» Czytelnia » Opowiadania » Pieśń Bastionu Milczących Ptaków

Pieśń Bastionu Milczących Ptaków


wersja do druku
Autor: Ilustracje: Wojciech Mazur

Pieśń Bastionu Milczących Ptaków
- Peukreuz!

Gmach stojący na szarej skale, spowity we wszechogarniający świat mrok, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej posępnego i niedostępnego niż był w rzeczywistości. Chmury, leniwie toczące się po granatowym nieboskłonie, zasłoniły już dawno księżyce, tak że srebrne nici rzadko przecinały spękane boki murów wieki temu rytych kilofami krasnoludzkich budowniczych. Nikt nie przypuszczał, że...

- Peukreeeeuz!

Nikt nie przypuszczał, że stworzona wyłącznie do obrony twierdza – prawdziwy majstersztyk najlepszych architektów i inżynierów Imperium – tak szybko będzie musiała ukorzyć się przed nieprzyjaciółmi a jej koniec, którego nie widzieli projektanci, okaże się bliższy i mniej chwalebny od obrazu jaki przed cesarzem rysowali doradcy.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

- Peukreuz!... No, jesteś nareszcie...

Właściwie ich słowa poniekąd sprawdziły się. Twierdza, choć nigdy nie ukończona, nie została zdobyta. Na kpinę zakrawa fakt, że zanim ukończono stawianie murów nie do zdobycia, całe tutejsze pasmo górskie, a wraz z nim warownia, znalazło się poza granicami włości cesarza. Historia jednak pokazała, że kpina nie jest jej obca.

- No... ruszże się szybciej!

Plugawe i wynaturzone monstra, dzieci Chaosu, bez trudu opanowały nieprzyjaźnie sterczące pionowe ściany warowni oraz zadomowiły się w wydrążonych w skale pomieszczeniach mających służyć za kwatery i magazyny stacjonujących tu jednostek. Ich niepokorna natura, stworzona przecież z przewrotności samej w sobie, nie pozwoliła na dłużej zagrzać tu miejsca. Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu latach, ta nieprzyjazna kraina wiecznych deszczów przeplatających się z mrozami została opuszczona i ponownie ziała pustką, chłodem i nieprzyjaźnią, trwogą i niepokojem napełniając serca wszystkich, którzy mieli nieszczęście zbłądzić tu kiedykolwiek. Na długie wieki zagościła tu cisza za nic mająca wszelkie walki, najazdy i konflikty. A jedynymi żywymi istotami, które czasami zapuszczały się aż tutaj były wychudzone i wiecznie milczące, ciemne ptaki. Od nich to właśnie narodziło się miano powoli obracającej się w ruinę twierdzy, które zaczęło funkcjonować wśród opowieści bardów i gawędziarzy snujących niestworzone historie o dziwach dziejących się w tych ponurych gmachach. Bastion Milczących Ptaków...

- Podaj mi tamto, Peukreuz!
- Auuu!...
- Ruszaj się, mówię!

Właściwie do niedawna nic specjalnego się tutaj nie działo. Bo cóż mogło się zdarzyć w miejscu, które zwykły omijać nawet stwory Chaosu? Tak było do niedawna... Ostatnio bowiem Bastion ma nowych lokatorów. Właściwie lokator to nie jest dobre określenie. Warownia ma rezydenta, któremu towarzyszy wierny i zaufany sługa.

- Odkręć ten kurek!... Teraz! Odkręcaj!...

Nikt nie wie skąd kilka tygodni temu wziął się tutaj wóz wyładowany najdziwniejszymi urządzeniami oraz jego właściciel ze zezwierzęconym sługą. Krótka obserwacja poczynań tej dwójki pozwala jednak łatwo domyślić się, że mamy tu do czynienia z naukowcem – genialnym umysłem, którego plugawe badania zmusiły do ucieczki z Imperium, a który za nic nie może zrezygnować z prowadzenia doświadczeń, którym poświęcił całe swoje dotychczasowe życie. Jego miano – jakiekolwiek by nie było – zaginęło gdzieś na bezdrożach prowadzących do Bastionu Milczących Ptaków, dość że z uwagi na niekomunikatywność werbalną jego sługi, murom twierdzy nigdy nie dane było go usłyszeć. Co innego jeżeli chodzi o drugiego z goszczących tu osobników. Nazywa się...

- Peukreuz!

Peukreuz. I przyznam szczerze, że nie tylko miano sugeruje, że jeśli stwór nie jest człowiekiem, to z całą pewnością kiedyś nim był. Obecnie przypomina raczej zwierzoczłeka – pochylona, zarośnięta kępami gęstych kłaków sylwetka, wydłużone górne kończyny i wiecznie rozchylone w tępym wyrazie usta, obnażające tym samym wydłużone i powykrzywiane zęby. Jednak w jego oczach tli się jeszcze iskierka zrozumienia i zapewne tylko dlatego wciąż służy swojemu panu, a nie skończył jako obiekt jego dziwacznych eksperymentów.

- Połóż tu rękę... No kładź! Nie będzie bolało!...

Jedyną, prawie ukończoną basztę dwójka ta obrała sobie za siedzibę. Służy im ona zarówno jako miejsce spoczynku, spiżarnia oraz laboratorium. Właściwie nie opuszczają oni jej w ogóle, nie licząc krótkich wypadów Peukreuza, podczas których, za pomocą prymitywnie skleconej z kawałka szerokiego rzemienia procy, poluje na ciemne ptaki. To one są podstawą diety w ponurych ruinach.

Pracownia zajmuje całe najwyższe piętro baszty. Dziwny jest pęd uczonych do urządzania sobie miejsca badań na wysokościach i nie zrozumie go nikt, kto nigdy nie odnalazł w sobie pierwiastka geniuszu i duszy naukowca. Niemniej to właśnie z otworu okiennego tego pomieszczenia sączy się światło niosące się długimi wieczorami daleko w góry. Nikt nie ma go szans zauważyć. Nikt poza ptakami.

- Już. A teraz idź i podaj mi tamto blaszane pudełko!

Peukreuz skrzywił się koślawo i niezdarnie poczłapał we wskazanym kierunku. Jego nienaturalnie długie ręce pochwyciły przedmiot i nerwowym ruchem przyciągnęły do piersi.

- Ostrożnie, gamoniu!... – mężczyzna, na którego ciele czas wywarł już swoje piętno odwrócił się i chwycił za dźwignię przytwierdzoną do zmontowanej tu dziwnej maszynerii. Dziwny konstrukt, pełen wajch, fiolek, metalowych rurek i kół zębatych sprawiał wrażenie śmieci niezgrabnie rzuconych na jedną stertę. I tylko jeden umysł Starego Świata potrafił to wszystko ogarnąć i wiedział, że urządzenie nie jest zlepkiem przypadkowych elementów, a precyzyjnie zaprojektowanym i złożonym mechanizmem. Umysł człowieka, który właśnie przesunął dźwignię.

Odgłos metalu trącego o metal wypełnił całe pomieszczenie. Niewielka szufladka, przy podobnym akompaniamencie, wysunęła się tuż przed zdeformowanym sługą.

- No? Na co czekasz?... Wiesz co masz robić!

Wieczko blaszanego pudełka w dłoniach Peukreuza odskoczyło, a trzy zdeformowane paluchy wyłowiły zeń niewielką, połyskującą zielenią i żółcią kulkę. Jedną z dwóch znajdujących się w środku. Z bezgranicznym uwielbieniem maszkaron uniósł ją na wysokość oczu i począł się weń wpatrywać.

- Spaczeń – wychrypiał naukowiec. – Serce mojego wynalazku... No dalej... Peukreuz! Rusz się!

Po chwili kulka znalazła się w szufladce. Wystarczyły tylko dwa ruchy wajchą i w takt stukotów, szurań i zgrzytów, maszyneria zaczęła pracować. Najpierw powoli zaczęły obracać się koła zębate, potem w ruch poszły stalowe ramiona. Żółtawa ciecz znajdująca się w szklanym zasobniku zawrzała i zmieniła barwę na pomarańczową. Jedno z ramion przechyliło pojemnik i wlało ciecz gdzieś w czeluście urządzenia. Przez metalowe cielsko przeszedł dreszcz.

Kilka chwil minęło zanim pusta fiolka po drugiej stronie mechanizmu napełniła się płynem wyglądem przypominającym wodę. Naukowiec ujął ją w dłonie i podszedł do stojącej na oknie klatki ze schwytanym niedawno ciemnym ptakiem. Wolną ręką otworzył wiklinowe drzwiczki i sięgnął po zwierzę.

Ptak milczał, lecz nerwowo zatrzepotał skrzydłami. Trzymany jednak za szyję niewiele mógł zrobić. Do siłą otworzonego dzioba stoczyło się kilka kropel płynu zgromadzonego w fiolce. Kilka innych upadło na kamienną posadzkę



Kiedy starszy człowiek zakończył operację, przysiadł na niewielkim krzesełku i wpatrywał się chwilę w umieszczonego z powrotem w klatce ptaka. Ten jednak skulił się w kąciku swojego wiezienia i nastroszył groźnie pióra. Przez jego żylaste ciało przeszedł spazm, jeden, drugi i opadł martwy. Dopiero teraz zaczął transformować. Lecz martwy obiekt badań do niczego nie mógł się już przydać.

Czerwone plamy, które pojawiły się na twarzy człowieka świadczyły o jego wielkim zdenerwowaniu. Rzucając na boki wściekłe spojrzenia podszedł do stolika z zabazgranymi czarnym inkaustem pergaminami.

- Peukreuz!... – wycedził przez zęby. – To wszystko twoja wina!...

Maszkaron, najwyraźniej zaznajomiony z humorami swojego pana usunął się na skraj pomieszczenia i podparłszy pięściami na ziemi oczekiwał, czasami tylko posyłając spojrzenie to ku starcowi, to ku blaszanej szkatule ze spaczeniem. Człowiek tymczasem przerzucał notatki.

Właściwie w podobnych pozach pozostali by przez całą noc – którąś już z kolei – ale po jakiejś godzinie nocną ciszę przeszył krzyk:

- Mam! Widzisz Peukreuz? Tutaj zrobiliśmy błąd!... – Koścista dłoń chwyciła za pióro i niechlujnie zaczęła mazać po zapisanych już wcześniej pergaminach. Po chwili poprawki były już naniesione.

Mężczyzna rzucił się do maszyny i według sobie tylko znanego klucza zaczął przełączać dźwignie i kręcić kurkami. Wymienił jakieś płyny zgromadzone za metalową klapą i zacierając z zadowolenia dłonie rzucił polecenie:

-Peukreuz... Przynieś spaczeń!

Maszkaronowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, jeszcze dobrze nie przebrzmiały wypowiadane w podnieceniu słowa, a blaszana skrzynka znajdowała się już w jego dłoniach. Znowu zgrzyt otwieranej szufladki.

Trzy paluchy ponownie tej nocy zanurzyły się we wnętrzu pojemnika, tym razem trafiły w próżnię, po chwili dopiero odnajdując ostatnią zielonawą kulę. Znowu wzniosła się ona na wysokość z utęsknieniem patrzących oczu wynaturzonego człowieka. I po raz kolejny w pomieszczeniu zagrały nuty wypowiadanego niczym zaklęcie ponaglenia:

- Spaczeń! Serce mojego wynalazku... No dalej... Peukreuz! Rusz się!

Tym jednak razem dłoń zamiast powędrować do szufladki cofnęła się do piersi, a całe ciało skuliło się w sobie jak gdyby próbowało chronić tę niezwykłą substancję. Uczony zmarszczył czoło.

- Peukreuz! Oddaj mi to natychmiast!...

Szybkimi krokami zbliżył się do maszkarona, który zdziwiony zdążył uczynić tylko pól kroku w tył. Chuda ręka uniosła się i opadła na gębę zaskoczonego sługi. Kula spaczenia wypadła z jego dłoni i potoczyła się w kierunku maszyny.

- To cię nauczy posłuszeństwa Peukreuz! – dyszał starzec. Chwilę potem chwycił ze stołu ogromną drewniana pincetę i zbliżył się do upuszczonej substancji.

Tak. Nareszcie nadszedł ten moment. Noc, w którą dzieło jego życia zostanie ukończone, czas, w którym wysiłki dotychczasowej egzystencji zaowocują dawno oczekiwanym odkryciem.

Na szczycie baszty, wsłuchując się w odgłosy dobiegające ze środka siedziały w milczeniu ciemne jak owa niespokojna noc ptaki. I ciągle zlatywały się następne. Gromadziły się. Czekały. Nie spłoszył ich nawet rozdzierający ciszę krzyk który wybuchł i rozszedł się daleko poza umocnienia niedokończonej warowni.

- Peukreeeez!...

Następny dzień wstał tutaj podobny do setek poprzednich i tysięcy następnych w opuszczonej twierdzy. Chmury tworzyły gęsty kobierzec na niebie, a z ich szarych kłębów mżył deszcz. Drobniuteńkie krople opadały na chłodne kamienie, tworząc mokre nacieki spływające w kałuże tworzące się we wszystkich możliwych zagłębieniach. Jeżeli teraz ktokolwiek zjawiłby się w tym miejscu, przygnębiłaby go ciężka jak ołów cisza tego miejsca. Lecz nie dziwiłaby ona. Bo opuszczonej twierdzy pisane było milczenie i wieki całe trwała ona w ponurej ciszy. Przesiąkła nią.

Jedyna, prawie ukończona baszta była miejscem w którym można by zatrzymać się chwilę dłużej. A wszystko to dlatego, że na najwyższym swoim piętrze zawierała równie złowieszczą co tajemniczą maszynę, pełną wajch, stalowych ramion i pokręteł. Wątpliwe jednak czy znalazłby się tutaj śmiałek, odważny zbliżyć się i przyjrzeć uważniej urządzeniu. U jego stóp leżą bowiem, w cieniu uchylonej niewielkiej szufladki, zwłoki. Zmasakrowane, połamane szczątki człowieka, z niewielką blaszaną skrzynką z potworną siłą wbitą w czaszkę...

Jedyne co może ostrzec przed zapuszczaniem się w głąb porzuconych ruin, to tylko truchło maszkarona, z grubsza przypominającego człowieka, ale z dłuższymi ramionami i porośniętego kępkami gęstych włosów. Leży to-to na wznak, w miejscu gdzie planowana była główna brama do twierdzy. Poranione tysiącem maleńkich nakłuć ramiona wyrzucone ma na boki, a w brzuchu zieje rozdrapany na wszystkie strony otwór, przez który widać umazane poczerniałą posoką trzewia. Nie to jest jednak najgorsze. Najbardziej przerażające wrażenie robi twarz maszkarona... Zalepiona brunatną skorupą krwi, z wydziobanymi oczami i nozdrzami. I również pełna tych małych, niezbyt głębokich nakłuć...

Z góry na wszystko spoglądają ciemne ptaki. W milczeniu. Nikt nie przypuszcza nawet jak ostre mogą mieć one pazury i jak boleśnie uderzają w ofiarę dziobami. Na ich ciemnych piórach nie widać plam krwi. Zresztą nie miałby kto ich oglądać. Niewielu się tutaj pojawia. Niewielu dociera.



Czytaj również

Komentarze


Ifryt
    Nie takie złe
Ocena:
0
Ja chyba lubię takie impresje, gdzie klimat i pomysł rekompensują ubogą fabułę. To opowiadanko nie powaliło mnie na kolana pod żadnym względem (także klimatu czy pomysłu), ale przeczytałem je z całkiem sporą przyjemnością. Zgrabna, krótka forma. Ot, taki obrazek z życia czarnoksiężnika w Starym Świecie. Jak nie łowcy czarownic, to kłopoty ze sługą. Oj, niełatwo być magiem. ;)
05-12-2005 14:59
~Staszek

Użytkownik niezarejestrowany
    Nie prawda!
Ocena:
0
Nie mogę zgodzić się z autorem, ten sługa, Iwan przeżył i uciekł. Następnie zajął posade nauczyciela wefu w pewnej warszawskiej szkole. Wiem bo mnie uczył.
05-12-2005 16:04
Azreal
    "Nie takie złe" na jakie wygląda ]:->
Ocena:
0
Tekst mi się podoba, przeczytałem bez zgrzytów. Ale poza ładnymi opisami Twierdzy które potrafią przemówić do wyobraźni to niczym się nie wyróżnia. Z tego punktu widzenia niewielkie rozmiary opowiadania są plusem bo dłuższe już by mogło przynudzać. Za to plusem jest wyraźnie zakreślony motyw na przygode :) mamy już szkic miejsca i poprzednich mieszkańców teraz tylko trzeba pchnąć tam graczy =)
05-12-2005 16:42
LupusSum
    Nawet nawet
Ocena:
0
Ciekawie sie czytało. Ciekawy motyw na urozmaicenie sesji. Mały wypad po drodze do twierdzy może miejsce na nocleg ;).
05-12-2005 19:58
~Anonimowa Autorka

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Za wcześnie wysłane. Gdyby autor znalazł czas na jeszcze jedną korektę, powiedziałabym, że to najlepsze opowiadanie jakie się tu ukazało, ale ze względu na błędy stylistyczne, muszę je postawić na równi z "Chciwością".
Mimo błedów styl mi się podoba - lekki i widać że autor obdarzony jest poczuciem humoru (niekomunikatywność werbalna sługi:D). Bardzo dużym plusem jest zabawa konwencją. Może dlatego że mam pewien sentyment zarówno do "Frankensteina" jak i do "Ptaków", z którymi mi się to opowiadanie bardzo silnie skojarzyło. Ogólnie poziom idzie z powrotem w górę. A, i chwała za to, że jest krótkie.
05-12-2005 22:16
Yarghuzzz
    Gdzie Rzym, gdzie Krym AA???
Ocena:
0
Bez przesady! Tej miniaturce brakuje wiele do Chciwości!
Cóż... jak dla mnie to opowiadanie raczej nie jest opowiadaniem, ale charakterystyką miejsca. Widać w komentarzach - ludzie chwalą pomysł na sesję...

No nie wiem, do mnie to nie przemawia. Jako opis miejsca - świetne. Jako opowiadanie... trochę gorzej. Z akcentem na gorzej.
05-12-2005 22:41
zgreg
    Dobre?
Ocena:
0
Ojej, az sie wzdrygnalem... To jest co najwyzej przecietne opowiadanie. Esencja tej formy jest zakonczenie - o tym z "Bastionu" mozna powiedziec tylko jedna dobra rzecz: wystepuje (sztampowe i przewidywalne do bolu, moze tylko SPOJLER?udzial ptakowKONIEC mogl zaskoczyc). A i sama fabula jakas taka mdla...

Naprawde fajnym motywem jest sama twierdza, duzo ciekawsze byloby IMHO sfabularyzowanie jej historii (skad ptaki? dlaczego milcza?).
06-12-2005 10:03
~B.Krupko

Użytkownik niezarejestrowany
    Nie taki dobry...
Ocena:
0
Opowiadanie na konkurs które zacząłem pisać jest do tej pory nie ukończone :) Po prostu stwierdziłem że nie zdążę i napisałem coś innego, co potem wysłałem. A że zdecydowałem sie na zmianę w ostatniej chwili, stąd faktycznie mamy tutaj klasyczny przerost formy nad treścią - zresztą założony :) Co do korekty i czytania jeszcze raz - nie zdążyłem - za to po drobnych poprawkach opowiadanie znajduje się tutaj: http://tawerna.rpg.pl/dane/trpg/tawerna73/data/pl_1.html. Może taka (niewiele się rózniąca) wersja bardziej przypadnie Ci do gustu A. Autorko :)

Wszystkim dziękuję za komentarze :)
06-12-2005 14:50
   
Ocena:
0
Wspaniały opis opuszczonej warowni. Już widze swoich graczy zbliżających sie do bram w blasku ostatnich promieni słońca. Jeszcze nie wiedzą gdzie trafili he he....
22-02-2007 16:47
dzemeuksis
    Ciekawy patent narracyjny
Ocena:
0
Mam na myśli nieumyślne przerywanie toku opowieści narratora, przez wypowiedzi bohaterów, bądź pozwalanie im na dokończenie zaczętego przez narratora zdania. Tworzy to efekt prawdziwie filmowy, gdzie czas nie stoi w miejscu, obraz nie jest statyczny, lecz słowom narratora towarzyszy ruchomy obraz miejsca akcji.
05-03-2008 16:29

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.