» Recenzje » Star Wars. Republic Commando

Star Wars. Republic Commando


wersja do druku
Star Wars. Republic Commando
Lucas Arts, nie jest w moich oczach studiem szczególnie zasłużonym. Owszem, nie można im zarzucić, że wydają mało gier – zwłaszcza w tak gorącym okresie jak tuż przed i tuż po premierze kolejnego epizodu gwiezdnej sagi. Jednakże poziom tych produkcji nie jest już taki znowu wysoki. Wydawało się, że bezpowrotnie minęły czasy, gdy człowiek siedział przed monitorem, niedojadając i niedosypiając, ale za to dzielnie kosząc szturmowców w Dark Forces, czy posyłał do piachu nędznych pilotów sojuszu w TIE Fighterze... Tak, nie da się ukryć, że to już nie to co kiedyś (choć zdarzają się perełki pokroju KotOR 1 i 2). I pewnie trwałbym w tym przekonaniu do końca, gdyby na moim twardym dysku nie znalazła się nowa gra spod znaku GW a mianowicie Republic Commando...

"A imię jego..." 38?

Wojny klonów trwają. Republika powoli, acz nieubłaganie chyli się ku upadkowi, Anakin Skywalker prze... STOP – co będzie dalej papcio Lucas pokaże w kinie, tymczasem my zajmijmy się cichymi bohaterami tej wojny. Tym, którym historia poskąpiła nawet imion. Oto wcielamy się w dowódcę elitarnego oddziału "Delta" – tajnego komanda klonów. Do pomocy mamy jeszcze trzech żołnierzy o jakże zaskakujących imionach 07, 40 i 62. Dodam tylko, że na szczęście maja oni też swoje pseudonimy, przez co nie wydają się tacy puści. Nasza drużyna (jak na elitę komandosów przystało) jest bardzo wszechstronna – ot mamy tu hakera sapera i snajpera (nawet się trochę rymuje) no i oczywiście siebie (czyli dowódcę – chłopaka od wszystkiego). Pomimo, że odział na klasy jest wyraźny to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jeden z członków zespołu zrobił coś za kolegę (gdy ten jest nieprzytomny – tak tak – w tej grze teoretycznie nie można zginąć, ale o tym za chwilę).

Gra w założeniu miała być shooterem taktycznym i w sumie nim jest... ale dlaczego tylko w sumie? No cóż – do mojego ukochanego Rainbow Six bardzo mu daleko (nie ma planowania akcji przed – po prostu idziesz na żywioł) a członkowie zespołu są nieśmiertelni – gdy przyjmą za dużo obrażeń, padają nieprzytomni i należy ich reanimować, co trwa chwilę, ale zawsze jest skuteczne. To samo może przydarzyć się nam – gdy "zginiemy" obraz staje się mętny, a my cierpliwie czekamy aż nasi chłopcy uporają się z zagrożeniem i nam pomogą. Misja kończy się niepowodzeniem dopiero, gdy cały oddział zostaje wyeliminowany. Skoro nie ma planowania przed akcją więc ani chybi trzeba działać "na żywioł". W wielu miejscach natkniemy się na specjalne punkty, w których nasi podkomendni wykonają ściśle określone zadanie np. będą z za osłony obrzucać wroga granatami. Istnieją też punkty, do których udadzą się wyznaczeni członkowie drużyny (np. wysoko położona pólka – raj snajpera). Musimy więc na bieżąco oceniać sytuację i szybko kalkulować, jak rozstawić swój zespól – bez tego nawet pierwsza misja szybko zakończy się fiaskiem. Inną ciekawą kwestią jest ustawianie agresywności oddziału – wiadomo, że ciasne pomieszczenie szybciej będzie oczyszczone z wrogów, gdy nacierający oddział wpadnie z wykopem i bez krycia się po kątach załatwi kogo trzeba. Gra jest dzięki temu bardzo dynamiczna, ale wciąż wymaga uwagi i myślenia taktycznego.

Słów parę o naszych oponentach. Spotkamy oczywiście droidy federacji, super droidy ale także owadopodobnych Geonosian. Sporo trudności nastręcza pokonanie wielkiego mechanicznego pająka, który dysponuje niebywałą odpornością na trafienia jak i sporą siłą ognia. Gościnnie wystąpiła także jaszczurowata rasa Trandoshian – gwiezdnych przemytników i spiskowców. Wrogowie nie grzeszą specjalną inteligencją. Czasem zdarza im się wykonać akcję mającą przebłysk taktyki, ale w tej materii nie należy spodziewać się wielkich fajerwerków.

"We need guns – a lot of guns"

Ponieważ jest to gra akcji z elementem taktycznym nie może zabraknąć narzędzi zagłady. Na każdą misję komandosi zabierają jedynie standardowe wyposażenie (karabiny laserowe, pistolety, ew. snajperki) – resztę uzbrojenia (miniguny, wyrzutnie rakiet i inne cudeńka) zdobywamy dopiero na wrogu. Ciekawie wygląda sprawa z granatami – oprócz zwykłych detonatorów termicznych mamy granaty emp, ogłuszające – do wyboru, do koloru. Nasi komandosi to rosłe chłopy, ale na szczęście nie noszą całego arsenału na plecach – czasem trzeba wybierać, co zabrać ze sobą, a co zostawić.

Troszkę drażniąca jest kwestia amunicji – poniewiera się ona po prostu na ziemi i wprost krzyczy "podnieś mnie", podobnie jak bezpańskie granaty. O ile w misjach dziejących się w terenie otwartym niespecjalnie to przeszkadza (mogli w końcu zrzucić z powietrza), to w zamkniętych kompleksach za linią wroga jest nieco rażące.

Ciekawostka jest za to broń biała – otóż każdy z komandosów nosi małe, naręczne ostrze, które ukazuje się dopiero podczas ataku, więc gdy przeciwnik zaskoczy nas podczas przeładowania broni możemy sprawić mu niemiłą niespodziankę.

Co jeszcze o sprzęcie – każdy komandos ma osobistą tarczę ochronną, która potrafi wytrzymać sporo trafień oraz hełm z wielofunkcyjnym wyświetlaczem. Widzimy na nim między innymi, gdzie znajduje się następny punkt, do którego należy dotrzeć, w jakiej kondycji są nasi podopieczni, gdzie aktualnie się znajdują i co robią. Dodatkowo dzięki wbudowanym różnym trybom widzenia nie straszne nam mroczne korytarze (noktowizor). Dodatkowo nasz niesamowity hełm ma... elektryczną wycieraczkę! To nie żart! Często gęsto do naszego hełmu przyklei się jakiś zbłąkany odłamek, albo obryzga nas posoka właśnie pokonanego przeciwnika, całkowicie zasłaniając obraz. Wtedy właśnie coś na kształt impulsu energetycznego przepływa od prawej do lewej części wyświetlacza, oczyszczając go z całego tego tałatajstwa.

"They are some kind of commando types..."

To, co wywołało u mnie największy zachwyt jest zachowanie naszych podopiecznych. Od razu widać, że to komandosi z krwi i kości, a nie tylko z nazwy. Idąc cały czas czujnie rozglądają się po okolicy. Czasem na chwilę odwracają się sprawdzają, czy wróg nie zachodzi od tyłu. Nie zbijają się w grupę, broń cały czas trzymają w pogotowiu. Gdy przeciwnik znajduje się bardzo blisko wdają się w walkę na pięści, przerzucają wrogów i stosują wiele chwytów dający natychmiastowy skutek śmiertelny. Również akcje zespołowe są kopią działań nam współczesnych oddziałów specjalnych. Gdy pada rozkaz wysadzenia drzwi pozostali osłaniają sapera a potem zajmują pozycje do szturmu, aby natychmiast po wysadzeniu przeszkody zalać wroga falą ognia. Wygląda to naprawdę dobrze, choć naszym chłopcom zdarza się czasem zaklinować w jakimś wąskim przejściu na amen i nie pomoże wtedy nic, poza Load Game.

Monotonne piękno

Wiemy już kto, wiemy jak, pozostaje pytanie: Gdzie przyjdzie nam działać? Scenerie są trzy – pustynno kamienista Genosis (w cenie wycieczki – zwiedzanie leży Genosian i podziemnej fabryki robotów), Ogromny okręt wojenny (prekursor Star Destroyera) oraz Kashyyk. Wszystkie one wykonane są bardzo porządnie i w tej materii nie było by się, do czego przyczepić, gdyby swoboda ruchu naszych bohaterów nie została tak drastycznie ograniczona. Gdy tylko wyjdziemy na otwartą przestrzeń prawie natychmiast natykamy się na przeszkody, które uniemożliwiają nam zboczenie z "jedynej słusznej" drogi. Co do podziemnych tuneli i korytarzy to owszem są one długie jak włoski makaron, ale niespecjalnie zakręcone – droga do celu jest jedna i programiści postarali się, żebyśmy nie zabłądzili. Wystrój wnętrz jest bogaty, choć także monotonny. Oprócz różnych bardziej lub mniej naturalnych przeszkód (stalaktyty, paczki, beczki i inne takie) napotkać możemy wspomnianą już amunicję i granaty oraz punkty opatrunkowe, dzięki którym zarówno my, jak i nasz oddział możemy podreperować nadszarpnięte walką zdrowie. Oprócz tego natrafimy też na różnej maści terminale do hackowania, drzwi do wysadzenia (choć można też zhackować zamek i zaskoczyć wroga nagłymi odwiedzinami), różnej maści wieżyczki obronne (prawdziwa sól w oku, gdy nacieramy i prawdziwa radość, gdy wpadną w nasze ręce). Czasem wróg stara się uprzykrzyć nam życie kładąc na trasie naszego przemarszu miny, bądź organizując zasadzki, nie mniej jednak nie jest to nic szczególnego. Wizualnie levelom nie można zarzucić nic – koncepcyjnie jest już sporo gorzej. Słowem – duży minus.

Co widzę, co słyszę?

Gra nie odbiega od ogólnie przyjętych na dzień dzisiejszy standardów graficznych, choć, żeby pokazała pazurki trzeba mieć wypasioną kartę graficzną i te parę gigaherców pod maską. Jednakże nawet na słabszych ustawieniach nie ma się, do czego przyczepić. Tekstury są ładne i czytelne, charakterystyczne lokacje (wnętrza statków, wrogowie znani z ekranu) zostały oddane z pieczołowitością i pietyzmem. Jedyne, do czego można się przyczepić to efekty świetlne – które jak na złość nieco odstają od reszty doskonale wykonanych elementów grafiki. Z ciekawostek dodać należy, że filmiki są na silniku gry.

W sferze dźwiękowej również odwalono kawał dobrej roboty. Odgłosy strzałów, wybuchów, agonii, ale także meldunki naszych komandosów, którzy starają się powiadomić nawzajem o wszystkim i często komentują aktualną sytuację na polu walki brzmią fajnie i czytelnie (dodam tylko, że głosu użyczył im aktor grający Jango Fetta w Epizodzie II – Temuera Morrison). Muzyka towarzysząca rozgrywce nie odbiega od ogólnie przyjętego w GW klimatu i porywa do walki.

Kupić czy nie kupić

Pomimo krótkiej i płytkiej warstwy fabularnej gra jest wciągająca. Nie zaskakuje niczym nowym. Zawiera parę smaczków, które fani SW na pewno wychwycą i które ich ucieszą. Ciekawie wkomponowana w fabułę zbliżającego się Epizodu III, z pewnością skróci oczekiwanie na jego premierę. Nie mniej jednak oczekiwałbym więcej niż kilka wieczorów zabawy od gry za 169 złotych.

Galeria

Star Wars Republic Commando
Star Wars Republic Commando
Star Wars Republic Commando
Star Wars Republic Commando

7.0
Ocena recenzenta
8
Ocena użytkowników
Średnia z 3 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Star Wars: Republic Commando
Producent: LucasArts
Wydawca: LucasArts
Dystrybutor polski: Licomp Empik Multimedia
Data premiery (świat): 28 lutego 2005
Data premiery (Polska): 25 marca 2005
Wymagania sprzętowe: Pentium 4 2 GHz, 512MB RAM, karta graficzna z 128MB
Nośnik: 2 CD
Strona WWW: www.swcommando.com
Platformy: PC
Sugerowana cena wydawcy: 169,00 zł

Komentarze


~Xander

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Przeszedłem całą grę i jestem z tego zadowolony, jednak szukam wszędzie dodatków do niej bo się powoli robi nudna. Jakby ktoś znalazł jakiś to na maila pisać.
25-11-2006 14:39
orkołak
    uuu..uuuu
Ocena:
0
co do republic to nie ma dodatków:( dam ci radę pograj w turok evolution jak masz to śię w nią wćiągniesz:) no i w turoku TRZEBA dużo myśleć.
14-01-2007 12:06
Kot
   
Ocena:
0
Tekstury są ładne i czytelne, charakterystyczne lokacje (wnętrza statków, wrogowie znani z ekranu) zostali oddani z pieczołowitością i pietyzmem.

jest
'zostali oddani'
winno być
'zostały oddane'
11-08-2008 12:59

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.