string(15) ""
» Blog » Warszawskie jazdy
27-05-2007 16:49

Warszawskie jazdy

W działach: marudzenie | Odsłony: 1

Warszawskie jazdy

Tekst zawiera treści antywarszawskie i jest osobistą opinią autorki. Nie jest przeznaczony dla osób WAWrażliwych.

 

 

Dużo mówi się o romantycznej atmosferze Paryża lub żywiołowości Nowego Jorku. Napisano co najmniej kilkanaście książek, których akcja rozgrywa się w mrocznym klimacie Londynu. Tokio z kolei jest uosobieniem dwojakiej natury człowieka – jego dążenia do nowoczesności i wygód w dzień oraz potrzeby tajemniczości i zaspokojenia głęboko skrywanych pragnień w nocy. Każde z tych miejsc jest fascynujące i niepowtarzalne. Każde jest z pewnością warte tego, by poświęcić mu trochę uwagi i być może nawet je zwiedzić. A zastanawialiście się może kiedyś, jaką atmosferę ma Warszawa?

 

Większość osób, które znam określa Warszawę jako miejsce szare, brudne i nieprzyjemne. I trudno mi nie przyznać im racji, jako że są przyjezdnymi i zaczynają zwiedzać Warszawę od Dworca Centralnego. Inni, zazwyczaj ci, którzy czują się Warszawiakami, bronią dobrego imienia stolicy i jednym tchem wymieniają miejsca „wyjątkowe, piękne i warte odwiedzenia” – starówka, Łazienki, Pola Mokotowskie czy Park Wilanowski. Problem w tym, że w Warszawie nie ma miejsca uniwersalnego i tak jak w lecie najlepiej jest wybrać się na przechadzkę na Pola Mokotowskie, by zażyć odrobiny studenckiej radości życia, tak zima najpiękniejsza jest chyba w Łazienkach, gdzie przyroda, szczelnie otulona śniegową pierzynką pozwala wyciszyć się i uciec od zgiełku miasta.

 

Jeżeli ktoś spytałby mnie jednak, co o tym mieście sądzę, odrzekłabym, że go nienawidzę. I powodów mogłabym wymienić co najmniej kilkaset. Jednak nieodmiennie, kiedy tylko zaczynam zrzędzić, zauważam, że czuję się w nim coraz bardziej swojsko, coraz pewniej siebie i coraz mniej jest mi wszystko jedno, co się tutaj wyrabia. Jest to paradoks, który sprawił kiedyś, że na powrót zachciało mi się żyć. Na samym początku miasto budziło we mnie lekką odrazę – droga ze stacji na stancję a potem na uczelnię i z powrotem była długa i nudna jak flaki z olejem. Komunikacja była dla mnie jeszcze problemem na miarę węzła gordyjskiego a znajomi zostawali daleko, 300 km od Warszawy. Trudno było więc o to, żebym czuła się w nim szczęśliwa.

 

Wtedy jedynym atutem była dla mnie samodzielność, jaką wymuszał na mnie brak obecności znajomych twarzy i miejsc. Czułam się, jakbym przybyła do innego kraju, borykałam się z przestawianiem mózgu na inną mentalność i nie miałam ochoty do nikogo się zbliżać. Mnie, dziewczynie wychowywanej w małym i średnim mieście, trudno było wypracować sobie ten rodzaj szczelnie zamkniętej otwartości – uśmiechanie się do obcych ludzi i udawanie, że się ich zna a jednocześnie ignorowanie znajomych mi twarzy, żeby się nie narzucać. Z czasem jednak zaczęłam doceniać, ze oprócz izolacji Warszawa oferuje też anonimowość. Niestety, nie cieszyłam się tą myślą zbyt długo – okazało się, że babcie podwórkowe to odpowiedniki sąsiadek w miasteczkach i że wiedzą o tobie wszystko. A to dzięki błędnemu założeniu, że nikogo obchodzi, co suszysz na balkonie i o której wychodzą od ciebie znajomi.

- A widziała pani, że oni nie noszą obrączek?

- Oni mieszkają we dwóch i nigdy nie odwiedzają ich żadne dziewczyny. Ja pani mówię, to pewnie jacyś pedofile! (zasłyszane na klatce jednego z bloków na Saskiej Kępie)

 

Kiedy wynajmowałam mieszkanie z kolegą ze studiów, nasze babcie osiedlowe zawsze chwaliły, że „mój mąż” to dobrze wychowany młody człowiek. Kiedy przyjeżdżał do mnie brat i razem wychodziliśmy na piwo, barmani pytali się go „A co dla dziewczyny?” A kiedy odwiedzała mnie przyjaciółka i wybierałyśmy się razem na miasto, ludzie starali się skrzętnie ukryć zmieszanie lub zgorszenie, kiedy szłyśmy pod rękę. Nie była to oczywiście jedyna kwestia, w której społeczeństwo warszawskie okazywało się zagubione. Ceną za anonimowość jest przecież pozwolenie na to, żeby dać się wpisać w szary, bezmyślny tłum i poddać się codziennemu rytuałowi szeroko zakrojonej generalizacji, oczyszczającej nas z grzechu pierworodnego, jakim jest wyjątkowość, niepowtarzalność, indywidualizm.

 

W ten sposób Warszawa, ta śmierdząca dziura porośnięta gdzieniegdzie kępkami zieleni, zyskała dla mnie nową osobowość. Już nie mierzi mnie cuchnący bezdomny w tramwaju. Wiem, że jego odór jest częścią tego miasta, że dzięki swojemu cierpieniu ten człowiek usprawiedliwia jego istnienie. Bo czymże byłoby miasto piękne, pachnące, z prostymi drogami i czystymi przystankami, bezpieczne i spokojne? Nie poczułabym nigdy lekkiego odrętwienia ze strachu, krocząc pospiesznie z ronda Waszyngtona w stronę Parku Skaryszewskiego o trzeciej nad ranem, wietrząc z głowy resztki procentów i wmawiając sobie, że złodzieje o tej porze już śpią. Nie nauczyłabym się mówić „nie” bezdomnemu przy domach centrum, który błaga drżącym głosem o kilka groszy, gdybym nie widziała kiedyś, co on za te pieniądze potem kupuje. I pewnie nadal kwestionowałabym bezwzględny szacunek dla praw wyborczych emerytów, którzy - wodzeni za nos przez wpływowe media - oddają głos na najgorszą z możliwych opcji, gdybym nie odwiedziła kiedyś jednego z nich i nie zobaczyła w jak skrajnym ubóstwie ci ludzie żyją i jak bardzo pragną odmienić swój los zanim przyjdzie ich czas.

 

Jeżeli kiedykolwiek uważałam, że jest mi w jakiś sposób ciężko i źle na świecie, to Warszawa nauczyła mnie patrzeć na moje własne życie z większym optymizmem, bo wiem, jak daleko od dna się znajduję, wiem gdzie można spaść i co stracić. Kiedy patrzę w ten dół kloaczny przez jakieś dwie godziny dziennie, w drodze do pracy i z powrotem, a potem porównuję to z moimi małymi sukcesami, to czuję się szczęśliwa, spełniona i przerażona. Czuję codzienną potrzebę pielęgnowania obrazu Warszawy jako cuchnącego wrzodu, pełnego połamanych strupów i zielonej ropy. Nabieram wtedy energii, żeby rozpaczliwie piąć się dalej w górę – dosłownie i w przenośni - tam, gdzie tylko z rzadka dobiegnie mnie smród likwidowanego już Stadionu, piwniczna stęchlizna Centralnego doprawiona mocno odorem tysięcy spoconych ludzkich ciał czy ciężki ołowiany posmak powietrza w ścisłym centrum. Warszawa zdecydowanie jest koszmarem, który budzi do życia!

0
Nikt jeszcze nie poleca tej notki.
Poleć innym tę notkę

Komentarze


Neurocide
   
Ocena:
0
Mam tekaie dwie podróżnicze zasady: nigdy nie pojadę do Wa-wy i nigdy do Zakopanego.
27-05-2007 17:30
~%

Użytkownik niezarejestrowany
    Brzydka i co z tego?
Ocena:
0
Z ciekawostek polecam sprzedawac ksiazki na dworcu Warszawa Srodmiescie(smrod i nocki z bezdomnymi spiacymi wokol stoiska), dojezdzac do pracy z Konstancina Do Ursusa platna 450 zeta miesiecznie(drukarnia nalezaca do Agory).

Jednak do Warszawy nic nie mam, zgwalcili ja wszyscy po kolei tyle razy, ze ladniejsza nie bedzie. Po kazdym miescie mozna sobie pojechac.
27-05-2007 17:50
Aki
   
Ocena:
0
"To kocham to miasto zmęczone jak ja
Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje
Gdzie wiosna spaliną oddycha"
27-05-2007 18:06
~Bartosz 'Kastor Krieg' Chilicki

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Jednak do Warszawy nic nie mam, zgwalcili ja wszyscy po kolei tyle razy
Mam dokładnie to samo wrażenie. Idziesz ulicą i widzisz utykającą boso obdartą, ubrudzoną, skrwawioną, niestarą jeszcze kobietę, po której doskonale widać iż jeszcze nie tak dawno była pierwszej urody. Widzisz kobietę ubogą. Widzisz kobietę żebrzącą. Widzisz kobietę z podbitym okiem.

Twoja wewnętrzna reakcja mówi wszystko o tobie. Wszystko. Oceniasz ją? Gardzisz? Pomóż. Podaj rękę. Obmyj twarz, jeśli tylko jesteś w stanie. Pozwól odzyskać choć skrawek utraconej godności.

Znam tę kobietę. Mijam ją każdego dnia w drodze do szkoły, pracy, na piwo. Nie umiem zdobyć się na pogardę, nie umiem opluć, skomentować, wyszydzić za plecami.

Uwielbiam tę "kobietę" za to jaką kiedyś była. Współczuję jej obecnej niedoli. Ufam, iż znajdzie dość siły i życzliwych ludzi, by podźwignąć się z upadku.

Podziwiam gospodarność Poznania, społeczność Wrocławia, kulturę Krakowa.

Warszawa jest jedna. Niepokonana.
27-05-2007 18:08
CE2AR
   
Ocena:
0
Nie przeczytałem całego wpisu, bo nie lubię takiego stylu wypowiedzi: „Oojej ale w tej Polsce jest źle, strasznie, brudno i tragicznie”

Rozśmieszył mnie za to nieco pierwszy akapit, autorka była kiedykolwiek w Tokio, Nowym Yorku, Paryżu, Londynie? Może ta legendarna atmosfera tych miast to bzdura i nie jest tam wiele lepiej jak w Warszawie?
27-05-2007 18:56
Hekatonpsychos
    Sed contra...
Ocena:
0
A ja dla odmiany Warszawę jako autochton lubię. Ale, co ciekawe, nie ze względu na Łazienki, Wilanów, czy Starówkę. Nie uważam, by tam należało sę doszukiwać jej mocnych stron. Warszawa to miasto szczegółu, smaczku, kontrastu, i swoistej prasko-warszawskiej dychotomii, nie wielkich, "klimatycznych" obiektów (np. krakowskiego Rynku).

Zresztą, myślę, że na każdą metropolię trzeba patrzeć przez odpowiedni "filtr". Łódź dla przykładu nigdy nie będzie dla mnie estetycznie wartościowym miastem, choć kulturalnie potrafi zawstydzić nawet Kraków, czy Wrocław. Osoba, która mówi, że Łódź jest brzydka, czy "kiepska" (cokolwiek to oznacza w odniesieniu do miasta) utożsamia miasto z budynkami, niepotrzebnie abstrahując od mieszkańców, czy atmosfery.

I na koniec ciekawostka - zwłaszcza dla osób, które uważają, że stolica jest mało zielona. Warszawa jest jedynym tak dużym miastem w Europie (poza Oslo ;-) ), które da się przejść z samej północy (Lasek Młociński) na samo południe (Wilanów) właściwie nie wychodząc (poza przekraczaniem ulic) z terenów parkowo-leśnych. Pomijam już fakt, że to jedna z najbardziej zielonych stolic na naszym kontynencie. Szkoda, że niewiele osób to wie poruszając się wzdłuż głównych, rzeczywiście raczej betonowych arterii.
27-05-2007 19:11
Gruszczy
   
Ocena:
0
Bardzo sprawnie napisany kawałek tekstu, niezwykle mi się podoba. Nie żebym miał coś do Lonki, bo o niej też się bardzo fajnie czyta, ale chętnie zapoznałbym się z większa ilością takich wpisów. Naprawdę świetnie mi się czytało.
27-05-2007 21:32
bukins
   
Ocena:
0
Czy mam dziwne wrażenie, czy też po prostu blogi kobiecie czyta się znacznie lepiej aniżeli całą resztę? ;)

Tak, mi również czytało się świetnie tę notkę :)

Szczecin (miasto w którym studiuje) jest żartobliwie nazywany wioską z tramwajami bądź prowincją. A jak dla mnie, to niezwykle ciekawe miasto. Codziennie dowiaduje się czegoś nowego i będąc w tej miejskiej dżungli, spoglądam na niektóre sprawy w całkiem inny sposób niż dotychczas.
27-05-2007 23:45
~Bartosz 'Kastor Krieg' Chilicki

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Gruszczy, bukins - nie weźcie tego do siebie, ale... możecie proszę sprecyzować dlaczego wam się ją dobrze czytało?

Mi się fajnie nawet czyta o Lonce, ale powyższa notka napawa mnie obrzydzeniem. Głównie do zdolności nieustannego czarnowidzenia i jeszcze rozsiewania swej odrazy.

Nawet "pozytywna motywacja" jest IMO sarkastyczna. Nie wiem, jak lubię czytać teaver, tak tę notkę czytało mi się paskudnie.
27-05-2007 23:56
bukins
   
Ocena:
0
"możecie proszę sprecyzować dlaczego wam się ją dobrze czytało?"

Kastor, a przypadkiem to nie jest tak, że twoje obrzydzenie bierze się stąd, że mieszkasz w W-wie? ;)

Całą notkę czytało mi się dobrze z tegoż względu, że sam mam podobne odczucie, ale do innego miasta. I może też dlatego, że również pochodzę z małej mieściny i patrzę nieco inaczej na życie w dużym mieście.
28-05-2007 00:15
~Bartosz 'Kastor Krieg' Chilicki

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@bukins
Nie baudzo, jakby Teaver pojechała tak po Łodzi, albo gdybym był gdańszczaninem i Teaver przyłożyłaby Warszawie właśnie, byłbym tak samo zniesmaczony, podejrzewam.

Generalnie, przestrzeń prywatna jest taka, jaką sobie wykreujesz. Owszem, moi współobywatele w komunie miejskiej śmierdzą. Ale ci krakowscy, czy trójmiejscy fiołkami nie pachną. A skoro tak, to gadamy o rzeczach ogólnie znanych i wiadomych.

Budynki użyteczności publicznej należy sprzątać, tak samo jak ulice, skwery, trawniki, nie należy ich zaśmiecać ani dewastować, należy myć się codziennie, zwłaszcza w upały.

Poza tym, część nastawienia notki jest (broń Boże niczego Teaver nie ujmując, stada ludzi tak mają, to mechanizm społeczny) sensu stricte małomiasteczkowa.

Cytując:
Mnie, dziewczynie wychowywanej w małym i średnim mieście, trudno było wypracować sobie ten rodzaj szczelnie zamkniętej otwartości – uśmiechanie się do obcych ludzi i udawanie, że się ich zna a jednocześnie ignorowanie znajomych mi twarzy, żeby się nie narzucać.
O ile pierwsze rozumiem, sam jestem z amerykańska wręcz uśmiechnięty i zawsze uśmiech odwzajemniam, to potrzeba "ignorowania znajomych celem nie narzucania się"?!

Gdyby mnie znajomy olał udając że mnie nie zna, słowem bym się do niego więcej nie odezwał. Ten sam język fobii, kompleksu, nienawiści i odrazy przewija się przez całą notkę niestety. Dlatego, czytało mi się paskudnie.

Nie powiecie mi ani ty, ani Teaver, przecież, że babcie plotkarki, albo ludzie robiący założenia odnośnie twojej osoby na podstawie pozorów to problem tylko wielkomiejski, a wręcz stricte warszawski. Albo żebracy kupujący wódę, żura czy fiolkę kompotu na bajzlu opodal.

Zlitujcie się, wścibstwo i dulszczyzna są powszechną domeną polactwa, niestety. Babcie się ignoruje, a w razie nieprzyjemności zjeżdża od stóp do głów jasno kreśląc granice swojej prawnie chronionej prywatności. Żebrakom oferuje się bułkę z kiełbasą, herbatę albo ciepły posiłek. Ćpuni i pijacy odpadają momentalnie. Potrzebujący skorzystają.

Osobiście, czuję potrzebę pielęgnowania obrazu Warszawy przedwojennej, pięknej, bogatej, wyidealizowanej wręcz. Potrzebę przykładania tej miary do widoku Warszawy dzisiejszej i radowania się każdym milimetrem, gdzie przylega jak powinna.

Warszawa, owszem, budzi mnie do życia. Bo pokazuje, iż jeśli z takiego dołka i splugawienia w jakim jeszcze niedawno była, można się zacząć dźwigać, stawiać sobie cele i realistycznie do nich podchodząc pomału je realizować, to można wszystko.
28-05-2007 00:32
senmara
   
Ocena:
0
Mi też czytało się świetnie ;)
Może dlatego, ze moje myśli biegna podobnym torem, gdy przemierzam Poznań. Takie same kontrasty jak burżujski sklep i odrapana kamienica. U nas okolice rynku i wilda są okropne. Nie mówiąc o Jerzycach i Ogrodach. Jednocześnie w zakazanych podwórkach, w które nigdy bym nie weszła kwitna teraz kępy jaśminów i akacji. Na miejscach starych kamienic buduje sie nowe plomby. Nocny kontrast dzieci, które nie mogą wrócic do domu bo starzy piją a wypindrzone nastolatki idące na dyskotekę. Przyznać, ze to sie lubi jest w pewnym sensie horrorowe ;) Jest to zgoda na rzeczy, z którymi normalnie nie mamy i nie chcemy mieć do czynienia.

O ile pierwsze rozumiem, sam jestem z amerykańska wręcz uśmiechnięty i zawsze uśmiech odwzajemniam, to potrzeba "ignorowania znajomych celem nie narzucania się"?!
A co powiesz o sytuacji, gdy ktoś ma łzy w oczach, pytasz grzecznie : co jest? A ten odpowiada: wszystko w porządku?
Wydaje mi się, ze wśród "miejskich" znajomych jest zgoda na niewidzenie pewnych rzeczy, takich jak bicie przez partnera, kłopoty z bankiem, alkoholizm i zdrady.
W małej miejscowości widzi sie i wytyka palcami, w duzej widzi, ale udaje, ze nie.
28-05-2007 10:02
~Bartosz 'Kastor Krieg' Chilicki

Użytkownik niezarejestrowany
    @senmara
Ocena:
0
A co powiesz o sytuacji, gdy ktoś ma łzy w oczach, pytasz grzecznie : co jest? A ten odpowiada: wszystko w porządku?
Kwestia wyczucia sytuacji. Albo jest to osoba która nie życzy sobie wcinania się w jej prywatność, albo jest to osoba której trzeba pomóc się otworzyć.

Przykład z ciepłych dni minionej jesieni - na "Patelni" nad stacją metra Centrum siedzi prześliczna dziewczyna. Siedzi sama, z dala od ludzi, w miejscu którym akurat przechodziłem, wychodząc z windy. Siedz i płacze tak rzewnie i przejmująco, że serce się kraje.

Też na początku usłyszałem "Nic takiego". Ale trzeba wyczuć, kiedy jest to grzecznościowo-honorowe "Nie chcę robić ci kłopotu swoją osobą, zawracać głowy", a kiedy "Nie mam zamiaru o tym mówić, odejdź". Usiadłem, wciągnąłem ją w rozmowę, przytuliłem i dałem wypłakać się w mankiet. Ot, historia jak życie, dziewczyna miała się hajtać w ciągu tygodnia, a facet jej marzeń, dotąd najcudowniejszy pod słońcem, tego dnia rano, zupełnie bez powodu, z czystego kaprysu sprał ją na kwaśne jabłko. :/

Wydaje mi się, ze wśród "miejskich" znajomych jest zgoda na niewidzenie pewnych rzeczy, takich jak bicie przez partnera, kłopoty z bankiem, alkoholizm i zdrady.
Nie wśród moich znajomych. Nie wśród ludzi wśród których mam ochotę się obracać. Uważam taką postawę za zakłamaną. U mnie i wśród "moich" zawsze było tak, że każdy ma szeroki margines prywatności, jeśli koniecznie chce go utrzymać. Zawsze jednak normalną sprawą było "wtrącanie się" i "ciekawość" - nie na zasadzie wścibstwa, ale autentycznej troski o ważną dla ciebie osobę i jej dobrobyt.

Sorry, ale jeśli facet mojej kumpeli ją bije, ma ze mną do czynienia. Jeśli facet mojej kumpeli jest sadystą, który znęca się nad nią psychicznie, szydzi z niej i upadla ją - ona nie waha się mi o tym powiedzieć, a ja radzę jej, w prostych żołnierskich słowach, żeby pozbyła się tego ścierwa. Jeśliby ktoś miał problemy z utrzymaniem rodziny, a ja miałbym margines bezpieczeństwa finansowego - może liczyć na wsparcie.

Nie wiem, może to kwestia wychowania na mocno przedwojennym w zasadach i "honornym" jeszcze 15-20 lat temu Czerniakowie. Dla mnie jednak jest to jedyna właściwa postawa.

W małej miejscowości widzi sie i wytyka palcami, w duzej widzi, ale udaje, ze nie.
Oba przypadki to przykłady zakłamania i dulszczyzny. Oba pojawiają się wszędzie. Oba nie powinny być standardem i dobrze choć zacząć od siebie. Tyle.
28-05-2007 10:29
senmara
   
Ocena:
0
Oba nie powinny być standardem i dobrze choć zacząć od siebie. Tyle.

Problem polega na tym, że, jak podejrzewam osoby tu sie wypowiadające nie mają bijących partnerów ani nie są biedni (wyznacznikiem jest dostęp do internetu, wykształcenie i pewne obycie kulturalne).
Moje koleżanki nie są bite ani bez środków do zycia i z dzieckiem na karku. Niektóre zarabiają więcej niz ich faceci no i wiecej niz średnia krajowa.
Jednak niektóre rzeczy widze na ulicy, czytam, słyszę.
Może odsetek ubóstwa i patologii jest taki sam w każdej miejscowości, ale w małej to będzie 10 bezdomnych, w Poznaniu kilkaset razy więcej. W duzych miejscowościach wszystko widać bardziej - są większe pieniądze, większe różnice wychowania i zamożności, większa konkurencja. W małych miejscowościach jest to uśrednione. Tylko na styku kontrastów zachodzą pewne zjawiska i da tie przeprowadzić obserwacje.

Być moze masz takie zasady, by pomagać ludziom na ulicy, wyciągać rękę do narkomanów (no bo chyba nie chodziło o podryw tylko pomoc bliźniemu :P) i wchodzić komuś do domu. Mój samarytanizm wobec obcych kończy sie na daniu pieniędzy bezdomnemu (tylko w bezpiecznym miejscu), zadzwonienie po karetke czy wpłacenie kasy na wybrany cel. Wywodzi się to z wielu zasad, nauczek i wychowania, o których nie będę teraz mówić. Ale uważam jedno - nie można pomóc komuś, kto nie chce sam sobie, oraz, ze nie uratuję całego świata.
28-05-2007 11:04
~Bartosz 'Kastor Krieg' Chilicki

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ale uważam jedno - nie można pomóc komuś, kto nie chce sam sobie, oraz, ze nie uratuję całego świata.
Ależ, oczywiście. Z tym, że jak widzę że ktoś "leży i krwawi" to staram się pomóc w miarę własnych możliwości, a nie tylko uciszyć sumienie. O tym właśnie mówię. Jedni zadzwonią po karetkę i mają "z głowy", inni będą "odwiedzać w szpitalu".

Chodzi nawet nie tyle o rodzaj reakcji per se, co o postawę i percepcję. Nie wystarczy jedynie widzieć że jest źle i umieć to wytknąć. Warto kreować własne otoczenie na przyjaźniejsze. What goes around, comes around.
28-05-2007 11:29
vanderus
   
Ocena:
0
To ja krótko w odpowiedzi link:
http://vanderus.polter.pl/,blog.ht ml?3127
:D
28-05-2007 13:30
teaver
    :)
Ocena:
0
Dzięki za wszystkie wpisy!

Przeczytałam wszystkie komentarze i cieszę się, że jest tyle osób, które ma odmienne zdanie. :) Różnorodność zawsze jest dobra i przyznam szczerze, że bałam się trochę reakcji na tą notkę, bo nie byłam pewna jak zostanie odebrana. Ale surprise, surprise - zrobiła się z tego dyskusja.

Cytat:
Nawet "pozytywna motywacja" jest IMO sarkastyczna. Nie wiem, jak lubię czytać teaver, tak tę notkę czytało mi się paskudnie.

Ależ ja jestem sarkastyczna! Jestem też uprzejma, nerwowa, złośliwa, a także wulgarna, opiekuńcza, czuła i agresywna. Sęk w tym, że nie każdy chce przyznać mi prawo do wszystkich zachowań. Podobno wyglądam na fajną, miłą dziewczynę i wszyscy oczekują, że będę się tak zachowywać, nawet jak mnie szlag trafia. Ale ja nie jestem czyimś wyobrażeniem, tylko człowiekiem z krwi i kości. Oj, trochę tolerancji wobec teaver-człowieka, mój drogi. ;) Weź przykład z senmary:

Cytat:
Nocny kontrast dzieci, które nie mogą wrócic do domu bo starzy piją a wypindrzone nastolatki idące na dyskotekę. Przyznać, ze to sie lubi jest w pewnym sensie horrorowe ;) Jest to zgoda na rzeczy, z którymi normalnie nie mamy i nie chcemy mieć do czynienia.

I to się nazywa umiłowanie życia - kochać je takim, jakie jest - piękne i obrzydliwe, zmysłowe i obleśne... Bo przecież fakt, że coś ignorujesz wcale nie znaczy, że to zniknie. To jest i będzie i lepiej zacząć to akceptować, choćby i dla własnego zdrowia psychicznego.


(A co do pomocy i współczucia innym w dużym mieście: kiedy mieszkałam na Saskiej Kępie dzwoniłam raz po policję, bo sąsiad z góry lał żonę tak, że aż mi meble w mieszkaniu podskakiwały - słyszałam jak rzucał nią po ścianach a ich dzieci wyły jak opętane. Sąsiadki, które ich znały od lat wcale się tym nie zainteresowały. Wręcz przeciwnie - przestały się do mnie przez jakiś czas po tym incydencie odzywać. Podobno uznały, że się wtrącam w czyjeś rodzinne kłopoty. Ale mnie to P*&^%. Najważniejsze, że już więcej się to nie powtórzyło.)
28-05-2007 13:55
~Bartosz 'Kastor Krieg' Chilicki

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
(A co do pomocy i współczucia innym w dużym mieście: kiedy mieszkałam na Saskiej Kępie dzwoniłam raz po policję, bo sąsiad z góry lał żonę tak, że aż mi meble w mieszkaniu podskakiwały - słyszałam jak rzucał nią po ścianach a ich dzieci wyły jak opętane. Sąsiadki, które ich znały od lat wcale się tym nie zainteresowały. Wręcz przeciwnie - przestały się do mnie przez jakiś czas po tym incydencie odzywać. Podobno uznały, że się wtrącam w czyjeś rodzinne kłopoty. Ale mnie to P*&^%. Najważniejsze, że już więcej się to nie powtórzyło.)
I bardzo słusznie zrobiłaś. Atta girl :D

Choć wewnętrzny WoDziarz mówi mi, że po prostu od tego dnia bił ją po cichu. :/
28-05-2007 14:05
evergreen
    Problem
Ocena:
0
polega na tym, że –mimo zmiany ustroju – Warszawa nie znalazła dobrego gospodarza. Tak duża społeczność potrzebuje osoby (bądź grupy), która ma wizję jej rozwoju i siłę, aby tą wizję wcielić w życie.
Buduje się bez sensu i planu. Maszkarony z szkła i stali powstają obok starych kamienic. Transport jest kiepski, budowa mostów stoi, mostów ślimaczy nie ma obwodnicy miasta więc ruch towarowy przebija się ulicami.

To wszystko ma wpływ na ludzi tu mieszkających, którzy czują, że miasto nie jest strwożone dla nich, im przyjazne. Warszawa pędzi w nieznanym kierunku wyznaczanym okresowo przez wypadkową interesów grup inwestorów, radnych itd. Mieszkańców - tych którzy się tu wychowali, jak i przyjezdnych – pochłania ten pęd, bieg bez ładu i składu. Wtedy koło się zamyka – miasto jest takie jak ludzie, ale życie w nim kształtuje też ich samych.

Potrzebny jest plan – stworzenie i zagospodarowanie przestrzeni publicznych, rozwój transportu itd. Gdy stworzy się odpowiednie warunki, społeczność sama zacznie się rozwijać w dobrym kierunku.

Tak długo jednak jak fotel prezydenta stolicy będzie tylko trampoliną do prezydentury nie mamy szans na zmiany. Doświadczenie pokazuje, że najlepiej rozwijają się miasta, gdzie działa sprawny i niepowiązany z partiami politycznymi samorząd (np. Gdynia).

Wiem, że ten wpis brzmi trochę jak z cyklu „wszystkiemu winni politycy, ale cóż – toż przecież to my ich do diaska wybieramy. Prawda ?
28-05-2007 14:53
teaver
    heh...
Ocena:
0
Kastor - szczerze mówiąc, też tak myślę.

A co do tego wyboru... ech, szkoda mówić. Nie znam z mojego otoczenia nikogo, kto głosowałby na Kaczyńskiego a i tak to on wygrał. Mam prezydenta, jakiego nie chciałam i rząd jakiego w życiu bym nikomu nie życzyła. Ja bym tego nie nazwała wyborem, bo to nie był mój wybór i bynajmniej nie czuję się w swoim własnym kraju reprezentowana przez jakąkolwiek opcję polityczną. :P
28-05-2007 22:08

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.