zerknął przez ramię.  – Licho nie śpi, chcesz zabiorę cię ze sobą, to może coś poradzimy na niego.

- Daj mi spokój. Gdzie Miedzianobrody? – zacisnął palce a rzemieniu.

- Aaa… Ani mi się waż! – wrzasnął błazen i dobył zza pleców pistolet skałkowy. – Zabierz palce albo dostaniesz w oko. Do kogo ty chcesz iść, do tego tchórzliwego gnoma? Do tej pory radziłeś sobie bez niego, a mój pan może naprawdę pomóc.

- A twój pan – zmusił skostniałe członki do wczołgania się pod ognisko. – A twój pan ma kozi łeb i napada osady z bandami mu podobnych. Widziałem ja takich w swoim życiu.

Błazen zasępił się.

- Niestety chłopcze masz rację. Jeśli chodzi o dowcip, to nazwałbym go nawet oślą głową. Jemu podobnych na szczęście nie ma, bo świat może znieść tylko jednego takiego gbura, a osady zostawia swoim skarbnikom, którzy w jego imieniu grabią prosty lud. Nie mi jednak tutaj decydować o twych losach.

Chudzielec, gibnął się w tył, rozłożył ramiona i trzepocząc jak skrzydłami „sfrunął” w zaspę.

- Szybka decyzja, panie Jakiśtam. Zostajesz tu dla ochłody albo ruszaj ze mną. Jakbym chciał cię ubić nie oddawałbym mojego płaszcza. – Podszedł do chłopaka i ściągnął z niego okrycie. – Oddawaj – zawołał z miną oburzonej damy.

- Idę, idę – wrzasnął chłopak i rzucił się po płaszcz.

Błazen uniósł odzienie wyżej.

- Hmmm?

- Dawaj.

- Hmm?

- Proszę - wyskamlał

- Chodźmy po resztę – rzucił płaszcz. – Po Jentku zostały buty – zakrył dłonią uśmiech, ale chichot przedarł się przez palce i umknął daleko w las.

Za Udo podążyli zmarli.

- Gdzie są ciała? – dociekał wciskając buty Jentka i bogowie wiedzą czyją koszulinę oraz spodnie.

- Tu, tam, gdzieś tam sobie krążą – zatoczył ręką szeroki łuk. - Masz królika, oporządź bo musisz co zjeść, wody też ci nie poskąpię – rzucił mięso i bukłak

Po szybkim posiłku ruszyli dalej. Błazen szedł pewnie, zdawało się dobrze zorientowany w terenie.

- Jak to? Gdzieś sobie krążą? – spytał w końcu nie mogąc jednak powstrzymać drżenia głosu.

- Ano wilcze plemię się obżarło i rozbiegło po krzakach. A co żeś myślał? – starał się cały czas trzymać o kilka kroków przed Udo, więc tylko zerknął na chłopca i posłał mu łobuzerski uśmiech. Uśmiech jednak szybko zniknął z jego bladej twarzy:

- Stój! – rzucił i doskoczył najbliższej sosny. Chude palce uczepiły się kory. Przyciśnięty do drzewa wysunął długą szyję i nastawił nos pod wiatr. Zaciągnął się kilka razy i zeskoczył.

- Dobrze… dobrze – machnął na chłopca. – Chodźmy szybko, droga powolna, ale bezpieczna.

Znów ruszyli przez ciemność gęstwiny.

- Powiedz – zadźwięczał głos błazna po chwili. – Czy to nie dziwi panicza? Dwóch karczmarzy waszmość poznał a każden na życie twe dybał.

„Teraz waszmość, ach ty pokrako wstrętna”.

- Może to już tacy z urodzenia zatraciciele przeklęci – odpowiedział niechętnie.

- A borsuki? Jaką mądrość o nich waszmość powie? - zakpił

- A co z nimi na bogów? – odrzekł rozdrażniony.

- A bo widziałem też dwa i żaden nie polubił waszej cudowności – zachichotał a Udowi zdało się, że to sama ciemność z niego szydzi.

- Jakich dwóch, o Patyku prawisz błaźnie?

- Skąd wiesz o nim? – stanął. – Gadaj.

- Patyk to raz, drugi miał tylko jego skórę, ale dla nich to wystarczy.

- Hospodyn… - skrzypienie kroków błazna oddalało się z każdą chwilą. Podbiegł za nim – Ale co to znaczy? Skąd wiesz o Patyku? Co za oni, mów proszę.

- A co tam, ja to nie lubię na próżno mielić ozorem…

- Żeby cię… szepnął.

- Co tu dużo gadać, słyszałem kiedyś taką pieśń i był w niej Chart, który chadzał cichoszem do karczmy. Karczmarz, który znajdował ślady szkodnika rzecz jasna ubić chciał szczeniaka, ale zdaje mi się, że historia ta mówi też o Borsuku, bo to on właściwie szkody czynił. – błazen zamilkł.

- Zaśpiewaj, proszę zaśpiewaj mi tą pieśń – cichutko poprosił chłopiec.

- Pfe, przebrzydły prześmiewco przeklinam po pięćkroć – zaklął trefniś. – Za kogo mnie uważasz? Jakiegoś nadwornego drapistruna? – chrząknął obrażony. – Ja nie śpiewam. Ja żartuje – dodał już spokojniej, z lekkim smutkiem w głosie

- A gdzie podziało się waszmości-cudowności? – uśmiech mimowolnie wykwitł na twarzy Uda. – Pod karczmą żeś piał jak kogut, to teraz nie możesz?

- Pod karczmą byłem pijany i wstydzę się tego, przyznaję braciszku – zasmucony trefniś pociągnął nosem.

„Coś nowego”, podchwycił chłopiec, zapytał zaś:

- Więc powiedz choć jaki morał z przyśpiewki

- Przyśpiewki? Błazen aż się żachnął – Żeby cię… Morał taki, omijaj złych Karczmarzy i podlejsze Borsuki.

„ Postaci jak z kart Ciotki”, przypomniał sobie wróżby starej.

- Zapamiętam sobie. A czy pod tą czapą nie ma borsuka? Daj no sprawdzę – zawołał i pobiegł za błaznem. Ten tylko pisnął, chwycił czapkę i pomknął jak strzała. Udo wybuchł śmiechem, ale nie zwolnił. Na krótki czas zniknęły wszystkie jego troski.



Powiązane z tym tekstem: Ostatnia podróż - kolejne opowiadanie konkursowe .



Czytaj również

Komentarze


~Blizzardion

Użytkownik niezarejestrowany
    Scenariusz = Książka
Ocena:
0
Jak ja wam siekne opowiadanie, to będziecie je czytać pol roku. Walne nawet całą książkę! Ot co! Ale najpierw muse se ją napisać. :]
25-05-2006 21:50
~Keddar

Użytkownik niezarejestrowany
    Rozczarowanie
Ocena:
0
Kiepskie opowiadanie i mało klimatyczne. Szkoda było czasu...
20-07-2006 10:37
Dl-fan
    mhm
Ocena:
0
Zagmatwane,ciezkie i dziwne....
02-01-2007 19:29
dzemeuksis
    Frapujące
Ocena:
0
Zgadzam się z przedmówcą. Mimo wszystko mnie opowiadanie wciągnęło i czytałem je z zaciekawieniem.
05-03-2008 11:19

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.