Manasypow Dmitrij, Droga stali i nadziei
string(15) ""
» Blog » 87 centymetrów - sekcja
02-02-2021 09:52

87 centymetrów - sekcja

W działach: książki | Odsłony: 102

87 centymetrów - sekcja
W zeszłym roku zostałem uszczęśliwiony przez świętego Mikołaja tomikiem Upiorne święta – zbiorem dziesięciu opowiadań traktujących, jak łatwo się domyślić, o krwawych, strasznych, niesamowitych i ogólnie raczej nieprzyjemnych Bożych Narodzeniach. Jest to pozycja, która sprawiła mi – jako osobie marudnej – wiele satysfakcji, gdyż zdecydowana większość zawartych w niej tekstów daje do marudzenia świetny pretekst. Na ich tle ponad przeciętność wybija się jednak opowiadanie Artura Urbanowicza pt. 87 centymetrów, które aż chce się rozebrać na części żeby sprawdzić, co poszło nie tak – bowiem gdyby nawet ktoś celowo postanowił napisać coś bardziej frustrującego dla czytelnika takiego jak ja, musiałby się solidnie przyłożyć, by przebić poziom tego tekstu.

Na początek jednak dwie uwagi ogólne.

Po pierwsze – tekst ten nie powstał, by piętnować, ośmieszać czy obrażać autora opowiadania. Choć bez dwóch zdań jest krytyczny, jego celem jest wyłącznie analiza literacka – zamierzam odnaleźć i opisać dręczące tekst problemy. W szczegółach. Pokaźna objętość tego tekstu nie znaczy też, że opowiadanie jest pozbawione zalet – które zresztą również zostaną tu opisane.

Po drugie – poniższa analiza będzie zawierała nieoznaczone spojlery. A w zasadzie będzie jednym, długim (bardzo długim) spojlerem.

87 centymetrów opowiada o młodzieżowej wigilii. Maciek, raczej typowy licealista (w opowiadaniu nie pada informacja, do jakiej szkoły uczęszcza nasz bohater, ale wiemy, że może już prowadzić auto – dla wygody przyjmuję więc, że jest uczniem LO), którego wielkim marzeniem jest zrobić karierę w hip-hopie, planuje wykorzystać wspomnianą wigilię, by dzięki przemyślanemu prezentowi zdobyć serce Jowity. Ani on, ani pozostali uczniowie nie wiedzą, że tej nocy spadnie rekordowo dużo śniegu – tytułowe 87 centymetrów – odcinając położony na odludziu domek, gdzie ma się odbyć impreza, od świata. Wiedzą za to (choć ich to nie zraża), że w okolicy grasuje niezwykle brutalny seryjny morderca.

Znamy więc warunki wstępne: grupka młodzieży na odludziu, trochę osobistej dramy i seryjny morderca… Zapachniało spalinami z piły łańcuchowej? To tylko pozory. Autor zadbał, by ta opowieść nie potoczyła się tak, jak czytelnik mógłby się spodziewać. Niestety. Struktura tekstu jest bowiem… cóż, zła. Zanim jednak okaże się dlaczego, będziemy już na samym końcu opowiadania. Zanim do tego dojdzie, będziemy musieli się przebić przez całą masę rozmaitych drobnych usterek, które nie są szczególnie spektakularne, ale o których wspominam, bo jak już się czepiać, to się czepiać.

Gotowi? No to kroimy.

Na początek musimy zmierzyć się ze swego rodzaju prologiem. W pierwszej scenie opowiadania obserwujemy niejakiego Mietka Skorupę, wioskowego pijaka, który właśnie wraca po libacji do domu. W drodze pan Mieczysław dostrzega na niebie „gwiazdę betlejemską” – jasny, szybko poruszający się obiekt, który po niedługiej chwili spada na ziemię gdzieś w pobliżu.

To jedna z lepszych i z dziwniejszych zarazem scen w opowiadaniu. Została napisana w komediowej, lekkiej konwencji a’la „Jakub Wędrowycz wraca po pijaku do chałupy” – żarty nie są może szczególnie wyszukane, ale nie sprawiają też wrażenia robionych na siłę, a całość czyta się przyjemnie. Jest jednak jeden, bardzo poważny problem – ta scenka nie pasuje nastrojem do reszty tekstu, który z komedią nie ma nic wspólnego. Więcej nawet – lekki, wesoły nastrój prologu buduje w czytelniku oczekiwanie, że reszta opowiadania będzie utrzymana w podobnym tonie, co oczywiście nijak ma się do rzeczywistości. Trudno mi powiedzieć, dlaczego autor zdecydował się na taki zabieg – choć ta scena sama w sobie broni się bardzo dobrze, jako część całości bardziej szkodzi niż pomaga.

Kiedy pożegnamy już pana Skorupę, czas powitać się z pierwszym z głównych bohaterów opowiadania – Maćkiem. Trzy kolejne sceny poświęcone są wprowadzeniu tej postaci.

Pierwsza z nich, w której Maciek próbuje uprosić rodziców, by puścili go na imprezę, jest... dziwna. Niekoniecznie zła, bowiem dialog trzyma dobry poziom, podobnie jak w pozostałych częściach tekstu, ale i tak sprawia wrażenie nieco niezgrabnej. Ani razu nie pada w niej imię głównego bohatera, zaś jego ojciec jest określany przez narratora jedynie jako „mężczyzna” czy „rozmówca chłopaka”, więc o ich pokrewieństwie możemy wywnioskować jedynie z kontekstu. Rodzice i ich syn posługują się zbliżonym językiem, różnica wieku rozmówców nie jest w zasadzie wyczuwalna.

Jednak takie drobiazgi blakną w obliczu faktu, że scena ta jest najzwyczajniej w świecie zbędna w tym tekście. Fabuła nie posuwa się naprzód, nie dowiadujemy się niczego ciekawego o bohaterach ani o świecie, a jej centralny konflikt to wydmuszka. Choć bowiem tutaj rodzice nie pozwalają Maćkowi udać się na imprezę, to już w kolejnej scenie dowiadujemy się, że zdołał on ich przekonać do zmiany zdania – krótko mówiąc, autor wprowadził do fabuły problem, który usunął się „sam”, między scenami. Problem ten nie popchnął fabuły w nowym kierunku, nie wymusił na bohaterze żadnego poświęcenia, nie ukazał nam w nowym świetle jego osobowości. Krótko mówiąc, z punktu widzenia fabuły równie dobrze mogłoby go nie być. Oczywiście można argumentować, że byłoby dziwne, gdyby rodzice od razu zgodzili się puścić nastolatka na imprezę w danych okolicznościach. Ale można by to łatwo rozwiązać, dopisując linijkę dialogu czy niedużą ekspozycję w kolejnej scenie.

Dwie kolejne sceny, również służące wprowadzeniu bohatera, to z kolei kawał naprawdę solidnej roboty. W jasny, nienachalny i niebezpośredni sposób autor przedstawia nam główne rysy osobowości Maćka i bardzo umiejętnie kreuje go na zwykłego nastolatka z wielkim marzeniem. Maćka da się polubić, ale co ważniejsze – da się go zrozumieć. Ma jasno określoną motywację i cel (zarówno na najbliższy czas, jak i dalszą przyszłość), dzięki czemu jego zachowanie w każdej z kolejnych scen jest jednocześnie spójne i logiczne.

Jest tylko jeden element, który w tej kreacji mnie dziwi. Maciek, kierowany chęcią budowania swojej raperskiej legendy od samego początku, kiedy tylko może, rymuje. Rymuje w rozmowach z rówieśnikami i rodzicami (jednak, co ciekawe, nie w poprzedniej scenie – co dodatkowo pogłębia uczucie jej „obcości”), wysyła rymowane wiadomości i tak dalej. Inne postacie w dialogach wielokrotnie wspominają, że jest to dla nich irytujące – z czego wynika, że autor miał świadomość, że ta cecha (w założeniach – mającego wzbudzać sympatię) bohatera może być męcząca, a jednak zdecydował się ją zawrzeć w tekście. Dla jasności – nie jest to błąd. Po prostu wydaje się dziwną decyzją. Z drugiej strony, na pewno czyni to Maćka bardziej charakterystycznym.

Skoro poznaliśmy się już z Maćkiem, czas na wprowadzenie drugiego głównego bohatera – podinspektora Rosołka. Tu od razu dygresja – w prawdziwym świecie napotkanie poważnego pana policjanta o nazwisku Rosołek to nic szczególnego. Jednak w fikcji nazwiska bohaterów są zwykle wykorzystywane do sygnalizowania czytelnikowi, z jakim gatunkiem ma do czynienia. „Podinspektor Rosołek”, zgodnie z zamierzeniem autora czy też nie, wprowadza do tekstu delikatną sugestię komizmu, która, jak już wspominałem, nie znajduje potwierdzenia w treści. Jako, że nazwisko bohatera nie ma dla fabuły żadnego znaczenia, wolałbym, żeby autor wybrał coś bardziej neutralnego.

Ale wróćmy do naszych baranów. Scena wprowadzająca postać podinspektora jest typowo użytkowa. Martwi się on, że wciąż nie złapał Bestii z Bieguna (seryjnego mordercy), przez co będzie musiał pracować w święta (niepotrzebnie, bo autor znów rozwiązuje problem między scenami). Nie dowiemy się tu zbyt wiele o osobowości naszego stróża porządku (który, jak się wkrótce dowiemy, ogólnie nie ma jej zbyt wiele), zostaniemy za to wprowadzeni w szczegóły śledztwa, co zgrabnie rozbudowuje nam wcześniej wprowadzony wątek morderstw. Scenie tej samej w sobie nic nie można zarzucić – nie jest wybitna, ale spełnia swoje zadania, a choć zrzuca na głowę czytelnika dość solidny infodump, to robi to na tyle wdzięcznie, by nie przeszkadzało to w lekturze.

Jednak jest tu element, który będzie nam niezbędny do późniejszego czepiania się. Zapamiętajmy proszę poniższy cytat:

„Zupełnie jakby morderca porywał tych ludzi, ukrywał gdzieś i tam zabijał, a potem z każdego zabierał sobie coś na pamiątkę, by na koniec porzucić zwłoki w dobrze widocznych miejscach, gdzie potem je znajdowano.”

Za jakiś czas przyjrzymy się postaci podinspektora nieco uważniej, na razie jednak idziemy dalej. Kolejne trzy sceny to znów perypetie Maćka, przygotowującego się do imprezy – kupującego prezent dla Jowity, zmuszanego przez mamę do włożenia garnituru i ostatecznie odwożonego przez nią do domku w Wiżajnach, gdzie ma odbyć się świętowanie. Dwie następne dzieją się już na miejscu – nasz domorosły raper wita się z Krzyśkiem, rozmawia z gośćmi i tak dalej. Słowem – nie dzieje się zbyt wiele. Tym niemniej są to bardzo porządnie napisane sceny, pogłębiające charakterystykę Maćka, prezentujące go w różnych sytuacjach, dzięki czemu możemy mu się dokładnie przyjrzeć i lepiej go zrozumieć, być może nawet polubić. Całości dopełniają naprawdę dobre dialogi, dzięki którym te, było nie było mało treściwe, sceny czyta się szybko, płynnie i z przyjemnością.

Jednak i tutaj znajdzie się kilka drobiazgów, do których warto się przyczepić.

Pierwszy to zwieńczenie sceny w Empiku. Maciek kupił właśnie Jowicie książkę, płaci przy kasie. Tam „kasjerka z zawodowego obowiązku zaproponowała mu kupno romansu eksponowanego przy kasie, ale czyniła to z takim entuzjazmem, jakby informowała o czyjejś śmierci”. Problemem jest tu, znowu, niekonsekwencja w tonie. Sceny z Maćkiem to typowa nastoletnia drama, traktująca marzeniach i problemach bohatera – ta wstawka zaś ma zupełnie nie pasujący do tego otoczenia charakter. To oczywiście drobiazg, warto jednak pamiętać, że porównania również mają swoją rolę w kreowaniu nastroju i trzymać się jednej konwencji.

Trochę później, już w drodze na imprezę, Maciek układa fragment hip-hopowej piosenki, który planuje opublikować na Facebooku. W tym fragmencie narrator prezentuje nam ów fragment, a następnie opowiada o zaletach tego utworu, kawałek później chwalą go inni bohaterowie. Nie jest to absolutnie błąd, wszystkie te elementy mają uzasadnienie w tekście i są poprawnie osadzone w fabule. Zawsze jednak uśmiecham się pod nosem, kiedy autor chwali własny utwór ustami swoich bohaterów, metaforycznie samemu poklepując się po plecach.

Dwa powyższe mankamenty to oczywiście drobiazgi bez większego znaczenia. Większy problem pojawia się pod koniec tych scenek – jest to jednak problem z opóźnionym zapłonem, który wybuchnie dopiero za jakiś czas.

Autor za pośrednictwem Krzyśka sygnalizuje nam, że niejaki Łukasz ma przybyć spóźniony. Kiedy Maciek rozmawia z koleżeństwem w pobliżu drzwi, ktoś zaczyna się do nich dobijać – a przedstawia się właśnie jako Łukasz. W danym momencie czytelnik o tym nie wie, ale ów przybysz nie jest tym, za kogo się podaje. Tym niemniej wygląda jak rówieśnik Maćka, wie, że należy się powołać na imię Krzyśka i jak sam powinien się przedstawić. Co więcej, twierdzi, że ma chore gardło, więc nie jest w stanie mówić – informacje przekazuje, pisząc na smartfonie. Niektórzy z was być może dostrzegają już zarys problemu. Ale sprawa jest poważniejsza, niż się wydaje. Jednak do sedna tego problemu przejdziemy później, kiedy podinspektor Rosołek dokona już swojego straszliwego odkrycia.

Znamy już Maćka i kilku innych uczniów, spotkaliśmy pana policjanta, czas zaznajomić się z Bestią z Bieguna. Owo „zaznajamianie się” przyjmie postać czterech monologów wewnętrznych, na pierwszy z których natrafimy właśnie teraz, a które wyjaśnią nam motywację i poglądy mordercy. Nie będę rozbijał ich analizy na kolejne sceny, łatwiej je bowiem rozpatrzyć jako całość, miejmy jednak na uwadze, że pojawiają się one raz po raz niemal aż do końca opowiadania.

Pierwszy z nich jest dość interesujący, klaruje czytelnikowi, z jakim rodzajem zwyrodnialca będzie on miał do czynienia, upewnia nas też, że tak, będzie się działo. Bestia wyrusza bowiem na łowy, szukając dla siebie kolejnej ofiary i obiecuje nam coś wyjątkowego. Autor zdaje się więc budować grunt pod wielki, „slasherowy” finał – do którego jednak nie dojdzie, a przynajmniej nie dosłownie. Urbanowicz kreuje w czytelniku oczekiwania, których nie zamierza spełnić. Samo w sobie nie musi być to błędem, wykorzystywanie oczekiwań czytelnika, by go zaskoczyć to uznany sposób tworzenia zwrotów akcji. Jednak w tym przypadku muszę to uznać za zły pomysł, gdyż przez rozbuchane nadzieje fatalny finał boli jeszcze bardziej.

Drugi problem z monologami to fakt, że każdy kolejny z nich jest coraz dziwniejszy. Morderca stopniowo odkleja się od rzeczywistości, zaczyna snuć myśli o opiekującej się nim Bieli (którą, jak się zdaje, jest po prostu śnieg). Każdy kolejny czyta się więc coraz bardziej uciążliwie – najgorsze zaś, że owa dziwność niczemu konkretnemu nie służy. Kiedy Bestia dociera do celu, jej skumulowane szaleństwo nijak nie daje o sobie znać, maska normalności pewnie siedzi na jej twarzy. Jest to pierwszy (ale nie ostatni) moment, w którym przygotowany przez autora wątek prowadzi donikąd – całe to budowanie napięcia, narastające szaleństwo po prostu znika bez śladu. Jedynym praktycznym celem późniejszych fragmentów zdaje się być uświadomienie czytelnikowi, że morderca wciąż tam jest i zbliża się do celu.

Ostatnia uwaga – w pierwszym monologu czytelnik natrafi na poniższe fragmenty:

„Domyślam się, że wy, którzy to czytacie, również nie macie tego [popełnienia morderstwa] w CV”.

„Czytacie moje myśli, więc chyba nie macie co do tego wątpliwości?”.

Początkowo zawiesiłem się na nich. Czy to, co czytam, ma być listem? Wiadomością dla mediów? Ale nie, później staje się jasne, że jest to pisany na bieżąco zapis myśli. Kto, zdaniem Bestii, czyta więc jego myśli? Wygląda na to, że my, czytelnicy. Autor łamie w tym miejscu czwartą ścianę.

Nie jest to narzędzie literackie, po które powinno się sięgać lekką ręką. Zwykle używane jest dla osiągnięcia celów komediowych, choć to nie jedyne jego zastosowanie. Ale tak czy inaczej, sięgając po nie jasno sygnalizujemy odbiorcy „To tylko przedstawienie – a ten bohater o tym wie”. W przypadku utworów należących do gatunków, których celem jest wzbudzanie u czytelnika określonych emocji – a zarówno nastoletnia drama jak horror należą do takich gatunków – przypominanie czytelnikowi, że to wszystko fikcja, a bohaterowie, których losami powinien się przejmować, składają się wyłącznie z plamek tuszu na papierze nie jest najlepszym pomysłem.

Zostawmy jednak naszego mordercę, niech w spokoju brnie przez zamieć, co zajmie mu jeszcze spory kawałek tekstu, i wróćmy do naszych licealistów. Ich wigilia wchodzi w fazę oficjalną – uczniowie składają sobie życzenia, po czym zasiadają do stołu, a Krzychu, występujący w roli organizatora, wygłasza mowę.

Tak jak wcześniejsze sceny z udziałem młodzieży, ta również daje radę – choć tym razem nie obywa się bez zgrzytów.

Na początku czytelnik dostaje krótki opis dodający jeszcze odrobinę kolorytu charakterystyce Maćka (który próbował zaimponować swojej wybrance rymowanymi życzeniami, ale mu nie wyszło), przy okazji autor zapowiada mające niedługo wypłynąć nastawienie Jowity do naszego bohatera. To oszczędny i elegancki fragment, który świetnie wpasowuje się w dotychczas zaprezentowaną sylwetkę tej postaci.

Potem przychodzi czas na mowę Krzycha. I tu zaczyna się robić dziwnie. Krzychu, organizator imprezy, któremu wcześniej widocznie zależało, by wszyscy czuli się jak u siebie i dobrze się bawili, teraz zaczyna opowiadać, jak to nieodpowiedzialnie się zachowali, przyjeżdżając w nocy na to odludzie, gdy za oknem śnieg, a w okolicy grasuje morderca. Nie jest to pojedynczy żarcik, który można by zbyć machnięciem ręki, ale długa, bogato uargumentowana przemowa, zakończona dopiero, kiedy gospodyni nakazuje Krzyśkowi, by przestał straszyć innych.

Osobowość Krzyśka nie została wcześniej zbyt mocno zarysowana, jednak to, co o nim wiemy, stoi w jasnej sprzeczności z osobą, na jaką w tym momencie kreuje go autor – kogoś, kto z czystej złośliwości próbuje moralizować i straszyć. Jest to tak nieoczekiwane, tak dziwne, że nie sposób się nie zastanawiać, co autora podkusiło, by wyciąć czytelnikowi taki numer.

Jedną z bardziej prawdopodobnych przyczyn jest chęć zagęszczenia klimatu. Jesteśmy już mniej więcej w połowie tekstu, czas zacząć budować nastrój przed wielkim finałem. Przypomnieć czytelnikowi, że mimo sielankowej atmosfery w tym wiejskim domku, na zewnątrz czeka zagrożenie. Jeżeli taki był cel – z pewnością się udało, jednak kosztem wywrócenia na nice osobowości Krzyśka. Może się wydawać, że to niewielka cena – Krzysiek jest postacią drugoplanową, poświęcenie go nie wydaje się wysoką ceną. Jednak trzeba spojrzeć na to szerzej.

Lekturę dowolnego dzieła literackiego można porównać do podróży w nieznane. Autor kładzie drogę (fabułę), a potem wsadza nas na fotel pasażera i zabiera na wycieczkę po wykreowanym przez siebie świecie. Oczywiście dobrze jest, jeżeli podróż jest ekscytująca, cel intrygujący, a widoki piękne. Bez tego podróż się nie uda. Ale liczy się też jakość tego metaforycznego asfaltu.

Jeżeli nasza droga (fabuła) jest dziurawa, autem będzie trzęsło. Drobny wybój raz na jakiś czas raczej nie popsuje nam nastroju. Pojedynczą, sporą wyrwę zapewne zapamiętamy, jednak reszta podróży wciąż może być udana. Ale jeżeli ciągle trafiamy na dziury, jeżeli rzuca nami na fotelu, jak groszkiem na bębnie, to nie będziemy w stanie cieszyć się podróżą.

To jednak nie wszystko. Jeżeli kierowca (narrator) stara omijać dziury (pomijając w opowieści kłopotliwe elementy), jeżeli autor obstawił je pachołkami ostrzegawczymi (lampshading), pasażer łatwiej wybaczy ich obecność. Jednak jeżeli nasz kierowca wpada na każdy możliwy wybój na pełnym gazie, przestajemy mu ufać. Zaczynamy sami uważniej patrzeć na drogę. Z czasem nawet niewielkie szpary urastają w naszych oczach do potężnych wyrw. Kilka pechowo umiejscowionych, przykrych dziur jest wstanie sprawić, że całą drogę zapamiętamy jako wyboistą – choćby potem asfalt był gładki.

Przekładając z polskiego na nasze – jeżeli czytelnik znajdzie w opowieści dziurę logiczną, traci część zaufania do autora. Osłabia się jego zawieszenie niewiary. Trudniej mu zapomnieć, że to tylko fikcja. Jeżeli napotka dość dużo dziur (przy czym „dość dużo” to wartość zmienna, zależna od wielu czynników), całkiem przestanie ufać pisarzowi. Zacznie aktywnie szukać dziur, przez co nie będzie się w stanie cieszyć lekturą. Nie będzie w stanie zanurzyć się w wykreowanym przez autora świecie, co uniemożliwi mu jakikolwiek związek emocjonalny z bohaterami.

Nagła zmiana osobowości Łukasza była (w moim przypadku) sporą wyrwą. Nie na tyle dużą, by całkiem wyrzucić mnie z opowieści, ale dość uciążliwą, bym zaczął uważniej patrzeć na drogę. Co nie skończyło się dla tego tekstu dobrze.

Dlatego właśnie dziury logiczne są tak niebezpieczne. Nie chodzi o to, że jakiś upierdliwy drań w internecie będzie się czepiać. Dziura logiczna, prawdziwa dziura logiczna, wybija czytelnika z fikcji z powrotem do prawdziwego świata. A za każdym razem, gdy to się dzieje, szanse że zdoła raz jeszcze zanurzyć się w opowieści maleją.

No dobrze, Krzysiek powiedział, co miał, czas ponownie przywitać podinspektora Rosołka. Ten siedzi właśnie przy wigilijnym stole, kiedy dzwoni do niego dyspozytor, bo patrol w terenie znalazł „coś dziwnego”.

Że co?

Pan podinspektor jest z wydziału dochodzeniowo-śledczego. Jest wigilia. Nie pełni dyżuru. Ma wprawdzie być pod telefonem, ale jedynie na wypadek nowych wydarzeń związanych z jego śledztwem w sprawie Bestii z Bieguna. A tymczasem zostaje wezwany do „czegoś dziwnego”.

Kilka scen później okaże się, że jest jeszcze gorzej. Pewien rolnik odkrył, że w jego stodole kilka tygodni temu rozbiło się owo „coś dziwnego”. Uznał, że sprawa jest na tyle pilna, by zgłosić to na policję w wigilię. Zgłoszenie zostaje uznane za dostatecznie pilne, by wysłać tam patrol. Patrol ogląda owo „coś”, składa przez radio mało konkretny raport (w którym nie potrafią opisać owego „czegoś”), zaś dyspozytor uznaje, że należy powiadomić Rosołka. O ile wiemy, nie popełniono przestępstwa, nie ma widocznego związku z prowadzoną przez podinspektora sprawą. Ale cóż. Autor chciał, żeby pan podinspektor wybrał się na miejsce i obejrzał owo „coś”, więc to zorganizował. Wszyscy bohaterowie na szczęście czytali konspekt i robią to, czego się od nich wymaga.

W tej scenie mści się dotkliwie zmiana osobowości Krzyśka. Jasne, cały ten ciąg zdarzeń jest bzdurny, ale autor sprzedaje tę bzdurę całkiem umiejętnie, pozwala bohaterowi zadać kilka logicznych pytań (lampshading), pomija milczeniem co gorsze bzdury. Ale ja jestem świeżo po potężnym wstrząsie z poprzedniej sceny, więc uważnie przyglądam się drodze. I, chcąc nie chcąc, widzę to, co narrator próbuje przede mną ukryć.

Pan podinspektor opuszcza więc domowe pielesze, ku głębokiej dezaprobacie żony. My zaś zgrabnie mijamy drugą część monologu mordercy i wracamy do licealistów, którzy wymieniają się prezentami. Jest to kolejna scena, która w zasadzie nie popycha akcji do przodku. Charakterystyka postaci Maćka jest już na tym etapie ugruntowana, więc nie dowiadujemy się niczego nowego. W zasadzie jedynym celem tej sceny jest zapowiedzieć późniejsze problemy z Jowitą. Na szczęście jest ona krótka, więc zanim zacznie się dłużyć, wracamy do pana policjanta.

Ten brnie przez zamieć ku miejscowości Kleszczówko, gdzie wraz z patrolem ma rzucić okiem na tajemnicze „coś dziwnego”. Jak się okaże, w stodole rolnika leży nieduża (poniżej metra średnicy), z grubsza kulista maszyna, która ewidentnie wpadła tam przez dach. Panowie policjanci dochodzą do jedynego sensownego w danych okolicznościach wniosku – to statek kosmiczny. Który, jak są przekonani, spadł na ziemię mniej więcej wtedy, kiedy zaczęły się morderstwa. Więc, quod erat demonstrandum, zabójca jest kosmitą.

To powinien być ważny moment w opowiadaniu. Duży, zaskakujący zwrot akcji. To nie Bestia z Bieguna – to bestia z kosmosu!

Problem w tym, że ta scena zwyczajnie nie działa. Nawet, gdy machnąć ręką na sporych rozmiarów skok logiczny, jakiego dokonują policjanci – wewnątrz świata opowieści można by go uznać za wątpliwy, jednak dla nas, czytelników wyciągnięty przez Rosołka wniosek jest absolutnie logiczny, wpisuje się bowiem ramy gatunku. Ta różnica między logiką „wewnętrzną” a „zewnętrzną” również z czasem stanie się problemem, tu jednak możemy ją zignorować.

Nie chodzi również o to, że nikt nawet nie zapytał, jak ów morderczy kosmita zabija, skoro jego statek od kilku tygodni leży w szopie zamkniętej na kłódkę – jasne, możemy sobie wymyślić setki odpowiedzi na to, jak stamtąd wyszedł, ale autor nie pokusił się o żadną z nich. To jednak jest zwykła czepliwość, która w poprawnie skonstruowanej scenie nie miałaby znaczenia.

Zanim wyjaśnimy sobie, dlaczego ta scena nie działa, jak powinna, pomówmy o tym, co jest, a co nie jest zwrotem akcji.

Autorzy zdają się czasem myśleć, że każda niespodziewana informacja może być podstawą zwrotu akcji. To oczywiście bzdura. Jeżeli w opowiadaniu padłoby nagle stwierdzenie, że Maciek jest wegetarianinem, choć mogłoby to zaskoczyć czytelnika, nie mówilibyśmy o zwrocie akcji. Z tym mamy do czynienia tylko, jeżeli na skutek podania nowej informacji, akcja „zwraca”, czyli zmienia swój kierunek.

Ale czy odkrycie, że mordercą jest kosmita, nie wywraca wątku śledztwa do góry nogami? Otóż nie. Jak do tej pory wątek śledztwa składał się z dwóch scen – pierwszej, w której poznaliśmy podinspektora i poznaliśmy podstawowe fakty i drugiej, w której Rosołek został wezwany przez dyspozytora. Tyle. Śledztwo stało w miejscu, więc nie zostanie popchnięte w nowym kierunku, a po prostu ruszy. Czytelnik nie miał okazji do wysnucia własnych przypuszczeń, które mogłyby się właśnie okazać nieprawdziwe. Przede wszystkim jednak – żeby zaskoczyć czytelnika rozwiązaniem zagadki, musi być on ciekawy owego rozwiązania. A autor robi bardzo niewiele, by wzbudzić ową ciekawość – pada tylko kilka zdań o tym, jakie to zagadkowe są owe morderstwa. Ale jako, że zdecydowana większość do tej pory oglądanych scen kręciła się wokół Maćka, a o Bestii nie ma w nich ani słowa, również w umyśle czytelnika nie odgrywała ona zbyt wielkiej roli. A skoro tak, nie przywiąże on również zbyt wiele wagi do informacji, że być może przybyłą ona z kosmosu.

To jednak jeszcze nie koniec problemów. Mamy już przecież za sobą dwa monologi mordercy. Typowo ludzkie w zapisie, z odwołaniami do kultury masowej, mediów i innych ziemskich spraw. Morderca w sposób oczywisty jest więc człowiekiem. Nie może więc być kosmitą. A jednak ewidentnie mamy w tym tekście przybysza z kosmosu. Więc „zewnętrzna” logika, logika konstruowania opowieści, nakazuje, by ów przybysz okazał się istotny dla tej historii. Krótko mówiąc – niczego się tak naprawdę nie dowiedzieliśmy. To objawienie, które nic nie objawia. Nowy element fabuły, który nie pasuje do już istniejących. Dobry zwrot akcji to taki, który jest nieoczywisty aż do chwili, kiedy zostanie zaprezentowany, a potem wydaje się, że od początku był nieunikniony. Czytelnik może spojrzeć wstecz i stwierdzić, że oczywiście, wskazówki zawsze tam były, sprytnie ukryte na widoku. Tu nie tylko nie mamy niemal nic (poza „gwiazdą betlejemską” z prologu), co zapowiadałoby „nieziemskość” Bestii, to jeszcze pojawiają się fakty w oczywisty sposób temu przeczące. Zamiast momentu nagłego olśnienia, czeka nas unoszenie brwi.

A to jeszcze nie koniec atrakcji.

Podczas gdy siły policyjne przeżywają zgrozę w związku z potencjalnym istnieniem morderczych kosmitów, my raz jeszcze zanurzamy się w zadymce, by po raz trzeci posłuchać monologu mordercy – na tym etapie już bardzo dziwacznego. Potem zaś wracamy na wigilię klasową. Tam zaś stery przejmuje Krzysiek, do którego tym razem „przykleiła się” narracja. Ów martwi się śnieżycą i prosi gospodynię, by sprawdziła zapasy prowiantu „na wszelki wypadek”, gdyby ich zasypało – kolejne zawiązanie, które nie doczeka się rozwiązania, bo kwestia żywności nigdy nie będzie miała znaczenia. Ale nic to, bo główną atrakcją tej sceny jest rozmowa Krzyśka z Jowitą. Ta ostatnia bardzo ucieszyła się z prezentu, który dostała od Maćka, jest jednak przekonana, że to Krzysiek jest ofiarodawcą. Postanawia więc złapać go na osobności i wyrazić wdzięczność za pomocą niewielkiego molestowania seksualnego. Wiecie, jak to dziewczyny. Krzysiek stawia sprawę jasno – prezent jest od Maćka, którego (jak się okazuje) Jowita nie lubi, uważa za dziecinnego i tak dalej. Po krótkiej rozmowie następuje foch.

Rozmowa z Jowitą to dziwny dialog. Jest bardzo sprawnie napisany, toczy się płynnie, czyta się go przyjemnie. Ale jest w nim coś nienaturalnego. Sprawia wrażenie sesji psychoanalitycznej, podczas której Krzysiek delikatnie, krok po kroczku, rozbiera na kawałki uprzedzenia Jowity i ukazuje je jej w pełnej krasie. W którymś momencie Krzysiek określa nawet próbę manipulacji ze swojej rozmówczyni „socjotechniką”. Dla jasności – nie twierdzę, że żaden nastolatek nie zna takiego słowa. Ani że nie mógłby być na tyle dojrzały i świadomy, by przeprowadzić podobną analizę cudzych motywów. Tym niemniej nie jest to bardzo prawdopodobny scenariusz, a nic w charakterystyce Krzycha mówiło wcześniej, że jest on domorosłym psychologiem. Raz jeszcze Krzysiek zamiast konkretną postacią wydaje się być narzędziem, którego autor niezbyt finezyjnie używa, by przepchnąć do świadomości czytelnika konkretny koncept – wcześniej było to zagrożenie związane z imprezą na odludziu, tu fakt, że Maciek i Jowita nie są dobraną parą.

Koniecznie trzeba też powiedzieć, że jest to kluczowa scena wątku Maćka. Wszystkie poprzednie prowadziły właśnie do tej. Ta impreza miała być dla Maćka szansą na zdobycie serca Jowity. Wiemy już, że to się nie uda. Że ona woli Krzyśka, najlepszego kumpla Maćka. Wszystkie elementy klasycznej dramy z kategorii „trójkąt miłosny” są już na miejscu, pozostaje tylko doprowadzić do konfrontacji. Autor sporo się natrudził, by doprowadzić opowiadanie do tego punktu, w którym tragedia wisi w powietrzu, w którym emocje, stopniowo budowane od pierwszej sceny będą mogły znaleźć ujście.

Czas więc oczywiście zostawić licealistów w spokoju i wrócić do podkomisarza.

Podczas dwóch kolejnych scen Rosołek spędza na prowadzeniu dochodzenia. Nie jest do końca jasne, co spodziewa się wykryć, skoro UFO wylądowało kilka tygodni temu, a od tej pory nikt nie zgłosił hasających po okolicy kosmitów, tym niemniej policyjne instynkty biorą górę i przystępuje do przesłuchiwania sąsiadów właściciela feralnej stodoły. W domu tuż obok nikt nie otwiera drzwi, a z rozmowy z innym z okolicznych rolników przypadkiem wynika, że ta rodzina powinna być na miejscu. Podinspektor, wiedziony uzasadnionymi podejrzeniami, wkracza więc do środka i znajduje dwa martwe ciała.

To już drugi raz, kiedy narrator prowadzi pana podinspektora za rączkę tam, gdzie ów ma się akurat znaleźć, choć nie ma ku temu zbyt dobrych powodów. Tym razem jest to lepiej zamaskowane, wciąż jednak poczynaniami policjanta kieruje ślepy los. Sprawia on przez to wrażenie manekina z „kamerą” narracji przyklejoną do pleców, który służy jedynie do tego, by autor mógł go przestawiać to tu, to tam i przy okazji pokazać czytelnikowi to, co akurat ma chęć mu pokazać. Brak inicjatywy w połączeniu z ogólną nijakością Rosołka, który nie ma zauważalnej osobowości, sprawia, że jest to postać raczej nijaka. Jest tu wprawdzie kilka linijek na temat tego, jakim lękiem napawają go okoliczności (śnieg, brak łączności, potencjalnie potwór gdzieś w okolicy), co pozwala choć trochę go ożywić, uczłowieczyć, jednak to zdecydowanie zbyt mało, by tak naprawdę przejąć się jego losem.

W domku na odludziu szykuje się rozwiązanie poważnego problemu emocjonalnego. Policja trafia na ślad makabrycznej zbrodni. W sposób ewidentny zbliżamy się do kulminacji. Do momentu, kiedy wreszcie dojdzie do rozwiązania wątków.

Czego w takim momencie oczekuje czytelnik?

Oczywiście gry na czas i mętnego bełkotu.

Kolejna scena zabiera nas z powrotem do Krzyśka, który „musi porozmawiać z Maćkiem”, więc bierze go na stronę. I tyle. Oczywiście, odwlekanie nieuchronnej konfrontacji w czasie może pomóc zbudować napięcie. Ale ten tekst i tak jest dość długi, więc rezygnacja z tego typu dodatków z pewnością by nie zaszkodziła.

Następna scena to kolejny epizod monologu mordercy, mocno już dziwnego i mało konkretnego. Jedyny istotny fakt to ten, że jest on już prawie na miejscu.

Wracamy do Rosołka. Do tej pory paskudna pogoda skutecznie odcinała go od świata, jednak w ostatnim zdaniu poprzedniej sceny z jego udziałem akurat zadzwoniła jego komórka. Teraz dowiemy się, kto dzwoni. A dzwoni patolog, który badał zwłoki ofiar Bestii.

Uwaga! Osoby wrażliwe proszone o odwrócenie wzroku! Autor za chwilę dokona brutalnego gwałtu na logice!

Ów patolog uświadomił sobie podczas wigilijnej kolacji coś bardzo ważnego. Na tyle ważnego, by przerwać kolację panu podinspektorowi (który przecież ma dziś wolne). Jak wspomniano (dawno temu) morderca z każdej ofiary wykroił sobie na pamiątkę jakąś część ciała. No więc z tych kawałków prawie da się poskładać człowieka (ludzie bowiem, jak wiadomo, zbudowani są z puzzli). Ale brakuje dwóch kawałków – krtani i mózgu. Kiedy patolog dostarczył nam już ekspozycję, telefon, posłuszny prawom narracji, raz jeszcze gubi zasięg. Na amen.

Zanim jeszcze otrząśniemy się z pierwszego szoku, czeka nas kolejny!

Znalezione w tym domu ofiary miały syna (jak się za chwilę dowiemy, imieniem Łukasz), którego to syna nigdzie nie widać. Miał za to pojawić się na jakiejś młodzieżowej wigilii gdzieś na odludziu. Policja dokonuje więc kolejnego skoku logicznego, całkiem zapomina, że morderca jest kosmitą i dochodzi do wniosku, że morderca jest Łukaszem!

Ta scena sama w sobie mogłaby autorowi ujść na sucho. Jasne, jest logicznie bzdurna. Jasne, autor używa tanich sztuczek, żeby dostarczyć nam ekspozycję w kluczowym momencie. Jasne, raz jeszcze szczęśliwy traf popycha podinspektora we właściwym kierunku. Ale jest tu ładunek emocjonalny. Tym razem to mogłoby zadziałać. Wcześniej dowiadujemy się, że po okolicy grasuje kosmita. Potem natrafiamy na podejrzanie pusty dom. Scenę później wchodzimy do środka. Jeszcze scenę później odkrywamy, że za morderstwem prawdopodobnie stoi Łukasz. Zwrot akcji został poprawnie zasygnalizowany, popycha akcję w nowym kierunku, odpowiada na pytanie, które teraz już zyskało w umyśle czytelnika pewną wagę. Technicznie jest tu naprawdę nieźle.

Ale! Brak zaufania do autora, spowodowany wcześniejszymi wyrwami w opowieści sprawia, że tu obecne dziury rzucają się w oczy. Że zamiast przemknąć gładko obok nich, trafiamy na nie wzrokiem. Narracja de facto nie wpada w żadną dziurę, ale my widzimy, że one tam są.

Co więcej, spostrzegawczy czytelnik być może zwrócił już uwagę na pewną sprzeczność. Przecież Łukasz dotarł już na wigilię dawno temu (i od tej pory nie pojawił się w opowiadaniu), zaś morderca wciąż jeszcze brodzi w śniegu. Czyżby autor chciał nas zmylić fałszywą chronologią? Pojawia się więc nowa zagadka. W lepiej skonstruowanej historii założyłbym, że jest jakieś sprytne wyjaśnienie (A jest. No dobrze, nazywanie go „sprytnym”, kiedy już a chwilę planuje się spędzić bardzo długi akapit na pastwieniu się nad nim to lekkie nadużycie. Ale jest). Tutaj pomyślałem jedynie, że to kolejna dziura.

Wracamy na wigilię. Krzychu ma właśnie porozmawiać z Maćkiem o Jowicie, kiedy do drzwi dzwoni… Łukasz. Chwilowo porzuca więc temat, by przedstawić nowego gościa pozostałym, zamienić z nim kilka słów i wręczyć prezent. W tym czasie gospodyni schodzi do piwnicy, by policzyć zapasy żywności i znajduje tam… No, kogoś. Z kontekstu już za chwilę wyniknie, że to „Łukasz” – ten, który przybył na imprezę już dawno temu. Ten, którego boli gardło, więc nie jest w stanie mówić.

Fakty zaczynają się składać?

W razie, gdyby czytelnik nie nadążał, autor usłużnie podpowiada. Maciek tłumaczy Krzyśkowi, że jeden Łukasz już tu wcześniej przyszedł. Obaj błyskawicznie dochodzą wniosku, że wśród nich jest morderca. Zanim jednak zdążą coś przedsięwziąć, światła gasną.

No więc… Dwóch Łukaszów. Muszę uczciwie przyznać, że się tego nie spodziewałem. Więcej nawet, podczas pierwszej lektury nie zrozumiałem, o co chodzi, dopiero za drugim razem poskładałem wszystko w całość. I choć można oczywiście obarczyć za to winą moją wrodzoną, godną cegły, lotność, to niestety jest jeszcze jedna przyczyna.

Ten twist jest po prostu bardzo, bardzo zły.

Zanim jednak wyjaśnię (bardzo szczegółowo), dlaczego jest zły, usystematyzujmy informacje.

Bestią z Bieguna jest Łukasz, kolega Krzyśka. Od kilku tygodni zabija on okolicznych mieszkańców, wyprowadza policję w pole i tak dalej. Robi to, ogólnie rzecz biorąc, bo jest psychopatą, a psychopaci jak wiadomo, zajmują się zabijaniem ludzi. Teraz planuje wybić wszystkich imprezowiczów i zapisać się w ten sposób na kartach historii.

Ale! Jest też drugi Łukasz. Czy raczej „Łukasz”. Ten dla odmiany jest kosmitą, który znajduje ciała ofiar Łukasza i wycina z nich kawałki. Z użyciem tych kawałków stworzył sobie ludzkie ciało, z użyciem tego ciała zinfiltrował imprezę. W celu niewiadomym, choć bez wątpienia złowieszczym. Obaj Łukasze są więc tu, na miejscu.

Samo pisanie tego sprawia, że oczy mi łzawią. A będzie gorzej.

Autor jest bardzo oszczędny jeżeli chodzi o udzielanie jakichkolwiek informacji na temat kosmity, co zasadniczo jest dobrym pomysłem – łatwo byłoby go obedrzeć z aury tajemnicy, która sprzyja grozie. Jednak te nieliczne fakty, które znamy, nijak nie dają się poskładać w logiczną (choćby na standardy horroru) całość.

Przypomnijmy sobie tamten kluczowy cytat: „Zupełnie jakby morderca porywał tych ludzi, ukrywał gdzieś i tam zabijał, a potem z każdego zabierał sobie coś na pamiątkę, by na koniec porzucić zwłoki w dobrze widocznych miejscach, gdzie potem je znajdowano.”

Statek kosmiczny zupełnym przypadkiem rozbił się więc tuż obok domu seryjnego zabójcy. Mało tego! Pasażer owego statku nie tylko przeżył i dał radę przez kilka tygodni uniknąć wykrycia, ale jeszcze szwendał się po okolicy, odszukiwał świeże trupy ofiar wspomnianego mordercy, zabierał je gdzieś, wycinał z nich kawałki, a potem porzucał je na widoku. Potem, dzięki swojej kosmicznej magii, poskładał z wyciętych fragmentów funkcjonalne ciało, które jednak nie mówi, bo jeszcze nie ma krtani. Nie ma też mózgu, ale to widocznie kosmicie nie przeszkadza. Zakłada on wspomniane ciało niczym płaszcz, po czym z sobie tylko znanych przyczyn wybiera się na młodzieżową wigilię. Ten „kostium” nie tylko nie wygląda jak potwór Frankensteina, ale wręcz bezproblemowo uchodzi za normalnego nastolatka. Kosmita ma też zdobyte nie wiadomo gdzie i jak ubranie i komórkę, na której potrafi pisać po polsku. Wie, że powinien przedstawić się jako Łukasz i powołać się na Krzycha. A potem idzie do piwnicy, gdzie siedzi przez kilka godzin, aż dotrze drugi Łukasz. Po czym zaczyna zabijać.

Liczba pytań, jakie chciałoby się w tym momencie zadać, jest ogromna. Nic tu nie trzyma się kupy. Żadne dwa elementy do siebie nie pasują. A nie jest to jakaś wymyślona na ostatnią chwilę bzdura, którą autor wcisnął do zakończenia z braku lepszego pomysłu. Ten finał został starannie zapowiedziany, liczne sceny zostały zaprojektowane tak, by umożliwić dokładnie taki przebieg wydarzeń. Żeby czytelnik mógł doświadczyć ostatniego, największego twistu – kosmita od dawna tu jest, ukrywa się jako człowiek.

Sytuacja w pewnym stopniu poprawiłaby się, gdyby przyjąć, że obecność kosmity i seryjnego mordercy w jednej wiosce to nie zbieg okoliczności. Że obcy w jakiś sposób zmusił/skłonił Łukasza do zabijania. Ale w tekście nie ma nic na poparcie tej tezy. Ot, przydarzyło się. A co, gdyby w okolicy akurat nie było mordercy? Skąd kosmita wie, gdzie szukać ofiar? Skoro potrzebuje ciała, to czemu kompletuje je po kawałku, zamiast zabrać całe? Jasne, Łukasz podobno obchodzi się z ofiarami dość brutalnie, ale skoro obcy dał radę jakoś pozszywać fragmenty tak, żeby nie został ślad, to i z ranami pozostawionymi przez zabójcę pewnie jakoś by sobie poradził. A takie składanie po trochu narażało go na dodatkowe ryzyko wykrycia. Skąd wie, jak obsługiwać smartfon? Kto nauczył go mówić po polsku? Autor bardzo starannie strzela tu sobie w stopę deklarując, że ciału do kompletu brakuje mózgu – te dwie wątpliwości moglibyśmy zbyć z użyciem argumentu o wiedzy wydobytej kosmiczną magią z umysłu ofiar, ale akurat nie możemy. Po co w ogóle ta kosmiczna gadzina pcha się na imprezę? Po co udaje Łukasza? Czemu czeka na swojego imiennika, nim zacznie zabijać?

Odpowiedź na wszystkie te pytania jest taka sama. Żeby opowieść mogła działać.

Autor chciał opowiedzieć historię o strasznym kosmicie masakrującym nastolatków. Obcy przychodzi na imprezę, bo tu są ofiary. Podszywa się pod nastolatka, żeby można było zaskoczyć czytelnika zwrotem akcji. Czeka kilka godzin w piwnicy, bo dopiero wtedy poznamy straszne fakty, a wydarzenia nabiorą sensu. To wszystko opowiedziane w określony sposób, z określonej perspektywy, ze scenami ustawionymi w odpowiedni sposób „ma sens” – w tym znaczeniu, że wydarzenia układają się w opowieść wpisującą się w kanwę gatunku. Wydarzenia w wątku Rosołka dzieją się, bo tak chce narracja. Kosmita zbiera części ciała, żeby zapolować na nastolatków, a poluje na nastolatków, bo to horror.

Wspomniałem już o różnicy między logiką „wewnętrzną” i „zewnętrzną”. Tu autor przyłożył się do tej drugiej – starannie przemyślał oczekiwany zwrot akcji i z całą pieczołowitością do niego doprowadził – całkowicie ignorując pierwszą. Uzyskujemy w ten sposób fabułę z wielkim finałem, który natychmiast się sypie, jeżeli tylko spróbować zakwestionować jakikolwiek jego element.

Nie twierdzę, że autor powinien z detalami wyjaśnić nam, jak działa to całe składanie ciała, jaka motywacja kieruje kosmitą i tak dalej. Miło by było, gdyby dał nam cokolwiek, ale nie to jest istotne. W horrorze czasem lepiej powiedzieć za mało niż za dużo, bo nadmiar wiedzy szkodzi grozie. Ale sam autor zdecydowanie powinien mieć pojęcie co się dzieje i jak to wszystko działa. Nawet, jeżeli nie wyjaśnia, czemu potwora zbiera ciała po kawałku i jak je potem poskładała, sam powinien to (w najogólniejszych zarysach) wiedzieć. Dzięki temu może bowiem dopilnować, by poszczególne elementy pasowały do siebie. Żeby miały jakieś uzasadnienie. Może pozwolić sobie na rzucenie tu i ówdzie aluzji, może ubarwiać tekst barwnymi drobiazgami nie ryzykując, że sam sobie podłoży nogę.

Żeby drama działała, potrzebna jest klarowność. A nie sposób uzyskać klarowności, kiedy odbiorcy spadają na głowę dziesiątki pytań – a każda odpowiedź wydaje się być bardziej absurdalna od poprzedniej.

Ten finał jest bardzo zły. To jeden z gorszych zwrotów akcji, jakich dane mi było doświadczyć – żadne zaskoczenie, skoro właśnie poświęciłem przeszło sześć tysięcy znaków na opisanie dlaczego tak jest. Ale wiecie co? To nie on nie jest największą wadą tekstu. Ta podniesie swój paskudny łeb w epilogu.

Kiedy zostawialiśmy naszych bohaterów, światła w domku na odludziu właśnie pogasły. Akcja zostaje podjęta rano. Na miejsce dociera właśnie podinspektor Rosołek w towarzystwie dwóch patrolowych. Zastają tu dziesiątki zmasakrowanych ciał, ślady walki. Wchodzą do środka, gdzie słyszą głos powtarzający frazę, która wcześniej często padała w monologach mordercy. Znajdują ciało Maćka, potem Łukasza (tego prawdziwego) – pierwszego bez krtani, drugiego bez mózgu. A potem dostrzegają na suficie cień czegoś, co ma trzy głowy i masę kończyn. Owo coś zaczyna rapować. Kurtyna zapada.

Zanim przejdę do sedna, pozwolę sobie na drobny dodatek do wcześniejszych narzekań.

Gdyby twist z dwoma Łukaszami był niedostatecznie nielogiczny, tu, na koniec, obcy z jakiegoś powodu postanawia zamienić się w makabryczną, poskładaną z wielu ciał hybrydę, dzięki czemu całe jego pieczołowite podszywanie się idzie do piachu. Bez żadnego sensownego powodu innego niż ten, że autor postanowił dorzucić do mieszanki trochę body horroru.

Podoba mi się z kolei zestawienie tej makabry z dość kiepskim rapem. Tworzy to nawet niezły, groteskowy kontrast.

No, a teraz do rzeczy.

Ta scena jest jednym z najgorszych zakończeń, jakie w życiu przeczytałem. To przykład absolutnie karygodnego ignorowanie poprawnej struktury tekstu.

Autor, wybierając taki a nie inny finał sprawił, że żaden z wątków opowiadania nie doczekał się sensownego rozwiązania. Trójkąt miłosny Maciek-Jowita-Krzysiek? Doprowadzony do kulminacji, a potem ucięty bez rozwiązania. Bestia-Łukasz? Dotarł na miejsce i został wypatroszony – samo nawiązanie, bez pointy. Rosołek? Dociera na miejsce i… zapada kurtyna. Bez rozwiązania.

Najbardziej boli ucięcie wątki Maćka. Składające się na niego sceny były w większości naprawdę dobre, pozwalały go zrozumieć, nawet polubić. Taki dobrze pomyślany bohater to w horrorze rzecz bardzo cenna – czytelnik może mu kibicować, łatwo jest przejmować się jego losem, martwić się, kiedy sytuacja przyjmuje zły obrót. Ale Urbanowicz zabił Maćka między scenami, nie dając nam nawet czasu, by się przejąć. Zbudował potężny emocjonalny kapitał, który następnie wylał w ściek. Po co marnować czas czytelnika na budowanie charakterystyki postaci, tworzenie wtórnej, ale nieźle napisanej dramy z jego udziałem, skoro nie planuje się nijak tego wykorzystać? Można by skrócić to opowiadanie o ponad połowę, całkowicie wycinając ten wątek, a efekt byłby z grubsza taki sam.

Podobnie ma się sprawa z Łukaszem. Jego obecność w tym tekście nie prowadzi do niczego. Idzie on i idzie, a kiedy w końcu dociera na miejsce, zostaje zabity.

Ten finał na dobrą sprawę odbiera celowość całej reszcie tekstu. Gdyby ograniczyć się do wątku Rosołka, finał byłby taki sam, a opowiadanie zdecydowanie krótsze, co w tym wypadku musi być uznane za zaletę, bo zmarnowałbym na nie mniej czasu.

Gdyby autor pokusił się o bardziej rozbudowaną końcówkę, mogłoby być inaczej. Gdyby pozwolił nam podejrzeć, jak potwora poluje na licealistów, moglibyśmy kibicować Maćkowi. Drama między nim, Jowitą a Krzyśkiem mogłaby wybrzmieć. Łukasz miałby szansę odkupić swoje winy lub ponieść godną łotra karę. Doszłoby do jakiegoś rozwiązania. Zamknięcia. W obecnej chwili Maciek mógł równie dobrze zginać w wypadku samochodowym podczas podróży na wigilię. Byłaby to równie sensowna historia.

Podczas analizy „Kresu cudów” sugerowałem tu i ówdzie, jak ja rozwiązałbym różne problemy tekstu. Tym razem nie robiłem tego na bieżąco, na koniec rzucę więc kilka sugestii.

Wątek Maćka mógłby w zasadzie pozostać niezmieniony. Gdyby chcieć trochę przyciąć tekst (a nie zaszkodziłoby mu to), można by pomyśleć o zredukowaniu go o jedną czy dwie sceny – charakterystyka postaci jest tu dość mocna, by dało się ją nieco przystrzyc bez szkody. A gdybyśmy chcieli pójść w kierunku bardziej klasycznego slashera, można by wręcz wyciąć ten wątek niemal w całości, zostawić jedynie krótką prezentację bohaterów na początku, byśmy potem wiedzieli, na kogo poluje stwór. Trochę szkoda tak dobrze napisanej postaci, ale cóż, zabijaj to, co kochasz.

Tekst mógłby wiele zyskać, gdyby ujednolicić charakterystykę Krzyśka i popracować nad jego relacją z Maćkiem. Przykładowo, gdyby nasz niedoszły raper w skrytości ducha zazdrościł kumplowi powodzenia u dziewczyn i popularności (w tekście jest na ten temat nieduża wzmianka, ale warto by ten motyw rozbudować), wzbogaciłoby to dramę między nimi dwoma a Jowitą.

Wątek Łukasza w obecnej postaci nie spełnia w tekście żadnej sensownej roli. Równie dobrze moglibyśmy go usunąć, razem z nieudanym twistem „dwóch Łukaszów”. Gdyby jednak chcieć go zostawić, należałoby odwrócić kolejność – pozwolić, by to prawdziwy Łukasz przybył pierwszy. W takim wypadku mógłby on wygłosić dziwną, upiorną mowę zamiast Krzyśka, autor miałby okazję, by pokazać jego relacje z rówieśnikami i dziwne zachowania – pozwoliłoby to zapowiedzieć późniejszy zwrot akcji, w którym ujawnione zostaną jego zbrodnie. Przykładowo – mógłby wygłosić jeden czy drugi dziwny, lekko upiorny komentarz. W kolejnej scenie pod jakimś pretekstem odciągnąłby osobę X od grupy, a scenę czy dwie potem, ktoś mimochodem spytałby „Czy ktoś widział X?”. Dałoby to Łukaszowi konkretniejszy rys, rolę do odegrania w tekście i sprawiło, że późniejszy twist miałby lepszego kopa.

Wątek Rosołka potrzebuje stosunkowo niewiele zmian. Wystarczyłaby kosmetyka, która nadałaby całości więcej prawdopodobieństwa i ukryła nieco brak inicjatywy podinspektora. Niech patrol znajdzie w stodole nie „coś dziwnego” ale „coś dziwnego i krew, dużo krwi” – od razu pojawia się pretekst, by wezwać dochodzeniówkę, podejrzenie związku ze sprawą Bestii, wyjaśnia się, gdzie kosmita „obrabiał” zwłoki. Niech z drzwi stodoły zniknie kłódka, która tylko komplikuje sprawy. Niech wreszcie obcy ma jakiś powód, by iść na wigilię. Może odkryją ślady żerowania, albo jakichś eksperymentów? Cokolwiek, nawet najbardziej mętne, co da tej istocie pozory motywacji.

Oczywiście wszystkie te zmiany, nieważne jak bardzo poprawiłyby tekst, i tak trafi szlag, jeżeli finał zostawimy w obecnej postaci. Im lepsze będą poprzedzające go wątki, tym bardziej będzie bolało ich ucięcie w momencie kulminacji. Klasyczna struktura „zawiązanie-rozwiniecie-rozwiązanie” nie powstała bez przyczyny, a zignorowanie dowolnego z tych etapów zwykle skutkuje kulawą, nieudaną fabułą – co w tym przypadku boli tym bardziej, że zawiązanie i rozwinięcie przynajmniej jednego z wątków stoi na dobrym poziomie.

Dla jasności – problemem nie jest sam fakt negatywnego zakończenia. Sam mam tendencję do pisania takich, potrafię docenić tragedię. Jeżeli autor ma ochotę zakończyć opowiadanie rzezią i zabić wszystkich bohaterów, droga wolna. Problem lezy w tym, że obecny finał jest wyprany z emocji. Przypomina wersję „Władcy pierścieni”, w której Frodo dociera do Góry Przeznaczenia, następuje cięcie, a w kolejnej scenie dowiadujemy się, że zabili go orkowie, zaś Czarny Pan wygrał.

Jeżeli chcesz pisać tragedię, pisz. Ale tragedia bazuje na emocjach. Finał musi pozwolić tym emocjom wybrzmieć, musi pozwolić czytelnikowi przeżyć te najbardziej dramatyczne chwile. Mówienie o tym, że się zdarzyły, zamiast nam je pokazać, obdziera całość z ładunku emocjonalnego i zamienia tragedię w puste słowo.

Dla podsumowania – 87 centymetrów to opowiadanie, które cierpi głównie z dwóch powodów. Złej struktury (niedomkniętych wątków) i dziur w logice. Te drugie, choć przykre, można by wybaczyć, gdyby finał odpowiednio zagrał. Jednak gwałtowne cięcie w końcówce nie pozwala skumulowanym emocjom na ujście, co musi skutkować frustracją. Frustracją na tyle dużą, by skłonić pewnego marudę do spłodzenia analizy tekstu na 48 tysięcy znaków.

Komentarze


Johny
   
Ocena:
+1

Świetnie się czytało. Dzięki za tekst!

02-02-2021 16:05
AdamWaskiewicz
   
Ocena:
0

Marudzenie zawsze polecam.

02-02-2021 16:26
von Trupka
   
Ocena:
0

Dzięki wam obu za wizytę i komentarz. Miło, że miło się czytało.

03-02-2021 08:00
dyskordianin
   
Ocena:
+1

Tekst bardzo "mniam". Tak bardzo, że się zalogowałem! 

03-02-2021 11:58

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.