» Recenzje » Wikinger

Wikinger


wersja do druku

...czyli o co chodzi na łodzi

Autor: Redakcja: Joanna 'Ysabell' Filipczak

Wikinger
Wikinger, jak można się domyślić bez większego trudu, jest grą o rudobrodych mężczyznach z dalekiej północy. Zawiodą się jednakże ci, którzy spodziewają się gry o krwawych podbojach, sugerując się powszechnymi skojarzeniami i – bardzo ładną skądinąd – okładką tej planszówki, przedstawiającą wojów wyskakujących z drakkara. Zamiast dzikich berserkerów mamy bowiem do dyspozycji złotników czy rybaków, zaś naszym celem jest bronić swoich wysp, nie zaś rabować cudze. Spójrzmy prawdzie w oczy – ktoś przecież musiał zostawać w domu i łowić ryby, podczas gdy Harald Haadrada beztrosko palił angielskie klasztory, prawda?

To właśnie jest rzecz, którą trzeba podkreślić na wstępie – Wikinger jest sztandarowym przykładem gry ekonomicznej, gdzie interakcja między graczami ograniczona jest do minimum, zaś mechanika nie została mocno powiązana z tematyką. Gdy już pogodzimy się z faktem, że krwawe walki, wspaniałe łupy i nieśmiertelna chwała nie pojawią się podczas rozgrywki nawet na chwilę – co, przyznać muszę, w naszej planszówkowej drużynie wywołało początkowo niemałe zdumienie – możemy potraktować Wikingera tak, jak na to zasługuje – jako typową eurogrę. I tak też należy do niego podejść, a zapewni nam dużą dawkę świetnej zabawy.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę


Co złupimy w pudełku?


Ale od początku – Wikinger, podobnie jak inne pozycje Hans üm Gluck, cieszy oko zawartością pudełka. Nie mówię tu o grafikach, które (poza okładką) są dość siermiężne, ale o "mięsku", czyli elementach gry. Dostajemy więc dużą planszę z obrotowym kołem, cztery małe L-kształtne plansze dla każdego z graczy, różnorakie żetony oraz naprawdę zabawne pionki w czapeczkach z rogami, mieszczące się w materiałowym woreczku. W trakcie montażu okazało się wprawdzie, że koło nie trzyma się najlepiej i czasem wypada, ale zapewne jest to tylko wada naszego egzemplarza, która – dodajmy – nie wpływa zupełnie na rozgrywkę.


Gospodarka, głupcze!


A o co tak naprawdę chodzi? Otóż każdy z graczy posiada L-kształtny zaczątek planszy, który w trakcie rozgrywki będzie rozbudowywał zakupionymi wyspami, tworząc swoje ziemie. Taka osobista plansza podzielona jest na rzędy, zaś w każdym z nich możemy na naszych wyspach wystawić Wikingów trudniących się różnymi zajęciami – za wyjątkiem rzędu pierwszego, który zarezerwowany jest dla okrętów. Tutaj raz jeszcze studzę wszelkie zapały wojenne – nie są to nasze wojenne drakkary, ale okręty, które przypłynęły nas grabić i musimy się przed nimi bronić. Okręty są wewnętrznym mechanizmem gry, nie należą do żadnego z naszych przeciwników – Wikinger nie przewiduje konfliktu pomiędzy graczami i stosuje jedynie rozwiązania oparte na ekonomii. Tak więc w kolejnych rzędach ustawiać możemy wojów chroniących nas przed najazdem, następnie szlachciców przynoszących punkty zwycięstwa, potem osadników (także punkty), złotników (jak nietrudno się domyślić, ci zapewniają nam dochód) i w końcu rybaków, którzy nie przynoszą nam nic w trakcie rozgrywki, ale za to w ostatniej rundzie przy ich pomocy musimy wykarmić populację. Ostatnim rodzajem Wikingów są żeglarze, którzy przewożą naszych ludzi z ziem rodowych na nowo pozyskane wyspy.


I kręci się, kręci koło za kołem...


Mechanizm rozgrywki w ciekawy sposób wykorzystuje sztandarowy element gry, czyli obrotowe koło. Na początku każdej z sześciu tur gracz rozpoczynający przyporządkowuje (według konkretnych, narzuconych reguł) wylosowane elementy wysp pociągniętym z woreczka wikingom, a pary te układa na kole, na którym podana jest cena za dany komplet. Gracze po kolei robią zakupy, aż do całkowitego opróżnienia koła – wikinga trzeba kupić razem z wyspą – i umieszczają nowe elementy planszy, a na nich świeżo zakupione pionki. Istnieje kilka obostrzeń zarówno odnośnie układania nowych fragmentów wysp, jak i figurek w poszczególnych kolorach – dość powiedzieć, że trzeba tu dużego skupienia, gdyż łatwo można zainwestować w coś, co okaże się bezużyteczne.

Koło obraca się w miarę wykupywania przez graczy kolejnych kolorów wikingów (co oznacza, że w miarę upływu danej tury droższe pionki tanieją), zaś bankrutom zawsze przysługuje za darmo figurka przyporządkowana do pola "0" (można więc przyjąć strategię "na bankruta"). Trzeba natomiast dodać, że wraz z wyspami na kole pojawiają się też okręty, które trzeba położyć na własnej planszy, tak więc – o ironio - gracze płacą, żeby sami siebie najechać... Jednak za odparcie najazdu przysługują nagrody, które czasem mogą przechylić szalę zwycięstwa.

Ten kluczowy element Wikingera nieco przypomina inny, znany z Filarów Ziemi – tam również zastosowano mechanizm zakupu polegający na tym, że wraz z upływem czasu poszczególne działania tanieją, nota bene również oparty na graficznym motywie koła (rozety).


Cierpienia młodego wikinga


I tutaj dochodzimy do momentu, gdzie wyraźnie trzeba podkreślić, że Wikinger jest grą, której trzeba się nauczyć. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że występuje w niej wiele wspomnianych wyżej zasad dotyczących rozkładania elementów, które są kluczowe przy planowaniu strategii gry, a także wiele pomniejszych bonusów na koniec rozgrywki, o których należy pamiętać. Przede wszystkim jednak dlatego, że przy nieostrożnej i nieprzemyślanej grze, można "zepsuć" swoją planszę, doprowadzając do sytuacji, w której nie mamy możliwości dołożyć żadnych elementów wysp, efektywnie pozbawiając się punktów i de facto szans na wygraną. Gracz, który bezsensownie buduje wyspy, może na własne życzenie wykluczyć się z rozgrywki.

Czy to źle? Niektórzy mogą tak uważać, zwłaszcza jeśli taka negatywna przygoda spotka ich podczas pierwszej styczności z grą. Moim zdaniem jednak nie jest to bynajmniej wada, ale dodatkowy element strategiczny, który od samego początku trzeba mieć na uwadze. Ot, jeszcze jedna rzecz, o której trzeba pamiętać – i dzięki której można zdobyć przewagę nad przeciwnikami, wykupując im sprzed nosa kluczowe żetony. Wszystkie opisane powyżej czynniki sprowadzają się do prostego faktu – prawie niemożliwe jest, aby początkujący gracz wygrał w Wikingera z doświadczonym wyjadaczem mającym za sobą kilkanaście partii. Wystarczy jednak kilka rozgrywek, aby zapamiętać zasady i zorientować się, co się rzeczywiście opłaca.


Wiking po przejściach


Wcale nie oznacza to jednak, że Wikinger jest planszówką wybitnie trudną – w końcu producenci uznali, że poradzi sobie z nią dziesięciolatek. Jest po prostu grą bardzo absorbującą i zmuszającą do myślenia, mało jest w niej natomiast możliwości planowania do przodu, gdyż nie da się przewidzieć, na jakie wyspy połakomią się pozostali gracze (oczywiście im mniej graczy, tym bardziej opłaca się planować – rozgrywka dla dwóch osób będzie z pewnością znacznie bardziej strategiczna niż partia czteroosobowa). Zamiast zawracać sobie głowę zbyt dalekim planowaniem, musimy elastycznie reagować na zmiany na kole, wybierając najlepszą opcję w danym momencie. Nie ma co czekać na pojawienie się sytuacji idealnej, bo to raczej się nie zdarza. Zazwyczaj im dalej posuwa się rozgrywka, tym mniej mamy możliwości manewru, co sprawia, że gra jest dość szybka (godzina spokojnie wystarcza) i nie pojawia się paraliż decyzyjny. To właśnie dynamika rozgrywki jest dla mnie jednym z największych plusów tej pozycji.

Wikinger ma ponadto jeszcze jedną wielką zaletę – nie nudzi się, nawet jeżeli gramy kilka partii pod rząd. Dodatkowo miłym zaskoczeniem są dołączone w instrukcji zasady dla zaawansowanych, które de facto zmieniają rozgrywkę w 100% i nadają się do opisania w osobnej recenzji. Dość powiedzieć, że robi się trudniej i bardziej strategicznie, zaś dzięki licytacji w końcu pojawia się pewna doza interakcji pomiędzy graczami.

Kolejnym plusem jest niezależność językowa elementów gry, która moim zdaniem stawia pod znakiem zapytania ogłoszone niedawno plany polskiego wydania. Polska instrukcja jest już od dawna do ściągnięcia z internetu, więc jedynym czynnikiem, który mógłby przekonać klientów do zakupu, będzie niższa cena – ponieważ polskie wydanie sprowadzi się do przetłumaczenia tekstu na pudełku. Nie zmienia to faktu, że Wikinger wart jest popularyzacji.

Grę zdecydowanie polecam jednak planszówkowiczom trochę bardziej zaawansowanym, albo takim, którzy będą mieli czas i ochotę się jej nauczyć. Naprawdę warto!


Dziękujemy za udostępnienie egzemplarza dystrybutorowi gry - firmie Rebel.pl


Od redakcji: Recenzja powstała na podstawie wersji niemieckojęzycznej. Dysrybutorem polskiej edycji gry jest firma Albi.

Galeria


8.0
Ocena recenzenta
8.1
Ocena użytkowników
Średnia z 10 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Wikingowie (Vikings, Wikinger)
Typ gry: strategiczna
Projektant: Michael Kiesling
Ilustracje: Michael Menzel, Harald Lieske
Wydawca oryginału: Hans im Glück
Data wydania oryginału: 2008
Wydawca polski: MindOK
Liczba graczy: od 2 do 4 osób
Wiek graczy: od 10 lat
Czas rozgrywki: ok. 60 minut
Cena: 45 zł



Czytaj również

Azul
Nie tylko Alhambra
- recenzja
Torres
Pnąc się ku górze
- recenzja
Tikal
Fotounboxing #20
Apacze i Komancze
Carcassonne w klimatach Indian
- recenzja
Szczęść Boże
Idymy na szychta
- recenzja

Komentarze


~Sztefan

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
"która moim zdaniem stawia pod znakiem zapytania ogłoszone niedawno plany polskiego wydania."

Polskie wydanie jest chyba już od miesiąca w sklepach ;)
16-12-2008 19:19
~uiek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Tak na marginesie - wydawcą polskiej edycji nie jest Albi
16-12-2008 21:04
Ezechiel
   
Ocena:
0
Ad Uiek: Taka informacja wynika ze strony internetowej wydawnictwa.
16-12-2008 21:43
~uiek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
w takim razie sugeruję dokładnie oglądnąć pudełko gry. Albi jest jedynie dystrybutorem polskiego wydania, grę wydała firma Mind Ok
17-12-2008 09:59
Ifryt
   
Ocena:
0
Sztefan ma rację. Może jednak warto było poprawić recenzję uwzględniając fakt polskiego wydania tej gry?
17-12-2008 13:51
Bagheera
   
Ocena:
0
Dzięki za info o polskim wydawcy. Recka powstała niedługo przed polskim wydaniem, niestety z powodu moich wojaży trochę przeciągnęła się jej publikacja - mea culpa.

Nie zmienia to jednak faktu, że - jak wspomniałam w recenzji - gra jest całkowicie niezależna językowo, więc recenzja odnosi się do każdego wydania, niezależnie od tego, w jakim języku jest pudełko :)

A poza tym to dobra gra jest, więc polecam na Święta!
24-12-2008 09:50

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.