» Literatura » Książki » Imperium kontratakuje – Donald F. Glut

Imperium kontratakuje – Donald F. Glut

Imperium kontratakuje – Donald F. Glut
Mimo, iż książki są najbardziej rozwiniętą gałęzią wszechświata zbudowanego wokół Gwiezdnych wojen, nie zawsze są entuzjastycznie przez fanów odbierane. Szczególnie, jeśli spojrzymy na to z perspektywy czasu. Ludzie Lucasa w pewnym momencie zdali sobie sprawę, że często-gęsto wypuszczają szmirę i powzięli pewne konkretne działania, by ten stan rzeczy zmienić (liczy się to, że coś robią, abstrahując od tego jak im to wychodzi). Do nich należy m.in. dość uważna selekcja pisarzy. Z czasem fani odnaleźli swoich "gwiezdnowojennych faworytów" (bo trzeba przyznać, że część autorów powieści Star Wars pisze całkiem nieźle), poziom się podniósł, a wraz nim wymagania czytelników. Obserwując polski fandom odnoszę wrażenie, że dziś fani patrzą na książki im serwowane dużo krytyczniej niż onegdaj. Jednak jest też pewne niepisane prawo, które ów krytycyzm nieco umniejsza.

Dotyczy ono nowelizacji lub, jak kto woli, książek pisanych na podstawie filmów, które to w jakiś dziwny sposób przyjmowane są z reguły dużo cieplej niż pozostałe. W pewien sposób wydaje się to zrozumiałe – z jednej strony może być to nowelizacja jednego z prequeli, która to ma spore szanse wywrzeć lepsze wrażenie niż film (chociaż nie jest to jakąś wielką sztuką) i wykreować lepszą, ciekawszą atmosferę wokół bazowego dzieła wyświetlanego na srebrnym ekranie; z drugiej może być to próba przelania na papier któregoś z filmów z trylogii klasycznej, przez co przywoływać wspomnienia i swego rodzaju nostalgię. W którąkolwiek ze stron – wrażenie jest raczej pozytywne.

Napisanie takiej powieści, nie jest jednak rzeczą tak do końca łatwą. To prawda, zwykle autor piszący tego typu powieść dostaje główny zarys fabuły "z najwyższej starwarsowej półki", od samego Makera, ale... no właśnie, tu następuje seria "ale". Czego powinniśmy od takiej powieści oczekiwać, co powinna mieć w sobie, aby nie została z miejsca wygwizdana?

Całkiem wdzięcznym obiektem doświadczeń celem odpowiedzenia na postawione wyżej pytanie okazała się generalnie pozytywnie wśród fanów oceniana (zaskoczeni?) powieść Donalda Gluta Imperium kontratakuje. Jako, że jest to nowelizacja filmu, który stał się klasyką kina, uważam za zbędne rozwodzenie się nad fabułą, która (rzecz oczywista) pokrywa się z tą znaną wszystkim z kina. Jeśli jednak wspomniana fabuła pozostaje dla szanownego Czytelnika zagadką i ma on w planach lekturę książki przed seansem filmowym, to z całego serca odradzam ten pomysł.

Dlaczego? Ano dlatego, że odbiór filmu, który osobiście uważam za wręcz wzorcowy, może nie być już taki sam, a zaistniała zmiana bynajmniej nie będzie na lepsze. Otóż tak się niefortunnie składa, że książka na podstawie scenariusza Imperium... to doskonały przykład jak bazową historię można odrzeć z niemal wszystkiego, co determinuje jej doskonałość i pozostawić… cóż, co złośliwsi powiedzą, że pozostawić "mroczne widmo" tego, co spotkało później fanów w prequelach.

Po pierwsze postaci. Jeśli należałoby komukolwiek tę pozycję polecić, to ze względu na kreację Hana Solo. Dopiero po lekturze książkowej wersji Imperium... widać czym dla Gwiezdnych wojen jest Harrison Ford. Jak wiele wdzięku, humoru i duszy wnosi do tego filmu. Kapitan Solo w wykonaniu Gluta, to niestety typowy twardziel z "mentalnością" zakrawającą na Arniego z popularnego polskiego serialu 13-ty posterunek – spuścić łomot paru zbirom i poobściskiwać Leię, to w zasadzie wszystko czego mu do życia potrzeba (oczywiście gotówki nie liczymy). Słynny sarkastyczny dowcip też gdzieś wyparował, a to, w związku z brakiem ekspresji Forda, boli. Podobny szablon można przyłożyć do całej reszty postaci. Wszystkie zostały spłycone do typowych papierowych, jednowymiarowych bohaterów wziętych żywcem z literatury z "niższych półek".

Wątek miłosny, jeden z głównych punktów fabuły Epizodu V, także spotkała gruntowna dewastacja. W jakiś przedziwny sposób motyw ten zamknął się w typowym oklepanym romansidle, a w związku z tym, że Leia przekształciła się w rozkapryszoną nastolatkę, całość wypada wyjątkowo marnie.

Jak wspomniałem fabuła to mniej-więcej to co możemy zobaczyć w filmie. Czego jednak cicho oczekuje się od książkowych wersji scenariusza? Owszem, nie bez kozery piszę o scenariuszu (nie o filmie), gdyż wielu fanów odpowiada na to pytanie krótko – wyciętych scen. Chodzi tu o rozszerzenie tego, co widzimy w filmie, oraz dokładniejsze spojrzenie na całość. Film jest z natury swej ograniczony czasowo, gdyż mało kto wysiedzi trzy i pół godziny na seansie. Książka takich restrykcji nie ma – wręcz przeciwnie, często im dłuższa, im bogatsza tym lepiej. Niestety, Imperium... nawet na tle innych książek z uniwersum Gwiezdnych wojen prezentuje się raczej jak broszurka, niż powieść. Boli to tym bardziej, że scen, które się w filmie nie zmieściły, nie uświadczymy za wiele. W tym momencie miano "nowelizacji" w stosunku do dzieła pana Gluta nieco traci rację bytu, gdyż niczego w zasadzie nie nowelizuje, sztywno trzymając się znanego z filmu scenariusza. Co prawda parę rzeczy przedstawia w nieco innym świetle (choć chyba bardziej pasowałaby tu fraza "mylnie interpretuje i spłyca"), ale to jednak trochę za mało...

W pewnym stopniu powieść ratuje fakt, że była ona pisana równo z filmem, a swoją premierę miała nawet przed nim. Tłumaczy to poniekąd niektóre różnice w przedstawieniu wydarzeń i brak magii, jaka towarzyszyła widzowi w kinie, a którą wnieśli aktorzy oraz wizja reżysera. Nie usprawiedliwiam jednak pod żadnym względem tej pozycji, bo fakt, że książka powstawała w "trudnych warunkach" nie obliguje nikogo do katowania się nią. Taka sytuacja jest możliwa, gdyż styl zastosowany w Imperium kontratakuje podporządkowuje się zasadzie "im dalej tym gorzej". O ile na początku książkę czyta się stosunkowo łatwo i przyjemnie, o tyle dalej może być już z tym ciężko – spłycanie postaci zaczyna poważnie denerwować, język wciąż jest, łagodnie mówiąc, nie najwyższych lotów, a fabuła filmu i jego magia są na oczach czytelnika brutalnie mordowane. Pocieszeniem może być to, że Amber tym razem stanął na wysokości zadania i polskie wydanie jest pozbawione poważnych uchybień i przynajmniej to nie przeszkadza w szukaniu przyjemności w lekturze.

Nie można powiedzieć, że ta książka to koszmar. Ma swoje zalety, ma swoje smaczki, dosyć wciągającą fabułę. Jednak podobnie jak ona, tak i znakomita większość z pozostałych plusów zostały odziedziczone po filmie, a ich pozytywny odbiór jest w większości potęgowany przez miłe wspomnienia z kinowego seansu. Książka ta jest raczej typową pozycją dla fanów, którą najzwyczajniej w świecie wypada przeczytać i głównie u fanów ma ona większe szanse na wywarcie pozytywnego wrażenia. Jednak każdy kto nie jest fanem Gwiezdnych wojen, może z czystym sumieniem nalepić sobie na tę książkę etykietkę "Strzeż się, zły ogr!".
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
4.0
Ocena recenzenta
4.7
Ocena użytkowników
Średnia z 5 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Imperium kontratakuje (The Empire Strikes Back)
Autor: Donald F. Glut
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Autor okładki: John Alvin
Wydawca: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 1996
Liczba stron: 160
Oprawa: miękka
Seria wydawnicza: Star Wars
ISBN-10: 83-7169-277-3
Cena: 10,80 zł



Czytaj również

Rogale, irokezy i warkoczyki, czyli sztuka fryzjerska w odległej galaktyce
Gwiezdne wojny. Klasyczna Trylogia – DVD (2004)
A long time ago in a galaxy far, far away...

Komentarze

string(15) ""

Jedi Nadiru Radena
   
Ocena:
0
Nie wiem kto twierdzi, że "Imperium..." w wykonaniu pana Donalda F. Gluta jest dobrą książką, ale ja z pewnością się do tej grupy nie zaliczam...
11-06-2007 08:54
SethBahl
   
Ocena:
0
Można po sieci przeczytać garść (nawet sporą) dobrych opinii o tej pozycji, ale jak pisałem - zrzucałbym to raczej na barki efektu aureoli niż faktycznej wartości książki w czyichś oczach (szczególnie że podejrzewam, że nie były to oczy zbyt oczytane, nie ubliżając nikomu).
11-06-2007 09:17
Deckard
   
Ocena:
0
Cóż, ja Imperium Kontratakuje pamiętam jeszcze z czasów, gdy była to jedna z trzech książek na rynku poświęconych SW (dwie z nich do dzisiaj leżą na półce - by wydawnictwo INTERART). Zakończyłem swój romans z powieściami na Mieczach Świetlnych widząc, iż seria zjeżdża dramatycznie w bok wobec moich oczekiwań. Dzisiaj rzeczywiście łatwiej usłyszeć opinię, iż EU ssie, zaś krytyki jakby więcej - ale po pierwsze to efekt przejedzenia się Czytelników, po dalsze - taka reakcja obronna wobec serwowanej z wyższych tarasów krytyki jakichkolwiek cykli powyżej 5 tomów. IMO niepotrzebna...

Mam pewną uwagę a raczej wątpliwość odnośnie tekstu - otóż z tego, co pamiętam pan Glut napisał tą książkę przed premierą filmu. Oczywiście nie oznacza to, iż nie opierał się w całości na scenariuszu - ale imo nie jest to nowelizacja na podstawie filmu, lecz równoległe dzieło.

Recka miła w odbiorze - wystawiam 5/6, samej powieści zaś 4+/6. ;)
16-06-2007 12:24
SethBahl
   
Ocena:
0
Mam pewną uwagę a raczej wątpliwość odnośnie tekstu - otóż z tego, co pamiętam pan Glut napisał tą książkę przed premierą filmu.
-- Tak, Deckard, dobrze pamiętasz. Że zacytuję siebie z textu powyżej:

W pewnym stopniu powieść ratuje fakt, że była ona pisana równo z filmem, a swoją premierę miała nawet przed nim.

;)
16-06-2007 12:37
~fgvjhtj

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
utyygupie strony twoje !!!!!!!
03-04-2009 13:07
~jl.69iuujyk

Użytkownik niezarejestrowany
    Hej !
Ocena:
0
Wiesz jak sie robi gluta ? to przeslij na nasza klase .
03-04-2009 13:09

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.