Pamięć zwana imperium
string(15) ""
» Blog » Co zaszło między Żuławskim a Szczyżańskim (cz. II, czyli teksty lepsze)
02-05-2013 11:41

Co zaszło między Żuławskim a Szczyżańskim (cz. II, czyli teksty lepsze)

Odsłony: 13

We wczorajszej notce, wylewając tony jadu, stwierdziłem, kto Żuławia dostać nie powinien. Tak się złożyło, że połowę listy nominowanych mogłem skreślić bez większych wyrzutów sumienia (tylko ta Fuga...). Druga część zestawienia jest jednak bardziej problematyczna. Dlaczego? Bo to dobre książki są. Wszystkie trzy.

Zacznę od Nieba ze stali, które nagrody nie zgarnie. To powieść wciągająca i bez wątpienia bardzo dobrze napisana. Ale kiedy wyobrażam sobie, że taki tekst miałby zostać uznany za najważniejszy, najlepszy i najbardziej interesujący kawał fantastyki z zeszłego roku, to jestem zwyczajnie zaniepokojony. W Niebie ze stali jest fascynująca fabuła, są całkiem nieźle nakreśleni bohaterowie, ale nie ma głębi, która z literatury ogólnie robi coś więcej niż prosty mimetyzm rzeczywistości, a z fantastyki szczególnie coś więcej niż mimetyzmu wariację. W Niebie ze stali czytelnik spotyka Wegnera-pisarza i powinien być z tego niewymownie zadowolony, bo jest to pisarz ze świetnym piórem w dłoni i ciekawą historią do opowiedzenia. Nie spotka natomiast Wegnera-człowieka, który pewnie wychyla się momentami zza pleców swoich postaci, który czasami szepnie odbiorcy do ucha kilka intymnych słów, ale nie angażuje się w opowieść jako jej pełnoprawny współtwórca.

Czy to wada Nieba ze stali? Bałbym się użyć tego sformułowania. Powiedziałbym raczej: cecha szczególna. Czy też może nieszczególna, bo wśród autorów fantastyki panuje przekonania, że personalizowanie, uosabianie, u – pal licho, niech będzie to śmieszne słowo – duchawianie własnej twórczości to ekshibicjonizm. Nie twierdzę, że tak jest z twórcą Meekhanu, bo Jeszcze jeden bohater z Herosów nagrodzone w plebiscycie Katedry to opowiadanie i dobrze napisane (w tym: logiczne), i dobrze pomyślane (czyt. dobrze wymyślone, intrygujące czymś więcej niż dobrą fabułą), co dowodzi, że Wegner-pisarz potrafi świetnie dogadać się z Wegnerem-człowiekiem. Gdyby nawet tak nie było, to warto dodać, że na naszym polskim poletku ten pierwszy pod względem umiejętności jest solidnym rzemieślnikiem. Wśród uczniów.

Żuławia nie przyznano. Polecam Wam jednak Opowieści z meekhańskiego pogranicza, szczególnie jeżeli uważacie, że Pan Lodowego Ogrodu to najlepsze źródło rozrywki w polskiej fantastyce. Będziecie zaskoczeni, gwarantuję.

Na placu boju pozostało ostatnich dwóch zawodników i chyba nie pomylę się zbytnio, jeśli stwierdzę, że są to dwie najlepsze polskie powieści fantastyczne wydane w roku końca świata. Trudno się dziwić, jeżeli wziąć pod uwagę, że wyszły spod piór pisarzy utytułowanych, o ugruntowanych pozycjach, docenionych. I dobrych, naprawdę dobrych.

Wczoraj przeczytałem pierwszy tom Przedksiężycowych. Od deski do deski. Biorąc pod uwagę, że to niezbyt obszerna książka, a ja miałem wolny dzień, żadne to dokonanie. Wspominam o tym dlatego, iż dzień wcześniej przeczytałem Czarne. Od deski do deski. To niezbyt obszerna książka, ale za to ja nie miałem wolnego dnia. Po prostu nie mogłem się oderwać.

Czarne nie wciąga tak jak Niebo ze stali. Nie czaruje budowanym w ogniu wojny napięciem, nie ma w nim wielkich zdrad i małych dowodów bohaterstwa. To powieść tak intymna, jak tylko można sobie wyobrazić, a przy tym mroczna i niepokojąca. Nie ma w niej monumentalnych starć wielkich armii, są za to dziesiątki spięć między kochanką, matką, dziećmi i stojącym raz w centrum, a innym razem na obrzeżu całej imprezy ojcem. Nie ma zapłakanej dziewicy machającej do odjeżdżającego w dal rycerza (u Wegnera też raczej nie było, nie bójcie się), są za to uwodząco mroczne homo- i autoerotyzm splątane w nierozerwalnym węźle. Nie ma stojącego nad ojczyzną niebezpiecznego imperium, jest za to tajemnica, która mimochodem rozrywa szwy rzeczywistości.

Nie ma w Czarnym tego, co przywykliśmy uznawać za fantastykę, a co często jest tylko jej udawaniem, które brzytwa Lema zgoliłaby do gołego łba. Jest w Czarnym magia, której nie sposób się oprzeć.

Od czasu Przedksiężycowych (nagrodzonych przecież Zajdlem!) Kańtoch jako pisarka zrobiła ogromny krok naprzód. Wciąż pisze krótkimi, dynamicznymi rozdziałami, wciąż ucieka od obszernych opisów i wielkich scen, ale coraz mocniej nasycą tę lapidarność niejasnym urokiem. Mieszanka erotyzmu (bez którego, w takim czy innym wydaniu, literatura nie może się obronić – rzekłem), wybuchów ekshibicjonizmu (bez których literatura nie jest prawdziwa) i lamentów niezrozumienia (bez których literatura jest tylko ekstatycznymi pochwałami istnienia i ćwiczeniami wysokiego stylu) czyni z kolejnych krótkich rozdziałów prawdziwe majstersztyki, jak te małe ćwierkające wróbelki, którym Kańtoch może w zakończeniu Czarnego pourywać główki...

Wizja rzezi małych ptaszków najwidoczniej bawi nie tylko mnie, bo pisarka powieść zamknęła zbyt szybko, zbyt pospiesznie. Wydarzenia rozwijają się w swoim – słowo-klucz, które nie znaczy nic – tempie, wszystko zmierza w kierunku elektryzującego finału, ale jest do niego jeszcze daleko...kiedy nagle następuje. Pojawiający się początkowo żal jest pierwszą pochodną czerpanej z lektury przyjemności (całka z żalu = przyjemność, so frakin' weird) – przecież nie sposób od razu wybaczyć Kańtoch, że to tylko kilka stroniczek, króciutkie opowiadanko, historyjka. Kiedy jednak mija niedosyt, pozostaje wrażenie, iż finał łamie owo swoje tempo. Czarne to wolna powieść, która kończy się szybko.

To drobnostka.

Widma to inwersja tekstu Kańtoch. Pierwsza część powieści jest szybka: co i rusz atakuje bolesnymi scenami, które każą się zastanawiać, czy Orbitowski wskrzeszając Baczyńskiego okazał litość, czy raczej postanowił przetargać go przez piekło własnej poetyki. Tak czy inaczej, pomysł był doskonały – Widma łapią za flaki, męczą, bolą. To nie jest przyjemna lektura, to lektura przygnębiająco nieprzyjemna i zniechęcająca, która jednak bezwarunkowo uzależnia.

W którymś momencie jednak pojawia się przesycenie. Opowieść o absurdalnie nieprzystosowanym do życia poecie zmienia się nagle w powieść drogi, a szara rzeczywistość przemienia się w szarą fantastykę. A że do tego dochodzi jeszcze wcześniej nieobecna rozwlekłość, która całości uroku nie dodaje...Usta zaangażowanego we współtworzenie dzieła odbiorcy wybuchają krzykiem: dlaczegoś, pisarzu, zboczył ze ścieżki, która łyk wody dla spragnionego obiecywała?! Czemuś zawrócił z drabiny Jakuba na ostatnim szczeblu?

I choć początkowo wydaje się, że dramat zapukał do gmachu Widm – to drobnostka.

Kiedy pojawiająca się znikąd wojna wydrapuje dziurkę – judasza – w solidnych drzwiach powieści, można poczuć niepokój – już nie metafizyczny, podniecający, ale ten zasmucający, związany z częściowym co najmniej zaprzepaszczeniem naprawdę fenomenalnej literackiej roboty. Okazuje się jednak, że Orbitowski nie gęś i swój rozum ma. Szybko podrzuca na poły fizycznej wojnie dłuto i młotek, które robią z niej maszynę do demolki. Widma odżywają w powodzi destrukcji, dekapitacji i sekcji rzeczywistości, którą ukochał sobie pisarz. Znowu robi się z tego świetna literatura. Powieść znowu łapie za flaki, męczy, boli. Nie jest przyjemna, ale naprawdę, naprawdę fenomenalna.

Kańtoch kończy zbyt szybko, Orbitowski z finałem za długo zwleka – ale nic to. Nominowane do Żuławia powieści obojga świadczą o tym, że polska fantastyka ma się naprawdę nieźle.

No i najważniejsze pytanie: który z tych tekstów jest lepszy?

Nie wiem.

Dzisiaj wybrałbym Czarne. Ale już spieszę z usprawiedliwieniami. Po pierwsze: wciąż pozostaję pod wpływem tekstu, w końcu to dopiero półtora dnia od ostatniego spojrzenia w oczy Jadwigi Rathe. Po drugie: jestem wielkim miłośnikiem tekstów krótkich, treściwych, błyskawicznie pożerających czytelnika. Jeżeli opowiadanie – to nowela, jeżeli powieść – to mikro, jeżeli Żuław – to Czarne.

W takim wypadku oczywiście Złoto dla Widm i Srebro dla Nieba ze stali. Zamianę dwóch pierwszych zrozumiem, każde inne rozwiązanie odbiorę jako osobistą zniewagę.

Czego żałuję w związku z listą nominowanych? Że nie było na niej miejsca dla Alkaloidu, mimo że znalazł się na niej Pan Lodowego Ogrodu. Nie potrafię w tej chwili przypomnieć sobie innych wartych wspomnienia tekstów, ale najprawdopodobniej to wina mojej żałosnej pamięci, bo za Portalem zdobionym posągami wcale bym nie tęsknił. Może Morfina, skoro już głosujący zdecydowali się na Fugę? To mogłoby wprowadzić choćby pozory równowagi...

Ale nie o tym miała być mowa. Jeżeli uważacie, że nominowana powinna być jakakolwiek inna powieść, chętnie o tym podyskutuję.

Komentarze


lemon
   
Ocena:
+1
Nawiązując nieco - tutaj o niegęsiach, warto się zapoznać. :)
(klikać w mało widoczny symbol głośnika)
02-05-2013 15:39

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.