string(15) ""
» Blog » Rozprawy #1: o marzeniach w dwóch akapitach
31-01-2014 17:20

Rozprawy #1: o marzeniach w dwóch akapitach

Odsłony: 144

Rozprawy #1: o marzeniach w dwóch akapitach

Z obowiązku: ble ble ble tutaj.

 

Ci z Was, którzy na świat patrzą przez mędrca szkiełko, dla których rzeczywistość jest tak ostra, że aż ziarnista, którzy z gapiostwem mają tyle wspólnego, co Coelho z (dobrą) literaturą (nawias, bo jestem zdania, iż jego twórczość bez niepotrzebnego żalu i zupełnie zbędnych westchnień można wyrzucić poza, nomen omen, nawias jakiejkolwiek literatury) – ci zauważyli, iż wyścig moich wad już w cuglach wygrywa nieopanowane gadulstwo. Pocieszam Was w trójnasób: po pierwsze – twarzą w twarz ciasno opinam formę i preferuję treść, a to wszystko to tylko ćwiczenia wysokiego stylu, bo pod spodem było et cetera, et cetera, znacie to lepiej ode mnie; marne to zadośćuczenienie? Prawda! Idźmy więc dalej: kończę już ten akapit. Już przyjemniej, co? Pewnie, że. No i na koniec: dzisiaj będzie krótko. Słowo.

 

O Szczęśliwej ziemi w dwóch częściach

Część I

Tragizm magiczny, czyli jak Orbitowski pisze

 

Przyznałem się kiedyś, że Nadchodzi i Ogień mnie zawiodły. Dzisiaj muszę się dospowiadać: Widma były bardzo dobre, pierwsza połowa doskonała, ale i tak nie czułem się tak, jak podczas lektury Tracę ciepło i Świętego Wrocławia. Dlaczego? A pytaj, panie, wiatru i wody w kranie; może dlatego, że ta pierwsza (w sensie ta z tytułem na ty) rozgrzała mnie, kiedym, dziecięciem będąc, widział ją wśród nominowanych do Zajdla. Wygrał Lód, wcale się nie dziwię.

W Szczęśliwej ziemi Orbitowski wraca ze swoim taranem. Na okładce Szostak pisze o świetnej prozie obyczajowej (tak mi się wydaje, pewny nie jestem, książka leży na obudowie kaloryfera w Poznaniu, przepraszam), a bezimienny o tym, że to flitr z fantastyką (czyt. poprz. nawia.). Mam dla obu panów (tudzież pana i pani) dwa słowa: skórkujcie się! (Dla oburzonych: kocham prozę Szostaka, bzdura, kocham Szostaka! Nawet wywiad z nim popełniłem.)

Orbitowski nigdy nie był pisarzem konwencji (f-f-follow-up dla bystrych). Orbitowski zawsze czerpał z horroru, z fantastyki pełnymi garściami, ale oddawał niewiele. Orbitowski zawsze pisał o Życiu (pozdrawiam Szczepana Twardocha z góry okładki). W tej powieści sen nie miesza się z jawą, tylko się z nią kotłuje. Flaki rzeczywistości pryskają na wszystkie strony, kiedy jeden z bohaterów powoli traci wzrok, limfa wypływa z naczyń realium rozdartych przez plemienny taniec Tekli, a wyjście byka to nokaut dla zdrowego rozsądku.

Tę opowieść snuje człowiek, który cudem wyrwał się ze szponów choroby (Psychicznej? Somatycznej? Na to pytanie odpowiedzą tylko ludzie cierpiący na bezsenność), ale doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jego wytchnienie potrwa zaledwie jedną chwilę, dwa oddechy. Jeżeli przesilenie oznacza szansę wyzdrowienia, to Orbitowski w Szczęśliwej ziemi jest w fazie odsilenia – kilku chwil trzeźwości, które poprzedzają nieuchronne. Jego stan charakteryzują niezwykła precyzja w wyrażaniu myśli, spójność wypowiedzi, umiejętność celnego wskazania i opisania każdego pojedynczego związku przyczynowego. Nieprzejednany banał każe mi mówić o mozaice, o kolażu, o składaniu się w jedną całość – to za mało, za mało! Ta historia nie składa się z wątków: to jest lity mur, beton, niepodzielna cząsteczka.

Przeczytajcie ponownie pierwszy akapit (fragment o spostrzegawczości) i wstawcie w tę formatkę co innego: ci zauważyli, że realizm magiczny uznaję za najwyższe pasmo wśród literackich gór. Podobno dzieci tak mają, ale mniejsza z tym. Orbitowskiemu udało się weżreć w tę wspaniałą konwencję (nie pierwszy raz zresztą) i wygryźć ochłap (tak, ochłap) tylko dla siebie. To jest, moi drodzy, tragizm magiczny. Jak będą sprzedawać w aptekach, na pudełko będzie napisane: boli zaraz po użyciu, satysfakcja gwarantowana!

 

Część II

Gabinet luster, czyli o czym Orbitowski pisze

 

Przytaczanie fabuły byłoby kpiną z Waszej inteligencji – a mimo żem błazen i drwiarz, obiecywałem nie marnować znaków (słowo złamane). Ostatni akapit części pierwszej to zaledwie zaczyn tego, co można powiedzieć o emocjach, które ta książka wywołuje. Dla sprawnego przeprowadzenia wywodu dodam: lektura listy tematów poruszanych w Szczęśliwej ziemi wywołuje piekielne mdłości.

Marzenia. Na początku śmiech, bo przecież w tych cudacznych składankach dla dzieci piszą: uważaj o co prosisz. Uważaj, czego pragniesz. Uważaj, zanim wyciągniesz rękę. Uważaj, nie baw się zapałkami. Potem pierwsza łza, kiedy człowiek patrzy, z jaką pieprzoną obojętnością Orbitowski bierze się za spełnianie snów swoich bohaterów. Te więcej mają wspólnego z szarą codziennością niż tajemniczymi nocami: forsa, cudowne zniknięcie wpadki i jej matki, miłość. Pisarz-Bóg zna jednak figury literacko-gimnastyczne na tyle, że każdemu zafunduje szytego na miarę koziołka. Pewnie myślicie, że zaplątałem się we własnych wywodach et cetera, ale nie – po prostu ogrom dramatów, które przeżywa tych kilku trzydziestoparoletnich chłopców jest przytłaczający i odbiera głos. A wszystko w ramach pieprzonego, tfu, życia. Zwykłego, nudnego, mozolnego, w którym serce rusza się tylko podczas copulsowych skurczów, a płuca wypełnia dech, nie duch.

I coś jeszcze: lustra, wszędzie cholerne lustra. Wiecie, człowiek siada do lektury będąc przekonanym, że jest sobą. Chyba zgadzamy się co do tego podstawowego założenia? Czyta. Widzi, że matką Sedesa jest Wściekłość, a mężczyzna słyszy nieustanny jazgot. Niby wszystko w porządku, ale kto, do cholery, dał jakiejś literackiej wydmuszce prawo do autentycznego gniewu? Kto dał prawo własności do wypełniających głowę głosów? Tak nie wolno – to należy do mnie, nie do literatury. I nie myślcie, że to jednorazowy wybryk Orbitowskiego. Szczęśliwą ziemię czyta się sinusem: spokojnie, dopóki nie zobaczy się kawałka siebie w jednym z bohaterów. Potem wrzask, oddech, wrzask, oddech, oddech i spokój. Do czasu.

Szczęśliwa ziemia to gabinet luster, do którego nie chce się wchodzić. Bo może się okazać, że coś, co wzięliśmy za krzywe zwierciadło, pokazuje prawdziwy obraz. Aż nazbyt prawdziwy.

KONIEC

4
Notka polecana przez: baczko, lemon, Scobin, Senthe
Poleć innym tę notkę

Komentarze


Senthe
   
Ocena:
+2

Wspaniale czyta się Twoje notki.

Nie umiem dodać nic bardziej błyskotliwego, skończę więc na tej skromnej uwadze.

01-02-2014 03:43
lemon
   
Ocena:
+1

Zalogowałem się, żeby polecić. Cieszy również ostatnio stronienie od nadmiaru formy.

01-02-2014 10:11
Zicocu
   
Ocena:
0

Dzięki :)

01-02-2014 12:23
Melanto
   
Ocena:
0

Jedno zdanie tej notki przekonało mnie, że warto sięgnąć po coś więcej autorstwa Orbitowskiego niż jedno przypadkiem przeczytane opowiadanie ( nota bene, bardzo dobre). 

01-02-2014 13:10

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.