» Czytelnia » Opowiadania » Bractwo Kuli

Bractwo Kuli


wersja do druku

Wyróżnione opowiadanie w konkursie

Autor: Ilustracje: Karina 'Linka' Graj

Bractwo Kuli
Bractwo Kuli

I strzec będą bracia tajemnic Bractwa, jak własnych trzosów,
nie bacząc na swoje dobra. Rozejdą się na cztery strony świata,
spotkają zaś, gdy nad Cesarstwem zaciąży niebezpieczeństwo.
Wiedzy udzielać będą tylko godnym i prawym, pragnącym dobra
władcy i ludu. Jeśli zaś kiedy który z nich zdradzi, bez sądu i
prawa pojedynku zostanie zgładzony.

- fragment kodeksu Bractwa Kuli


I Spotkanie po latach


Mroźny wiatr niósł z sobą kłęby śniegu. Flintowi zdawało się, że brnie w jednej wielkiej ścianie białego, wypełniającego powietrze, puchu. Przez zwężone powieki widział mało, nie miał nawet pewności, czy idzie w dobrym kierunku. Gdyby nie rakiety, zapadłby się już dawno temu. W uszach huczało – jęki wichury odbijały się od skał, wracając do niego z niezwykłą siłą. Ziąb przeniknął nawet kubrak z grubego, niedźwiedziego futra, wdzierając się pod koszulę i atakując tłusty brzuch oraz muskularne ramiona. Wydęte wargi pokrył szron, czarna broda zesztywniała niczym dębowa deska. Krasnolud przeżył wiele, lecz po raz pierwszy odniósł wrażenie, że czuje zapach zimna.

Teren wyraźnie opadał, zatrzymał się więc i krzyknął:
- Hiro!
Z zawiei wyłonił się biały wilk. Podróżnik ledwo go dostrzegł. To osobliwe, ale nigdy nie słyszał, żeby zwierzę wyło czy warczało. Kupiec z Karak–Kadrin twierdził, że drapieżnik zamilkł po skatowaniu go przez goblińską bandę; dochodził do siebie trzy miesiące, a kiedy wydobrzał, nigdy więcej się nie odezwał.
- Hiro, gdzie się szwendasz!?
Wilk podbiegł i łagodnie otarł się o nogi pana. Krasnolud przełożył rusznicę do drugiej ręki, przyklęknął i strzepnął z niego warstwę śniegu.
- Dobrze już, dobrze, przyjacielu – szepnął.
Zwierzę niecierpliwie ruszyło przed siebie, spoglądając, czy podąża za nim. Podniósł się i zrobił parę kroków.

W dole, w zmrożonej dolinie majaczyły światła gospody.


* * *

Wycior wszedł gładko. Zdecydowany obrót, pociągnięcie wstecz i niewystrzelona kula wypadła na stół. Na pobojczyk nałożył kawałek czystego materiału, przewiązał go sznurkiem. Kilka pociągnięć wystarczyło. Zmienił czarną od prochu szmatkę na nową, umoczył ją w oliwiarce i ponownie przeczyścił lufę. Teraz pora na zamek. Usunął z panewki nie spalone resztki. Naoliwił mechanizm, założył świeży krzemień. Całość przyśrubował do reszty pistoletu. Odmierzył miarkę prochu i wsypał. Na otworze wylotowym umieścił starannie wyciętą łatkę, na niej nowy pocisk. Wcisnął go przegubem dłoni, dobił pobojczykiem. Zadowolony, zabrał się za rozkręcanie drugiego zamka.

Broń skonstruował sam. Zawsze uważał, że jeden strzał to za mało, zaś noszenie ze sobą kolejnej giwery było dla niego zbyt uciążliwe. Dlatego, jako zdolny kowal i rzemieślnik, dodał do zwykłej wersji krócicy gładką lufę śrutową, umieszczając ją pod główną. Sprawdzała się zarówno w walce na bliskie odległości, jak i podczas polowania; w ostateczności można było wetknąć na nią bagnet. Pamiętał przynajmniej trzy sytuacje, w których uratowała mu życie.

Poczuł przeciąg. Drzwi zajazdu rozwarły się i stanęła w nich krępa postać. Do ciepłej izby wtargnął złowieszczy wicher, wpadając pod stoły i chwiejąc skwierczącym w kominku ogniem. Przybysz zdawał się nie zauważać, że wpuszcza zabójcze zimno; był otulony w futro i biały niczym bałwan. Niespodziewanie do pomieszczenia wślizgnął się piękny wilk. Stanął pośrodku, otrzepał się z śniegu, po czym spoczął przy palenisku. Upewniony, że zwierzęcy kompan dotarł wraz z nim, podróżnik zatrzasnął odrzwia, zdjął z ramienia strzelbę, zzuł rakiety i podążył jego śladem.

Gospoda w Dolinie Końca Świata była jedyną górską przystanią na wschód od Praag. Otoczona skalnymi szczytami, leżała przy słabo uczęszczanym szlaku prowadzącym na bezkresne stepy Dalekiego Stoku i dalej na południe, do owianego legendami Kitaju. Nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w te strony; bywało, że gospodarz przez pół roku gościł tylko jedną, dwie osoby – najczęściej żądnych zysku kupców, nie zważających na panoszące się w pobliżu watahy, oraz nie mających już nic do stracenia krasnoludzkich zabójców trolli. Alfred zastanawiał się, co skłaniało właściciela do utrzymywania placówki. Starzejący się człowiek nie wyglądał na wielkiego wojownika – łysiny nie znaczyły blizny, a twarz, choć wyostrzona wiatrami, była miła i łagodna. Musiał mieć jakieś swoiste układy z okolicznymi plemionami goblinoidów, dzięki którym jego przybytek zdołał przetrwać, ale nie to sprowadziło Rocardina.

Siedzący przy trzaskających drwach nieznajomy zdjął kubrak, odsłaniając trzy wetknięte za pas pistolety. Widok oręża rozwiał resztę wątpliwości, ale Alfred postanowił jeszcze poczekać. Uderzony falą wspomnień, mimowolnie uśmiechnął się.


* * *

- Ognia!
Uszy wypełnił krótki syk i działa plunęły. Nastąpiła chwila niepewnego oczekiwania, Alfred przestał nawet słyszeć wrzawę toczącej się w dole bitwy. W końcu rozległ się łomot, któremu zawtórowały okrzyki agonii i przerażenia.
- Sześć stopni w prawo! – krzyknął obserwujący cele Flint. Alfred musiał przyznać, że wspierający się na murku krasnolud wyglądał wyjątkowo majestatycznie. Umorusana sadzą broda powiewała na przesączonym krwią wietrze, czyniąc z niego prawdziwego herosa.
- Sześć stopni w prawo! – powtórzył rozkaz. – Ładuj!
Kanonierzy ruszyli natychmiast. Braci była zaledwie garstka, ale poinstruowani żołdacy radzili sobie całkiem nieźle. Wkrótce cztery ciężkie działa stały gotowe do ponownego użycia.

Alfred czekał na komendę. Do Bractwa zwerbowano go niedawno, niecały rok temu. Oficera dorobił się szybko, niemniej obrona Praag stanowiła jego pierwsze doświadczenie z armatami. Dlatego cieszył się, że trafił pod dowództwo Gorima. Brodacz traktował go szorstko, lecz uczył profesjonalnie i z zapałem.

Ceglaną ścianą wstrząsnęło, rzucając go na kolana. Wroga armia dysponowała gigantyczną katapultą – na szczęście ogromne głazy nie zdołały do tej pory skruszyć umocnień. Stare krasnoludzkie przysłowie mówi: Zwycięzcą upór i zaciętość...

Powietrze przeciął gwizd. Rocardin skoczył intuicyjnie. Złapał Flinta wpół i razem stoczyli się po piaskowym nasypie. Huknęło. Mur prysnął niczym szkło; podmuch wywrócił kolubryny, deszcz odłamków pokrył uciekających, wielu kładąc trupem na miejscu. Oficer poczuł smak ziemi. Splunął i usiłował wstać. Flint brodził w pyle, zupełnie oszołomiony. Przez powstałą wyrwę wdarło się trzech ryczących orków. Nacierali z impetem, zakrzywione miecze połyskiwały złowrogo w świetle pełnego księżyca. Jasna noc, noc dobra na śmierć.

Wyszarpnął z kabury pistolet. Odwiódł kurek, zmierzył i wcisnął spust. Błysk na panewce, huk – bezwładne ciało napastnika zatrzymało się dopiero na wystającym konarze. Za moment pozostali dwaj zetną im głowy...

Mrok rozdarły dwa grzmoty. Zaskoczone orki zesztywniały i zwaliły się na klepisko. Alfred obejrzał się. Wyniosły szlachcic stał majestatycznie, niepomny na otaczającą go wrzawę. Z luf zdobionych pojedynkowców ulatywały stróżki dymu.
- Hrabia Rutger von Verrat do usług! – wykrzyczał zawadiacko.
Gorim doszedł do siebie, szybko ocenił sytuację. Zdecydował bez wahania:
- Formować czworobok!


* * *

Obrazy odpłynęły. Rocardin wprawnym ruchem przykręcił wyczyszczony zamek. Przywołał gospodarza:
- Flaszkę najlepszej gorzałki dla tego przy kominku – powiedział cicho.
Łysy wykonał polecenie natychmiast. Krasnolud przyjął podarek i obrócił się, żeby zobaczyć swojego dobrodzieja. Odtajał już – oficerowi ukazała się pobrużdżona twarz o dużym, zakrzywionym nosie, przenikliwych oczach i imponujących wargach. Broda przybrała swój naturalny, ciemny odcień; kapała z niej woda.
Flint spojrzał w ogień, pociągnął łyka wprost z butelki i odwrócił się ponownie. Wstał. Podpierając się rusznicą, przydreptał do stołu. Zasiadł bez słowa.
- Myślałem, że zginąłeś dawno temu – zaczął Alfred. – Podobno zasiekli cię bandyci z Szarej Przełęczy.
- O tobie też mówili różne rzeczy. Słyszałem, że dostałeś czarną kulę.
Oficer zasępił się.
- Chyba nie wierzysz w te plotki? Kto jak kto, ale jestem ostatnią osobą, która mogłaby zdradzić. Wpoiłeś mi żelazne zasady.
Gorim wykrzywił usta. Niewiele się zmieniło. Wieki mijały, a reguły rządzące Bractwem zachowywały pierwotną treść. Za nieposłuszeństwo – banicja. Za zdradę – kula z barwionego ołowiu.
- Zawsze uważałem, że jesteś dobrym uczniem – odpowiedział. – Kto nas wezwał?
- Ja – głos dobiegł ze schodów.

Rutger von Verrat wyraźnie się postarzał. Opadające na ramiona jasne włosy przetykały pasma siwizny, wąsy i bródka wyraźnie spłowiały. Sztywny biały kołnierz tylko uwydatniał skrzętnie zakrywane pudrem zmarszczki, zaś podkreślone tuszem brązowe oczy sprawiały wrażenie zmęczonych. Obuty drogim kaftanem brzuch obwisł, opinający go pas napięty był do granic możliwości. Pochwa z rapierem obijała się o sięgające ponad kolana buty z cholewami; uzbrojenie uzupełniały wetknięte w skórzane kabury słynne pistolety pojedynkowe.

Szlachcic zmierzył ich uważnym spojrzeniem. Kiedy się zbliżył, poczuli delikatny zapach perfum.
- Ja rozesłałem wiadomości – powtórzył siadając. – Karczmarzu, wina!
Powitanie zakłócił szczebiot. Towarzysze nie spostrzegli, że pod ławą ułożył się wilk. Flint rozdziawił gębę ze zdumienia.
- Hiro, spokój!
Zwierzę odskoczyło. Stanęło w pozycji bojowej, srożąc się i warcząc na nowo przybyłego.
- Won mi stąd! – zdenerwował się krasnolud. Wilk niechętnie oddalił się w stronę paleniska.
- Oj, panie hrabio, coś dziwnie się to nasze spotkanie zaczyna. Hiro nie odzywał się od lat.
Arystokrata zaśmiał się.
- To przez zapach krwi. Polowałem trochę na jego pobratymców, na pewno wyczuł. Piękne skóry mają. W Talabheim robią z nich cudowne płaszcze.
Oberżysta przyniósł dzbanek. Von Verrat nalał do pucharu i zwilżył wargi.
- Jak wiecie, Bractwo zbiera się tylko w sprawach wielkiej wagi. Otóż obawiam się, że z takową właśnie mamy do czynienia.
- Glejt – przerwał bezceremonialnie Gorim. – Służymy carowi. Chcę zobaczyć rozkaz. Rutger skrzywił się.
- Posłaniec powinien dostarczyć go w przeciągu kilku dni. Oderwano mnie od obowiązków... Sam byłem zaskoczony.
- Chyba wyciągnięto z zamtuza – zażartował Alfred.
- Nie czas na spory. Nie sprowadziłbym was bez powodu. Królestwo jest zagrożone.
Pociągnął łyka i drżącym głosem kontynuował:
- Nadchodzą ciężkie czasy. Szpiedzy donoszą, że na północy zbiera się armia Chaosu tak wielka, jakiej świat jeszcze nie widział. To może być początek końca.
Brodacz przeczesał gęste włosy.
- Ja też słyszałem. Przewodzi jej podobno sam Archaon, Wielki Namaszczony.
- Zgadza się. Już wkrótce Rzecz, Która Być Nie Powinna, przekroczy Linsk.
- Ale co do tego nam? – wtrącił Alfred. – Jesteśmy Strażnikami Tajemnic, doradcami cara. Większość zginęła bądź wymarła, nowych mamy niewielu. Cóż znaczymy przeciwko tej potędze?
- Możemy opóźnić jej inwazję. Po to się zebraliśmy.
Oficer i krasnolud spojrzeli z zaciekawieniem.
- W górach grasuje banda składająca się z orków i zwierzołaków. Dowiedzieli się, że mamy tu magazyn. Chcą go odszukać i użyć armat w szturmie na Praag. Nasze zadanie polega na udaremnieniu tego planu. Musimy zlikwidować broń.
- Zdrada...
- Możliwe. Nie wszyscy są oddani sprawie w tym stopniu, co ty, Flint.
- Kiedy ostatni raz broniliśmy Praag, ledwo uszliśmy z życiem – zasępił się Rocardin.
- Nie będziemy go bronić. Tak czy inaczej, miasto jest stracone. Stanowi jednak pierwszą linię oporu. Zniszczymy działa i wycofamy się w głąb Imperium.
- Co zamierzasz?
- Wyruszymy, gdy tylko ustanie zamieć. Nie można zwlekać. Teraz odpoczywajcie.
Dopełnili puchary i wznieśli toast zgody.

Hiro wciąż warczał.


* * *

Mawiają, że jaśnie panujący Car Kisleva, Wielki Władca Północy, Niezwyciężony i Łaskawy Radia Bokha jest barbarzyńcą. Mawiają oczywiście w ciszy domów i pod stołami tawern, pomni na powiedzenie, że ściany mają uszy. Owszem – Najjaśniejszy nie zapomniał o swych przodkach, potężnych Gospodarach, którzy bez mała tysiąc lat temu wydarli Imperium zajmowane dzisiaj ziemie. W rzeczywistości jednak poszedł z duchem czasów bardziej niż którykolwiek władca Starego Świata, czego dowodzi wielka otwartość na zdobycze współczesnej techniki, przejawiająca się podtrzymaniem tradycji Konfraterni.

Powstanie Bractwa Kuli ginie w pomroce dziejów dynastii. Według legendy założył je pradziad miłościwie panującego, lecz nie może to być prawdą, gdyż kroniki sławią braci już podczas bohaterskiej obrony przed inwazją Chaosu w 2300 roku naszej ery. Podobno po tych właśnie dokonaniach car nadał organizacji status elitarnej.
Do stowarzyszenia przyjmowano bez względu na płeć, rasę czy wyznanie. Jedyne kryteria stanowiło bezwzględne oddanie władcy oraz czyste i prawe serce. Kandydaci przechodzili długoletni trening wojskowy, terminowali u najlepszych kowali i rusznikarzy. Nabywali w ten sposób wiedzę stanowiącą o potędze gildii – tajemnice wytwarzania doskonałej broni palnej i prochu strzelniczego – której używali do obrony północnych rubieży. Z czasem stali się także doradcami dworu, szpiegami i wykonawcami sekretnych misji. Rozkazy mógł wydawać im tylko sam prawowity następca tronu Kisleva, gdyby zaś sprzeciwiały się one ich sumieniom, byli władni odmówić.

Tak oto Bractwo trwało, obserwując z ukrycia przemijające pokolenia i pomagając tam, gdzie potrzebowano pomocy. Tak oto doczekało powrotu swego największego, plugawego wroga: Wielkiego Nienazwanego, który zmienia rzeczy samą swą obecnością – Chaosu...


* * *

Flinta obudziło skrzypnięcie. Odruchowo sięgnął do stolika i schwycił pistolet. Uśmiechnął się ponuro – najwyraźniej nie zestarzał się aż tak bardzo. Odrzucił derkę i delikatnie obrócił się na twardym łóżku. Starając się uniknąć chrobotania wytartych klepek, opuścił bose nogi na podłogę. Przystosowane do widzenia w ciemnościach oczy zaczęły wychwytywać wpadające przez okno księżycowe światło, rozlewając je na cały obraz. Po chwili Gorim odróżniał szczegóły.

W niewielkim pokoju na piętrze nic się nie zmieniło, odkąd położył się spać. Na drewnianym stoliku, obok rozłożonych do czyszczenia krócic stała na wpół spalona świeca. Z krzesła zwisały bezładnie rzucone szarawary, tkwiący w pochwie kord muskał sztychem nieheblowane deski. Przygotowana do strzału rusznica stała oparta o szafę.

Krasnolud spojrzał na Hiro. Wilk leżał spokojnie pod drzwiami, zwinięty w kłębek. Nie spał – jego oczy wyraźnie lśniły.
Skrzypnięcie powtórzyło się. Dochodziło z korytarza. Flint odciągnął kurek i wstał. Ostrożnie podszedł do drzwi, przytknął ucho. Bez wątpienia ktoś się skradał. Poskrobał się po głowie. Historia von Verrata była wiarygodna, lecz wrodzona podejrzliwość nakazywała mieć baczenie na wszystko. Jeśli banda, o której mówił hrabia istniała naprawdę, to w jaki sposób dowiedziała się o ukrytym w skałach magazynie? Wszystko wyjaśni się już za moment. Jeśli na zewnątrz przemyka się któryś z kamratów...
Zdecydowanym ruchem zdjął haczyk i pchnął. Podwoje rąbnęły z hukiem, Hiro zerwał się jak oparzony. Gorim wypadł na korytarz, spojrzał w lewo i prawo. Ktoś zbiegł po chodach na parter. Krasnolud wymierzył i wdusił cyngiel. Broń nie wypaliła. Zapomniał podsypać panewkę...
Doskoczył do schodów. Przyklęknął przy barierce i wpatrzył się w izbę pod sobą. Pomiędzy ławami nie było nikogo. Nocny gość nie uciekł też na dwór, bo dałoby się wtedy odczuć wpadający do gospody chłód. Pozostawały kuchnia, schowek i kwatera gospodarza.

Zdecydował. Istnieje przecież prostszy sposób sprawdzenia, kto czai się w ciemnościach. Chwycił krócicę za lufę, w razie potrzeby zamierzając użyć jej jako maczugi. Jeszcze raz spojrzał w dół, po czym podkradł się do sypialni Alfreda. Naparł na drzwi. Uchyliły się z lekkim zgrzytem. Spojrzał przez szparę. Pokój był pusty. Światło miesiąca wlewało się nieśmiało przez błoniastą szybę, tańcząc na rozgrzebanej derce. Na stoliku nocnym leżał dwulufowy, ciężki półhak. Nie zabrał broni?
- Odwróć się, tylko spokojnie – rozległ się znajomy głos. Flint poczuł na szyi zimną stal. Wypuścił z dłoni pistolet i wykonał polecenie.
Uzbrojony w rapier von Verrat ubrany był tylko w koszulę nocną. Spod przekrzywionej szlafmycy wystawały rozwichrzone włosy.
- Co tu robisz?
- Obudziły mnie kroki. Wyszedłem, żeby sprawdzić. To chyba Alfred, nie ma go w pokoju. – Krasnolud pchnął odrzwia.
- Rzeczywiście – mruknął Rutger, opuszczając ostrze. – Mógłbyś jednak tak nie hałasować. Na pół mili było słychać. Podejrzewasz go?
- A co można robić w środku nocy na korytarzu, hę? Rusz głową.

Szlachcic wbił wzrok w sufit i zasępił się. Gorimowi wydało się, że po białkach jego oczu przemknęły dziwne, czarne żyłki.
- Trzeba to sprawdzić – zawyrokował.
W milczeniu zeszli na parter. Kontury stołów i ław zamajaczyły, wyobraźnia zaczęła nadawać im nadzwyczajne rozmiary i osobliwe kształty. Wiszące nad kominkiem poroże łosia wydawało się dwa razy większe niż w rzeczywistości, wiatr stukał w szyby bardziej wściekle i z większą siłą, pragnąc dostać się do wnętrza właśnie teraz, jakby przybył na jakiś plugawy, długo oczekiwany sabat. Prawie niesłyszalne dotąd skrobanie myszy stało się potężnym, narzucającym się natrętnie dźwiękiem.

Od strony kuchni padła słaba łuna światła. Skradający się zastygli w bezruchu. Flint przybrał pozycję bojową, hrabia wysunął do przodu rapier, szykując się do skoku. I wtedy stanął przed nimi Alfred. Trzymając kaganek, ubrany w same bryczesy, rozdziawił usta ze zdumienia.
- Co jest? – zapytał.
- Kto cię nasłał, skrytobójco? – warknął krasnolud. – Chciałeś nas zamordować...
Mężczyzna roześmiał się.
- Chciałem coś zjeść! – wytłumaczył wskazując w stronę kuchni. – A potem się odlać!
- To czemuś się skradał jak złodziej? – Gorim nie dawał za wygraną.
- Nie skradałem się, Flint. Twoje uszy nie są już tak sprawne jak dawniej. Wszyscy się zestarzeliśmy. Dom zbudowano z drewna, wszystko tu skrzypi i oddycha... Na pewno się przesłyszałeś.
Rutger opuścił broń. Krasnolud łypnął złowieszczo okiem i splunął na podłogę.
- Może i tak – skłamał.



II
Proch, ołów i krew


Zwałów śniegu nie zatrzymały nawet ściany wąwozu. Gnana wiatrem biel wlewała się całymi falami, spływała po ostrych skałach, wirowała wśród stuletnich głazów i umierała na dnie jaru, zwiększając rozmiar zaspy. Flint stanął na wielkim kamlocie i spojrzał w górę, ku błyszczącym od lodu graniom. Szczyty wbijały się w sine niebo, dumne i majestatyczne. Góry są wieczne, pomyślał. Nikt nie pamięta ich powstania, nikt nie zobaczy śmierci. Można je kochać, spędzić na wspinaczce całe życie, oddać im duszę. Można być pewnym ich wzajemności, a przyjdzie dzień, gdy ni stąd, ni zowąd pogrzebią cię w lawinie. Góry są kapryśne.

Pomimo tego, kochał je. Pięćdziesiąt lat spędził na podróżowaniu od twierdzy do twierdzy, nawiązując kontakty i badając nastroje. Jego ziomkowie byli mistrzami inżynierii, ich skalne siedziby liczyły więcej wiosen, niż ludzie mogli sobie wyobrazić. Od zawsze wędrował po turniach, żlebach i kanionach. Jak miał nie oddać im serca?
Po zmarszczonym policzku pociekła mu łza. Serce oddał też Bractwu, jedynej w jego mniemaniu organizacji nie przeżartej jeszcze przez korupcję i zepsucie. Nigdy nie wierzył ludziom, a teraz nie mógł ufać nawet dawnym przyjaciołom.

Należało zbadać, czy von Verrat mówił prawdę. Duża wataha nie ukryje się łatwo, jeśli tu jest, z pewnością regularnie zostawia ślady. Pogoda nie sprzyjała tropieniu, ale krasnolud pamiętał teren z czasów, gdy szukał odpowiedniego miejsca na magazyn broni. Wiele się nie zmieniło. Góry są wieczne.

Usłyszał świst. Strzała przemknęła dwa palce od jego ucha i zaryła w zaspie. Wygląda na to, że oni znaleźli go pierwsi. Odwrócił się i przesłonił oczy dłonią. W niewielkiej odległości, przy zakręcającej, wygładzonej przez wiatr ścianie stało trzech odzianych w skóry orków. Łucznik sięgał do kołczanu, pozostali spoglądali niepewnie, szykując broń. Hiro skoczył.
- Psiakrew! – zaklął Gorim. Naprędce sięgnął do prochownicy i podsypał panewkę rusznicy. Pobiegł za wilkiem. Zwierzę błyskawicznie rzuciło się do gardła łucznika, obalając go na ziemię. Parów wypełnił zduszony wrzask. Flint dotarł na odległość skutecznego strzału, przyklęknął i wypalił. Mieszanka gwoździ i żelaznych odpadów przecięła powietrze i zbiła z nóg drugiego orka. Trzeci ruszył do ataku. Kanonier odłożył strzelbę i przygotował pistolet. Strzelił z bliska – kula wbiła się w twarz napastnika, zamieniając ją w zmiażdżony strzęp. Zwycięzca uśmiechnął się ponuro. Od jakiegoś czasu nacinał pociski na krzyż, dzięki czemu przy uderzeniu nie grzybkowały, tylko rozpadały się na części. Jeszcze nikt nie przeżył takiego trafienia.

Schował broń za pas, podniósł karabin i ostrożnie podszedł do dogorywających. Na jego widok Hiro odstąpił od zagryzionego. Z pyska kapała mu krew. Postrzelony z rusznicy wyglądał strasznie: wiązka złomu rozerwała kaftan, przecięła skórę i wyrzuciła na wierzch parujące wnętrzności. Drgające dłonie ryły w śniegu, przerażone oczy biegały wokoło.

Krasnolud wydobył kord, przyłożył mu do serca, naparł całym ciałem. Ranny jęknął i znieruchomiał. Flint podniósł się, otrzepał kolana. Wilk zniknął.
Zza ściany dobiegł tłumiony skowyt. Nie, tylko nie to – pomyślał strzelec. Przerzucił strzelbę przez ramię, wyszarpnął drugą krócicę i pognał na ratunek. Wypadł zza rogu jak huragan. Spóźnił się.

Kilkunastu zbitych w kupę przeciwników czekało w pogotowiu. Na wyostrzonych nożach i mieczach połyskiwał szron, z uzbrojonych w kły pysków ciekła ślina. Na czele grupy stała odziana w futro i czarną pelerynę postać z twarzą schowaną pod misternie rzeźbionym hełmem, zwieńczonym dwoma skrzyżowanymi bastardami. Na końcu dzierżonej przez nią długiej piki wisiał martwy Hiro.

Krasnolud ryknął i strzelił na oślep. Wpadł w szał. Z kordem w dłoni rzucił się na wroga, zamierzając przed śmiercią zabić tylu, ilu tylko zdoła. Ciął raz i drugi, na ustach poczuł smak ciepłej posoki. Zdumiał się. Przeszli do defensywy. Pomimo miażdżącej przewagi, wycofywali się!

Postanowił skorzystać z okazji. Dobył ostatniego pistoletu, wymierzył, a kiedy zamarli w oczekiwaniu na strzał... dał drapaka. Pobiegł wzdłuż wąwozu, ciężko brodząc w śniegu wspiął się na zaspę, schował broń pod kubrakiem. Parów ciągnął się stromo w dół. Usiadł i zaczął zjeżdżać. Nie oglądał się.


* * *

Alfred dołożył drew i nastawił kociołek. Zanim zacznie się wytop, należy dobrze wygrzać naczynie – praktyka wskazywała, że sprawniej przeprowadzony proces skutkuje lepszą jakością wyrobu końcowego, a to miało kluczowe znaczenie. Wrócił do stołu. Starannie przetarł formę w kształcie poczwórnych szczypiec, zwracając szczególną uwagę na bruzdy boczne. To tutaj powstawały lejki odlewnicze. Im mniej grzebania przy świeżo zrobionej kuli, tym lepiej. Odcinanie lejków było trudne – kule albo stawały się za małe, albo w ogóle nie wchodziły w lufę. Zdarzyło mu się kiedyś prowadzić przeciw kawalerii niewielki oddział braci: pospiesznie sporządzone pociski nie pasowały do muszkietów. Ledwo uszli z życiem.

Poczuł chłód. Flint wsunął się cichaczem do gospody. Odstawił rusznicę, zrzucił kubrak i ciężko oparł się o ścianę. Wyżął włosy. Gospodarz czym prędzej podał mu kubek grogu. Krasnolud wychylił jednym haustem. Otarł usta rękawem i podszedł do Rocardina.
- Gdzie byłeś? – rzucił sucho oficer.
- Tropiłem rzekomą watahę. Oni naprawdę tu są. Zabili Hiro.
- Wyskoczyliście, jakby wezwał was sam car. Chciałem już wyruszyć w drogę powrotną.
- Jak to?
- Rutger też gdzieś się wybrał. Jeszcze nie wrócił. Umówiliśmy się, że zaczniemy, kiedy ustanie zamieć. Chyba że zmieniliście plany za moimi plecami.
Gorim walnął pięścią w blat.
- Na wszystkie dziwki Imperium! Nie sądziłeś chyba, że będę ufał ci po tym nocnym łażeniu, co?! Ktoś tu kręci, panie Rocardin!
- A skąd mam mieć pewność, że mówisz prawdę! – Mężczyzna poderwał się, chwytając za kościaną rękojeść długiego, myśliwskiego noża. – A nuż byłeś umówić się z nowymi sprzymierzeńcami, w jaki sposób nas zgładzić i zdobyć klucze!
- To nie są żarty, Alfredzie. – Opanowanie się sprawiło Flintowi wyraźny wysiłek. – Bandzie przewodzi prawdopodobnie wojownik Chaosu. Widziałem emblemat Plugawych Mieczy, znak Archaona. Kto wie, może to był on sam.
- Niemożliwe. Archaon zbiera teraz wojska na północy. Niedługo wyruszy. Przestańcie się kłócić. – Głos von Verrata przybrał wyćwiczony, władczy ton. Nawet nie zauważyli, kiedy szlachcic wszedł.
- Gdzieś był!? – Warknął krasnolud.
- Na przełęczy. Miałem się tam spotkać z posłańcem. Nie zdążyłem – orki znalazły go pierwsze. Zanim umarł, zdołał przekazać mi tylko tę wiadomość. Przepadł też glejt od cara. Jesteśmy zdani na siebie.
Alfred pokiwał głową. Zbliżył się do paleniska, sprawdził muśnięciem temperaturę kociołka, wrzucił do niego bloczek ołowiu.
- Nie mamy innego wyjścia, jak zapomnieć o waśniach i zaryzykować wzajemne zaufanie – stwierdził. – Najważniejsze to zniszczyć jaskinię.
- Jest coś jeszcze – dodał hrabia. – Mordercy zostawili sporo śladów. Jeśli się pospieszymy, może uda się zrobić mały wypad i zbadać ich siły. Tak na wszelki wypadek.
- Ruszajmy! – Podjął krasnolud, mając w pamięci zakłutego pupila.
Oficer zmierzył arystokratę wzrokiem.
- Ruszajmy – powtórzył.
Zdjął z ognia kociołek, podszedł z nim do stołu. Czarny ołów wypełnił formy.


* * *

Nie padało. Zamieć ustała niespodziewanie i gwałtownie, dmący od wielu dni wiatr zanikł, jakby kapryśni bogowie zmienili zamiar i skierowali swoje oddechy w zupełnie inną stronę. Pozostał tylko przenikający, siarczysty, wiercący w nosach mróz. Sine niebo gęstniało, zwiastując nieszczęście i śmierć. Gdyby nie głośne rozmowy obozującej bandy, przełęcz utonęłaby w niczym nie zmąconej ciszy.
- Jedenastu orków, troje zwierzołaków – zakomunikował Alfred, zsunąwszy się z głazu. – Przywódcy nie widać.
- Muszą dzielić się na mniejsze grupy – Flint był wyraźnie podniecony. – Skorzystajmy z tego i weźmy jeńca.
- Zwariowaliście?! Rozgromią nas. Wiemy już, czego możemy się spodziewać. Zmiatajmy stąd. Taka była umowa.
Towarzysze spojrzeli na von Verrata z kpiną. Hrabia zacisnął dłoń na głowicy rapiera.
- No dobrze – wykrztusił.

Wataha rozłożyła się pośród skał z dala od traktu. Zyskała w ten sposób naturalną osłonę przed wichrem, który już ucichł, ale jednocześnie wystawiła się na niebezpieczeństwo. Podejść ją w tych warunkach było wyjątkowo łatwo...

Postanowili nie zwlekać. Flint podczołgał się najbliżej, jak tylko zdołał. Ukryty za dużym kamieniem, przygotował granat. Ogień krzesało się z trudem, lecz w końcu lont zapłonął. Kiedy płomień wszedł pod skorupę, wstał. Za Hiro...

Zamachnął się potężnie i padł z powrotem na ziemię. Bomba wylądowała wprost w środku ogniska, otoczonego przez potwory. Rozległ się niewyobrażalny łomot, po którym nastąpiła fala agonalnych jęków. Krasnolud zerwał się, wydobył pistolety. Widok był straszny: sześciu orków leżało porozrywanych na sztuki odłamkami, jeden ze zwierzołak kwilił przeraźliwie, trzymając się za kikut nogi. Reszta rzuciła się do ucieczki, lecz od drugiej strony pojawił się Rocardin. Wypalił z rusznicy, kładąc pokotem kolejnego przeciwnika; sięgnął po swoją dwulufkę, ale nie zdążył jej użyć. Oszołomieni wrogowie rozpierzchli się na boki, ominęli go i zniknęli pomiędzy skałami. Pobiegł za nimi.

Gorim podszedł do ogniska. Pokiereszowany zwierzołak warczał i drapał, przeczuwając zbliżającą się śmierć. W nozdrza uderzył zapach palonego mięsa. Krasnolud spojrzał w oczy rannego – dostrzegł tylko piętrzącą się nienawiść. Strzelił.
Zza głazów wyłonił się Rutger.
- Uciekli – oznajmił. – Chodźmy stąd. Mogą wrócić.
- Mam jednego – powracający Alfred prowadził przed sobą skrępowanego młodego orka. – Zna ktoś gobliński?
- Trochę – przytaknął Flint. – Ale nie tutaj. Jeśli w pobliżu jest ich więcej, zaraz się tu zwalą. Wracajmy.
Niebo przybrało barwę fioletu.


* * *

Unoszący się dym już z daleka obwieszczał smutną prawdę. Z ponurymi minami stanęli przed zgliszczami gospody. Słodkawy swąd wypełniał atmosferę, kładąc się na językach nieprzyjemnym posmakiem. Mróz dusił pożar dość szybko, paliły się już tylko pojedyncze belki. Zwęglone pozostałości sosnowych ścian ziały czarnymi ramionami w górę, wołając o pomstę. W popiele walały się resztki dachu i tego, co zostało z wyposażenia. Główna izba spłonęła niemal całkowicie, żywioł musiał pochłonąć też karczmarza – po zwłokach nie został najmniejszy ślad.
Alfred pchnął więźnia w pył. Wyciągnął nóż.
- Będziesz gadał – wysyczał.
- Spokojnie – pohamował go Gorim. – Martwy się nie przyda. Lepiej przeszukajmy pogorzelisko.
Oficer wbił ostrze w belkę i poszedł za krasnoludem. Zagłębili się w ruinę.
- To któryś z was – powiedział wprost Flint. – Któryś z was zdradził.
Rocardin skrzywił się.
- A dlaczego nie ty?
- Chciałeś w nocy ukraść klucze do magazynu. Dobrze wiesz, że aby złamać pieczęć, potrzebne są wszystkie trzy. Rutger nie poszedł spotkać się z posłańcem, lecz aby wyciągnąć nas z gospody. Teraz nie mamy wyjścia, musimy iść do jaskini – bez zapasów nie przeżyjemy długo. Może nawet jesteście w zmowie. Dla mnie to bez różnicy. I tak nie wypuszczę was stamtąd żywych.
- Ty też wybrałeś się na samotną przechadzkę. Jesteś podejrzanym dla nas tak samo, jak my dla ciebie. Zobaczymy, co powie jeniec.
Krasnolud pokiwał gorzko głową.
- Już mówiłem: dla mnie to bez różnicy. Wszyscy spoczniemy pod ziemią.
Ciepłe powietrze przeniknął odgłos wystrzału. Drgnęli gwałtownie, po czym brodząc w szarawej, sięgającej ponad kostki mieszaninie rzucili się w stronę von Verrata. Hrabia stał spokojnie, dzierżąc dymiący pistolet. Kilka metrów dalej leżał w śniegu martwy ork – w plecach miał broczącą krwią dziurę wielkości pięści.
- Co zrobiłeś!? – Krzyknęli jednocześnie.
- Rozciął więzy i próbował uciec. – Arystokrata wskazał na tkwiący w drewnie puginał. – Nie miałem wyjścia.
- Teraz my też już nie mamy – powiedział Flint, biorąc się za nabijanie rusznicy. – Sprawę rozstrzygną góry.



III
Czarna kula


Zatrzymał się i poprawił plecak. Słońce wyjrzało zza chmur, odbijając się od śniegu i przyjemnie pieszcząc twarz. Zamknął oczy i rozkoszował się zbawiennym ciepłem. Droga daleka, trzeba się spieszyć. Nie wiadomo, jak potoczą się wypadki. Cóż, należy wypełnić obowiązek.
Ruszył przed siebie. Na całe szczęście kamienista ścieżka wiodąca na płaskowyż wciąż istniała. Ukryta wśród bazaltowych głazów, przetrwała dekadę, aby doczekać chwili, kiedy znów będzie potrzebna. I oto chwila ta nadeszła.
Najpierw dwieście metrów średnio nachylonego zbocza, później zakręt, ze trzysta metrów wokół masywu i, jeśli dobrze pamiętał, wtedy dopiero rozpocznie się prawdziwy wysiłek. Góry są jak kobieta, piękne i zdradliwe. Jednak dla kogoś, kto spędził w nich pół życia, nie istnieje nic poza nimi.

Góry są wieczne.


* * *

- Arak, stara, leniwa dupo, gdzie się podziewasz?!
Ork naprędce dogryzł pieczoną goblińską nogę i pobiegł do szamana. Z Qu’lakiem nie należało się kłócić. Kości odważnych szły zwykle do wspólnego kotła. Czarownik siedział przy ogniu i wróżył z paciorków. Na szyi miał wisior z zasuszonych uszu, w nosie żelazny kolczyk. Okrywała go świeża, źle spreparowana skóra z białego wilka.
- Zbieraj wojowników, szczurzy pomiocie, bo Pan wyda cię Mieczom Archaona! – warknął. – Już czas!
Arak skłonił się i oddalił. Zadrżał. Wódz był sprytny i potężny, a jego gniew zgubny. Współplemieńcy mówili, że wykonuje rozkazy samego Archaona, przywódcy wielkiej armii, która miała uderzyć na świat niebawem. Lecz czy da radę przeciw okrutnej broni, zdolnej razić piorunami na odległość? Ich wrogowie zabili siedmiu dobrych wojów, zanim ci zdążyli drgnąć. Musi dać. Nowy porządek jest nieunikniony – lasy elfów spłoną, twierdze krasnoludów zapadną się, domy ludzi znikną z powierzchni ziemi. Kto stanie przeciwko wielkiej armii, zostanie zgładzony.
Zaczął zwoływać oddział.
On chciał żyć.


* * *

Ściana sprawiała wrażenie naturalnej. Skalny blok, stanowiący integralną część płaskowyżu, pocięły bruzdy, pęknięcia i załamania. Przemykający się ukradkiem wicher wył na nich potępieńczo, usiłując zanucić jakąś starą, dawno zapomnianą piosenkę. Rośliny wepchnęły się w erozyjne szczeliny, wiele miejsc pokrył górski mech, zamieniając chropowatą powierzchnię w puszysty dywan, od którego bił słodkawy, drażniący zapach. Nikt nigdy się nie domyślił, że mur skrywał broń zdolną kruszyć twierdze i wysadzać bastiony.

Flint uniósł się na palcach i zerwał płat mchu. Na szarym tle ukazały się skrzyżowane armaty – znak Bractwa Kuli. Popatrzył na rzeźbę z westchnieniem i zaczął szukać otworu na klucz.
- Co tak stoicie? – Powiedział do osłupiałych towarzyszy. – Wiecie, co robić.
Podeszli do ściany. Chyba nie sądzili, że ornament przetrwa piętnaście lat. Moment później każdy stał przed dziurą wielkości kciuka. Zdjęli z szyi zaszyte woreczki. Rozerwali je i wysypali zawartość na dłonie. Były to kule.
- Pamiętajcie, musimy włożyć je jednocześnie. Inaczej przejście się nie otworzy. – Poinstruował krasnolud.
- Na jakiej zasadzie to działa? – Zapytał hrabia.
- Na zasadzie obciążenia. Wewnątrz znajdują się szalki, na których należy umieścić w tym samym czasie odpowiedni ciężar. Każdy z nas ma różną ilość kul różnych kalibrów. Suma ich wagi daje jeden klucz. Trzy klucze i droga wolna.
Arystokrata pokiwał głową z podziwu.
- Przygotujcie się. Teraz!
Wepchnęli pociski do otworów. Rozległy się regularne puknięcia, jak gdyby wpadały do metalowych puszek. Ściana drgnęła i zgrzytnęła; pisk przeciąganych łańcuchów powędrował ku rozpościerającej się w dole kotlinie. Przed nimi rozwarła się niewielka szczelina.

Gorim i Rocardin musnęli się badawczo spojrzeniami. Krasnolud przecisnął się pierwszy.
Zapalili pochodnie. Jaskinia była niespodziewanie wysoka. Szeroki, murowany korytarz niknął w ciemnościach; zbudowano go z dużych, ciosanych brył, noszących piętno sławetnych kamieniołomów przy Karak–Ungor.
- Świetna robota – zauważył szlachcic. – Ani jednej pajęczyny.
- Przy projektowaniu zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na szczelność – wyjaśnił Flint, odstawiając rusznicę. – Mokry proch nie zda się na nic. Chodźcie.
Zacisnął wolną dłoń na kolbie pistoletu i poprowadził ich w głąb czeluści.


* * *

- Teraz, Arak, atakować!
- Zamknij się, psia mordo!
Tsang niemal podskakiwał w miejscu, z pyska ciekła mu długa stróżka śliny. Był wyjątkowo głupi, ale za to silny – idealny materiał na poddowódcę. Na widok manipulujących przy ścianie mężczyzn podniecił się do reszty. Gdyby nie władczy ton Araka, z pewnością rzuciłby watahę do walki, postępując wbrew rozkazom i gubiąc ich wszystkich.
- Bić ludzia!
- Nie, poczekamy, aż wejdą do środka. Pan tak kazał.

Skały wypełnił dźwięk, jakby tarły o siebie dwie ogromne tarcze. W murze powstała dziura, w której zniknęli śledzeni. Ork opuścił kryjówkę. Zbliżył się do przejścia. Obejrzał je z zewnątrz, a następnie wsadził głowę do środka. Żył, co oznaczało, że nie mylił się – ludzie i krasnolud nie wiedzieli o ich obecności. Machnął ręką ku swoim, Tsang przekazał rozkaz dalej. Plan działał bez zarzutu.


* * *

Ścieżka stała się bardziej stroma i wąska. Przystanął, aby zasznurować but. Z racji wysokości ochłodziło się, założył więc pelerynę. Niemłodemu już ciału wspinaczka dawała się we znaki – nogi bolały, wnętrzności podchodziły do gardła, o mało nie skręcił kostki. Na czoło wystąpił gęsty pot, koszula przemokła. Wypił do tej pory połowę bukłaka, a ani razu się nie wypróżnił – cała woda wychodziła przez skórę. Czuł, że walczy z górą. Ostatni raz robił to przed dwoma laty, gdy przewodził pewnej ekspedycji. Od tamtej pory nic się nie zmieniło: szczyt czekał cierpliwie, aż stary przeciwnik powróci na szlak, by znów zmierzyć się w nierównym boju z ostrymi graniami i zdradzieckim podłożem.
Pociągnął łyka i wrócił do mozolnej wędrówki. Pozostało jej niewiele, niedługo dotrze do celu. I pomyśleć, że trudzi się wyłącznie ze względu na złożoną dawno temu przysięgę.
Coś się jednak zmieniło. Dopiero teraz zrozumiał, że wspinaczka nie polega na stawaniu w szranki z naturą, lecz z własną słabością, cierpliwością i charakterem.
To nie wojna z górą; to wojna z samym sobą.


* * *

Drogę zagrodził mur. Von Verrat zbliżył do niego pochodnię, osmalając cegły. Przejścia nie było.
- I co teraz? – zapytał.
- Przebijamy się na wschód – oznajmił Flint.
- Jak to: na wschód?
- Ściana północna to pułapka. Zaczniesz ją rozbierać, a wylecisz w powietrze. Magazyn leży za tą – popukał w prawą część tunelu. – Zatknijcie łuczywa i do roboty.

Posłusznie umieścili głownie w uchwytach. Krasnolud wymacał rowki łączeń i zaczął wykruszać zaprawę. Moment później uczepił się jednego z bloków, pociągnął... i z łatwością ustawił go pod blokadą północną.
- Bloki są wydrążone – powiedział do zaskoczonych towarzyszy. – Konstrukcję da się zdemontować w kwadrans. Nie patrzcie tak na mnie, tylko bierzcie się do roboty.
Zakasali rękawy. Korytarz wypełniło szuranie i dudnienie. W końcu odsłonili portal na tyle, że mógł przejść nim pojedynczy człowiek.
- Teraz uważajcie – ostrzegł Gorim. – Stąpajcie dokładnie po moich śladach. I żadnych pochodni. Nie ma co ryzykować.

Wyciągnął z torby flaszkę z jakimś płynem. Potrząsnął nią – zachodząca reakcja chemiczna wyzwoliła słabe, zielonkawe światło. Przekroczył portal. Alfred i Rutger podążyli za nim.
Przez następne dziesięć minut krążył po ciemnej komnacie, zapalał rozlokowane wokół butelki – lampy i schylał się, by rozbrajać pułapki. Były to zatrzaski minowe – noga pechowca więzła w sidle, uniemożliwiając ucieczkę, podczas gdy wyzwolona naciskiem substancja zapalała proch; eksplozja wywoływała reakcję łańcuchową, wysadzając pozostałe miny oraz całe napełnione materiałami wybuchowymi pomieszczenie.

Kiedy Flint skończył, pokój zapłonął seledynowym, upiornym blaskiem. Spostrzegli, że znajdują się w owalnej komorze sporych rozmiarów. Wszędzie stały skrzynie – duże i małe, okute i surowe, zdolne zmieścić zarówno kartaunę, jak i serię muszkietów. Porozrzucane tu i ówdzie pudełka, ozdobione symbolem Bractwa, musiały zawierać słynne pistolety pojedynkowe – perły rusznikarskiej roboty, w rękach zdolnego strzelca siejące niechybną zgubę. Beczki z prochem zgrupowano i powiązano po trzy, pośrodku magazynu ułożono stos armatnich kul, na którego szczycie umieszczono tarczę z herbem – dwoma skrzyżowanymi armatami. Izba była nadzwyczaj szczelna: czuli suche, zastałe latami powietrze, smakujące jak pajęczyna, oraz słyszeli bicie własnych serc i chrzęst kości przy najmniejszym nawet poruszeniu.

Gorim stał naprzeciwko, obserwując ich uważnie. Ostrożnie zaczęli przeglądać zawartość magazynu. Rutger przy pomocy rapiera odpieczętował jedną z długich pak. Pogrzebał w słomie, po czym niemal krzyknął:
- Tu nic nie ma!
Krasnolud zaśmiał się.
- Oczywiście, że nie. Ta sala ma zmylić potencjalnych rabusiów. Można tu znaleźć kilkanaście muszkietów, garłaczy oraz kilka krócic. Proch jest tylko w trzech beczkach, tak by wzmocnić ewentualną detonację. Działa ukryto głębiej. Pokażę wam.


* * *

Wataha szła ostrożnie. Arak puścił do przodu Tsanga – Nurgle jeden wiedział, jakie zastawiono tu pułapki. Sam zamierzał trzymać się na uboczu, ale kroczący w odwodzie Qu’lak zadbał, by znalazł się tam, gdzie wódz być powinien. Trudno. Pozostaje nadzieja, że wielki ork wpadnie w sidła pierwszy.

Tunel ciągnął się daleko w głąb góry. Arakowi zdawało się, że schodzi w otchłań samego piekła. Spokój niepokoił go – pochodnia nie łopotała, co oznaczało, że nie ma tu przeciągów, a więc nie ma też... wyjścia. Jego ojciec, którego czaszka dawno spoczęła na kopcu przodków, mawiał: ufaj swoim przeczuciom; jedno łączy wszystkie rasy, bez względu na to, co o sobie sądzą – intuicja.
Intuicja natomiast podpowiadała mu, że lezie wprost do serca własnego grobu.
- Tsang widzieć! Tsang widzieć!
Arak puścił się truchtem. Wielki ork stał przy portalu, z którego sączyło się światło przypominające to, jakie dawały nusri’ta, grzyby halucynogenne używane do wywoływania bitewnego szału. Odepchnął podkomendnego, przykucnął i spojrzał. Odetchnął z ulgą. Obrócił się i uniósł owłosioną dłoń. Banda czekała w pogotowiu.
- Na mój znak – powiedział.


* * *

Zatrzymał się, wsparł dłonie na kolanach. Za strzelającymi w górę opływowymi walcami chowało się słońce; sine poduszki chmur otulały je dokładnie, przygotowując do snu. Płaskowyż wyglądał niczym jedno wielkie gruzowisko: stosy zniszczonych mrozem i wodą skałek, miejscami zupełnie skruszonych, walały się zarówno na obrzeżach, jak i w środku. Wiatr ustał, jakby składając hołd zwycięskiemu podróżnikowi, a z nieba spadły pojedyncze, orzeźwiające płatki śniegu.
Wędrowiec usiadł, aby odsapnąć. Może nie był jeszcze taki stary, jak sądził, może warto by częściej wychodzić na szlak. A może zwyczajnie czuł radość zwycięstwa kogoś, kto po raz kolejny udowodnił, że potrafi dopiąć swego.
Odwiesił pusty bukłak i podniósł się. Krążył przez jakiś czas pomiędzy rumowiskami, aż wreszcie odnalazł to właściwe. Stękając dźwignął pierwszy kamień. Odrzucił go i przykucnął. Chyba odpocznie jeszcze chwilę. Świeże siły jak najbardziej mu się przydadzą.


* * *

Flint stanął twarzą do ściany. Odnalazł skrzętnie ukryty uchwyt, przekręcił go dwa razy w lewo, a następnie pchnął, odsłaniając przejście.
- Za mną – powiedział.
- Obawiam się, że dalej nie pójdziemy – usłyszał w odpowiedzi. Obrócił się.

Rutger stał z wymierzoną krócicą. Drugą ręką skinął do tyłu. Z odblokowanego portalu wsunęli się orkowie: imponujących rozmiarów brutal z toporem, sięgający mu do szyi, odziany w koszulkę kolczą wojownik oraz przygarbiony kurdupel z szeleszczącą od wisiorków laską. Pozostali wetknęli obślizgłe gęby w szczelinę, czekając, aż zezwoli się im zaatakować.
- Przysuń się do niego – rozkazał hrabia Alfredowi. – I oddajcie broń.
Krasnolud powoli wydobył zza pasa pistolety i rzucił je pod nogi zdrajcy; to samo zrobił z kordem. Rocardin pozbył się swojej dwulufki oraz noża.
- Nie polowałeś wcale na wilki – zaczął oficer. – Nie kontaktowałeś się też z posłańcem, tylko z tą bandą. Więcej: nigdy nie było żadnego glejtu. Wszystko ukartowałeś, żeby podbudować nasze zaufanie. Nie przewidziałeś jednak, że weźmiemy jeńca. Mógł się wygadać, więc go zabiłeś.
- Mniej więcej. – Szlachcic uśmiechnął się sam do siebie. – Musiałem działać szybko i radykalnie. Moje zachowanie tak czy inaczej wzbudziłoby podejrzenia. Trudno grać dwie role naraz. Dlatego zabiłem Hiro i kazałem spalić gospodę. Jak widać, poskutkowało.
- Ty... – Gorim wyciągnął rozczapierzone dłonie i postąpił naprzód. Rutger strzelił bez wahania. Krasnolud chwycił się za pierś, zachwiał, po czym runął do nowo otwartego pomieszczenia. Alfred nawet nie drgnął. Z napięciem wpatrywał się w hrabiego, który dobył drugiego pojedynkowca.
- Już wszystko rozumiem. Powinienem cię zabić tamtej nocy, gdy zakradłem się do twojego pokoju, ale nie miałem pewności. Teraz niczego więcej mi nie trzeba. Rutgerze von Verrat, jako Wielki Egzekutor, władzą nadaną mi przez Bractwo Kuli, skazuję cię na śmierć za zdradę. Mam ostatnie, osobiste pytanie: Dlaczego? Czy służba Chaosowi jest tego warta?
Salę wypełnił potworny, nieludzki rechot.
- Rutgerze von Verrat? Ten zniewieściały degenerat sczezł dawno temu!

Arystokrata odrzucił broń i rozdarł kaftan wraz z koszulą. Wciąż się śmiejąc, zaczął się zmieniać. Urósł i nabrzmiał; twarz uległa zniekształceniu, nos, usta i oczy zlały się w jedną obrzydliwą masę. Włosy zanikły, ustępując miejsca odkrytemu, pulsującemu mózgowi. Przód głowy wykształcił małe, jarzące się źrenice osadzone w nieproporcjonalnie dużych oczodołach, płaski czarny otwór wdechowy oraz pozbawioną warg, uzbrojoną w dwa rzędy ostrych zębów szczękę. Pod szczątkami ubrania zabulgotało; potwór zrzucił je wprawnym ruchem, odsłaniając przejrzystą jak błona skórę ramion i brzucha, pod którą wiły się krwistoczarne arterie, napięte mięśnie oraz ohydnie poskręcane wnętrzności. Salę zalał fetor zepsutych jaj.
- Doppelganger! – Krzyknął Rocardin.
Monstrum zarechotało raz jeszcze, a następnie dało znak dwóm orkijskim zbrojnym. Alfred był szybszy. Zamachnął się. Czarna kula ugodziła zmiennokształtnego w czoło. Potwór zawył i zatoczył się, wpadając na swoich siepaczy. Z rękawa kaftana do ręki oficera wskoczył małokalibrowy pistolet. Błyskawicznie ociągnął kurek i wypalił. Postrzelony w szyję doppelganger zachłysnął się własną krwią. Rocardin poczuł, jak ktoś ciągnie go od tyłu i woła: Padnij! Odruchowo rzucił się na plecy.

Pomieszczeniem wstrząsnęła potężna eksplozja. Zapamiętał jedynie, że fala uderzeniowa cisnęła nim w czarną pustkę.


* * *

W ustach czuł smak pyłu. Poruszył się. Ostre odłamki zakłuły go w zadek i uda. Usiadł i rozmasował obolałą głowę. W ciemności pojawiło się małe, zielone światełko, które po chwili rozszerzyło się, ukazując twarz Flinta. Krasnolud zdejmował ukrytą pod kubrakiem grubą koszulkę. Na ziemi leżała butelka – pochodnia.
- Niewygodne, choć trzeba przyznać, skuteczne – wychrypiał.
Alfred zaśmiał się w głos. Odpowiedziało mu echo.
- Co to jest? – zapytał. – I gdzie do cholery jesteśmy?
- Zbłądziłem kiedyś do Mousillon w Bretonii. Spotkałem tam niejakiego Kwoleka Bladesa, rzemieślnika i rusznikarza. Twierdził, że wynalazł nowy rodzaj materiału, bardzo wytrzymałego i zarazem lekkiego. Zauważyłem, że da się zrobić z niego całkiem skuteczną zbroję, z pewnością lepszą niż zwykły napierśnik. Jak widać, miałem rację.
Odrzucił bluzkę, chwycił flaszkę i podniósł się. Przemaszerował wzdłuż murów. Znajdowali się w pustej, ciasnej skrytce, również owalnej.
- A ty? Kiedy dostałeś nominację na Egzekutora?
- Pół roku temu. Von Verrata podejrzewano już dawno, ale nie mogłem wykonać wyroku bez weryfikacji.
- Ja domyśliłem się, gdy zapytał o mechanizm wrót. Tę wiedzę posiadaliśmy wszyscy trzej. Nie wiedziałem tylko, czy jesteś z nim w zmowie.
- Zdechniemy tu, prawda?
- To komora ochronna. Zbudowano ją, żeby dokonujący destrukcji magazynu miał się gdzie schować. Nie sądziłem, że kiedyś się przyda. I nawet nie podejrzewałem, że to ja podpalę ładunek. Oba składy, sztuczny i prawdziwy, leżą teraz w gruzach.

Poraziła ich jasność. Spojrzeli w górę. Przez odsłonięty otwór wlało się ciepłe słońce, nieśmiało pieszcząc tkwiące od lat w mroku ściany. Ktoś spuścił linę.
- Ty pierwszy – zadecydował Gorim.
Szybko wydostali się na płaskowyż, gdzie powitał ich łysy karczmarz.
- Cieszę się, że was widzę. Myślałem już, że będę musiał wszystko zrobić sam.
- Skąd wiedziałeś? – nie dowierzał Alfred.
- To Strażnik Góry – wyjaśnił Flint. – Wybrano go sekretnie, aby strzegł broni. Nie miałem pojęcia, kto nim jest, i czy jeszcze żyje.
Usiedli na zimnych kamieniach. Przed nimi rozpościerały się skalne szczyty Gór Krańca Świata.
- Wiesz, Gorim, żal mi trochę tych armat. Idą ciężkie czasy. Na pewno by się przydały.
Krasnolud przygładził czarną brodę.
- Dwa lata temu moi ziomkowie przenieśli część sprzętu w bezpieczne miejsce – odparł. – Chyba nie sądziłeś, że zaufam ludziom, co?



Powiązane z tym tekstem: Most Mgieł - zwycięska praca w konkursie na opowiadanie
Chciwość - wyróżnione konkursowe opowiadanie
Źle się dzieje w Kislevie- recenzja dodatku do 1 ed.WFRP
Archetyp krasnoluda w WFRP - dyskusja na naszym forum




Czytaj również

Komentarze


Furiath
    Bractwo Kuli przypomina
Ocena:
0
fabularyzowaną sesję. Nie jest zbyt zaskakujące, jednak autor prowadzi narracje wartko, a ludzie spragnieni pomysłów na sesję mogą z tego opowiadania czerpać natchnienie. Ciekawym pomysłem jest towarzysz Flinta - wilk Hiro.
Jestesmy ciekawi Waszych opini.
18-11-2005 14:28
Jeremiah Covenant
   
Ocena:
0
Dla mnie, bezwględny numer jeden.

A za co?

Czuć klimat WFRP, autor nie obawiał się wykorzystać innych ras niż ludzie, mamy jednocześnie dark fantasy i pozytywne zakończnie (co zdarza się rzadko, sami przyznacie).
18-11-2005 18:49
~RafiK

Użytkownik niezarejestrowany
    Dlaczego to opowiadanie nie wygrało?
Ocena:
0
Ma przecież wspaniały klimat WFRP, pogodę WFRP (nie za ładną), wielu ciekawych bohaterów, wartką akcję, dużo broni i strasznych wrogów.

Jestem zaskoczony werdyktem jury co najmniej tak jak krasnolud Flint tym, że szlachcic jest zdrajcą. Ja nie mogłem uwierzyć w jego zdradę nawet gdy już przeminiał się w to okropne monstrum. Cała zresztą scena z tą przemianą jest taka filmowa. Przemawia też do wyobraźni.

Chciałem tez pochwalić autora za wiele poetyckich opisów. Świat WFRP zawiera przecież tyle poetyki i tylko ten autor umiał to pokazać.

Dlatego jeszcze raz dziwię się, że to opowiadanie nie wygrało konkursu. Chcętnie przeczytałbym nawet całą książkę tego autora!
18-11-2005 22:33
Yarghuzzz
    RafiK...
Ocena:
0
To ironia, tak??? :) Wrzucaj tryb :D
19-11-2005 14:28
~Anonimowa Autorka

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Niniejszym chciałam odwołać tezę jakoby jakość opowiadań była odwrotnie proporcjonalna do miejsca, które owe opowiadania zajęły w konkursie - chyba że to wyjątek potwierdzający regułę. Nudne - nie udało mi się przeczytać całego, przewidywalne - w momencie kiedy pojawił się szlachcic pomyślałam "ojej, mamy zdrajcę", a oswojony wilk jest pomysłem mniej więcej tak oryginalnym jak otrzymanie questa w karczmie. Tym niemniej styl jest z tego co zdążyłam zauważyć niezły - może gdyby pomysł był lepszy...
19-11-2005 22:49
Tadeus
    Fajne
Ocena:
0
A mi sie podobalo i przebrnalem bez problemow. Tak na dobra sprawe to wszystkie opowiadania napisane na konkurs sa calkiem niezle. Na pewno duzo lepsze od niektorych pozycji z czarnej biblioteki (i to pod wieloma wzgledami :>)
20-11-2005 23:43
Ifryt
    Niezłe
Ocena:
0
Tematyka dosyć podobna do "Mostu mgieł", ale, przynajmniej dla mnie, lepiej napisane i bardziej spójne. Pomysł z wilkiem oceniam tak sobie, bo to po pierwsze rzeczywiście nieco ograne, a po drugie jakoś opisane niezbyt przekonywująco. Podobały mi się za to opisy broni palnej i mechanizmów zabezpieczających tajny magazyn bractwa.

Niestety dalej "Chciwość" oceniam za najlepsze z przedstawionych do tej pory opowiadań. Tylko ono wykraczało poza ramy "literatury erpegowej". Niosło za sobą silne emocje, a nie było tylko suchym opisem takich czy innych wydarzeń. No i właśnie, pytanie do Furiatha, ile jeszcze opowiadań zamierzacie opublikować w serwisie?
21-11-2005 10:40
~RafiK

Użytkownik niezarejestrowany
    a jednak "Most Mgieł"
Ocena:
0
Nie trawię niby-poetyckich opisów. I to najmocniej zaciążyło na moim odbiorze tego opowiadania. No po prostu "wyciagnięte w niebo ramiona spalonych belek", albo te góry... Nie, nie - to nie jest ani poetyckie ani potrzebne, to jest kiczowate.

Do tego fabuła jest naprawdę tak przewidywalna, że aż naiwna. Orki, które zresztą bardzo lubię, jakoś mi tu nie weszły. Inaczej sobie wyobrażam zachowanie orczej bandy.

Z drugiej strony "Bractwo" jest chyba najbardzie w RPG osadzonym opowiadaniem - a o to wszak chodziło w tym konkursie. Nie można mieć za złe Autorowi, że odpowiedział na wymogi konkursowe organizatorów. Toż jego opowiadanie jest zywcem niemal przepisaną sesją RPG. Wręcz w stylu "brać i grać". I to chyba należy Bractwu policzyć na plus.

"Chciwość" rzeczywiście jest chyba najlepsza (pod kątem emocji). Nie jest za to zbyt dobrze napisana. Ja tam lubię opowiadanie historii, wydarzeń i losów bohaterów.
Wiem, mało to artystyczne podejście do literatury, ale co ja mogę :)

Pozdrawiam wszystkich Autorów, którym się chciało! Chwała!
21-11-2005 16:18
Yarghuzzz
    A ja uważam...
Ocena:
0
:P że RafiK masz rację. Nie sposób napisać poetyckiego opowiadania w konwencji RPG, bo wyjdzie z tego właśnie kicz, szczególnie w konwencji WFRP. Mroczny świat nie nadaje się do baśniowych wątków a la Brzezińska, albo McKillip. Co do "Chciwośći" zgodzę się - świetne emocje i chłód bijący z tekstu - ale brak związku z WFRP. A w opowiadaniach głównie chodzi o historię. Stąd się wywodzą opowiadania (w każdym razie tak pisał Pilch a propo konkursu polityki na opowiadanie - sklecić historię, ciekawą historię z ciekawym bohaterem).
21-11-2005 18:25
Furiath
    Napisać opowiadanie w świecie RPG nie jest trudno
Ocena:
0
to zalezy wyłącznie od podejścia. Przecież wciskanie na siłe motywów ze świata rpg, aby tylko opowiadanie lezało 'bardziej w konwencji systemu' to głupota. Opowiadanie zgodne z systemem, to takie, które bez problemu może się dziać w świecie gry, bez potrzeby zmeiniania nazw, położenia, itp.
Od czestotliwości występowania nazw i motywów wcale nie zależy klimat systemu.

Re: Ifryt - nie wiem, naprawdę nie wiem. Po prostu na bieżąco czytam jeszcze raz opowiadanie i decyduję, czy się nadaje, czy tez nie. Na poczatek chciałem Wam ukazac wszystkie wyróżnione, teraz zacznie się dopiero ostra selekcja. Na pewno będzie ich jeszcze kilka... piszac te słowa, właśnie zdecydowałem, jakie nastepne opublikujemy :)

A jak się podoba ta ramka na dole w stylu powiązane linki? 9 godzin to robiłem ... :P
21-11-2005 20:58
~Mateusz Spychała

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Autor dziekuje wszystkim, ktorzy zechcieli przeczytac ten tekst i napisac pare slow. Stawiam swoje pierwsze kroki w literaturze fantastycznej, i wszelka krytyka - zwlaszcza ta konstruktywna - bardzo pomaga. "Bractwo Kuli" bylo obliczone tylko na jeden efekt - wygrac konkurs. W moim zamiarze nie lezalo tworzenie wielkiej fabuly, ani wychodzenia poza ramy literatury rpgowej. Jesli dobrze bawiliscie sie przy lekturze, oznacza to, ze spelnilem swoje zadanie - a mam nadzieje, ze spelnial je bede coraz lepiej. Ostatecznie jesli dojdzie do zapowiadanej publikacji "Bractwa Kuli", bedzie to moje trzecie opowiadanie wydane drukiem.

Pozdrawiam wszystkich
21-11-2005 22:15
Furiath
    Re Mateusz
Ocena:
0
Czy jesteś autorem Lazaretu (z "Deszczy niespokojnych") i "Miłość jest ślepa"zopublikowanej w NG? Pochwal się! :)
21-11-2005 23:45
Ifryt
    Ramka "Powiązane linki"
Ocena:
0
Ramka wygląda bardzo ładnie - estetyczna i przejrzyście eksponuje zawartość. Fajny jest pomysł aby dobierać linki tematycznie, a nie tylko z danego działu. Zwłaszcza odnośnik do powiązanego wątku na forum jest chyba dość nowatorskim pomysłem - uwzględnieniem spojrzenia fanów na dane zagadnienie.

Zastanawiałem się jedynie czy nie warto by dać więcej niż tylko cztery linki. Ale może nie... Trudno gdzieś postawić granicę, a z pewnością zbyt dużo linków zaciemnia jasność koncepcji.
22-11-2005 08:41
Yarghuzzz
    ramka!
Ocena:
0
Wybacz Furiath że nie chwaliłem, pomysł jest świetny i ... no co tu dużo mówić - ruch w interesie jest ;)
22-11-2005 09:58
~RafiK

Użytkownik niezarejestrowany
    Ramki!
Ocena:
0
Racja - chwalę i ja. Bardzo dobry pomysł i (chyba) funkcjonalny. A nawet kurde nie zauważyłem w pierwszej chwili :(
22-11-2005 10:17
~Mateusz Spychała

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Tak, oba te opowiadania sa mojego autorstwa. Maja spore braki, zwlaszcza jezykowe, ale coz... nie od razu Rzym zbudowano. Swoja droga, "Milosc jest slepa" to pierwsze opowiadanie, jakie w ogole napisalem (po remanencie chyba zniknelo z lam NG).
22-11-2005 15:00
~Ademar de Taur

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Opowiadanie na naprawdę dobrym poziomie...
Dobry styl...
Ładne opisy...
Żywe postacie...
Generalnie uważam za ciekawe dzieło
12-12-2005 13:53

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.