» Film » Seriale » The Clone Wars #10. Lair of Grievous

The Clone Wars #10. Lair of Grievous

The Clone Wars #10. Lair of Grievous
Niekończące się porażki generała Grievousa sprawiają, że hrabia Dooku postanawia sprawdzić, czy jego sługa wciąż jest wart zaufania. Korzystając z faktu poszukiwań Nute'a Gunraya przez Jedi, Dooku podrzuca dwójce z nich, mistrzowi Kitowi Fisto oraz jego byłemu uczniowi, Nahdarowi Vebbowi, wskazówkę prowadzącą prosto do kryjówki Grievousa... Czym jest bestia bez swojej sekretnej, oślizgłej i obowiązkowo mrocznej kryjówki? Niemal każdy czarny charakter Star Wars ma jakieś miejsce, gdzie od czasu do czasu może odetchnąć i snuć swoje diaboliczne plany, bez obawy, że nagle zjawi się u niego kompania Jedi czy innych rycerzy w lśniących zbrojach – oczywiście do momentu, gdy to miejsce nie zostanie odkryte. Darth Vader miał Zamek Bast na Vjunie, Palpatine planetę Byss, Revan i Malak Gwiezdną Kuźnię, hrabia Dooku rodzinne Serenno, Exar Kun jeszcze wówczas nieznany Yavin IV, et cetera. A ponieważ jedyną bestią z krwi (?) i kości – tj. mechanicznego egzoszkieletu – w serialu The Clone Wars jest słynny generał Grievous, nietrudno się dziwić, że padło na tą właśnie postać. Oto Lair of Grievous, czyli kryjówka naczelnego dowódcy Armii Droidów. Most powerful is he who controls his own power. Jest kilka rzeczy, które podobają mi się w tym odcinku. Otrzymujemy dwójkę Jedi, których wcześniej nie widzieliśmy w akcji w animowanym tasiemcu Dave'a Filoniego, jak i niegłupi plan hrabiego Dooku, by wystawić Grievousa na próbę po jego ostatnich niepowodzeniach i jednocześnie pozbyć się paru ważnych wrogów. Fabularnie epizod dziesiąty TCW trzyma się kupy, chociaż z pewnością nie jest w stanie w tej dziedzinie nikogo zaskoczyć, tym bardziej, że prawdziwą perełką Lair of Grievous są sceny walki. Oryginalne, dynamiczne i zaskakujące, trzymają wysoki poziom, ale przede wszystkim zachowują klimat Star Wars. Szczególne wrażenie robi sposób, w jaki generał Konfederacji wykorzystuje swoje podwójne ręce (numer z blasterem doskonale oddaje charakter tego Grievousa, którego znamy z książek i komiksów oraz miniserialu Clone Wars), a także ostatni pojedynek dwudziestodwuminutowej produkcji, gdzie możemy przez chwilę podziwiać praktyczne zastosowanie stylu Jar'Kai. Na ogromny plus zapisuje się również postać droida-doktora i jego nietypowy charakter. Co ciekawe, to jedyny oprócz Dooku bohater, który pozwala sobie na uszczypliwości w stosunku do dowódcy Armii Droidów i uchodzi mu to całkiem bezkarnie. Największym minusem tego epizodu jest fakt, że już po pięciu minutach wiemy, jak on się skończy. Generał Grievous nie może przegrać, Kit Fisto nie może zginąć. Konkluzja? Cała reszta bohaterów musi, kolokwialnie rzecz ujmując, pójść do piachu. Ogromnym problemem są wyświechtane, schematyczne dialogi (wyjątkiem są Dooku i zmechanizowany lekarz), co staje się irytujące zwłaszcza w konwersacjach między dwoma rycerzami Jedi. Czy mistrza Fisto naprawdę nie stać na nic lepszego oprócz "Zemsta nie jest drogą Jedi"? Może się niepotrzebnie czepiam, skoro w Zemście Sithów padały takie "mądrości" jak "Kanclerz jest zły!" i "Nie, to Jedi są źli!". Tak czy siak, zastrzeżenia mam również co do dwóch drobnostek. Pierwszą jest aparycja potworka, którego hodował w piwnicy Grievous; brakuje tylko płomieni i mielibyśmy jak żywo Diablo lub innego bohatera rodem z piekła. Więcej inwencji prosimy. Drugim jest coś, co w przyszłości wywoła napad szału wśród fanów, a mianowicie wzmianka, iż generał z własnej woli poddał się zabiegom cybernetyzacji swojego ciała, gdyż chciał móc się zemścić na Jedi, którzy nie przyjęli go do Zakonu. Nijak to nie pasuje do świetnej historii początków najsłynniejszego z Kaleeshów, jaką znamy z dotychczasowego kanonu. Lair of Grievous jest epizodem dobrym, a w porywach bardzo dobrym, niemniej wynika to głównie z przeróżnych bijatyk, pojedynków na miecze świetlne i strzelanin. Treści jako takiej tu nie uświadczymy, bo ta zawarta weń ogranicza się do banalnej opowiastki o pewnym Jedi, który tak bardzo chciał zniszczyć "tego złego", że doprowadziło to do jego śmierci. Widzieliśmy to dziesiątki razy i to w o wiele lepszym wykonaniu. Tak więc doceńmy ten odcinek za to czym jest – a jest świetnym zbiorem scen walki okraszonych znośną fabułą. To powiedziawszy, warto jeszcze dodać, że Lair of Grievous kończy pierwszą połowę pierwszego sezonu The Clone Wars, a przynajmniej tą jej część przeznaczoną na rok Pański dwa tysiące ósmy. Jak dotąd doczekaliśmy się, w mojej opinii, sześciu dobrych lub średnio dobrych epizodów i cztery słabe. Bilans jest więc na razie dość korzystny, ale czy satysfakcjonujący? Raczej nie. Oby kolejna dziesiątka okazała się lepsza. Ciekawostki:
  • Scenariusz mówi, że miecz świetlny, któremu w tym odcinku przygląda się Kit Fisto należał do mistrzyni Neebo, która zaginęła podczas obrony księżyców Sanjin.
  • Na podbródku Vebba widzimy tylko jedną wypustkę, w przeciwieństwie do kilku u np. admirała Ackbara – jest to oznaka młodego wieku Vebba.
  • Brzęczący dźwięk towarzyszący scenom z udziałem Magnagwardzistów zdaje się dobiegać, przynajmniej częściowo, z samych droidów, nie tylko ich broni.
  • Holokamery w siedlisku Grievousa to ten sam model, którego Jabba Hutt używał w Powrocie Jedi.
Linki:
8.0
Ocena recenzenta



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.