string(15) ""
» Blog » Słowo na niedzielę i ważniejsze dni tygodnia #4: o tym co było
26-01-2014 17:51

Słowo na niedzielę i ważniejsze dni tygodnia #4: o tym co było

Odsłony: 280

Primo nr 1: tekst ukazał się także tutaj.

Primo nr 2: moje podsumowanie, w którym skupiłem się na fantastyce, jest tutaj.

 

Na początek odrobina statystyki w formie, za którą wyrzucają z uczelni technicznych i ekonomicznych: poprzedni rok był bardzo podobny do poprzednich, mniej więcej taki sam, odpowiadający i identyczny z. Liczba przeczytanych przeze mnie książek oscyluje, jak zwykle, między 120 i 150. Gdybym na siłę szukał zmian, wskazałbym na pewne przesunięcie – w 2013 ze względu na pracę nie miałem w wakacje czasu na czytanie, więc musiałem odbić sobie we wrześniu i później. Nie bez wpływu na to pozostaje czytnik, który z pewnością pozwolił mi czytać więcej (i przyjemniej).

Rok otworzyłem potężnie – Czarodziejską górą. I choć przez drugi tom musiałem przebijać się siłą, niektóre dysputy Settembriniego i Naphty były dla mnie męczarnią, to cały czas pozostaję pod wpływem tej bomby. Zresztą czemu się dziwić? Powieść, w której stoi:

"- Ale zapewne czas upływa wam tu szybko - zauważył Hans Castorp.
- I prędko, i powoli, jak kto chce - odrzekł Joachim. - Właściwie, powiem ci, nie upływa wcale, to w ogóle nie jest czas i w ogóle to nie jest życie - o nie, na pewno nie - mówił potrząsając głową i sięgnął po kieliszek" i "Ślicznie, już po lecie, o ile ono w ogóle było; zawiedliśmy się na nim, jak na całym życiu, całkowicie i zupełnie"

musi być maszynką do mielenia ludzi. Inaczej literatura nie miałaby sensu.

W styczniu w ogóle uparłem się na książki wybitne. Najpierw Mann, potem Dick z Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, Zły Tyrmanda, Cyrk nocy Morgenstern, Droga McCarthy'ego. Dziwicie się, że to przedostatnie pojawia się wśród klasyki? Niesłusznie! To fantastyka najwyższych lotów, idealne połączenie światów snu i jawy, powieść oczarowująca i urzekająca. Kto nie zachwyci się Cyrkiem nocy, ten będzie pokutował przez wieczność czytając na zmianę Nad Niemnem i Chłopów. Karą za odrzucenie cudów jest postękujący na okulawionym koniu realizm (czyli słowo, które u każdego sprytnego człowieka wywołuje reakcję alergiczną, chyba że szybko zaaplikować odtrutkę z buteleczki podpisanej „magiczny”).

W zeszłym roku złożyło się tak, że po styczniu przyszedł luty. Miesiąc dla mnie raczej gorzki: rozpoczęty fatalnymi Sennymi Pałacami, zakończony wielkim rozczarowaniem przy okazji Książki twarzy – zbioru nieco nudnawego, troszkę na siłę, z kilkoma zaledwie weschtnionkami. Szybko przeczytany i szybko zapomniany; przekleństwo przeciętności. Na szczęście tzw. międzyczas zniwelował przygniatający ciężar tej klamry (tudzież łuku porażkowego). Najpierw lekki pobudzenie w postaci Czasu poza czasem (obiecuję więcej nie pisać o Dicku, bo mogę zmarnować cały zapas tęczy do rzygania), a potem nokaut w postaci Dzieci Północy. Niektórym na przykład ta powieść może się nie podobać; niektórzy na przykład nie jedzą żelek – to ten sam poziom zezwierzęcenia, ta sama bezmyślna brutalność, ta sama góra pustynnej oschłości. Nie zakochajcie się w opowieści o Indiach i rodzinie dziecka z wielkim nochalem, a będziecie pokutować przez wieczność czytając na zmianę reamde i powieści z Metra 2033.

Marzec był raczej przyjemny, ze wzruszeniami wielkimi, choć bez łez wyrywających z policzków płaty tęsknoty. Znowu wypada mi wypunktować dwie rzeczy, tym razem obie z zacnej Uczty Wyobraźni: Portret pani Charbuque oraz Jonathana Strange'a i pana Norrella. Pierwsza walczyła ze mną tym samym orężem, co Cyrk nocy, i tak samo mnie rozbiła. Porada dla młodego autora powieści z przymusu ambitnych i mimochodem czytelnika gwałcących: zmuś odbiorcę do tego, żeby zastanawiał się, ile w tym wszystkim prawdy, a ile wizji, które nawiedzają cię po niekoniecznie dozwolonych specyfikach, a będzie on piał z zachwytu głosem małego kaczorka. Ryli.

Drugiej należy się osobny akapit. Za co? Ano za to, że podeszła mnie od strony, którą dawno temu uznałem za perfekcyjnie ufortyfikowaną. Uwaga, będę wyjaśniał. Faktem powszechnie znanym jest to, iż człowieczy organ odpowiedzialny za odbiór literatury (pawie pewnie posiadają podobnie dobry, lecz leszcze jeszcze lepszy) składa się z trzech strun: rozumu, wyobraźni i uczucia. Ja osobiście doceniam tych arcymistrzów, którzy potrafią wprawić w ruch tę drugą. Już nie będę wymieniał przykładów, bo wstyd. Dla grajków operujących trzecią mam specjalną szufladę z napisem „Rosja” (o dwóch jeszcze będzie, spokojnie). Natomiast tych trzecich podziwiam i szanuję, ale rzadko się w nich zakochuje. W końcu nie jestem specjalistą od myślenia i nie ukrywam, że myśl jest dla mnie tylko pomocniczym rusztowaniem (o nim też jeszcze będzie). Lubię myśleć, iż intelektualne rozkosze oferują mi wszystkie te transformaty i transmitancje, i choć to nieprawda, to rzadko która literacka idea rusza mnie tak, żebym poczuł się zobowiązany do zmieniania świata. A jednak Clarke udało się zagrać na moim rozumku. W Jonathanie Strange'u i panu Norrellu nie ma nic wielkiego (poza fabułą). Nie ma tu myśli przewodniej, która zwiewałaby kapelusz/włosy z głowy (i tak nie mam ani jednego, ani drugiego). Nie ma cudów. Ale jest strukturalna perfekcja – ta powieść została przemyślana w każdym najmniejszym szczególe. Relacje interpersonalne nakreśliła Clarke siedząc w fartuchu z twardym ołówkiem, gumką i arkuszem szarego papieru, co pozwoliło jej odpalać kolejne race dokładnie wtedy, gdy powinno się to stać. I jeszcze te szczegóły, które stają się ważne na chronon przed tym, nim nieuważny czytelnik je przeoczy; ekstaza. Jeżeli przeczytacie tę książkę, a potem usiądziecie i spróbujecie ogarnąć całość, będziecie zachwyceni. Jeśli nie, to kara będzie sroga: będziecie pokutować przez wieczność czytając na zmianę rozlazłą Malazańską Księgę Poległych i banalnie prostego Przemytnika cudów.

Kwiecień był miesiącem walki: przeczytałem i Krainę wódki (całkiem), i Matka odchodzi (bardzo), i Życie Pi (ok), ale prawdziwym wydarzeniem było Czarne. Trzy miesiące zajęło mi nadrobienie najważniejszej czytelniczej zaległości, ale warto, oj warto było czekać. Kibicuję Kańtoch i lubię jej twórczość, ale muszę głośno wyznać własną miałkość: nie wierzę, żeby kiedykolwiek udało jej się powtórzyć to, co zrobiła w tej powieści. Niepokój. Intymność. Napięcie. Tajemnica. Nie da się opisać niesamowitej atmosfery – jeżeli ktoś zasiada do tej książki w poczuciu pełnej harmonii, to odejdzie rozedrgany. Ze stanu równowagi wytrąci go elektryzujący erotyzm (często z przedrostkami auto- i homo-), a wahania napędzać będzie energia wydzielana podczas wiwisekcji rzeczywistości. Odejdź od tej książki spokojny, a będziesz pokutować przez wieczność czytając na zmianę bezpłciowy Adamantowy miecz i naćpaną Senfiliadę.

Najgorszy był maj. Na początku wciąż Kańtoch, ale Przedksiężycowi (szczególnie drudzy) bez zachwytów. Warunek bardzo dobry, ale bez zachwytów. Wielki Gatsby wielkie wrażenie, ale żeby posiane ziarno wzrastało – raczej nie. Najgorszy był maj.

Czerwiec bardzo mocny: z Tokarczuk, Orbitowski, Keretem, Przechrztą, Cetnarowskim, Miévillem. To wszystko blednie jednak wobec powieści, którą powinienem doczytać wcześniej. Kandydat na cytat roku:

"Lecz wstydził się nawet i mnie, i to do tego stopnia, że im więcej się zwierzał, tym więcej czuł za to do mnie żalu".

Mało? Nie powiedziałbym, ale to zaledwie początek. Przecież dalej stoi:

"Zaplątałem się we własnych wywodach i konkluzja moja pozostaje w całkowitej sprzeczności z pierwotną ideą, która jest u mnie punktem wyjścia".

Jedno z tych zdań, które wyciska ze mnie wszystko. Wszystko. Wszystko. Biesy zeżarły mnie bez większych problemów. Kto nie szanuje Dostojewskiego, ten będzie pokutował przez wieczność czytając na zmianę (bardzo) Smutną historię braci Grossbart i (bardzo) Posępną litość. Nie ma litości.

Co ja powinienem właściwie powiedzieć o lipcu? Nie wiem. Były trzy lektury, których na pewno długo nie zapomnę. Wyznaję. Wielkie, monumentalne, wciągające i ciekawe, choć wcale nie jest arcydziełem, które mi obiecywano. Majaczy w nim ślad zadęcia, a to najgorsza skaza książek o wielkich ludziach. Sto lat samotności. Kocham sagi rodzinne, więc jak mógłbym się nie zakochać w jednej z najlepszych? Arcydzieło. Pisałem już dzisiaj coś o łączeniu rzeczywistości z nierzeczywistością, prawda? Márquez jest mistrzem tej sztuki. Mistrzem. Płyńcie łzy moje, rzekł policjant. Cóż...obiecałem.

O sierpniu rozpisywać się nie będę, bo zajęłoby to lata. Osama, Kongres futurologiczny, Dotyk, Siedem minut po północy. Same dobre książki, poważnie. Szkoda tylko, że giną w cieniu tytana. Jego nazwisko zaczyna się na D, kończy na ostojewski, a tytuł honorowy: Idiota.

"Pan nie ma w sobie krzty delikatności, pana obchodzi tylko prawda, takie stanowisko jest niesprawiedliwe".

Chciałbym być idiotą.

A teraz, mili państwo, zapraszam do otchłani. Proszę się zbytnio nie przyglądać, bo lubi odpowiadać. Żeby było ciekawiej, zwiedzanie zaczniemy od końca, więc od Munro. Taniec szczęśliwych cieni lubi poruszyć, więc uważajcie. Przemiana potrafi zmienić. Wśród swoich bezlitośnie udowadnia, że świat wszędzie jest taki sam – gorzka, choć bardzo celna refleksja mistrza spostrzegawczości, jakim jest Amos Oz. Holocaust F, czyli zdecydowanie najlepsza polska fantastyka wydana w 2013. Takiego science fiction dawno nie było, możecie mi wierzyć (choć nie wiem, co miałoby Was do tego skłonić). Tworki, które stały się pełną i niepodważalną rehabilitacją Bieńczyka w moich oczach (może to dziwnie brzmi, kiedy mówi się w kontekście powieści o szpitalu psychiatrycznym i wojnie, ale cóż – tak bywa) po rozczarowującej Książce twarzy. Wahadło Foucaulta, czyli wow, choć wywołane raczej podziwem niż zachwytem. Gesty, które zwyciężyły w moim rankingu najpiękniejszych powieści o relacji rodzica i dziecka zeszłego roku. Przez ciemne zwierciadło OCENZUROWANO. Jesteśmy na początku.

A na początku był Dziennik. Najważniejsza książką, jaką przeczytałem we wrześniu (a było ich 20, wśród nich kilka rewelacyjnych, sporo bardzo dobrych). Najważniejsza książka, jaką przeczytałem w roku 2013. Czy najważniejsza książka jaką przeczytałem kiedykolwiek? Takie deklaracje każdemu przychodzą z trudem, ale chyba nic nigdy nie miało na mnie tak wielkiego wpływu. Gombrowicz w tym monumentalnym dziele napisał wszystko o świecie. Wszystko o łudzącej nas rzeczywistości, o kształtującym nas społeczeństwie, o więżącej nas wzajemności. W kilku poprzednich akapitach wsparłem się cytatami – tutaj mam spory problem. Bo który wybrać? Czy

"Ale jak słusznie pan mówi, ocenia pan tę sprawę z perspektywy krajowej. A ja nie mogę widzieć świata inaczej, jak tylko z własnej perspektywy",

które człowieka niepewnego może najzwyczajniej w świecie wyrwać z butów? A może wpędzające w wątpliwości

"Prawdę mówiąc, nie doświadczam uczuć inaczej, jak w cudzysłowie" i "Sumienie? Wprawdzie mam sumienie, ale jak wszystko we mnie, jest ono raczej pół-sumieniem i niedosumieniem. Jestem pół-ślepy. Jestem lekkomyślny. Jestem byle jaki"?

Wpędzające w pychę

"Śmieję się, ponieważ rozkoszuję się lękiem, bawię się nicością i igram z odpowiedzialnością, a śmierci nie ma"?

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Ta książka znokautowała mnie, a liczenie trwa i trwa – minęły zaledwie cztery miesiące, ale jestem przekonany, że po czterech latach będę w tym samym miejscu. Kara? Gombrowicz karze okrutnie: umiera w ustach i oni mają w swoim otworze gębowym pełno jego trupa...Damn it. Z tej jednej narracji chyba nigdy się nie wyrwę.

Październik bardzo równy, bez wzruszeń. Najlepsze chyba 2312, choć były przecież Obok Julii i Ocean na końcu drogi. Lektury dobre, intrygujące, ciekawe, ale w połowie tego roku nie będę ich już pamiętał. Mógłbym okazać odrobinę pokory i przyznać, że to wina mojej ledwo dychającej pamięci, ale wolę zrzucić to na karb ukrywającej się za porządnymi akapitami przeciętności.
Listopad to kolejna wyliczanka. Zaczęło się dziwnie, ale bardzo zachęcająco – od Perwersji (bo Za horyzont wolę pominąć milczeniem). Szalenie intrygująca, choć absurdalna lektura – po jej zakończeniu w głowie zostaje wielki chaos, którego nijak nie da się uporządkować. Potem Dom pod Lutnią, czyli zwycięzca kolejnego plebiscytu przeprowadzonego wśród i przeze mnie – na najbardziej wzruszającą książkę roku. Moje gruczoły łzowe są co prawda całkowicie i nieodwracalnie uszkodzone, ale wierzcie mi, że przeżywałem dramaty i radości bohaterów intensywniej niż swoje własne. Piękna rzecz. ZDANIE OCENZUROWANO. Po D. kolejna urocza książka – Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta. Trudno nie połknąć tej przyjemnej literatury. Parę dobrych rzeczy i dwa sierpy: najpierw Droga powrotna (nienawidzę literatury wojennej; uwielbiam Remarque'a), zaraz później Myszy i ludzie. Uwierzycie, że w ten sam dzień, kiedy przeczytałem Steinbecka w Teatrze Telewizji grali spektakl, w którym pojawił się pochodzący z książki motyw? To, że po takim czasie pamiętam takie bzdury jasno dowodzi tego, iż zostałem poddany wrażeniom. Poważnym i poważnie.

W grudniu dobre rzeczy pojawią się w nawiasie. (Znowu Steinbeck, tym razem z Tortilla Flat, Perfekcyjna niedoskonałość po raz enty, Niecni dżentelmeni – te lepsze 2/3, rozkosz przy Śmierci Iwana Iljicza, godne odnotowania Mapa i terytorium). Dlaczego? Dlatego, że wszystko (prawie) blaknie przy wielkim horrorze, jakim jest Ciemno, prawie noc. Miał być koszmar i jest koszmar. Problem w tym, iż wszystko się pomieszało. Bo czytelnik miał się bać tego, co ukryte w tej powieści, a nie tego, że w ogóle musi ją czytać. Ciągnie się to i ciągnie, (spójnego) ciągu nigdzie nie ma, wszystko nadmuchane i zupełnie nieautentyczne. Są momenty, to fakt, ale czy wystarczą one, żeby kogokolwiek zadowolić? Kogoś tak, bo przecież powieść dostała Nike. Mnie nie, bo to książka-wydmuszka, cienka nić nawleczona na nieskończenie długie nic, pustostan i próżnia. Powiedzieć, że Bator skacze z klawisza na klawisz i próbuje w ten sposób stworzyć symfonię, to jak nic nie powiedzieć. Nic tu nie gra. Nic się z niczym nie łączy. Słowo klucz: nic.

(Powyższy akapit oczywiście podkolorowany. To nie jest aż tak zła książka, ale na pewno nie jest też dobra. Nienawidzę przeciętności.)

Skończyłem.

Komentarze


Melanto
   
Ocena:
+1

Dziś skończyłam "Tworki", esejom Bieńczyka nie dorównują, ale i tak pogłębiają mi monomanię, która sprawia, zę zamiast tłuc Tokarczuk na egzamin ( w bólu i męce) mam ochotę wyciągnąć łapę po "Czarnego człowieka" zamiast katować "Ostatnie historie". 

Co do Bator - dawno nie czytałam czegoś, co w retrospekcjach tak przebijałoby akcję właściwą i co byłoby tak zdystansowane do problemów, jakie porusza. Zero emocji, choć momentami się pośmiałam. No i wielce rozczarowujący był finał, w ogóle cała "intryga kryminalna" ( promotorka aż zdębiała, jak zaczęłam krytykować) jest tam tak mizerna, że prawie jej nie ma. Za to wielki plus za język, za dialogi. NIe dziwię się jednak, dlaczego ta książka otrzymała akurat tę nagrodę, wcale się nie dziwię. 

A "Warunek" to dla mnie jeden wielki zachwyt, trzy razy jeden po drugim czytałam. Tu jest odwrotnie niż u Bator, czuć dystans pisarza, a ja-czytelnik reaguję zupełnie inaczej. Mimo tego, że problematyka książki niekoniecznie powinna taką reakcję wywoływać. Jedna ze scen tej powieści to dla mnie chyba najlepszy literacki fragment tego roku.

Czytałam sporo z wzmiankowanych przez Ciebie książek, ale gdybym chciała podzielić się opinią, to wyszedłby mi  okropnie długi komentarz. Fajna notka, pisz częściej ( niekoniecznie podsumowania).  

26-01-2014 18:56
Scobin
   
Ocena:
0

Książka twarzy, taaak. Czytam ją już od półtora roku. Właściwie dopiero teraz sobie przypomniałem, że to drugie moje rozczarowanie książką, która zdobyła Nagrodę Nike (ostatnio zawiodło mnie Ciemno, prawie noc Joanny Bator, o czym zresztą pisałem gdzie indziej). A o Naszej klasie Tadeusza Słobodzianka, wyróżnionej w 2010 roku, słyszałem same złe rzeczy. Chyba naprawdę trzeba się zainteresować Nagrodą Literacką Gdynia.

Poza tym brawo!

26-01-2014 20:50
Melanto
   
Ocena:
0

Nasza klasę też niedawno czytałam, to jest ciekawa, choć moim zdaniem za mocno osadzona w stereotypach realizacja. Mimo tego warto ją przeczytać. 

Raczej nie czytam nagradzanych książek, a jeśli już, to albo trafiają w moje ręce przypadkiem, albo życie (egzamin) zmuszają mnie do tego. Z laureatów NIke nie zawiodły mnie tylko trzy pozycje, z czego jedna - ku memu wielkiemu zaskoczeniu - jest tomem poezji. 

27-01-2014 11:05
Scobin
   
Ocena:
+1

Ja z nagrodzonych tekstów przeczytałem "Chirurgiczną precyzję", "Matka odchodzi", "Zachód słońca w Milanówku", "Jadąc do Babadag", "Pawia królowej", no i teraz "Ciemno, prawie noc". Najlepiej zapamiętałem Barańczaka i Masłowską, ale wyraźnym zawodem była tylko książka Bator. Hm, może to znaczy, że nie jest aż tak źle... Albo może po prostu "młodzież kiedyś była lepsza"? ;-)

27-01-2014 12:31
Melanto
   
Ocena:
+1

Moja ignorancja w dziedzinie książek nagradzanych jest tak wielka, że dopiero po spojrzeniu na ten wykaz zdałam sobie sprawę, że w sumie większość czytałam, a na to, że nagrodę dostały nie zwróciłam uwagi. Jakoś mi to umyka, chyba, że na okładeczce wołowymi literami stoi "NIKE".  Zawodzi nie tyle sama książka ( np. podobał mi się "Gnój" Kuczoka, ale bez szału) co właśnie cały ten szał, podbijanie bębenka i reklama, opiewająca te książki jako arcydzieła, rzeczy przełomowe, niesamowite. Mnie to odstręcza, a po laureatów sięgam po roku, dwóch, kiedy zapomnę, że to nagrodzone było. 

Gdybym miała wskazać na tej liście coś, co dla mnie wygląda na takowe, to byłoby jedno - "Matka odchodzi" ( chociaż nie znoszę poezji). Świetny jest "Pióropusz" Mariana Pilota, za to nagradzane powieści W. Myśliwskiego w porównaniu do jego starszych utworów straszliwie mnie rozczarowały.    

27-01-2014 14:04
Zicocu
   
Ocena:
+1

Ja przeczytałem "Matka odchodzi", "Gnój", "Jadąc do Babadag", "Biegunów", "Książkę twarzy" i to nieszczęsne "Ciemno, prawie noc". Bator słabo, Bieńczyk średnio, a potrafi dużo lepiej - muszę powiedzieć, Melanto, że mam odwrotnie niż Ty: eseje mnie nie porwały, natomiast "Tworki" przeżuły totalnie. Pozostałe uważam za co najmniej dobre.

27-01-2014 15:15
Scobin
   
Ocena:
0

Ja też po sporządzeniu swojej listy byłem zaskoczony, że tyle na niej "ników" – zapomniałem już, że niektóre z tych książek otrzymały nagrodę. ;-)

27-01-2014 19:25
~tjang

Użytkownik niezarejestrowany
    Pamięć absolutna
Ocena:
0
Fenomenem jest dla mnie ktoś, kto czytawszy150 książek w ciągu roku, wie jeszcze o czym czyta?
28-01-2014 14:57

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.