string(15) ""
» Blog » Falkon - nienawykłym okiem
12-11-2013 17:55

Falkon - nienawykłym okiem

Odsłony: 281


No i stało się. Byłem na Falkonie. To mój trzeci konwent w życiu i drugi, który się tak naprawdę liczy (zresztą ten pierwszy to też był Falkon).

Do konwentów mam stosunek nieco schizofreniczny. Z jednej strony członkowie rozmaitych polskich fandomów to na oko ludzie, do których mi blisko i z którymi mam wiele wspólnego. I nie chodzi tylko o zainteresowania, ale o ogólny sposób reagowania i postrzegania. Pewnie, każdy jest inny, ale na konwentach spotykam ludzi, z którymi się dogaduję i w których towarzystwie się dobrze czuję / dobrze bawię. To nie może być zbieg okoliczności!

Z drugiej strony - na konwenty zasadniczo nie jeżdżę. Po części wynika to ze strachu - nawet jak na nerda bardzo słabo odnajduję się w sytuacjach towarzyskich. A raczej - im mniejsza sytuacja towarzyska, tym lepiej się odnajduję. Konwent to dla mnie taka liczba ludzi, że wchodzi dla mnie na poziom zupełnej abstrakcji i niezmierzonej masy ludzkiej. To budzi we mnie prawie patologiczną nieufność i strach. A przełamać się ciężko.

Na to nakłada się fakt, że nie bardzo wiem, co ze sobą na konwencie robić. Jest niby dużo do roboty, ale najlepiej działa to wtedy, gdy zna się ludzi. A u mnie jest Paragraf 22. Nie "siedzę" w fandomie/fandomach, więc nie znam ludzi. Nie znam ludzi, więc nie bardzo mam jak "zaczepić" się o fandom. Na konwencie zaś wzmaga się to w dwójnasób.

Ostateczny efekt jest taki, że moje podejście to "i chciałabym, i boję się". Konwenty to fajne miejsce, ale nie do końca dla mnie. Na szczęście albo nieszczęście czasem próbuję się przełamać i jadę na jakiś, z rozmaitymi efektami.

Tegoroczny Falkon jest dobrą ilustracją mojej ogólnej konwentofobii. Kiedy było dobrze, było naprawdę dobrze. Kiedy było źle, było zdecydowanie słabo.

Na konwent trzeba najpierw przyjechać. Tu miałem szczęście, załapaliśmy się z Narzeczoną na samochód. Na miejscu doszliśmy do wniosku, że będziemy spać w szkole. O tym za moment.

Sam w sobie konwent zrobił na mnie od początku bardzo dobre wrażenie. Dużo przestrzeni, wszystko dobrze ogarnięte, jasne, opisane, obsługa wiedziała, co robi. Od ostatniego konwentu parę lat temu zacząłem oddawać regularnie krew, i niby tańsza akredytacja z tego względu to prawie nic z punktu widzenia mojego portfela, ale podoba mi się taki akcent.

Drugi element konwentu, ważniejszy niż organizacyjno-przestrzeniowo-programowe elementy, to ludzie. Tu oczywiście od początku czułem się jak ryba wyrzucona na brzeg i zupełnie przytłoczył mnie ogrom tłumu, zanim się nieco przyzwyczaiłem.

Przy okazji, szok kulturowy nieco złagodziły mi miłe doznania estetyczne. Od początku pozytywne wrażenie zrobiła na mnie duża liczba fajnych strojów/cosplayów, zwłaszcza u przedstawicielek płci pięknej.

Na samym konwencie, już chyba tradycyjnie, jednocześnie było za dużo do roboty i nie mogłem sobie znaleźc miejsca. Większość czasu spędziłem przy planszówkach. Zagrałem w parę gier i poznałem parę nowych osób. To była dla mnie chyba najweselsza i najbardziej udana część konwentu. Przy graniu w Avalon odkryłem zaskakującą prawdę, że Merlin to Święty Mikołaj - ma brodę, wie kto był niegrzeczny, a do tego musi być dyskretny, bo co i rusz ktoś stara się go przyłapać. Nie rozumiałem, dlaczego w Tok Tok Woodsman jest się drwalem zbierającym korę a nie drewno, zanim ktoś nie zwrócił uwagi, że to KOREańska gra (hurr hurr). A kiedy próbowałem powstrzymać w Pandemic plagę zombie, cywilizację zniszczył katar. Można się tego było spodziewać.

Ogólnie samo planszówkowanie i dość liczne nowe gry, które miałem okazję przetestować - o miłym towarzystwie nie wspominająć - samo w sobie byłoby warte pojechania na Falkon. Z innych wesołych i pouczających zajęć - powalczyłem nieco na Falkon Arenie. Przekonałem się niestety, że nauka "nieuzbrojonych" sztuk walki nie przekłada się na umiejętność machania mieczem, zwłaszcza mieczem prawie nieważkim. Ale jedną walkę udało mi się wygrać!

...niemalże!

Poza niezobowiązującym łażeniem, graniem, próbami okładania ludzi piankowym mieczem niestety skosztowałem Falkonu niewiele. Nie byłem na żadnej prelekcji - jakoś się nie złożyło. Chciałem nawet wybrać się na warsztaty walki puginałem, ale się nie załapałem, a później (gdy dodana została druga "edycja" warsztatu tego samego dnia, 4 godziny później) już nie starczyło mi energii. Do tego jeszcze wydałem może nie majątek, ale dużo więcej niż planowałem. Wciąż nie rozumiem, dlaczego karciane Filary Ziemi (bardzo fajna gra, swoją drogą, polecam) sprzedano mi za jedyne 10 zł (czy ta gra aż tak słabo się sprzedawała, że obniżyli jej cenę? Czy też wydanie gry karcianej jest aż tak tanie? W jedno i drugie ciężko mi uwierzyć...), ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Nawet mimo mojej słabej organizacji czasu, sporej dozy bezcelowego szlajania się oraz faktu, że mało skorzystałem z prelekcji i innych zorganizowanych iwentów, konwent oceniłbym superpozytywnie, gdyby nie dwa zgrzyty.

Pierwszy zgrzyt był natury osobistej. Raz czy drugi miałem fazy czegoś, co się chyba nazywa social anxiety. W efekcie zdecydowanie za dużo czasu spędziłem w dość podłym nastroju, trzymając się z daleka od konwentu i wracając do równowagi i spokoju. Oj, nie nadaję się do jeżdżenia na imprezy masowe.

Po drugie, nie miałem niestety szczęścia do sypialni w podstawówce, gdzie się rozgościłem. Ja wiem, że każdy miał kiedyś te 16-18 lat i nie przeszkadza mi nawet, jak ktoś po nocy rozmawia. Ale jakkolwiek zabawne byłyby wysłuchane przeze mnie głębokie rozmowy toczone przez młodzież na temat imion aniołów i tego, kto jakie demoniczne istoty widział w swoim przedpokoju, toczenie tych rozmów po czwartej nad ranem i przy zapalonym górnym świetle (!) nieco ochłodziło mój stosunek do współlokatorów.

Ale to osobiste zniechęcenie. Gorzej, że niestety miałem wątpliwą przyjemność oglądać, jak owe, skądinąd sympatyczne, młode osoby użerają się z tak zwanymi "zielonymi", pyskują, kłócą się i ogólnie mają problemy i z przestrzeganiem zasad, które im wyłuszczono, i z kulturą osobistą.

Nie bywam na konwentach, ale pewne reguły współżycia międzyludzkiego istnieją i są chyba dość uniwersalne. Więc na wypadek, gdyby jakiś nastoletni przeszły albo przyszły kowentowicz czytał tę notkę (bo starszych już ani nie wypada mi pouczać, ani nie sądzę by byli reformowalni), wejdę na moment w rolę starego, zgryźliwego dziada.

Zasada jest prosta. Jesteś na zorganizowanej imprezie, przestrzegasz zasad tej imprezy. Śpisz w wynajętej szkole - robisz to, o co Cię proszą, bo jesteś gościem i masz gdzie rozwinąć śpiwór dzięki uprzejmości władz szkoły. Jeśli ktoś Ci czegoś nie powiedział, to mówisz "OK, przepraszam, nie wiedziałem", a nie wykłócasz się z osobą, która konwent próbuje organizować i/lub ogarnąć. Niezależnie od koloru koszulki tej osoby. Jeśli nawet "zielony" czy inny reprezentant konwentu jest niekoniecznie cierpliwy jak skała i niekoniecznie miły i uprzejmy, to więcej mam dla niego sympatii niż dla kłócącego się z nim konwentowicza odstawiającego - przepraszam, ale nie da się tego inaczej ująć - niewdzięczną, bezsensowną bucówę.

To tyle jeśli chodzi o negatywne akcenty. A jak oceniam konwent? Cóż, było o wiele lepiej niż się obawiałem, choć było też sporo słabiej niż miałem nadzieję. Ale większość problemów wynikała raczej z moich skłonności do nieukierunkowanej paniki. Czy konwent był dla mnie super wydarzeniem? Nie do końca, liczyłem na nieco więcej. Ale ogólnie myślę, że było OK. Zostawiłem sporo swoich pieniędzy, pobawiłem się z nowymi i starymi ludźmi, znalazłem się w tłumie nerdów, spędziłem czas z moją Narzeczoną i nawet miałem okazję popatrzeć na zaskakującą liczbę bardzo atrakcyjnych konwentowiczek, w cosplayach i nie tylko(1).

Nie wiem jak będzie z moim konwentowaniem w najbliższym czasie, ale to na pewno nie jest ostatni konwent, na który jadę.

I najważniejsza część notki, podziękowania, w kolejności mniej więcej chronologicznej:

  • Maćkowi/Nataku za podwiezienie i przywiezienie z konwentu oraz samo namówienie na wyjazd;

* Mojej cudnej Narzeczonej za to, że chciała ze mną dzielić ten weekend. Oraz za nadnaturalną cierpliwość, kiedy miałem gorsze momenty podczas konwentu.

* Wszystkim organizatorom, gżdaczom, prelegentom i każdemu, kto przyłożył do konwentu rękę;

* Wszystkim sprzedającym, bo byli bez wyjątku rozmowni, fajni i uprzejmi. Po pierwsze, nawet jeśli uprzejmość jest obliczona na sprzedawanie produktów i usług, to świadczy o profesjonalizmie. Po drugie, te cechy da się udawać tylko do pewnego stopnia - powyżej pewnego poziomu muszą już płynąć z serduszka. Widać było, że im zależało. Widywałem już ludzi bardziej usilnie starających się mi coś sprzedać, którzy nie byli w połowie tak mili i fajni ;)

* Wszystkim swoim przeciwnikom z Areny, bo nie dość że się świetnie bawiłem, to jeszcze udało mi się poczynić kilka obserwacji, które (mocno pośrednio) przydadzą mi się w trenowaniu aikido.

* luckowi, za dużo niestety krótszą niż na poprzednim Falkonie rozmowę;

* Wszystkim osobom, z którymi miałem okazję pograć w planszówki, zwłaszcza w Avalon;

* Białemu i Ayame (przepraszam, jeśli przekręciłem Wasze ksywki), za miłe towarzystwo w drodze powrotnej.

Więcej grzechów nie pamiętam.

(1) - Oczywiście, moja Narzeczona była na całym konwencie najpiękniejsza, i absolutnie, w żadnym wypadku nie piszę tego ze strachu przed jej reakcją, jeśli napiszę cokolwiek innego!

Komentarze


Repek
   
Ocena:
0

Szkoda, że nie odezwałeś się przed F, fajnie byłoby Cię poznać. :)

Co do ludzi w sali - najlepiej, jak nie kumają, że nie są na świecie sami, od razu do orgów. I po sprawie.

Pozdro

12-11-2013 21:16
oddtail
   
Ocena:
0

@repek: ja też żałuję, ale jakoś zapomniałem wspomnieć "jadę na Falkon". Następnym razem nie popełnię tego samego błędu ;)

12-11-2013 21:17
Karczmarz
    Hmmm
Ocena:
0

Rozumiem kwestię niechęci do tłumów i trudności z odnalezieniem się, mimo iż w teorii przecież środowisko zdaje się przyjazne. Mam podobnie i dlatego nie przepadam za konwentami. 

12-11-2013 21:53
~głos tłumu

Użytkownik niezarejestrowany
    Ranicie mnie
Ocena:
+1
Jak można mnie nie kochać? - zapytał zdziwiony tłum
Co z wami? - pomyślał oburzony tłum
Smutno mi, przykro mi i źle - tłum załkał nad swym losem.
12-11-2013 22:10
Khiodamat
   
Ocena:
0

Ja też rzadko jeżdżę na konwenty, właśnie z niechęci do tłumów. W ogóle jakoś takoś nie przepadam za ludźmi i sytuacjami towarzyskim.

Ale młodzieży dałabym kopa w tyłki, gdyby mi gadali o 4 nad ranem :D

13-11-2013 12:20
DeathlyHallow
   
Ocena:
+1

no proszę, mamy wspólnego znajomego. i obaj lubimy FATE. trzeba się spotkać.

14-11-2013 14:36
~earl

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ja w ogóle zapomniałem o Falkonie w tym roku i dopiero przypomniałem sobie w niedzielę, jak przypadkowo natrafiłem na jakąś wzmiankę na fejsbuku. Zresztą i tak nie miałbym czasu się na nim pojawić. :(
14-11-2013 22:49

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.