string(15) ""
» Blog » Słowo na niedzielę i ważniejsze dni tygodnia #3: wiejskie spotkanie
10-11-2013 19:18

Słowo na niedzielę i ważniejsze dni tygodnia #3: wiejskie spotkanie

Odsłony: 97

Słowo na niedzielę i ważniejsze dni tygodnia #3: wiejskie spotkanie

Do przeczytania także tutaj.

Literatura jest spotkaniem.

(Powyższe zdanie spełnia jedno z moich najgłupszych marzeń; zawsze chciałem cokolwiek zacząć w stylu nawiedzonego wykładowcy czegokolwiek przegrywającego z łysiną. Po nawiasie będzie dalszy ciąg tej wypowiedzi, ale już bez tego metafizycznego sztormu targającego trzcinami przytomności.)

Tak uważam i wstydzę się tego tylko trochę. Nie na tyle, żeby głośno tego nie powiedzieć, ale na tyle, żeby troszkę tę tezę wyśmiewać, choćby przez nazywanie jej wynurzeniem. Kontynuujmy więc: wynurzenie moje wynika z tego, że kiedy czytam, zawsze dominuje we mnie jeden obraz. Jeden jedyny, nawet kiedy książka jest plastyczna, cudowna, piękna, brzydka, poruszająca i każde-inne-wielkie-słowo. A kiedy już mam ten jeden widok, przychodzi do mnie pan – lub pani – i się zaczyna. (Nie, nie jest to zwierzenie intymne, nie bójcie się, przynajmniej nie bardziej, niż intymne jest każde starcie z literaturą). Może brzmi to trochę dziwacznie, może jest nieco mętne, ale kilka przykładów z pewnością rozjaśni sytuację.

Kiedy czytam Orbitowskiego, szczególnie nieco wcześniejszego, tego z Tracę ciepło i Świętego Wrocławia, szybko przenoszę się do baru…zresztą darujmy sobie eufemizmy: czuję się, jak w najgorszej spelunie. Wiecie, ludzie dychają przez dziury po powybijanych zębach, blaty kleją się tak, że nawet spacerujące po nich karaluchy grzęzną, a piwo wydaje się być nie tyle nawet ochrzczone, co przechrzczone – i to czymś o wiele gorszym niż wodą. Do tego lokalnego raju na najlepszym ze światów wchodzi w pewnym momencie niedomyty, zarośnięty facet w płaszczu trzeciej świeżości. Koniecznie w płaszczu! Przysiada się, nie zamawia browara – wygląda na to, że łazi po nim coś o znacznie większej sile (prze)rażenia. I zaczyna mówić. Powiecie mi, że wyobrażanie sobie Łukasza Orbitowskiego jako barowego filozofa (na litość Peruna, niedomytego barowego filozofa!) może być dla niego cokolwiek obraźliwe, ale podczas czytania jego książek właśnie tak się czuję – jakbym rozmawiał w podłym pubie z kimś, kto na pewno ma coś do powiedzenia, ale nie zawsze może się wysłowić, co wywołuje u niego stan niezdrowego podniecenia. Coś jakby nieustające swędzenie. Zawiodłem się na Nadchodzi, jeszcze bardziej zawiodłem się na Ogniu, ale z niecierpliwością czekam na Szczęśliwą ziemię. Wybaczcie, że to powiem, ale do tej speluny chce się wejść jeszcze raz. I jeszcze raz.

Jak zaczęliśmy na nizinach, to nie ma co wracać do świata żywych. Na początku kariery pisarskiej (przy okazji Błędów) Jakuba Małeckiego wydawało mi się, że ten podąży drogą bardzo podobną do Orbita. Co mam na myśli? Przede wszystkim brud, który w smaku (damn it) przypominał bardzo ten pochodzący od Orbitowskiego, ale miał trochę inne źródła. Na początku Małeckiego spotykałem pod blokiem. Łysy, jak każdy pod blokiem, z tanim piwem, jak każdy pod blokiem, lekko przypakowany, jak każdy pod blokiem. Tym, co go wyróżniało, była niezwykła elastyczność umysłu, która sprawiała, że deformował świat, że patrzył na rzeczywistość nie tylko inaczej niż jego kumple z ławeczki, ale także (czy może aż) inaczej niż…wszyscy. Nawet nie wiecie jak przyjemne może być spotkanie z kimś takim jak on dla kogoś takiego jak ja (jeśli pomyśleliście teraz, że dlatego, że bardzo się różnimy, jesteście w największym możliwym błędzie; wnioskujcie sami). Potem bywało różnie – przy Dżozefie i W odbiciu widzieliśmy się z Małeckim w szpitalu (jak banalnie!), przy Zaksięgowanych siedzieliśmy w biurze milcząc i omijając się wzrokiem (nie spodobała mi się ta książka, naprawdę). Poważniej zawiodłem się przy Przemytniku cudu, którego, jakimś cudem, przeczytałem wcale niedawno (lipiec? sierpień?). Zamiast wku-bardzo-rzonego dzieciaka z parą w łapie, spotkałem nudnego – choć, co prawda, niezbyt potulnego – yuppie. I to, cholera mroczna, w banku. W banku! Odwrotniaki czekają na mnie, mam nadzieję, że grona gniewu w końcu dojrzeją.

Żeby udowodnić Wam, iż nie wszystkie moje obłąkane wizje pełne są najgorszego syfu, zrobię dwa kroki w dwóch zupełnie innych kierunkach (tak zwany szpagat). Zacznijmy od pisarza, którego wyobrażam sobie jako szalonego naukowca oprowadzającego mnie po swoim laboratorium. Nie jest w nim może najnormalniej w świecie (przerażały Was kiedyś motyle w formalinie? Gimme more!), ale na pewno jest sterylnie czysto. Pan autor, w bielutkim kitlu, prowadzi po krętym labiryncie, po kolei podchodzi do kolejnych akwariów i opowiada. Nie ukrywam tego, że moim zdaniem zdarza mu się przynudzać, że momentami niezdrowo się podnieca (czasami chyba troszkę udaje, żeby nadać swoim słowom dramatyzmu), ale bogactwo jego dorobku jest niezaprzeczalne. Nie jestem jego wielkim fanem, ale cenię go. Środek miasta, porządek w chaosie, chaos w porządku (inaczej mówiąc: bardzo spoko), zamieszanie, mutacja, choróbstwa najgorsze. Wiecie o kim mówię? Mieville z Chin, naturalnie. Na marginesie: kiedy to pisałem, w okolicach potylicy popukiwał mi Orkan. Czyżby miało to znaczyć, że całe new weird można podpiąć pod moje laboratorium?

Zwrot przez sztag, idziemy na wspak etc. Teraz będzie o pisarzu, który pozwoli powoli przejść od szczegółu do ogółu, żebym potem mógł swobodnie przejść od ogółu do szczegółu. Kojarzycie takiego pana jak Eustachy Rylski? Pamiętam, że kiedy czytałem Warunek, myślałem intensywnie o dwóch rzeczach: jak mocno ten człowiek trzyma pióro i jak bardzo ta książka nie pasuje do tego, co zwykle czytam. Pierwszy refleks (nie mylić z refleksją, w niej nie chodzi o odbijanie, a o dobijanie) nie jest zbyt blisko spokrewniony z dzisiejszym tematem, dlatego poświęcę mu tylko krótki odbłysk (refleks-błysk-odbłysk, pięknie!): w Obok Julii fraza Rylskiemu nie skiepściła się nawet w najmniejszym stopniu (kiedyś dostaniecie ode mnie akuratny cytat z tej powieści, fenomenalny!). Przejdźmy więc do części drugiej: dlaczego Rylski nie dla mnie (a właśnie, że dla mnie!), dlaczego nie taki, jak większość (bo inny), dlaczego, mimo wszystko, płonie we mnie jego proza? Nie, nie dlatego, że Warunek jest, według cię, złośliwcze, gejowskim softporno w pseudohistorycznym sosie koperkowym. Powtórzym więc: dlaczego? Ano dlatego, że Rylski to wieś. Poważnie. Uwaga, truizm alert! Wiecie, każdy z nas ma takie wspomnienie, które gdzieś tam w nim siedzi i pije, bodzie tak mocno, że jesteśmy pewni, iż to ta jedna chwila nas ukształtowała. Dam Wam posmak mojego: słońce, gorąco strasznie, staw, zapach koszonej trawy, ja i mój najlepszy kumpel, osiem lat, nałogowe plecenie bzdur. Spróbuj się wymądrzać, złośliwcze, o gejowskim porno, a znajdę cię i pochowam przed zabiciem. Kiedy czytam Rylskiego, czuję się, jakbyśmy dorośli i spotkali się po latach. Dlaczego mój kiedyś-najlepszy-kolega zamienił się w pięćdziesiąt prawie lat starszego ode mnie mężczyznę, skoro wtedy tylko dwa lata nas dzieliły? Nie wiem. Wiem natomiast, że spotykamy się letnim wieczorem, na ławce pobliskiego przystanku. Wokół nas nic, tylko rozwiewający się powoli zaduch początków sierpnia. I Rylski opowiada mi o młodości, o pacholęctwie, o dziecięcym zapatrzeniu w siebie i zupełnie dojrzałym egotyzmie, o automiłości chorobliwej, bo z przedrostkiem, o niepewności i niemożności walki z tą niepewnością. To wszystko ważne.

Ale dzisiaj interesuje nas inne słowo: wieś. Bo na wsi spotykam się z książką rzadko.

Wiecie, powyższa próba nie jest zbyt szeroka, ale wystarczająca, żeby zbudować pewne gmachy. Pierwszy: czystość nie ma żadnego znaczenia. Orbitowski nieogolony i brudny staje obok nieskazitelnie zadbanego Rylskiego – nikt nie ma nic przeciwko. Spocony pod swoim szarym garniturem Małecki zerka z podszytym pogardą rozbawieniem na chuderlawego Mieville’a, ale obaj zachowują pewien dystans. Drugi, ważniejszy: nie jest istotne, co kto ma do powiedzenia, byleby miał cokolwiek. Wiadomo, że każdy ma swoje ulubione tematy (Rozkład, Rozpad, Analiza! Rozkład, Rozpad, Analiza! Rozkład, Ro…), ale nie jestem człowiekiem, który wylegiwanie się w wywarze własnych wartości uznaje za podstawę przebywanie na tym łez padole. Jeśli jakiś pisarz chce mówić, niech mówi. Nie zaprzeczam, że skłaniam się ku pewnemu typowi. Pilch, Stasiuk, Dostojewski, Rylski, Orbitowski, Dick, Kafka, Erikson, Kańtoch, Różewicz, McCarthy, Borowski, Hemingway, Miłosz. Czy to moi ulubieniu autorzy? Nie, nie wszystkich powyższych lubię, nie ma wyżej wszystkich przeze mnie lubianych. Ale każdy z nich potrafił sprawić, że podczas naszego spotkania nie mogłem nabrać oddechu. Każdy mnie czymś zasmucił. Każdy pokazał dramat, z którym nie potrafiłem się pogodzić. Dochodzimy tutaj do słowa, którego się trochę wstydzę, ale które nie może nie paść: wrażliwość. Przez prozę powyższych pisarzy i pisarki (nie tylko, oczywiście! Wymieniam bez podstawowego nawet riserczu) poczułem, że są w jakimś stopniu podobni do mnie. Że próbują radzić sobie z czymś, co mogłoby ich złamać, że to coś, mogłoby złamać także mnie. Mniejsza z tym, czy swoje przerażenie, swoją niemoc i swoje niedołęstwo rzeczywiście musieli spotkać twarzą w twarz czy tylko wyobrazili je sobie. Ważne, iż opisali (czy może opisywali; udawało im się opisywać; zdarzało się) to tak, że poczułem się źle. W końcu trzeci gmach, najważniejszy: żaden z nich (może poza tym Rylskim, może poza kilkoma westchnieniami Dostojewskiego, może poza chwilami rozrzewnienia Miłosza) nie kojarzy mi się ze wsią.

I teraz, moi drodzy, dochodzimy do meritum: spotkałem pisarza, który nie bardzo mnie przygnębia, który nie bardzo potrafi powiedzieć coś o moim smutku. Spotkałem pisarza, który najprawdopodobniej ma wrażliwość różniącą się od mojej tak bardzo, że w ogóle nie powinienem rozumieć co pisze. W dodatku rozmawialiśmy na mazurskiej wsi, wokół szumiały brzozy, on miał na sobie walonki, ja miałem na sobie kufajkę przewiązaną sznurkiem. I co? I jakoś się, wybacz Hero, dogadaliśmy.

Ci z Was, którzy posiadają umysł zwinny a czujny i w dodatku pamiętają moje poprzednie notki (tak, na Ciebie patrzę!) pewnie zauważyli już, że coś się zmieniło. Tak, gdzieś tam jest obrazek. Na obrazku jest okładka książki. Książką tą jest Dom pod Lutnią. Książka ta nie powinna w ogóle do mnie trafić (zarówno w jednym, jak i drugim znaczeniu). Trafiła, ale nie do mnie; trafiła we mnie. Kazimierz Orłoś mnie pokonał!

Powiedzcie, moi mili, czy to mogło się udać: kilka lat po wojnie, zabierają ojca, chłopiec trafia do dziadka na wieś. Dziadek nie mieszka z babcią (pierwszy promyczek słoneczka), dziadek ma mazurską kochankę. Matka odjeżdża, chłopiec próbuje zaaklimatyzować się na wsi. Gadają po niemiecku, wszędzie kręcą się Ukraińcy i wyklęci. No nie mogło się udać! To nie jest temat na dzisiejszą powieść, to nie jest w ogóle nic, to będzie stek wynurzeń i bzdur, po co to kupiłem, lepiej od razu zacznę czytać co innego, za co?

Powyżej macie hasłowe i zupełnie wystarczające streszczenie fabuły oraz strumień świadomości największego lokalnego (czyt. na świecie) ignoranta, tj. mnie.

Dom pod Lutnią to powieść piękna, a ja takich nie lubię. Naprawdę, nie lubię ładnych książek. Jak się nie wali, nie pali, nie bruździ, to czuję się zagrożony. Jakby dramat miał dopiero nastąpić. Orłoś jednak nie jest człowiekiem, w którego można nie wierzyć. I nie chodzi mi o to, że popisuje się swoją siłą. On daje poczucie bezpieczeństwa, buduje na stabilnych fundamentach i pozwala swojej opowieści na spokojne rozpływanie się w czasie i przestrzeni. Razem z Tomkiem uczymy się jeździć konno, razem z nim poznajemy smak pierwszych przyjaźni, razem z nim podglądamy świat dorosłych. Brzmi infantylnie? No to macie po pupie: z Tomkiem poznajemy znaczenie słowa tolerancja. To zaskoczyło mnie najbardziej. Trochę wstyd się przyznać, ale uwielbiam książki, w których jest rozpaczliwy gniew, sprzeciw, kontestacja. To taki wentyl bezpieczeństwa. A w Domu pod Lutnią są jakieś burknięcia, jakieś chwile niepewności, jakieś ciche pomruki. Ryk w tej powieści nie występuje, co, gdybym wiedział wcześniej, skreśliłoby ją z mojej czytelniczej listy. I byłbym uboższym człowiekiem.

Ta książka oferuje tony/tonie spokoju. Kiedy patrzyłem na pułkownika, dziadka głównego bohatera, byłem rozłożony na łopatki. To jedna z tych postaci, które zostaną ze mną na długi, długi czas. Umówmy się: bohaterów literackich zaczynających życie od początku jest tylu, co książek plus jeden. Znajdujących w tym resecie szczęście też kilku by się znalazło. Ale takich, którzy ból w tak harmonijny sposób łączą z głębokim wdechem, tak mocno zakorzenionych w rzeczywistości, tak pełnych zrozumienia – niewielu. Człowiek, który zrezygnował z trzech czwartych swojego życia, żeby odnaleźć spokój w głuszy (no, ćwierćgłuszy), to schemat. Człowiek, który ten spokój znalazł i wchłania go przez wszystkie pory – to skarb i wzór do naśladowania.

Nie wiem, czy kiedyś to zauważyliście albo czy podzielacie moje zdanie, ale niewielu pisarzy potrafi pisać o szczęściu. Wspomniałem już o oczekiwaniu na dramat – to dla mnie w pewnym sensie rusztowanie literatury. Jeżeli powieść zaczyna się od opisu rodzinnego szczęścia, to żona i dzieciaki za kilka chwil zginą. Jeżeli na początku opowiadania bohater obiecuje sobie skończyć ze wszystkim, co w jego życiu złe, to szybko zacznie robić rzeczy n-razy gorsze. Nie chcę filozofować, nie po to uczyłem się przekształcać schematy blokowe transmitancji, ale tą jedną banalną myślą (jedyną dzisiaj!) podzielę się z Wami: nie lubimy cudzego szczęścia, jeśli przychodzi bez żadnego wysiłku. Zresztą i ze zrozumieniem tego, że może pojawić się po wysiłku, mamy – my, ludek boży – poważny problem. Dlatego pan pisarz, bojąc się reakcji czytelnika (a kto mówi, że się nie boi, ten boi się najbardziej), musi swoich bohaterów gnoić. Proste.

Orłoś staje okoniem. Nie będzie odbiorca pluł postaciom w twarz i dzieci ich tumanić. Może nie wszyscy są tutaj szczęśliwy, ale mało kto jest nieszczęśliwy – a to naprawdę dużo. Można się zżymać, że w odrodzenie chłopomanii, że radośni, bo prości, a prości, bo głupi, ale to nie do końca tak. Rzeczywiście, trudno dopatrywać się w Jakubowie (dobrze mówię?) czy Lipowie (no teraz to już prawie na pewno źle) mazurskich Werterów, ale w centrum wciąż pozostają Tomek i Herr Ober. Pierwszy jest dzieckiem, które znajduje szczęście daleko od świata, co naprawdę podnosi na duchu. Mnie. Mnie podniosło. Drugi – starcem, który znajduje szczęście daleko od świata, co niekoniecznie podnosi na duchu, ale pozwala wierzyć, że cały ten bajzel wokół nas da się zostawić daleko za sobą.

Gdybym miał wrócić do odległych w czasie początków tej notki i opowiedzieć Wam o moim spotkaniu z Kazimierzem Orłosiem, powiedziałbym niewiele. Wiecie już, oczywiście, o wsi. I tylko jeden, jedyny szczegół wart jest podkreślenia: kącik ust mojego rozmówcy nie ciąży ku dołowi, jak u Dostojewskiego i Rylskiego. Nie jest co prawda uniesiony, ale widać, że Orłoś ma do tego skłonność; ma skłonność nie tyle do śmiechu, co uśmiechania się. Pięknie.

4
Notka polecana przez: baczko, Clod, Melanto, Scobin
Poleć innym tę notkę

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.