string(15) ""
» Blog » Preludium
21-06-2006 21:42

Preludium

W działach: WoD Sesja | Odsłony: 2

Dzisiaj odbyło się preludium do kampanii starego WoDu dla mojej postaci, maga Verbeny, Pawła Skosińskiego. Tym samym zaczynam spisywanie dziennika tej postaci na tymże blogu. Niedługo być może pojawi się raport z tej sesji, ale to nie jest jeszcze takie pewne ;).
So, indżoj :D.

10 stycznia, 1939, Lwów

Po obudzeniu ciągle miałem w głowie obrazy z przeszłości, które w nocy we śnie Wpierw przypomniał mi się pamiętny rok 1919, kiedy to na wezwanie mojego mentora, Alfreda Goldsteina, przyjechałem z Odonujca, mojej rodzinnej wsi, do Lwowa. Chciałem ukryć się przed światem po tym piekle, którym była wojna. Mój ojciec zmarł, tak samo jak Wasyl Butarenko, mój pierwszy nauczyciel i człowiek, który uratował mi życie, kiedy byłem małym chłopaczkiem. Mnóstwo ludzi straciło życia z winy innych ludzi, którzy nawet ich nie znali. Po prostu poczułem, że to wszystko nie jest warte większej uwagi. Do tego ciągle prześladowała mnie wizja, której doświadczyłem w 1915, podczas obrony Lwowa. Alfred widocznie wiedział o niej, ponieważ w liście stwierdził, że oto nadeszło moje Przebudzenie i teraz muszę jak najprędzej przybyć do niego, aby omówić tę sprawę. Wtedy sam nie wiedziałem, czemu się zgodziłem – chociaż, ta wizja była bardzo dziwna i chyba bardzo pragnąłem wtedy poznać odpowiedzi.
Wyglądało to tak: po oberwaniu jakimś pociskiem czy tam odłamkiem, ocknąłem się nagle na nieznanym polu bitwy, w otoczeniu obcych mi żołnierzy. Siedząc w ciele obcego człowieka uratowałem innego, który nie zauważył granatu lądującego mu przy nogach. Obydwoje zostaliśmy ranni, ale żywi. Do niego koledzy zwracali się na „Adolfie”, a ja według słów tego parszywego, wychudzonego i szczerzącego się kota, który okazał się później być moim Awatarem, byłem Henrichem Joglerem. Zaraz po tym zajściu, dziwnym sposobem, udało mi się odczytać myśli tego całego „Adolfa”. Były z pewnością straszne, a ich obrazy dobrze utkwiły mi w pamięci. Maszerujące armie, nienawiść i ludzie zdegradowani do roli gorszej od zwierząt. I do tego sam pan Adolf, stojący na podwyższeniu i pozdrawiający salutujące armie…

W każdym razie, od tamtego czasu wizje i kocur nie dawały mi spokoju. Alfred twierdził, że muszę nawiązać kontakt z Awatarem i przejść Próbę, aby umocnić tę więź. Więc, nie widząc lepszego wyjścia z tej sytuacji, poszedłem do baru mojego kolegi z wojska, Jędrka. Tam, nad szklaneczką czegoś mocniejszego (pacierzy i czystej nigdy nie odmawiam) pogadaliśmy o starych czasach i ogólnie, o życiu. Później poprosiłem starego kumpla o przysługę w postaci udostępnienia mi na dłuższy czas odosobnionego pomieszczenia, gdzie nikt nie będzie mi przeszkadzał. Tak więc, z butelką czystej udałem się do piwnicy i skupiwszy swoją wolę, wezwałem kocura do siebie. W końcu usłuchał i tak rozpoczęła się Próba.

Wszystko, co wydarzyło się w jej trakcie było bardzo dziwne. Dość powiedzieć, że przez cały czas jej trwania albo krążyłem po komnacie, której ściany były wykonane z lodu, albo odgrywałem sceny z życia wspomnianego Henricha Joglera. Piekło dzieciństwa w domu ojca – sadysty, późniejsza kariera faceta od brudnej roboty w światku przestępczym. Rękami Henricha zabiłem człowieka, którego nawet nie znałem, ale który według wspomnień został wytypowany przez mocodawców do eliminacji. Później znalazłem się u progu swojego, czyli jego, domu, gdzie ojciec Joglera po raz kolejny krzyczał i groził jego matce. Coś mnie ruszyło i postanowiłem to skończyć. Wkroczyłem do środka i… nie zabiłem ojca, chociaż bardzo się o to prosił. Pomimo postrzelonej nogi i zgruchotanego nadgarstka ciągle groził i złorzeczył, a ja ustami Joglera pytałem się, dlaczego zgotował to piekło sobie i swojej rodzinie. Cóż, tak mnie jakoś naszło, słabszy dzień i okoliczności. Dalej, oświadczyłem się dziewczynie mojego „gospodarza” i wyjawiłem, kim jest naprawdę z zawodu – to jest, płatnym mordercą. Pomimo nadziei, Klaudia odrzuciła mnie.. to znaczy, Henricha, i ten zaczął brać jakieś środki odurzające, z całej tej żałości. I wtedy, ocknąwszy się w jakimś ciemnym, zimnym parku, uratowałem życie mojego nowego znajomego – dzięki odrzuceniu kolejnej dawki środka udało mu się przetrzymać zapaść. A potem wszystko potoczyło się gładko – wróciła do niego narzeczona, zerwał z przeszłością i zaczął wieść szczęśliwe życie. Przynajmniej tak powiedział Kościej, ten szczerzący się pchlarz, kiedy oświadczył, że moja Próba zakończyła się sukcesem.

Kiedy dzisiaj wstałem z łóżka, szybko zjadłem śniadanie, przygotowałem się do wyjścia i pożegnałem z wujem, ciotką i matką. Wsiadłem na rower i pojechałem do pracy w bibliotece uniwersyteckiej, gdzie skończyłem literaturoznawstwo. Po drodze kupiłem najnowszą gazetę, aby zobaczyć, co słychać u mojego znajomego Adolfa. Bo trzeba wam wiedzieć, że człowiek, którego zdjęcie redaktorzy podpisują jako fuhrera Rzeszy, ma dziwnie podobną do uratowanego przeze mnie podczas Przebudzenia Adolfa. Pomimo złośliwych aluzji wysnuwanych przez tego parszywego Kościeja, nie sądzę, ażebym miał jakiś realny wpływ na losy tego człowieka. Ot, Przebudzenie było wyolbrzymioną i symboliczną wizją, na którą nie miałem większego wpływu. I tak jest, niezależnie od tego, co złośliwie sugeruje tymi swoimi enigmatycznymi pytaniami ten trupi kocur.

Po drodze wpadłem jeszcze do Alfreda Goldsteina, aby porozmawiać z nim chwilkę. Okazało się, że dostał kilka listów, w tym od swojej siostry, będącej maginią w sprzymierzonej z naszą fundacji z Berlina. Wszystkie listy wskazywały na złą sytuację narodu żydowskiego, do którego należała rodzina Goldsteinów, w Rzeszy. Według zapowiedzi, magowie z tej fundacji mieli przybyć do Lwowa w niedługim terminie. Przy okazji, zostałem zaproszony na kolację, na której miała być także była asystentka Alfreda, a przy okazji moja ex-żona, Marysia, która także jest maginią. Podobno znalazła sobie niedawno jakiegoś nowego, przystojnego znajomego - cóż. I bardzo dobrze, niech jej to na zdrowie wychodzi. Całe szczęście, że obydwoje potrafiliśmy rozstać się jak dojrzali ludzie i nie zrywać znajomości. To małżeństwo było od początku skazane na porażkę, nie warto pisać. Obiecałem przyprowadzić na kolację także Bezdomnego Iwana, mojego dobrego znajomego z Fundacji, który jest dość... ekscentrycznym Synem Eteru. Przy okazji, Alfred wyjawił mi informacje na temat prowadzonych przez niego i Weronikę Edermann, kolejną moją znajomą, badań nad nowym portalem, z którego możnaby korzystać się w celu przeniesienia się do Umbry. Węzeł na Uniwersytecie to zdecydowanie za mało - według słów Alfreda, potrzeba nam "wyjścia zapasowego". Ku zdziwieniu mojego mentora, zgodziłem się pomóc bez szemrania. Jako miejsce poszukiwań został wskazany mi stary, opuszczony bunkier, położony 20 kilometrów za Lwowem. Postanowiłem udać się tam jeszcze przed kolacją. W końcu, było to miejsce bezpieczne, a ja i tak nie miałem zbyt wielu rzeczy do roboty po pracy.

W przerwie, przy pomocy Kościeja, który tym razem ku mojemu zdziwieniu wykonał moją prośbę bez ociągania, odnalazłem Bezdomnego Iwana. Przeżył lekki szok podczas spotkania z moim Awatarem, ale uspokoiłem go, że Kościej nie jest wysłannikiem Technokracji. Już wyjaśniam - Iwan cierpi na chroniczną paranoję i nieustannie wydaje mu się, że agenci Technokracji nieustannie dybią na jego życie. Ma to swoje zalety, szczególnie, kiedy jest się z nim na piwie i koniecznie chce sprawdzić, czy jego trunek nie jest zatruty. Więc prosi o wypicie kilku łyków z jego kufla, co oznacza zawsze kilka lyków zupełnie za darmo. Po zapewnieniu, że w okolicach bunkra nie będzie Technokracji Iwan zgodził się podwieźć mnie w tamte okolice. I tak też się stało. Po zakończeniu pracy pojechałem we wskazane przez Alfreda miejsce zdezelowanym, rozklekotanym automobilem Iwana. Gdzieś dwa kilometry przed miejscem docelowym okazało się, że droga się urywa - a Iwan za żadne skarby świata nie chciał pozostawić swojego technicznego cudeńka bez opieki. Wziąłem więc od niego jego prototypową, niewypróbowaną jeszcze strzelbę (chociaż, znając Iwana, mogłem spodziewać się na pewno ciekawego urządzenia) i ruszyłem dalej sam. Przy okazji rozpadało się i zaczęło się ściemniać. Jednym słowem - wymarzona sceneria do zwiedzania opuszczonych bunkrów, job ich mać...

Drzwi od tego starego i dziwnie umiejscowionego, austriackiego bunkra były zamknięte. Dziwne, ale po mocniejszym popchnięciu zamek ustąpił. Widać, że nie był ukończony, ponieważ za drzwiami znajdowały się tylko trzy pomieszczenia. Pomagając sobie improwizowaną z gałęzi pochodnią przeszukałem je i odnalazłem zejście do o wiele starszych, wykonanych chyba jeszcze w średniowieczu tuneli kopalni. Wkroczyłem do nich, jednocześnie przepatrując Rękawicę w poszukiwaniu miejsca występowania najcieńszej bariery. Trafiłem w końcu na ślad coraz to cieńszego "śladu" na Rękawicy i bez wahania podążyłem za nim. W końcu trafiłem do niedużej groty, przez którą płynął drobny strumyk. To właśnie w tym miejscu ślad kończył się najsłabszą granicą między światem rzeczywistym a Umbrą w tej okolicy. Już chciałem zbadać to miejsce, kiedy okazało się, że nie jestem tutaj sam... Widok postaci, która widocznie także mnie zauważyła w mig wyjaśnił mi, dlaczego drzwi wejściowe były zamknięte. A to miało być miłe i bezpieczne przeszukiwanie...
0
Nikt jeszcze nie poleca tej notki.
Poleć innym tę notkę

Komentarze


~Kościej

Użytkownik niezarejestrowany
    "Miau!"
Ocena:
0
"I pamiętaj Pawle, ja to wszystko co tu piszesz widzę ... Pozdrawiam, Kościej >^.^
21-06-2006 23:04

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.