» Czytelnia » Opowiadania » Świętoszek

Świętoszek

Świętoszek
Magnus przeklinał dzień, w którym poznał Maciorę. Fakt, nie można powiedzieć, żeby wówczas się z tego nie cieszył – nie dość, że upiekło mu się solidne mordobicie, to jeszcze znalazł pracodawcę. Dość szybko jednak wyszło szydło z worka. Magnus nigdy nie bał się oberwać, wszak ulice Nuln to nie salony, ale co innego burdy i łamanie innym nosów, a co innego kopanie we trzech leżącego, czy grożenie jego rodzinie. Nie nadawał się do takiej "roboty" i wiedział, że będą z tego problemy.

Gdy był młody, zawsze trzymał z braćmi. Owszem, byli też kumple, ale rodzina to jednak co innego. Wpoił mu to ojciec, który do końca swych dni żałował, że nie został kapłanem Sigmara. Staruszek próbował to sobie zrekompensować porządnym wychowaniem synów, ale żaden z nich nie wstąpił na służbę do świątyni. Dał im nawet imiona po znamienitych cesarzach: Magnus, Hundrot i Mandred. Bracia mieli lżej, wszak ich imiennicy to Smokobójca i Szczurobójca, ale Magnus nosił przydomek Pobożny, co najstarszemu z braci zapewniło przezwisko Świętoszek. Nie lubił gdy tak go nazywano i potrafił to okazać, ale przezwisko i tak zostało.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Może gdyby nie przezwisko, nie byłby taki skory do bitki, a wówczas kto wie - może w "Pijanym Marienburgczyku" nie złamałby nosa Paluchowi i nie naraził się na odwet jego kumpli. Nie poznałby ich pryncypała, Maciory, i nie wpakował się w to bagno. O tym właśnie myślał, kopiąc leżącego zbira po brzuchu, głowie i rękach. Zbira, który jeszcze nie tak dawno był jego kompanem.

Poszło o kupca Joachima Pferdemanna, a właściwie o jego syna. Stary nie zapłacił w terminie odsetek od pożyczki, tłumacząc się zastojem w interesie. Nie szło mu za dobrze, ale lepiej nie zapłacić podatków niż nie oddać Maciorze, bo to pierwsze kończy się co najwyżej konfiskatą mienia albo więzieniem, a to drugie… Ludzie Maciory, czyli Magnus wraz z kompanami, obili Pferdemanna dwukrotnie, zdemolowali mu kantor, odstraszyli klientów i okradli. Zdawać by się mogło, że to koniec, ale jednak nie - Maciora chciał pieniędzy i miał pomysł, jak je dostać. Magnus wiedział, że na tym się nie skończy.

Pferdemann miał syna Karla. Złamał się, szlochał, prosił, błagał – wszystko, tylko nie jego dzieciak - ciągle nie miał jednak pieniędzy. Maciora tym razem źle wybrał ludzi, bo złamał się nie tylko Pferdemann. Magnus też miał syna, zupełnie innego niż ten cherlawy dwunastolatek, ale rozumiał starego kupca.

Dlatego, zamiast grozić Pferdemannowi, kopał swego kompana Ulricha, który nie potrafił tego zrozumieć. Może Magnus dałby mu spokój, gdyby wiedział, że nawet tak wielki chłop może umrzeć od wielu obrażeń wewnętrznych; odpuściłby nawet mimo że to Ulrich pierwszy wyjął nóż. Ale Świętoszek tego nie wiedział, toteż Ulrich zmarł dwa dni później.

*****


Dopadli go w Małym Miragliano, tileańskiej dzielnicy położonej ledwie dwie ulice od jego rodzinnego domu. Gdy miał dwanaście lat, niemal w tym samym miejscu oberwał od tileańskich rówieśników. Wówczas pomogli mu bracia, których teraz jednak nie było. Podobnie, jak przed ponad dwudziestu laty napastników było czterech, z tą jednak różnicą, że za pasami mieli ostre noże, a w rękach okute żelazem pałki.

Zaszli go z dwóch stron ulicy: na wprost miał Palucha i Karla Szczura, a za plecami Długiego Alberta i Prosiaka, pupila Maciory. Paluch szczerzył zęby, a raczej to, co z nich zostało, w nieszczerym uśmiechu – miał z Magnusem na pieńku od ich pierwszego spotkania i można powiedzieć, że długo czekał na tę chwilę.

- Kogóż to moje nieszczęśliwe oczy widzą? – wycedził. – Nasz chłopaczek wraca do domu. Pewnie ze świątyni, he, he. Ale tym razem modły nie pomogą, Świętoszku, tym razem będzie bolało, oj, będzie...
- Tak, jak ostatnio? – zapytał Magnus i uprzedzając atak, uderzył napastnika głową w nos.

Paluch zawył, ale ustał na nogach. Magnus chciał poprawić, ale nie zdążył. Pierwsza pałka uderzyła poniżej kolana, a druga niemal równocześnie w żebra. Upadł, starał się zakryć głowę, lecz nie był w stanie powstrzymać ciosów wymierzanych ciężkimi butami.

- Będę cię kopał… jak ty Ulricha… psie… aż zdechniesz… – wycharczał Paluch, trzymając się za nos – a potem odwiedzę twoją matkę, bo wiem, gdzie mieszkasz...

Magnus próbował poderwać się na nogi, ale kolejne uderzenie przygniotło go do ziemi. Z pobliskiej karczmy "Kwiat Miragliano" wyszło kilku podpitych Tileańczyków. Beznamiętnie obserwowali zajście – zatargi między miejscowymi nigdy ich nie interesowały. Magnus zdołał wydusić z siebie ledwie dwa słowa: "Ratujcie bracia!" Zapewne nie wywarłby tym żadnego wrażenia, gdyby nie fakt, że było to jedyne zdanie, jakie potrafił powiedzieć po tileańsku.

Było zbyt ciemno, aby rozpoznać leżącą w rynsztoku ofiarę. Jeden z Tileańczyków cofnął się do karczmy i po chwili na ulicę wybiegło kilku jego kompanów. W rękach zalśniły sztylety, w drzwiach zamajaczyła wynoszona, mimo lamentów szynkarki, ława. Prosiak przytomnie rzucił się do ucieczki, ale jego kompani nie byli na tyle rozsądni. Wywiązała się krótka, nierówna walka. Paluch wywijał młyńca okutą pałką, Długi Albert próbował pójść w jego ślady, ale trzymana przez Tileańczyka ława miała większy zasięg i wymierzone nią silne uderzenie podcięło mu nogi. Szczur oberwał sztyletem pod żebra, cienka strużka krwi i śliny ciekła mu z ust.

Leżący Magnus, znalazłszy się nagle poza zainteresowaniem obu grup, z najwyższym trudem odpełzł w pobliski zaułek. Broczył krwią z wielu ran, miał pęknięte żebra, zwichniętą lewą kostkę i bez liku siniaków. Wspierając się ramieniem o parkan, wstał i ruszył w stronę domu. Za jego plecami dogorywała walka: Karl Szczur zdychał w rynsztoku, leżącego Długiego Alberta kopało trzech Tileańczyków i tylko Paluchowi udało się przebić. Przed chwilą myśliwy, teraz zwierzyna, utykając uciekał przed dwoma napastnikami.

Magnus nie mógł pozostać na miejscu, bo Tileańczycy nie znali się na żartach. Nie mógł też wracać do domu i czekać, aż Paluch pozbiera się i zapuka do jego drzwi. Powłócząc nogami, wlókł się od zaułka do zaułka. Po drodze umył twarz i ręce w beczce z deszczówką. Miał sprawę do załatwienia. Już, teraz. Wiedział, którędy Paluch będzie wracał i wiedział, że musi go dopaść. Niedawny kamrat nie dał długo na siebie czekać. Magnus nie miał siły ani ochoty na "uczciwą" walkę, ledwo zdołał wbić mu nóż w plecy. Chwilę potem przysiadł zmęczony przy swojej ofierze, odchylił głowę do tyłu i ciężko dysząc, spojrzał w oblicze Manslieba.

- Niebo gwiaździste nade mną i... coś tam, coś tam – wymamrotał wyczerpany fragment zapomnianego poematu.
*****


Dźwięk rozbijanej szyby przerwał niespokojny sen Petera Sweinsteina. Lichwiarz poderwał się z łoża nie wiedząc, czy kląć, czy dziękować za przerwanie koszmaru. Nie dość, że w ostatnich dniach wszystko szło nie tak, to jeszcze w nocy miast spać, przewracał się z boku na bok, a gdy już zasnął, to budził się zlany zimnym potem. Sięgnął ręką po stojącą nieopodal butelkę, pociągnął spory łyk wina i oprzytomniał się na dobre.

- Ty w zad chędożony bękarcie marienburskiej dziwki! Niech no ja cię... – wycharczał, patrząc na okno. Szyba nie nadawała się już do niczego, a ceny szkła nawet w Nuln były koszmarne. – Nie wiesz z kim zadarłeś, łachmaniarzu, już ja cię nauczę!

Zapalił lampę oliwną. Na środku pokoju leżał owinięty papierem sporej wielkości kamień. Czyżby list? Gdy był młody, sam wysyłał tego typu wiadomości, teraz miał ludzi, którzy przekazywali jego słowa aż nazbyt wyraźnie. No właśnie, ludzie...

Dwóch jełopów wysłanych po pieniądze do starego Pferdemanna nie wiedzieć dlaczego skoczyło sobie do gardeł. Jeśli wierzyć Ulrichowi, który nim zdechł, zdołał to i owo powiedzieć, cholerny Świętoszek chciał bronić kupca. Dobre sobie, pewnie znaleźli grubszą sakiewkę i chcieli podzielić się za plecami Petera, tyle że jeden z nich był zbyt głupi i zachłanny. Dzień później okazało się, że Duży Heinz, jak na razie właściciel gospody "Ślepa Świnia", nie zamierzał respektować wykupionych przez Sweinsteina weksli, na dowód czego obił szkaradnie Karalucha, posłanego z pismem i warunkami "współpracy". Chłopak nie będzie się do niczego nadawał przez kilka tygodni.

Dochodzenie swoich praw przed sądem to jedno, ale nikt nie będzie podważał reputacji Petera Sweinsteina w jego dzielnicy. Przejmie tę cholerną knajpę, to tylko kwestia czasu i właściwych ludzi. No właśnie, ludzi… Czterech pozostałych poszło nauczyć rozumu Świętoszka. Okazało się jednak, że ten zapchlony gnojek miał układy z Tileańczykami i skończyło się na tym, że z owej czwórki dwóch trafiło wprost w objęcia Morra. Trzeci skończył u medyka, który policzył sobie więcej niż estalijskie kurtyzany, a i tak nie dał gwarancji, że postawi go na nogi. Zaś czwarty - cholerny Prosiak - niech go Mroczne Bóstwa pokarają, porzucił go w takiej chwili na dobre, nie racząc nawet powiedzieć tego w twarz. Ale Peter odpłaci jeszcze zdrajcom pięknym za nadobne, o tak, i to z nawiązką.

Lichwiarz podniósł kamień i odwinął papier. Niewprawną ręką nakreślono na nim kilka słów:
"Panie Sweinstein. Nie szukałem zwady i nie żywię urazy. Zaniechaj mnie i mojej rodziny, a i ja poniecham waszej osoby. Czekam odpowiedzi. M. R."

Tego było za wiele. Ten idiota Świętoszek był na tyle bezczelny, że groził mu i to w jego własnym domu.

- Ta zniewaga krwi wymaga – wyszeptał Peter, podchodząc do okna. Cisnął z rozmachem kamieniem o bruk. – Dopadnę cię, łachmyto, zdechniesz ty i twoja parszywa matka! Chciałeś odpowiedzi, to ją masz! – wrzasnął.

Kilka metrów dalej przyczajony w bramie Magnus Riedel słuchał, kiwając z niedowierzaniem głową. Nie bardzo wiedział, czego się spodziewać, ale żeby od razu znowu mieszać do tego jego matkę? Strasznie brakowało mu braci, jeszcze tylko kilka dni i znowu będą razem. Tymczasem musiał zakończyć tę sprawę raz na zawsze.

*****


Położona naprzeciwko Uniwersytetu Nulneńskiego, przy Reiks Platz, karczma "Tłusta Gąska" była jednym z najlepszych i – co tu kryć – najdroższych przybytków w Neuestadt. Choć była zdecydowanie za droga na kieszeń czeladników, nie wspominając nawet o żakach, nigdy nie narzekano tu na brak klientów. Zwisające z sufitu kolorowe lampiony rzucały dyskretny blask światła na rozjaśnione averskim winem oblicza bankierów, kupców, inżynierów i najpiękniejszych kurtyzan w tej części miasta.

Maciora nie czekał długo, można wręcz rzec, że to Wimmer i Kohler oczekiwali na niego. Nim opróżnił pierwszy kielich, roślejszy ze Ścierwiarzy, wąsaty Kohler, oderwał się od baru, podszedł wolnym krokiem i usiadł na ławie naprzeciwko Petera. Rudy, piegowaty Wimmer pojawił się za plecami Maciory niczym duch, a potem usiadł obok lichwiarza.

- Nie robimy za ochronę, panie Sweinstein – powiedział ten z sumiastym wąsem. – Nie bawi nas to. Za duży nakład czasu. Za duże ryzyko, że pensja nie wpłynie, nie wspominając o tym, że nie jesteśmy zainteresowani zasłanianiem kogokolwiek własnym ciałem.
- A pan potrzebuje właśnie ochrony – dodał piegowaty. – W ciągu niespełna tygodnia stracił pan sześciu, powiedzmy, współpracowników. Oczywiście możemy polecić kogoś godnego uwagi, ale to kosztuje.
- W dupie mam kogoś godnego uwagi – odburknął Maciora. – W dupie mam ochronę, chcę was. Chcę, aby ten śmieć gryzł ziemię, albo lepiej, gnił w kanałach Nuln, ot co. A w tym akurat jesteście dobrzy, oj tak. Nie od parady mówią o was...
- Mało istotne, jak o nas mówią, panie Sweinstein – piegowaty wszedł mu w słowo. – Zdarza się, że na kogoś, oczywiście za jego plecami, wołają Świnia lub co gorsza Maciora, ale czy to o czymś świadczy?

Peter Sweinstein poczerwieniał na twarzy, a na jego drugim i trzecim podbródku wykwitły blade, nieregularne plamy. Chciał coś powiedzieć, ale na własne szczęście w porę ugryzł się w język. Podniósł pucharek z winem i opróżnił go jednym łykiem do dna, przetarł rękawem usta i rzekł:

- Bierzecie się za tego gnoja, czy nie?

Oczy Maciory wędrowały niecierpliwie od jednego rozmówcy do drugiego. Piegowaty odgarnął za ucho kosmyk rudych włosów, jego kompan upił solidny łyk piwa, starł wierzchem dłoni pianę z wąsów i skinął potakująco głową.

- Bierzemy, panie Sweinstein, bierzemy, ale jest kilka warunków. Świętoszek obrósł w piórka, wyrobił sobie, że tak powiem, renomę. Mówi się też, iż ma koneksje, dlatego cena będzie wyższa niż zazwyczaj.
- Ponadto – Wimmer wszedł mu w słowo – proszę tego nie brać do siebie, ale ze względu na zaistniałe okoliczności, zapłata musi być z góry.
- W całości – dodał Kohler.
- Zgoda – odparł Maciora. Wyciągnął zawieszoną na szyi sakiewkę i rzucił ją na stół. – Powinno wystarczyć. Ale ja też mam warunek: dwa dni. Pojutrze psi syn ma być sztywny.
- Dwa dni to za mało czasu – odparł roślejszy z mężczyzn. – Świętoszek nie paraduje głównymi ulicami, zaszył się w jakimś zaułku, potrzebny nam tydzień.

Piegowaty tymczasem przysunął sakiewkę do siebie, rozwiązał rzemień i zajrzał do środka. Pokiwał z uznaniem głową, a na jego obliczu zagościł ukazujący spróchniałe zęby, obleśny uśmiech.

- Dwa dni będzie w sam raz – poprawił swojego kompana. – Interesy z panem to sama przyjemność, panie Sweinstein.
*****


Tydzień Czarnego Prochu dopiero się rozpoczął, ale w mieście było gwarno i głośno. Choć najlepsze fajerwerki odpalano w Aldig, to i w Dzielnicy Targowej zdarzały się pojedyncze, ale coraz częstsze głośne wystrzały petard. Magnus wiedział, że czas nie działa na jego korzyść i postanowił nie zasypiać gruszek w popiele. To dlatego siedział skulony na stryszku w kamieniczce przy Emmanuelleplatz. Przemarzł, zdrętwiały mu nogi, ale na brak atrakcji nie narzekał.

Pierwszy przyszedł Prosiak. Biorąc pod uwagę, że ulubieniec lichwiarza posługiwał się wytrychem, raczej nie miał umówionej audiencji. Po niespełna dwóch kwadransach nieproszony gość opuścił mieszkanie swojego pryncypała, lecz zawrócił biegiem z powrotem. Nim wszedł do środka, zważył w ręce sakiewkę, która do niedawna stanowiła z pewnością własność lichwiarza, a potem wcisnął ją za cholewę buta. Rychło okazało się, że zbliżają się kolejni goście.

Riedel nigdy wcześniej nie spotkał mężczyzn, którzy teraz nadchodzili, ale po posturze większego z nich podejrzewał, iż ma do czynienia z Dużym Heinzem. Kompan wielkoluda bez problemu otworzył drzwi i wszedł do środka, po chwili to samo uczynił Heinz. Zapanowała cisza, przerywana szczekaniem kundla na ulicy i pojedynczymi wystrzałami petard. Magnus już myślał, że Prosiak rozpłynął się w powietrzu albo wyskoczył przez okno, lecz wyprowadził go z błędu przytłumiony krzyk i kilka innych dźwięków poprzedzających odgłos upadającego ciała. Był ciekaw, czy jego niedawny kompan zaskoczył napastników, ale że ciekawość niejednego doprowadziła do Ogrodów Morra, siedział cicho, marzł, a nogi drętwiały mu coraz bardziej.

Było już grubo po północy, gdy Peter Sweinstein wspinał się, ciężko dysząc, do swojego mieszkania na drugim piętrze. Riedel przyglądał mu się z zaciekawieniem, podziwiając jego zwierzęcy instynkt. Maciora stanął pod drzwiami, nasłuchując i węsząc. Magnus nie miał pojęcia, po czym lichwiarz poznał, że coś jest nie tak, nowością był dla niego także wydobyty zza poły płaszcza pistolet. Sweinstein odciągnął kurek i ostrożnie wszedł do środka.

Magnus Riedel odsunął klapę zasłaniającą wejście na strych, opuścił się cichutko na dół, naładował kuszę i śladem lichwiarza ruszył przez uchylone drzwi. Słysząc niski głos Dużego Heinza już w holu, podchodził ostrożnie, aby nie narobić hałasu. Blask kaganka oświetlał leżące pod oknem ciało mężczyzny – widać Prosiak nie poddał się bez walki, zresztą sam też ucierpiał w starciu, krew z rozbitego łuku brwiowego zalała mu pół twarzy. Na domiar złego, tuż pod ową twarzą znajdowało się ostrze noża Heinza.

- Opuść pukawkę, gruba świnio – cedził powoli olbrzym – albo poderżnę twojemu chłoptasiowi gardziołko. Przyszedłem tutaj dobić targu, a nie urządzić rzeźnię, ale jeśli sobie życzysz...
- He, he, życzę sobie, życzę – zarechotał Sweinstein. – Poderżnij mu gardło, śmiało. Co? Myślisz, że blefuję? Gówniarz uciekł, jak tylko zrobiło się gorąco, w dupie mam jego i twoje targi – postąpił kolejny krok do przodu. – No śmiało, będę miał dwie pieczenie na jednym ogniu.

Heinz był nieco zmieszany, ale nie dawał za wygraną.

- Myślisz, że nie urżnę mu łba? – powiedział, przyciskając mocniej długi, myśliwski nóż do szyi swej ofiary. Strużka krwi spłynęła po ostrzu, dla Prosiaka było to zbyt wiele, jego spodnie natychmiast stały się mokre, a mocz zmieszał się na podłodze z krwią.
- Szczerze mówiąc, myślę, że nie masz jaj, choć wolałbym, aby było inaczej – Maciora podniósł pistolet nieco wyżej. – Zresztą mam to w...
- Chrum, chrum – zachrząkał głośno Magnus, który uznał, że już najwyższy czas włączyć się do zabawy.

Maciora odwrócił szybko głowę, a widząc przyczynę swych nieszczęść, poprowadził w tę stronę także dłoń z pistoletem. Jednak człowiek, nawet znacznie szybszy i sprawniejszy od grubego lichwiarza, jest znacznie wolniejszy niż wystrzelony z kuszy bełt. Sweinstein oberwał dwa palce poniżej grdyki, siła pocisku odrzuciła go nieco do tyłu, zachwiał się i runął na plecy. Choć nie wypuścił z rąk pistoletu, nie zdążył zrobić z niego użytku, gdyż Duży Heinz przytomnie przydepnął mu uzbrojoną rękę.

- Zdechniesz... – wycharczał lichwiarz patrząc na Magnusa, krew obficie popłynęła mu z ust.
- Możliwe, ale jeszcze nie dziś – odparł Riedel, podchodząc powoli.
- Nie dziś... To jutro – niemal wyszeptał Sweinstein, wykrzywił twarz w paskudnym uśmiechu i tak już pozostał.

Dwaj mężczyźni stali naprzeciwko siebie, a Prosiak chlipał cicho i drżał pośród własnej krwi.

- Ty jesteś Świętoszek? – Olbrzym przerwał w końcu milczenie.
- A ty jesteś Duży Heinz? – odpowiedział pytaniem Magnus. – Co dalej robimy?
- Co my robimy? Nic – odparł Heinz – ja robię swoje, a Ty swoje, razem nie robimy nic. Ja nie widziałem Ciebie, Ty nie widziałeś mnie – wskazał ostrzem noża na szlochającego, skulonego na podłodze chłopaka – a on...
- Prosiak też nikogo nie widział – przerwał mu Riedel. – Na dzisiaj trupów już wystarczy.
- Skoro tak mówisz, Świętoszku – pokiwał głową Heinz. – Ja przyszedłem tu po Świnię, ale nie tę, która leży na ziemi, a po moją "Ślepą Świnię". Znajdę weksel i już mnie nie ma, nie jestem hieną, nie wezmę tego, co nie moje.
- Tedy bierz się do szukania, bowiem kto szuka ten znajdzie, nic tu po mnie – rzekł Magnus i dodał po chwili – ani po Prosiaku. Wstawaj, bratku, idziemy.

Heinz nie protestował. Magnus oraz Prosiak wyszli na klatkę schodową i przymknęli drzwi. Zanim doszli na dół, Riedel zagadnął:

- Jesteś mi winien sakiewkę, Prosiak.
- Jaką sakiewkę? – stęknął wystraszony złodziej.
- Może być ta, którą wepchnąłeś za cholewę buta – roześmiał się Magnus.

*****


Ulubioną knajpą Magnusa Riedela był "Pijany Marienburgczyk", z którego okien roztaczał się widok na Reik, Wielki Most i sterczącą nad nim Żelazną Wieżę. Piwo było tu niedrogie i całkiem przyzwoite, a obsługa nie naprzykrzała się, toteż klientów nie brakowało. Najważniejsza dla Magnusa była jednak bliskość znajdującego się przy ulicy Kiełbaśniczej rodzinnego domu.

Trzy lata temu, po skandalicznej historii z najmłodszym bratem Mandredem, który przez naiwność wplątał się w działalność kultu Sigmara Złotego, właśnie tutaj, w tej karczmie, bracia rozstali się. Wiele się zmieniło. Mandred wstąpił do wissenlandzkiego regimentu piechoty, a Hundrot przemierzał północ Imperium jako najemnik w jednej z kompanii przewoźniczych. Ich ojciec zmarł nazajutrz po wyjeździe najmłodszego syna. Choć zdołał uratować go od stryczka, jego serce nie wytrzymało żalu i wstydu, który przyniósł mu występek syna. Dziś jednak, w urodziny ich matki, mieli ponownie się spotkać. Teraz wszystko miało być już dobrze.

Do karczmy weszła grupa czarno odzianych wojaków, zapewne artylerzystów. Ku lekkiemu zdziwieniu Magnusa, wśród nich był Mandred, który przez ostatnie trzy lata zmężniał, można by wręcz rzec, iż na imperialnym wikcie zrobił się z niego kawał chłopa. Najstarszemu z braci mimowolnie łza zakręciła się w oku. Wstał, ale czyjeś ręce zdecydowanym ruchem cisnęły go z powrotem na krzesło.

- Mamy sprawę, panie Riedel – powiedział rudowłosy mężczyzna, siadając naprzeciw niego, a drugi przybysz stanął za plecami Magnusa – i wolelibyśmy załatwić ją po cichu i delikatnie, ale jeśli będziesz się stawiał... – Spod stołu dobiegł cichy chrzęst odciąganego kurka pistoletu.
- Nie znam was...
- To się nawet dobrze składa – rudy wszedł mu w słowo. – Niech tak zostanie. Nie żywimy do ciebie urazy, ale pan Sweinstein to co innego, a my taką właśnie mamy pracę.
- Wróbelki ćwierkają, że Maciora zdechła – powiedział Riedel. – Na cóż wam tedy taka praca, skoro na zapłatę nie ma co liczyć?
- Wróbelki nie wiedzą, że Sweinstein płacił z góry, a w naszym fachu reputacja wielce się liczy.

Magnus rozejrzał się nerwowo po karczmie, zauważył, że Mandred dostrzegł go i z dwoma kuflami piwa skierował się wprost do jego ławy.

- Spokojnie Riedel – zagadnął rudy. – Nawarzyłeś piwa, to wypij je z godnością, jak mężczyzna. Jak zaczniesz błaznować, to potem będzie bardziej bolało, a dodam też, iż wiadomo mi, gdzie mieszkasz ty i twoja stara matka...
- Co wy macie z tą matką? – żachnął się Magnus. – Chrzanisz mi tu o godności, męskości i takich tam, a potem straszysz, że staruszkę dopadniesz? – Usiłował wstać, ale ręce drugiego napastnika mocno go trzymały.

Mandred podszedł do stołu i jak gdyby nigdy nic postawił na nim piwo, po czym rzekł:

- Kopę lat Magnus, widzę żeś zajęty, ale może panowie napiją się z nami?
- Riedel, powiedz mu, żeby się stąd wynosił. Nie chcesz chyba, żeby komuś stała się krzywda? – odparł Wimmer.
- Znaczy, nie napiją się – Mandred podrapał się za uchem – Skoroście nie spragnieni, to wynocha z karczmy, gnoje, bo chciałbym z bratem pogadać, a dawnośmy się nie widzieli.

Kohler jeszcze mocniej zacisnął dłonie na ramionach Magnusa, a Wimmer czerwieniejąc na twarzy syknął w stronę Mandreda:

- Nie wkładaj paluchów między drzwi, bo ci je co przytrzaśnie.
- Dobrze powiedziane – najmłodszy z Riedlów nie tracił rezonu – właśnie co przyjechałem do Nuln, a wraz ze mną tuzin kompanów z oddziału. Kilku stoi przy szynku, a kilku jeszcze na zewnątrz, tedy wsadź se tę pukawkę w gacie i szoruj stąd tylnymi drzwiami, bo jak żeś rzekł, łapy ci przytrzasnę i to wraz z łbem, parchu rudy. – Widząc, że Wimmer zamierza coś odpowiedzieć, dodał pospiesznie – liczył nie będę, bo zawsze mi to kiepsko szło, więc powiem tylko: fora ze dwora, raz!
- Do zobaczenia niebawem – rzekł Kohler, zdejmując ręce z barków Magnusa.

Wimmer zablokował pistolet i świdrując wzrokiem to Mandreda, to stojących przy ladzie wojaków, wstał i powoli skierował się ku tylnym drzwiom. Za nim, jak cień podążał Kohler. Nie minęła nawet minuta, gdy rozległ się ogłuszający huk. W karczmie zakotłowało się, żołnierze ruszyli biegiem w ślad za Ścierwiarzami, gdyż to stamtąd dobiegł hałas. Magnus spojrzał pytająco na Mandreda, który nawet nie drgnął.

- Brzmiało zupełnie jak garłacz Hundrota, nieprawdaż? – Uśmiechnął się i dodał wyjaśniająco – przyjechaliśmy już wczoraj wieczorem, ale nim dotarliśmy do domu, doszły naszych uszu różne plotki. Nasz szajbnięty braciszek, który od blisko roku jest licencjonowanym łowcą nagród, popytał tu i ówdzie i okazało się, że mogą być problemy.
- Ale dlaczego nie zgarnąłeś ich ze swoimi kumplami, tylko wystawiłeś Hundrotowi? To było naprawdę nierozważne...
- Oho, teraz będziesz mi mówił o rozsądku… Trzeba było o nim myśleć, jakeś poszedł do Maciory pracować – odparł Mandred. – Nie mam tu za wielu kumpli, tych wojaków spotkałem w drzwiach wejściowych do karczmy, a jak wyobraziłem sobie wystrzał nabitego siekańcami garłacza w wąskim korytarzyku, to aż mi się ciepło zrobiło. Tedy nie marudź, tylko kufel dla Hundrota przynieś i piwa nieco. Ot tyle tylko, aby się braciom odwdzięczyć.
- Tyle to mogę akurat nie udźwignąć.



Czytaj również

Komentarze


Nekris
    Ach,
Ocena:
+2
Nie zawiodłeś, Karpiu. Opowiadanko ładne i zgrabne. Zdecydowanie lepsze od ostatnich dwóch, co się w dziale pojawiły. A na dodatek rzecz się dzieje w moim kochanym Nuln. Dziękować ;)

Czepić się mogę jedynie tego "Małego Miragliano". Jak już, to raczej "Mała Tilea", bo raczej trudno, aby wszyscy nulneńscy tileańczycy pochodzili z jednego i tego samego miasta. No, i brakuje parę przecinków.

Ale to tylko ślady ząbków. Płód silny, bez obaw ;)

Naprawdę się podobało.

EDIT. (15-11-2008 16:11)
Panie marszałku, Wysoka Izbo, pragnę zgłosić wniosek formalny:

Niech każdy, kto ocenia moje komentarze, pchnie do mnie PW z uzasadnieniem oceny. Bo odnoszę wrażenie, że większość oceniających za nic ma komunikat, który się wyświetla po wciśnięciu minusika.

I nie chodzi o to, że jakoś boję dostać po łbie. Nie boję się i podobnej odwagi cywilnej oczekuję od oceniających.

Możemy zacząć od szanownego internauty, który dał mi minusika za komentarz znajdujący się nad słowem "EDIT". Zapraszam serdecznie.
15-11-2008 14:40
~hallucyon

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Nekrisie,

to nie miejsce na autoreklamę - tu zamieszcza się komentarze odnoszące się do opowiadania.
15-11-2008 18:39
~sentinel

Użytkownik niezarejestrowany
    @hallucyon
Ocena:
+3
...czego twój komentarz jest doskonałym przykładem.
15-11-2008 19:06
27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Klasyka, nic szczególnie oryginalnego. Postacie szablonowe, główny wątek przewidywalny. Cieszą motywy "pararetrospekcyjne", dzięki którym postacie są bardziej rzeczywiste, a ich działania - uzasadnione.

Lubię Nuln, jednak miejsce akcji możnaby równie dobrze osadzić w każdym imperialnym mieście. Nie dostrzegłem żadnych nad wymiar charakterystycznych elementów lokacji, co nie jest dla mnie żadną wadą - nikt nie powiedział, że fabuła ma podkreślać charakter miasta.

Język nie narzucił się żadną wpadką literową, stylistyka dialogów jest znośna i zrozumiała. Jak dla mnie, styl jest świetny, ale karp zdążył nas już do tego przyzwyczaić. : )

Daję 4+/6. Bo właściwie wszystko gra i jest przyjemnie, tylko w pamięci nic nie zostaje. Zwykły fanfik. : )
15-11-2008 19:51
Drejfus
   
Ocena:
0
Dobry tekst. Język, narracja - jak najbardziej w porządku. Co do fabuły - kopią się, biją, czasem potną i czepiają się matki głównego bohatera (fajnie, że jest taki smaczek). Są jeszcze inne smaczki, wszystko jak na opowieść tego typu dosyć zgrabne. Tekst jednak umiarkowanie mi się spodobał, ale to z powodu tematyki "gangsterskich" porachunków - niezbyt ją lubię.
15-11-2008 21:05
8536

Użytkownik niezarejestrowany
    OffTop
Ocena:
+1
Eee... o co chodzi z ta autoreklama?
15-11-2008 23:34
Jeremiah Covenant
   
Ocena:
0
Podobało mi się, niezła końcówka.
16-11-2008 11:31
Radowid
    Bardzo dobre
Ocena:
0
Lubię powieści z łotrowskim pazurem. Można się co prawda pokusić o łotrowska gware, ale to już arcyrzemiosło przyprawiane artyzmem. Wtedy wypowiedzi mogłyby być niezrozumiałe. Podoba mi się.
17-11-2008 07:29
karp
    Małe Miragliano
Ocena:
0
Czepić się mogę jedynie tego "Małego Miragliano".
Do kin trafia obecnie Mała Moskwa, film o Legnicy w latach 60, nie sadzę że wszyscy Rosjanie zamieszkujacy w tym miescie pochodzili wyłacznie z Moskwy. Analogicznie sytuacja wygladała w filmie Mała Odessa, z Timem Rothem (stąd zresztą pomysł na Małe Miragliano).
Ale tak naprawdę, nazwa Małe Miragliano podoba mi się, a odnosi się nie do faktu iż dzielnicę zamieszkują wyłącznie osobnicy pochodzacy z Miragliano, a Tileańczycy, którzy mają tu swoją małą stolicę na obczyźnie.
17-11-2008 10:46
~musk

Użytkownik niezarejestrowany
    5/6
Ocena:
0
Podobalo mi sie. Bez bledow, tylko kilka niezgrabnosci jezykowych. Historia bardzo fajna, postaci, moze nie tyle glebokie, co dosc przekonywujace. Narracja bezpretensjonalna, zadnego zbednego patosu, manieryzmu, heroizmu, i innych irytujacych -izmow. Mimo, ze nie ma tu fantasy, a i tak Warhammer pelna geba. Kilka smaczkow, smieszne te 'swinskie' fragmenty, "smells becon". Do tego subtelniutkie odnosniki literackie, a nawet filozoficzne. Daje piateczke.
17-11-2008 12:50
nerv0
   
Ocena:
0
Porządny gangsterski klimacik, prosta i krótka historia , celne dialogi. Nic dodać nic ująć. Choć można by jakoś lepiej podkreślić samą atmosferę Nuln, jakimś dymem z kominów zasnuwającym niebo nad miastem i gryzącym w gardło. Ale może to było lato :) ? Za to ogólna atmosfera Starego Świata przedstawiona jak należy. Do tego jeszcze dobrze zarysowane (raczej nie w sensie psychologicznym, ale jednak)i pasujące do klimatu postacie. Co tu dużo mówić, fajne jest :) .
17-11-2008 15:07
Nekris
    @ karp
Ocena:
0
Dobra, przekonałeś mnie. Wycofuję zarzut. Jako punkt odniesienia obrałem sobie włoskie dzielnice w USA, które zwykle nazywają się "Little Italy". W przekonaniu o poprawności takiej a nie innej formy utwierdziła mnie mapka Nuln, gdzie widnieje "Kleinmoot - Little Gathering".
17-11-2008 18:17

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.