» Czytelnia » Opowiadania » Leniwa rozkosz

Leniwa rozkosz

Leniwa rozkosz
Pfeildorf, 24 Erntezeit 2520 KI

Stos powoli dogasał, gapie rozchodzili się. Matki przeganiały swoje dziatki, rugając bezlitośnie za kolejne, nieudolne próby pochwycenia ostatnich szybujących w powietrzu falbanek popiołu. Mężczyźni wymieniali końcowe uwagi odnośnie przeklętego losu wszelkiej maści łapiduchów i szumowin, które swoim jadem toczą to piękne miasto. Rynek powoli pustoszał, a Pfeildorfczycy wracali do swojego rytmu pracy, pełnego utarczek o cenę sudenlandzkiej wełny.

To nie było dobre widowisko, choć zapewniło tutejszej ludności odrobinę rozrywki i chwilę wytchnienia od codziennych obowiązków. Skazany nie reagował, gdy gawiedź przywitała go gwizdami i wyciem, z obojętnością właściwą nieprzytomnym ludziom zniósł wszystkie miotane w niego obelgi i nadpsute warzywa. Heretyk był wycieńczony torturami i wyzionął ducha zanim ogień zdążył oczyścić jego plugawe ciało. Tłum nie doczekał się nawet porządnych krzyków, lamentów i opętańczego wycia. Cóż, nie każda kaźń wyglądała tak jak powinna.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Łowca czarownic stał, wpatrując się w to, co zostało z Hermana Osterwalsena. Nie tak wyobrażał sobie ich wspólne spotkanie. Narastająca w nim wściekłość powoli przechodziła w okiełznane zdenerwowanie. Informacja o aresztowaniu kultysty dotarła zbyt późno i nie zdążył przybyć na czas. Jak widać, nie zdążył też wysłany przez niego goniec. Do inkwizytora podszedł mężczyzna odziany w szaty kapłana Sigmara.

- Prosiłeś o posłuchanie, panie – rzekł pewnym siebie głosem.
- Nie, to jakaś pomyłka – odrzekł chłodno łowca.
- Pomyłka? Nie rozumiem – kapłan zmarszczył brwi.
- O nic nie prosiłem. Żądałem posłuchu, żądałem raportu z przesłuchania więźnia, a nade wszystko, żądałem zachowania go przy życiu do mojego przybycia! Czy goniec z Altdorfu zdołał tu dotrzeć? – zapytał, a widząc delikatne skinienie głową, kontynuował. – Zatem módl się klecho, aby Sigmar był dla ciebie litościwy, bo ja nie będę. Na mocy danego mi prawa zamierzam oskarżyć cię o próbę zatajenia spisku i sprzyjanie wrogom Imperium.
- Panie, ale nie mówisz chyba… Nie możesz – kapłan pobladł wyraźnie, a głos raz po raz mu się łamał.
- Owszem, mogę i zrobię to. W liście pytałem o kilka nazwisk. Czy więzień wspomniał o nich?
- O jednym, panie – kapłan skłonił się, mówiąc te słowa.
- Partacze, cholerni amatorzy… – inkwizytor kręcił głową z dezaprobatą. – Pokój w karczmie, dokumenty z przesłuchania i osobę, która je przeprowadziła. Ale już! Masz kwadrans i obym tym razem się nie zawiódł.

***

Nuln, Mittherbst 2520 KI
Greta von Koniegsten konała w kałuży własnego moczu i krwi. Nie zależało jej już na niczym oprócz szybkiej śmierci, na inną łaskę nie liczyła. Zresztą życie w takim stanie byłoby niełatwe - połamane kości, nogi zmiażdżone w estalijskich butach, oszpecona twarz, spalone włosy i niezliczone obrażenia wewnętrzne. To cud, że jeszcze żyła. Bolesny, niechciany cud.

- Powiedziałam już wszystko, proszę – wyszeptała ochrypłym głosem. Gdy mówiła, pomiędzy jej rozbitymi wargami widać było połamane, zakrwawione zęby. – Byłam głupia, dałam się omamić, to był błąd… Proszę, panie, zakończ to…
- Ulf Roten – powiedział cicho oprawca, którego oblicze skrywał cień kapelusza z szerokim rondem.
- Nie znam – kręciła przecząco głową. – Naprawdę nie znam. Proszę…
- Wierzę ci Greto, teraz już ci wierzę – mężczyzna chwycił ją za lepkie od potu i zakrzepłej krwi resztki włosów i szarpnął głowę do góry, zmuszając aby spojrzała na niego. W jego pustych oczach znów błysnęła iskra szaleństwa. – Merenbach… Zastanów się dobrze nim odpowiesz, pani. Nie dam Ci, ot tak, umrzeć. Mam tutaj przedniego cyrulika. Sigmar mi świadkiem, że to dopiero pierwszy taniec, a przed nami bal do białego rana. Rutger von Merenbach.

Drgnęła, nie umiała być obojętna na dźwięk nazwiska mężczyzny, któremu zaufała i którego pokochała, nawet jeśli on zdradzał ją i poniżał. Nawet pomimo tego, że zniszczył jej życie, że teraz konała przez niego. Łowca czarownic zauważył jej poruszenie, szarpnął jej głową a potem z niezwykłą wręcz troską pogłaskał rozpalone oblicze. Nachylił się tak blisko jej ust, że czuła jego oddech.

- Madam wybaczy, nie dosłyszałem – wyszeptał wciąż pochylony jak do pocałunku.

Nie spodziewała się, że potrafi jeszcze płakać, a jednak. W końcu powiedziała wszystko, na przemian łapiąc oddech i przełykając łzy.

- Można tak było od razu - Inkwizytor uśmiechnął się, klepiąc ją porozumiewawczo po obdartym ze skóry ramieniu. Krzyk zagłuszył resztę jego słów.

Kat zaryzykował jedno spojrzenie, ale w oczach łowcy dostrzegł tylko zadowolenie. Była to jedna z tych chwil, których najbardziej nie lubił w swoim fachu. Przypomniała mu, że służy ludziom, których nic praktycznie nie różniło od szaleńców z trzewi ciemnych przytułków. Nic, poza władzą. Łowca narzucił na ramiona płaszcz i ruszył w stronę drzwi.

- Stos, czy ulżyć jej mękom, panie? – spytał jeszcze mistrz małodobry.
- Ani mi się waż! – mężczyzna odwrócił się tak, że w blasku świecy kat doskonale widział jego oszpecone oblicze. – Suka ma żyć tak długo, aż nie sprawdzę, czy nie łgała. Niech Stieben doprowadzi ją do porządku. Stos jej nie minie, ale nie mam zamiaru pozwolić aby zepsuła gawiedzi zabawę.

***

Altdorf, 28 Jahrdrung 2521 KI
Jens Berger parał się intratnym, aczkolwiek ryzykownym zajęciem. Wykradanie zwłok z miejskiego cmentarza dla biedoty nie było niczym przyjemnym, ale przy stałych odbiorcach, dyskrecji i zachowaniu należytej ostrożności mogło być źródłem godnego utrzymania. Do tej nocy myślał, że już nic go nie zaskoczy. Jednak widok łowcy czarownic i jego pachołków wykopujących trumnę z nieboszczykiem sprzed kilku miesięcy, wprawił go w osłupienie. Najpierw pomyślał, że ma konkurencję. Potem, gdy rozpoznał charakterystyczny strój inkwizytora, był pewien, że to pułapka. Zamarł skryty za jednym z grobowców i tkwił tam już pół godziny. Ale ciekawość była silniejsza i w końcu wzięła górę.

Gdy wychylił się ze swojej kryjówki, dwóch pachołków właśnie wyciągnęło za pomocą lin trumnę. Łowca czarownic gestem nakazał podnieść wieko i zwrócił się do stojącego obok mężczyzny, którego związane na plecach ręce Jens widział wyraźnie.

- Wydaje ci się von Merenbach, że jesteś twardy, że się nie złamiesz? Albo że pomoże ci sam Lektor? Uśmiechasz się, bo myślisz, że chcę ci pokazać co czeka cię po śmierci. Zresztą, może nawet śmierć jest ci obojętna. Śmierć może tak, ale sposób jej zadania z pewnością nie… Zapewniam cię też, że nie ma ludzi twardych, są tylko źle przesłuchani – inkwizytor odwrócił się do swoich pachołków. – Połóżcie pana Rutgera von Merenbacha obok imć Detlefa Siercka, czy jak mu tam, zamknijcie trumnę i zakopcie. Mam wrażenie, że wzajemne towarzystwo dobrze zrobi obydwóm.

Jens Berger łkał bezgłośnie z przerażenia, ślubując miłosiernej Shallyi, że jeśli tylko uda mu się przetrwać noc w ukryciu, rano złoży ofiarę w świątyni, a potem odmieni swoje życie i zajmie się ciesielstwem, jak jego nieżyjący już ojciec. Bał się, gdy przerażonego mężczyznę, którego łowca z pozorną grzecznością określał mianem von Merenbach, wpychano obok rozkładającego się nieboszczyka i żywcem zakopywano. Jednak przerażenie Jensa sięgnęło zenitu, gdy blisko godzinę później pachołkowie raz jeszcze wykopali trumnę i wyciągnęli z niej mężczyznę. Brudnego, z trudem łapiącego powietrze, łkającego i krzyczącego na przemian. Żywego i w pełni obłąkanego.

***

Altdorf, 8 Pflugzeit 2521 KI
W zapewnienia Rady, że jest nietykalny Ulf przestał wierzyć w jednej, krótkiej chwili. Nikt nie pukał w drzwi, nikt nie próbował nawet dotknąć klamki. Dwóch pachołków wpadło do izby wraz z drzwiami, dwóch następnych wbiegło zaraz za nimi, a potem spokojnie wszedł łowca czarownic. Tłusty Ulf nie zdążył się nawet sam poderwać z łoża, wywlekli go jak psa. Irma, biedna dziwka, która miała pecha spędzać z nim tę właśnie noc, krzyknęła wystraszona. Inkwizytor z rozmachem uderzył ją wierzchem dłoni w ciężkiej metalowej rękawicy i dziewczyna padła na podłogę, tracąc przytomność i dwa zęby.

Posadzili go przy stole, a potem jeden z pachołków wyjął młot i hacele, długie, grube, kowalskie gwoździe. Obydwie ręce przybili mu do stołu, a stopy do podłogi. Bolało, ale wiedział, że to dopiero początek. Inkwizytor usiadł naprzeciwko, zdjął kapelusz i wygładzając jego rondo położył obok dzbana z winem. Oszczędnym gestem ręki odgarnął jasne kosmyki, które opadły mu na czoło. Ulf spojrzał na oszpeconą blizną twarz i rozpoznał ją w jednej chwili, choć mężczyzna zmienił się przez te wszystkie lata. Spojrzenie oczu było jednak nadal tak samo chłodne i pełne szaleństwa, jak to zapamiętał. Pojmany zadrżał, a potem, odruchowo, gdzieś wewnątrz zaczęła tlić się iskierka nadziei. Łowca czarownic nalał sobie spokojnie kielich wina, zbliżył go do nozdrzy i powąchał, a potem krzywiąc się z niesmakiem, wylał zawartość naczynia.

- Ciągle pijesz to gówno, Ulf? – inkwizytor pokręcił z dezaprobatą głową. – Zresztą chyba nie powinno mnie to dziwić. Kopę lat, ale wierz mi, stary druhu, jestem cholernie rad, że cię w końcu znalazłem. Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Oszczędź mnie, poniechaj – zakrzyknął tłuścioch, starając się opanować drżenie głosu.

Łowca czarownic wybuchnął na te słowa dzikim, niepohamowanym śmiechem. A potem kopnął stół, omal nie przewracając go wraz z przesłuchiwanym. Potworny ból zapłonął we wszystkich miejscach, w których Ulf przebity był gwoździami. Inkwizytor doskoczył do niego, chwycił za głowę i mocno uderzył nią o blat stołu. Raz. Krew trysnęła z nosa, zachlapując i tak już lepkie od brudu deski. Dwa. Trzy. W końcu silny chwyt zelżał, a łowca wrócił na swoje miejsce, przysuwając sobie ponownie krzesło.

- A to dobre, stary druhu, setnie mnie ubawiłeś – powiedział. – Masz coś jeszcze do powiedzenia, zanim wrócę do tego, co już mi kiedyś przerwano? – Mężczyzna szybkim ruchem dobył sztylet, obracając go tak, by Ulf mógł jak najdłużej cieszyć swoje coraz bardziej przerażone oczy jego widokiem. - Jakieś ciekawe argumenty, słucham?
- Ona żyje, przyjacielu. Żyje i ma się dobrze…

Szaleńczy śmiech zastygł na twarzy łowcy. W izbie zrobiło się nagle śmiertelnie cicho. Ulf uwierzył, że udało mu się kupić życie. Nie wiedział jednak, że zostało mu go tak niewiele.

***

Breitendorf, 1 Sigmarzeit 2506 KI
Chłodny wiosenny deszcz siąpił już od godziny. Kapłan zakończył modlitwę nad mogiłą, a zebrani wokół niego ludzie rozeszli się w ciszy. Ostatni od grobu odstąpił von Breitenbach, którego smukłą sylwetkę przygarbiły wydarzenia ostatnich tygodni. Przeczesał ręką rzadkie siwiejące włosy, będące jeszcze niedawno kruczoczarną, bujną czupryną. Westchnął i założył kapelusz, do tej pory trzymany kurczowo w dłoni, niczym swoisty talizman dodający siły, przez całą ceremonię. Drżące ręce oparł na drobnych ramionkach swoich dzieci, choć dziś pozwalając sobie na dodatkowy objaw czułości, po czym skierował się w stronę stojącego przed bramami Ogrodu Morra powozu. Za sobą, w dręczonej przymrozkowym chłodem ziemi, zostawił ukochaną żonę. Rozstawał się z Marią pierwszy raz od ponad dwunastu lat, kiedy to stanęli na ślubnym kobiercu, i jakoś nie potrafił pogodzić się z myślą, że ta rozłąka będzie już wieczna. Kochał żonę prawdziwie, co było rzadkim przypadkiem wśród aranżowanych szlacheckich mariaży, i co dzień dziękował bogom za ten dar.

Podróż do rodzinnego majątku upłynęła im w całkowitej ciszy. Niespełna dziesięcioletni chłopczyk, chudy lecz nad wyraz wysoki, jak na swój wiek, utkwił puste spojrzenie w oknie powozu. Jasne włosy opadły mu na czoło, a cień rzucany przez kotarę sprawiał, iż ojciec nie widział dokładnie jego szczupłej twarzy. Było mu to nawet na rękę, gdyż sam nie potrafił sobie poradzić z własnym bólem, a co dopiero ze łzami dzieci. Sporo młodsza córka nie była na tyle litościwa, albo dumna, jak jej brat. Łzy płynęły po jej policzkach nieprzerwanie od chwili, gdy zjawili się na cmentarzu. Raz po raz, targana spazmami, zawodziła głośniej, siąpiąc nosem. Von Breitenbach kulił wtedy ramiona, jakby chowając się przed tym dowodem bolesnej straty. Medycy zawsze powtarzali, że okazywanie dzieciom czułości niechybnie prowadzi do ich nadmiernej nerwowości i zbytniej emocjonalności, co może się w przyszłości objawić chorowitością, słabością i wszelkimi innymi złymi przypadłościami. Nie życzył tego dzieciom i pokonał w sobie wszelkie niepotrzebne odruchy, jak ten, żeby przytulić córkę z całych sił i pozwolić jej wypłakać się w swoich ramionach. Miast tego uspokoił oddech, zaczerpnął powietrza i poklepał córkę po ramieniu.

- Nie płacz, Sigrid, bo mamie byłoby przykro – wychrypiał cicho, po czym dumny z tych pełnych rozsądku słów otuchy, opadł ponownie na siedzisko.

Zupełnie wbrew jego oczekiwaniom, sześciolatka w rewanżu wybuchła jeszcze głośniejszym lamentem. Jej błękitne oczy, które tak przypominały mu Marię, miały w sobie tyle smutku, że von Breitenbach czuł się bezsilny. Nie wiedząc co począć, odwrócił głowę i wzorem syna utkwił wzrok w oknie. Gdy po chwili płacz urwał się równie niespodziewanie, jak wybuchł, zaryzykował przelotne spojrzenie. Sigrid siedziała skulona w objęciach Teodora. Brat głaskał ją po jasnych lokach, szepcząc coś do ucha. Szlachcic w milczeniu ponownie odwrócił wzrok od dzieci.

***

Posiłku nie spożył nikt z całej trójki. Apatycznie grzebali sztucami w talerzach, raz po raz zerkając w stronę miejsca, które zawsze zajmowała pani domu. Gdy małej Sigrid broda znów poczęła lekko drżeć, niechybnie oznaczając kolejny atak płaczu, ojciec odprawił dzieci do komnat nakazując wcześniejszy spoczynek. Sam zaś przesiedział przy pustym stole kolejnych kilka godzin. Strapiony jego stanem lokaj zaglądał do niego parę razy pod różnymi pretekstami, ale szlachcic zbywał go milczeniem. W końcu, gdy wybrany wiele lat temu przez małżonkę zegar wybił dwudziestą, von Breitenbach wstał. Opuścił jadalnię, odwracając wzrok od przepięknie rzeźbionych mebli wykonanych na zamówienie Marii i ciężkich, altembasowych kotar udrapowanych nad oknami zgodnie z jej wskazówkami. Przez salon przemknął niczym nieproszony gość, ani razu nie zerkając w stronę portretu zawieszonego nad kominkiem. Uwieczniona na nim urodziwa kobieta nie przestała się uśmiechać, trzymając na kolanach strojną niczym lalkę córkę i wpatrując się w stojącego obok pierworodnego.

Wspinał się po schodach praktycznie z zamkniętymi oczami, zachłannie łapiąc każdy oddech. Lecz gdy położył dłoń na klamce sypialni, siły go opuściły. Osunął się na podłogę, skulił i płakał. Targał nim smutek tak silny, jak nigdy. Żal tak wielki, że nie był w stanie go ukoić. Walczył z nim od dnia jej śmierci, lecz dziś przegrał. A gdy skończyły się mu już łzy, wstał i nie oglądając się za siebie, zbiegł na dół. Nakazał lokajowi spakować torbę i narychtować powóz. Nakreślił pospiesznie list do opiekunki i guwernanta, wydał kilka dyspozycji służbie i nim wybiła północ opuścił dom, który tak bardzo przypominał mu Marię.

***

Teodora wyrwał z odrętwienia głośny płacz siostry. Wysunął się z łóżka i boso przemknął ciemnym korytarzem do jej komnaty. Siedziała skulona, obejmując rączkami kolana. Przysiadł obok i mocno ją przytulił.

- Nie płacz, Sigrid, nie płacz kochana – szeptał, samemu ledwo powstrzymując łzy palące oczy. - Ciii, już nie płacz. Proszę… Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Mama pewnie teraz na nas patrzy i robi jej się smutno. Tacie też będzie przykro, jak się dowie, że znowu płakałaś.
- Nie będzie mu smutno – wykrzyczała, odsuwając się gwałtownie. – On też odszedł, zostawił nas, jak mama…
- Pleciesz bzdury, Sigrid – żachnął się chłopak. – Tata śpi w swojej komnacie. Jest bardzo zmęczony…
- Nie śpi, widziałam powóz. Pojechał sobie… Zostawił nas… Wszyscy zostawią…

Płacz ponownie przerodził się w lament, a drobnym ciałkiem zaczęły wstrząsać dreszcze. Teodor nie wątpił nawet przez chwilę w jej słowa. Był na tyle duży, by uwierzyć w taki postępek ojca i równocześnie na tyle mały, by wystraszyć się go równie mocno, jak siostra. Łzy spłynęły po policzkach, lecz ukrył je przed Sigrid mocno ją obejmując i chowając twarz w jej lokach.

- Teo, ja się tak strasznie boję… Tak bardzo boję…
- Nie bój się. Ja cię nie zostawię, obiecuję.
- Obiecujesz, Teo? Na wszystkie skarby świata i kucyka? – pytała, wycierając nos w rękaw koszuli.
- Na wszystkie skarby świata i kucyka, Sigrid. – Uśmiechnął się lekko, odgarnął kosmyk jej włosów i ucałował delikatnie rozpalone czoło. – Nie bój się, będzie dobrze. Jestem przy tobie… Chodźmy spać, dobrze?

Przytaknęła mu grzecznie i wtuleni położyli się razem. Teodor okrył ich kołdrą po same brody i czuwał przy siostrze, słuchając jej oddechu, który po chwili nabrał miarowego, spokojnego tempa, aż i jego zmorzył sen.

***

Breitendorf, 12 Sommerzeit 2515 KI
Koła powozu zazgrzytały na żwirze, którym wysypano podjazd. Podjechał pod główne wejście do dworku, a lokaj natychmiast podbiegł otworzyć drzwi. Teodor uśmiechnął się do niego, wysiadając. Obrzucił przelotnym spojrzeniem okolicę i doszedł do wniosku, że przez ostatnie trzy lata dom się nic nie zmienił. Ruszył prosto w stronę oczekującego go ojca, któremu grzecznie się ukłonił. Von Breitenbach nie postarzał się zbytnio, ale to również nie zdziwiło młodzieńca. Pamiętał, że aparycja ojca zmieniła się tylko raz i to bardzo nagle – po śmierci matki. Później, choć mijały lata, szlachcic uparcie opierał się upływającemu czasowi.

- Witaj w domu, synu. Rad jestem widzieć cię w zdrowiu.
- I ja raduję się na twój widok, ojcze – odrzekł z nienagannym reiklandzkim akcentem.

Stali tak przez chwilę w milczeniu, a ojciec uważnie oglądał syna. Z każdą chwilą serce rosło mu z dumy. Oto miał przed sobą wysokiego młodzieńca, którego twarz nabrała szlachetnych, ostrych rysów, wyraźnie zyskując tym na przystojności. Ogolony był elegancko, włosy miał dokładnie uczesane i spięte tuż nad karkiem prostą klamrą. Również odzienie prezentowało się wyśmienicie, najprzedniejszy altdorfski ubiór skrojony na miarę. Niechybny znak, że syn dobrze gospodaruje przesyłanymi mu pieniędzmi. Von Breitenbach skarcił się w duchu za wszystkie swoje wątpliwości, jakie miał przed posłaniem syna na nauki do odległej, zepsutej stolicy. I ucieszył się, że przez ostatnie trzy lata pierworodny zmężniał i nie odwykł od noszenia oręża. Wyraźna muskulatura, rysująca się pod materią odzienia, świadczyła o tym, że młodzieniec nie unikał też uczęszczania na lekcje fechtunku, które były obowiązkowym elementem dodatkowej edukacji, o jaką zadbał ojciec. Możliwe, że dzięki temu i wrodzonemu silnemu charakterowi Teodor nie przemienił się w reiklandzkiego żołnierza, jak ongiś zakładały najgorsze ojcowskie obawy.

Ciszę przerwał pisk radości. Panienka Sigrid, nie zważając na wpajaną jej przez guwernantów etykietę, podskakując ze szczęścia niczym mała dziewczynka, przemknęła przez ganek i rzuciła się bratu na szyję. Teodor objął ją mocno, podniósł do góry i zakręcili młyńca, jakiego nie powstydziłyby się najhuczniejsze bale. Po czym odstawił ją na ziemię i zgiął się w paradnym ukłonie, godnym szlachcica. Sigrid z chichotem wyciągnęła dłoń do powitania i ciągle się śmiejąc, przyjęła pełen szacunku pocałunek.

- Witamy w domu, kawalerze – kontynuowała to istne przedstawienie dobrych manier z zawadiackim uśmiechem.
- Moje oczy tęskniły twojego widoku, panienko – Teodor wyprostował się, odwzajemniając uśmiech.

Musiał przyznać, że w odróżnieniu od całego dworu i ojca, jego mała siostra zmieniła się nie do poznania. Gdy wyjeżdżał na nauki miała zaledwie dwanaście wiosen, a jej ciało dopiero budziło się do dorosłości. Dziś zaś trzymał smukłą dłoń prawdziwej piękności. Sigrid rozkwitła w pełni, a jej uroda dosłownie go oszołomiła. Jasne loki, białe lico, błękitne oczy otoczone woalką gęstych rzęs – wyglądała praktycznie jak matka. Pierś nabrała kształtów, kibić wysmuklała, ruchy nabrały gracji. Jedno spojrzenie wystarczyło, by Teodor już na zawsze wymazał z pamięci obraz wysokiej tyczki o zbyt dużych uszach i chudej twarzy, która zalewając się łzami żegnała go, gdy odjeżdżał do Altdorfu.

- Nie przystoi się tak gapić na damę – trzepnęła go zadziornie w ramię. – Choć na plus liczę kawalerowi, że ust nie rozdziawił, niczym chłopek jakiś.
- Wnioskuję, że inni rozdziawiają – uśmiechnął się, ruszając w stronę drzwi.
- A to kawalera martwi?
- Gdzieżby! Dobrze wiedzieć, że w Middenlandzie nie mieszkają ślepcy. Chodźmy do środka, Sigrid, nie każmy ojcu dłużej czekać z obiadem.

***

Dni mijały powoli, a Teodor robił dosłownie wszystko, by poczuć się w domu jak dawniej. Jeszcze w dniu przyjazdu wybrał się na konną przejażdżkę po okolicznych ziemiach. Wieczorem siadł z ojcem i przy kieliszku wybornej brandy rozmawiali o życiu w Altdorfie. Rankiem zabrał wszystkie psy i wyjechał na polowanie, a resztę tego i kolejnych dni spędził z Sigrid. To był jeden z bardziej udanych tygodni. Zapomniał o wszystkich swoich troskach i dręczących go jeszcze niedawno myślach. W świąteczny Festag najpierw pojechali do miasteczka na nabożeństwo. Teodor zdziwił się, z jaką łatwością przyszło mu odwiedzić świątynię Sigmara, w której nie bywał od dobrego roku. Później zaś uciekli nad rzekę, gdzie dawniej wbrew rozkazom ojca uczył ją pływać. Odwiedzili wszystkie leśne zakamarki, które przed laty, ubarwiane mocą dziecięcej wyobraźni, służyły im za twierdze, domy, karczmy, pałace i baśniowe lochy. W jednym z takich miejsc urządzili sobie piknik, gdy głód już zaczął im doskwierać.

- Rycerzu Gerwaldzie! Za twe męstwo i pokonanie obrzydliwego smoka, ja, księżniczka Tirana, nagradzam cię tą oto magiczną ucztą z elfickich owoców i słodkich nektarów – wyszczebiotała Sigrid, podając mu pieczoną pikantną kiełbaskę, której receptura była strzeżonym sekretem wiekowej kucharki.
- Księżniczka Tirana… Na bogów, siostrzyczko, nie myślałem, że trzymasz jeszcze w pamięci te nasze zabawy – odrzekł ze śmiechem, lecz widząc, że lekko posmutniała, szybko dodał – to piękne. I brakowało mi tego w Altdorfie.
- Targania mnie za warkocze również? – wydęła usta w udawanym grymasie złości.
- A żebyś wiedziała, mały bobrze.
- Przestań! Wiesz, że cię za to nienawidziłam! – Bez wysiłku uniknął wymierzony w niego podstępny cios chlebowym paluchem.
- Ale wyglądałaś jak bóbr, nie moja wina. – Rozłożył ręce w geście bezradności. Tym razem chlebowy oręż sięgnął celu, łamiąc się na kaftanie.
- Wychudły pajac się odezwał – syknęła, lecz i w tej złości było więcej przekomarzania niż szczerego oburzenia. – Tęskniłam…
- Ja również, Sigrid, jak cholera – wyciągnął w jej stronę otwarte ramiona.
- Nie klnij! – Skarciła go, przytulając się. – Bo pomyślę, że wielkie miasto, zwane przez ojca pieszczotliwie śmierdzącą stolicą, zmieniło mojego braciszka.

Nie odpowiedział. Myśli na moment zostawiły rodzinny dom i uciekły nad bruk altdorfskich ulic, pośród wznoszące się gęsto domostwa. Niczym ptak poszybowały ponad skwerkami zieleni, ponad złotem dachów świątyń, między arkadowe krużganki uniwersyteckie i przygniecione księgami biblioteczne regały. Nie zdążył ich w porę powstrzymać, a już przedzierały się dalej przez zasnute oparami dymu, duszne pomieszczenia gwarnych karczm. W nozdrza uderzył smród skwaśniałego piwa, zmieszanego pośród podłogowych trocin z odorem uryny. Galopowały do opuszczonych magazynów, schodziły pod ich podłogi, przesuwały się po skłębionych na kamiennych posadzkach ciałach. Upijały się winem, odurzały narkotykiem, jęczały z rozkoszy. Teodor potrzasnął energicznie głową, jakby mogło to pomóc je odegnać. Lecz było już za późno. Zdążył poczuć w ustach gorycz, która nie dręczyła go odkąd wrócił do domu. A już sądził, że udało mu się o niej na zawsze zapomnieć.

- … i to też mnie bardzo cieszy. Teo? Słuchasz mnie?! – Słowa siostry dotarły do niego stłumione, jakby musiały przedzierać się przez te wszystkie miejsca, do których zawędrował w myślach.
- Przepraszam, kochana. Ot, wspominałem przeszłość.
- Mówiłam, że już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę stolicę. Te wszystkie piękne świątynie, o których pisałeś. Dwór cesarski, teatry… Teo, tak się cieszę!

Poderwał się jak oparzony. Wystraszył Sigrid, lecz nie zwrócił na to uwagi. Rozejrzał się nerwowo dookoła, jakby nie poznając miejsca, w którym przebywa. Dopiero po chwili, uspokojony widokiem zielonych drzew, zwrócił się do siostry.

- Nie jedziesz do Altdorfu – orzekł szorstko, choć starał się przemówić łagodniej.
- Jak to? Przecież mi obiecałeś?! Pisałeś w listach, jest ten ważny bal. Ojciec się zgodził…
- Nie. Nie jedziesz do Altdorfu i nie zmienię zdania.
- Teodorze? Co ja złego uczyniłam, że mnie tak karzesz? To miał być mój pierwszy bal. I suknia…
- Pójdziemy na jakiś bal tutaj.
- Jak to? – Na jej jasnym licu rozpacz ustąpiła miejsca zdziwieniu.
- Ja też nie wracam już do Altdorfu. Zostaję tutaj.

I choć Sigrid od wielu tygodni nie marzyła o niczym innym, niż bal, o którym pisał jej w listach Teodor, z radości uwiesiła mu się na szyi.

***

Ojciec nie przyjął tej informacji równie serdecznie. Pomimo dość składnych i nawet rozsądnych wyjaśnień, jakie podawał mu syn, czuł, że nie są to prawdziwe powody jego decyzji. I na swój rodzicielski sposób, dopatrzył się przyczyn problemu tam, gdzie ich nie było.

- Rozumiem Teodorze, nie musisz już więcej nic mówić. Młody panicz, zwłaszcza z prowincji, nie ma w stolicy łatwego życia. Doceniam też fakt, że do ostatniej chwili nie poprosiłeś o wsparcie. Ale nie musisz się dłużej krygować. Może jestem już stary i nosa poza swoje ziemie nie wyściubiam, ale to nie znaczy, że nie wiem co się liczy na salonach. Rozmawiałem ostatnio z zarządcą. Dostaniesz dwa razy większą pensję. To powinno ci ułatwić skończenie nauk.
- Ależ ojcze… – Próbował zaprzeczyć, lecz von Breitenbach nie dał mu dojść do słowa.
- To już postanowione. Jednego mam syna i nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała od umilenia mu życia w Reiklandzie. Znam ja tych fircyków, wymuskanych słabeuszy, dla których zasobność sakiewki liczy się bardziej niż człowiek. Nie pozwolę, żebyś z powodu finansowego dyskomfortu rezygnował z nauk i zaprzepaścił swoją karierę. Kiedyś ty zrobisz to samo dla moich wnuków. Zapamiętaj, tak się w Imperium spłaca dług zaciągnięty u rodzica.
- Zapewniam ojcze, że nie chodzi o pieniądze. Ot, nie czuję aby studia prawnicze były moim powołaniem. Wolę wrócić tu i pomóc ci prowadzić majątek.
- Pozwól synu, że przyłożę do tego swoją pochodnię. Nie odkrywa się braku powołania na ostatnim roku nauk, Teodorze. Zarządców mam dobrych, a jako chłop w pole nie wyjdziesz do koszenia zboża, więc nie widzę powodu, dla którego miałbyś zmarnować wszystko, co zainwestowałem w twoją edukację. Gdy będzie na mnie czas, to przejmiesz ziemię i wrośniesz w nią na zawsze. Ale nie teraz, rozumiesz Teodorze? I nie zmuszaj mnie, abym zaczął sięgać po jakieś inne, przysługujące ojcu, rozwiązania. Przyjmij większą pensję i podziękuj.
- Dziękuję, ojcze – wydusił młodzieniec.

Ojciec wytłumaczył sobie ową słabość głosu radością z jego daru. I nawet mu przez myśl nie przeszło, że wiązała się ona nie z zadowoleniem, a z olbrzymim lękiem. Lękiem przed smakiem tej przeklętej goryczy w ustach, przed cierpkością paraliżującą język, odurzającą zmysły i uwalniającą z człowieka tę jego część, która przypisana jest demonom. Nad którą Teodor nie potrafił panować i do której tęsknił, niczym do najcudowniejszej kochanki.

- Doskonale, Teodorze. A teraz idź przekazać dobrą nowinę siostrze. Od dwóch miesięcy nie mówi o niczym, ponad ten wyjazd. Ja również wszystko do niego przygotowałem.

Młodzieniec stał dalej, niczym wrośnięty w podłogę. Drżące dłonie ukrył za plecami, a zimny pot wystąpił mu na czoło. Obawiał się, że ojciec dostrzeże owa zmianę, lecz ten usiadł już za biurkiem i utkwił wzrok w papierach.

- Ojcze, nie mogę zabrać Sigrid. Altdorf to nie jest dobre miejsce dla młodej panienki…
- Nie bądź śmieszny, Teodorze. Ja tak myślałem o tobie, gdy miałeś jechać. A spójrz na siebie! Zmężniałeś, nabrałeś ogłady. Zresztą, nie jedzie tam sama, tylko pod twoją opieką. Kwartał minie szybko, a siostra nie będzie ci przecież przeszkadzała w obowiązkach akademickich.
- Ale podróż powrotna…
- Teodorze! Przestań szukać problemów tam, gdzie ich nie ma. Opłacisz Sigrid najlepszy i najbezpieczniejszy dyliżans. A jeśli uznasz za stosowne, wynajmiesz też kogoś do prywatnej ochrony.
- Ojcze…
- Jedyne co możesz teraz powiedzieć, to podziękować w imieniu swoim i Sigrid. Nic innego nie usłyszę.

Teodor poddał się. Wiedział, że gdy ojciec coś postanowi, to nie da się go łatwo przekonać do zmiany decyzji. Jedyne co mu pozostało, to zaopiekować się Sigrid najlepiej, jak potrafi i trzymać z dala od problemów.

Nie przegap drugiej części!Opowiadanie pochodzi z cyklu Opowieści z Prowincji. Dalsze losy bohaterów Czytelnik znajdzie w artykule Leniwa rozkosz część 2.



Czytaj również

Komentarze


~elfiątko

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Podobało mi się i czekam na drugą częśc spajającą te wszystkie wydarzenia w spójną całość zakończoną ekscytującym i zaskakującym finiszem! :) pozdrawiam
07-03-2009 20:54
Parsifal
   
Ocena:
+3
Zastanawiające jest, czemu w większości artów do WH inkwizytorzy/łowcy czarownic są przedstawieni jako cyniczni, wyprani z sacrum psychopaci.

Ani to ładne, ani historyczne.
07-03-2009 21:27
Siriel
    @ Parsifal
Ocena:
+2
Ale zgodne z wizją systemu...

WH nie ma odwzorowywać historii, a 'ładność' to kwestia gustu.

Brawo, Viriel. Jestem tylko rozczarowany, że muszę czekać na drugą część. :)
08-03-2009 11:18
Radowid
    Pomyślmy
Ocena:
0
Ni Inkwizytor to taki gliniarz w pewnym sensie. Pracuje z ludźmi. Nikt go nie lubi choć wszyscy wiedzą że jest potrzebny. na ogół nienawidzi tych przeciw którym jest wystawiany. sta cynizm i chłodna ocena sytuacji. Z resztą nie jestem pewien czy uczuciowy Inkwizytor nie byłby gorszy. Fajny tekścik choć nie lubię podziału tekstu gdzie poszczególne fragmenty łączą się ze sobą z czasem
08-03-2009 11:57
E_elear
    Moje gratulacje Viriel
Ocena:
0
Jak dla mnie bardzo dobre opowiadanie, które naprawdę przyjemnie się czytało.
Rozpoczętych jest kilka wątków, zmieniają się bohaterzy. Akcja dzieje się w kilku miejscach i o różnym czasie. Opowiadanie jest tylko prologiem, dlatego z ostateczną ocenę, należy poczekać na rozwinięcie i zakończenie (jednak ciąg dalszy zapowiada się obiecująco).
Podoba mi się styl pisania ( lekko, ciekawie) i mroczny klimat (dobry WH).
Dziękując za ciekawy artykuł, czekam z niecierpliwością na kolejną część (którą w ciemno, na pewno przeczytam jak tylko się ukaże).
08-03-2009 12:03
dzemeuksis
    Druga część?
Ocena:
0
Hę, a jesteście pewni, że będzie druga część? Nie zdziwiłbym się, gdyby autorka uznała to za tekst skończony - ot, taki niedomalowany obrazek losów kilku zwyczajnych obywateli Imperium ;)

Osobiście mam drobne zarzuty co do stylu. Nie zaprzeczę, że czyta się dość przyjemnie a niektóre fragmenty są wręcz smakowite. Czasem jednak autorka zagalopowuje się nieco i tworzy połączenia zbyt swobodne, poetyckie, jak np. "falbanki popiołu".
08-03-2009 12:12
8536

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
A tak offtopowo - kiedy w dziale Warhammera ukaze sie cos innego niz opowiadanie?
08-03-2009 12:27
karp
    Druga część...
Ocena:
+2
...oczywiście będzie i wszystko wskazuje na to, ze już we wtorek, więc proszę jeszcze o odrobinę cierpliwości. Tekst podzieliliśmy, bo jakoś strasznie się Karolinie rozwinął...

@ Hajdamaka
Nie wiem czy pytasz na poważnie, czy ironicznie, ale mniejsza z tym. Najpierw słówko w kwestii powiedzmy tłumaczenia się - na górze jest taki boks "Najnowsze artykuły", gdzie są zlinkowane nasze ostatne aktualki. Jeśli rzucisz okiem, zobaczysz, ze spośród ostatnich dziesięciu tekstów był jeden szort, jedno opowiadanko (to pod którym komentujemy), reszta to scenariusz, BN, dwie recki i teksty almanachowe. Chyba nie ma dramatu?

A teraz o planach, bo to żaden sekret, choć oczywiście mogą sie zmieniać. Na za tydzień jak zdążę będzie lokacja, Triki pracuje nad baaardzo zielonymi (i nie mającymi nic wspólnego z ekologią ;)) tekstami almanachowymi, zapewne jeszcze w tym miesiącu ruszymy też z konkursem na scenariusz. Priorytetem dla redakcji są dwa duze projekty, które w obecnej fazie zależą od nas w bardzo małym stopniu:
- Salkalten Nadzieja Ostlandu została w całosci oddana do składu, layoutu i takich tam, na efekt czekamy już blisko dwa miesiące i mamy wielka nadzieję, ze warto. Zawartość dodatku to opis portowego miasta Imperium i dwa obszerne scenariusze.
- Liber Fanatica 2 - tłumaczenie jednego z najpopularniejszych dodatków fanowskich. Całość jest przetłumaczona i po redakcji ponownie trafiła w ręce tłumacza. Czekamy na jego krok około miesięca, ale wiadomo, życie zawodowe, osobiste i takie tam.

Poza tym, co Cię pewnie nie ucieszy pojawią sie szorty okolocznosciowe (taka nasza mała redakcyjna tradycja), a na publikację czeka kolejne obszerne opowiadanie. Coż, tak to już jest, że spora część prac przychodząc z zewnątrz do redakcji, to właśnie opowiadania i szorty. Niewiele mozemy na to poradzić, oprócz prośby o inne teksty...
08-03-2009 13:11
8536

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
O, faktycznie, moja wina. Nie wiem dlaczego ostatnie scenariusz wzialem za opowiadanie :D Sorry, naprawde mi glupio :)
08-03-2009 13:25
Parsifal
    @ Siriel, Radowid
Ocena:
+1
W podręczniku głównym napisane jest przy profesji łowcy czarownic, że "nie cofnie się on przed zabiciem niewinnych o ile pozwoli im to dotrzeć do źródla prawdziwego zła". Czyli zabije, jeśli zajdzie taka potrzeba, ale nie będzie tego robił ot tak, dla wlasnej przyjemności. Tortury czy ból są narzędziem ,a nie celem samym w sobie albo stylem działania. A notorycznie widuje postacie łowców albo inkwizytorów wykreowane na okrutników i psychopatów.
08-03-2009 13:46
8536

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Dla mnie wiekszosc to sa psychopaci, tylko nieliczni sa cierpiacymi, rozdartymi ludzmi - pro publico bono. Metody jakie stosuja sa w sam raz dla psychopatow, mizogenistow, ludzi z kompleksami. Robienie z nich milych staruszkow walczacych o czysotsc serca nie jest ani ladne, ani historyczne ;)
08-03-2009 14:18
CE2AR
   
Ocena:
0
Rozgrzeszam Cię Hajdamako, a w ramach pokuty przeczytaj ten scenariusz i skomentuj go :P
08-03-2009 14:24
Siriel
    @ Parsifal
Ocena:
+3
"Bywają łowcy, którzy bez zastanowienia palą całą wieś wraz z mieszkańcami, jeśli ma to zagwarantować, że w płomieniach zginie jeden ukryty kultysta. Starsi łowcy, obarczeni straszliwymi doświadczeniami, skłaniają się ku jeszcze bardziej radykalnym poglądom, przypominającym wyznawane przez Świątynię Sigmara trzysta lat temu. Wierzono wtedy, że wszyscy są winni, a pozostaje jedynie ustalenie, w jakim stopniu." "Królestwo magii", str. 130

"Spośród wszystkich religijnych grup łowców czarownic, żadna nie przyczyniła się bardziej do powstania legend o ich straszliwych i krwawych poczynaniach niż Święty Zakon Rycerzy Sigmara. [...] Mało kto jest niewinny w oczach sigmaryckiej Inkwizycji, wyłączając innych rycerzy zakonnych." "Królestwo magii", str. 133

Jakieś pytania?

08-03-2009 14:59
Karczmarz
    Hmmm
Ocena:
0
A opowiadanie o homoseksualnej miłości Łowcy Czarownic do jego ofiary? Zły podły kultysta pod postacią kochasia podkopuje wiarę łowcy czarownic. Gorący kochankowie uciekają w nieznane a tam łowca zostaje zdradzony i złożony w ofierze dla podłych kultów... Jakież to by było romantyczne :)
08-03-2009 16:00
~musk

Użytkownik niezarejestrowany
    piekne
Ocena:
0
Bardzo, bardzo fajne. Jest wszystko co trzeba: i fabula i nastroj i przekonywujacy bohaterowie i zgodnosc z warhammerowym swiatem i... dlugo by wymieniac. A scena powitanie rodzenstwa godna Nataszy i Mikolaja Rostowow.
Jedynie w kilku miejscach bym troche zmienil jakies slowo, czy dwa, albo konstrukcje, ale to nic takiego.
09-03-2009 13:18
~popiołek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
-2
Hajdamaka przeciwstawia obrazowi łowcy czarownic jako cynicznego, wyprani z sacrum szaleńcowi, mordercy i psychopacie obraz miłego staruszka walczącego o dobro. Tak tanie chwyty retoryczne mogą przekonać tylko upośledzonych gimnazjalistów. W pełni zgadzam się z Parsifalem który napisał że ani to ładne ani historyczne, gdyż w większości inkwizytorzy byli ludźmi całkowicie oddanymi sprawie którą uważali za słuszną, zaślepieni fanatyczną wiarą robili rzeczy okrutne, ale czasy o których mowa różnią się światopoglądem, etyką i moralnością o lata świetlne więc czy można oceniać inkwizytora z naszej perspektywy? Tak jak Virel napisała dla pospólstwa było to przedstawienie, rozrywka rodzaj show albo teatru. Zgodzę się jednak z tym że w grach fabularnych czy opowiadaniach fantasy nie chodzi o zgodność z prawdą historyczną… natomiast estetyka takich opisów jak te którymi częstuje Virel w przypadku wspomnianych Łowców/Inkwizytorów jest tak irytująco wtórna, powielająca schematy i płytka że rzygać się chce, a powoływanie się na dodatek czy podstawkę najeżone błędami merytorycznymi jak osiedlowy trawnik odchodami czworonogów, powielający często największe sztampy to delikatnie mówiąc zła przesłanka jest. Powiem jeszcze tylko że niektóre opisy które miały być okrutne i straszne były straszne tak estetycznie jak językowo.
09-03-2009 22:10
~popiełuszko

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
-1
Oj widzę że redakcja tudzież użytkownicy serwisu nie znoszą krytyki. Może jednak znajdzie się jednostka która dojdzie do wniosku że nie obraziłem kogokolwiek tylko sprowokowałem do polemiki. Podaje argumenty jak wredne zgorzkniałe i cyniczne by nie były to odpowiedź w postaci anonimowego minusa lata mi koło pupy osiemdziesiątką. W gruncie rzeczy wcale nie uważam opowiadanie za tak marne jak może wynikać z poprzedniego komentarza, natomiast irytacja wpisami typu "bardzo bardzo fajne opowiadanie" zachęciły mnie do konstruktywnej krytyki i prowokacji intelektualnej gdyż uważam za potwarz dla autora komentarze w tym stylu. Fajne to ja mam trampki opowiadanie nie może być fajne chyba że oczami trola właśnie który ma 120 słów w swoim słowniku. Mówi się że o gustach się nie dyskutuje ale to ciekawy temat pyzatym istnieje coś takiego jak dobry gust i brak gustu. Pozdrawiam wszystkich gimnazjalistów i redakcję serwisu a jeśli kogoś obraziłem to nie było to moim zamiarem.
10-03-2009 10:35
8536

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@gdyż w większości inkwizytorzy byli ludźmi całkowicie oddanymi sprawie którą uważali za słuszną," - o, a ilu ich znsz, ze wiesz, iz tacy byli? Bo z danych historycznych nie da sie wyciagnac takich wnioskow. Podobnie jak nie da sie wyciagnac wnioskow odwrotnych. Jedyne co mozna ocenic to to, jakie metody stosowali i jaka wladze posiadali. A metody stosowali jak psychopaci. Szczegolnie biorac pod uwage jak absurdalne zeznania wyciagali dzieki torturom mozna podejrzewac, ze czesc z nich doskonale zdawala sobie sprawe, ze katuje i usmierca niewinne ofiary. Dla mnie to juz cynizm.
10-03-2009 10:48
~musk

Użytkownik niezarejestrowany
    @ popieluszko
Ocena:
0
A kimze Ty jestes, ze dajesz sobie prawo oceny poziomu intelektualnego uzytkownikow tego portalu (cytuje: "uposledzonych gimnazjalistow")?
Jak mozesz mowic ,ze nie bylo Twoim zamierem obrazanie mojej osoby, podczas gdy nazwales mnie "trollem, który ma 120 słów w swoim słowniku"?
Nazywasz to "konstruktywna krytyka i intelektualna prowokacja"?
Ja nazwe to eskalowaniem prywatnych frustracji.
10-03-2009 11:25
Viriel
   
Ocena:
+2
Dziękuję za wszystkie komentarze. Mam nadzieję, że opowiadanie przyda się również jako źródło motywów na sesje.

Bohaterowie mogą natknąć się na działalność kultu, jako uwikłane w intrygę ofiary bądź osoby, które będą miały odwagę stawić czoła chaosyckim przeciwnikom. Na ową przeszkodę mogą wpaść sami, ale można im również zlecić zadanie - np. zmartwiony zachowaniem swojego pierworodnego, zamożny kupiec postanawia wynająć ludzi do przypilnowania latorośli albo rozwikłania tajemnicy jego nocnych eskapad. Wiadomo, że zawsze wygodniej powierzyć takie zadanie komuś obcemu / przejezdnemu, bo szansa, że za odpowiednią opłatą będzie trzymał gębę na kłódkę jest spora.

Z drugiej strony, można śmiało wykorzystać wątek łowcy tropiącego owy kult. Bohaterowie mogą mu pomagać albo wręcz przeciwnie - próbować zemścić się za jakieś krzywdy, których od niego zaznali.

Ciekawym rozwiązaniem wydaje się być również postawienie Bohaterów po drugiej stronie barykady - sami należą do Poszukujących, a ostatnio kult zorientował się, że tropem wyznawców podąża inkwizytor. Ktoś powinien jak najszybciej rozwiązać ten problem, jeśli Poszukujący chcą uniknąć stosu.

@ popiołek vel popiełuszko
Konstruktywna krytyka, do której się odwołujesz, nie jest niczym złym. Każdy publikujący autor powinien być na nią gotowy. Cała zabawa polega jednak na tym, że przydałoby się umieć ją poprawnie wyrażać. Ale obrażanie innych osób to już zachowanie godne potępienia. Dlatego apeluję, abyś - skoro czujesz taką potrzebę - skupił swoją uwagę na tekście i krytykował go do woli, ale odpuścił sobie zbędne i grubiańskie inwektywy skierowane do pozostałych interlokutorów. Bo nikt nie będzie tu tolerował takiego zachowania.
10-03-2009 18:42

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.