» Artykuły » Inne artykuły » Mała gra, a cieszy - część druga

Mała gra, a cieszy - część druga

Mała gra, a cieszy - część druga
Bardzo lubię małe gierki, nawet czasem chętniej sięgam po nie niż po jakieś wielkie i mózgożerne tytuły. Fleschu w poprzednim tekście ujawniła fakt, że lubię raz na jakiś czas zrobić wieczór drobnicy. Mam przy sobie wtedy około 20 tytułów, a rozgrywanych jest 5 czy 6, po parę godzin każda. W poniższym tekście postaram zaprezentować  te pozycje, z którymi warto się zaznajomić.

6. bierze!

Tę grę kupiłem przypadkiem, za radą znajomego. Małe pudełko wielkości Fasolek, czy innych niewielkich gier od G3, to tytuł, który stał się jedną z moich ulubionych karcianek. Mamy cztery rzędy zawierające po jednej karcie. Talia składa się z kart ponumerowanych od 1 do 104, z dziesięciu posiadanych na ręce wybieramy jedną i dokładamy według pewnego schematu. Dołożenie szóstej karty do rzędu powoduje, że musimy zgarnąć cały rząd. Zbierając karty dostajemy punkty karne, które zaznaczone są liczbą byczych głów. W momencie, gdy ktoś zdobędzie ich 66 lub więcej kończy się gra, a zwycięzcą jest osoba z ich najmniejszą liczbą.

6. bierze! to  naprawdę fajna gra logiczna, w której możemy podkopywać znajomych. Często przez nasze działanie będą zmuszeni do dołożenia szóstej karty do rzędu. Niezależnie od tego czy do gry siada mózg matematyczny, czy osoba nieobeznana z planszówkami, stary czy młody, gruby czy chudy, zawsze te osoby bardzo cieszą się przy tej grze. Główną taktyką jest takie blokowanie innych graczy, by dołożyli szóstą kartę do rzędu. Co prawda nie lubię grać w 6. bierze! w dwie osoby, bo można wszystko zbyt łatwo wyliczyć, ale rozgrywka przy maksymalnym składzie osobowym (10) to jest zbyt duży chaos. Polecam rozgrywkę w gronie 6 lub 7 graczy.

Bang!

Dziki zachód, szeryf, bezprawie i strzelaniny. Bang! to gra, która ostatnio bardzo często gości na moim stole. Każdy losuje jedną tajną tożsamość. Szeryf, który chce zaprowadzić porządek w mieście, musi się ujawnić, pozostałe postacie to: zastępca chroniący szeryfa, bandyta chcący wyeliminować szeryfa z gry oraz renegat, który chce sam zostać na polu walki. Poza tymi rolami każdy z graczy posiada postać, która ma ciekawą umiejętność. W swojej turze gracz dobiera dwie karty na ręce, zagrywa tyle, ile uważa za słuszne i odrzuca je, aby mieć w ręku liczbę kart równą żywotności. Wyjątkiem w zagrywaniu jest Bang!, jeżeli broń lub zdolność postaci nie mówi inaczej, zagrywamy tylko jedną taką kartę w turze. A co ona robi? Nasza broń ma pewien zasięg, oznacza to, możemy strzelić do osoby po prawej lub lewej stronie będącej w zasięgu. Strzał zmniejsza żywotność tej postaci (chyba, że jakaś karta lub zdolność pozwala uchylić się przed nabojem). Wygrywa ta grupa, która jako pierwsza spełni warunki (bandyci zabiją szeryfa; szeryf i zastępca, gdy pozbędą się bandytów; renegat, jeśli zabije wszystkich).

Bang! jest bardzo ciekawą grą z blefem osadzoną w klimacie Dzikiego Zachodu. Wzajemnie oskarżenia, długie dyskusje, zwalanie winy na innych i zabijanie zastępcy przez szeryfa to cechy tej gry. Drażniącym elementem jest fakt, kiedy zostaje dwóch graczy, to reszta się nudzi, ponieważ zostali wyeliminowani. Też jak przeciwnicy uprą się, by strzelać tylko do jednej osoby, która nie jest szeryfem, może ona szybko odpaść z gry. Jednak jest to mała, szybka i niedroga karcianka. Jeżeli chodzi o kwestię wykonania, to jest całkiem przyzwoicie, gdyby nie to, że jakość ilustracji (zwłaszcza na planszetkach) jest nierówna. Mamy bardzo ładne rysunki, jednak część z nich jest przeciętna lub na niskim poziomie. Tak kończy się najczęściej zatrudnianie paru grafików do jednego tytułu.

Maskarada

Ta gra to chaos niesamowity, ale też trafiła w gusta moich znajomych. Każdy przed sobą ma kartę określającą postać, ale nie wiemy kogo ona przedstawia. W swoim ruchu możemy podejrzeć jaką mamy kartę, zamienić się z inną osobą lub zdeklarować kim jesteśmy. Ta ostatnia akcja jest dość ważna, bo postacie mają swoją unikalną właściwość, np. król pobiera trzy monety z banku, biskup dostaje dwie monety od najbogatszego, itp. Gracze zaczynają z 6 monetami. Jeżeli ktoś zdobędzie ich łącznie 13, wygrywa. Oczywiście ktoś może zbankrutować, wtedy gra też się kończy, a zwycięża ten, kto jest najbogatszy.

Gra pali niesamowicie mózg. Potencjalna zamiana to akcja, która miesza nam w głowie, osoba taka bierze swoją oraz kartę innego gracza, pod stołem miesza i oddaje. Nie wiemy czy rzeczywiście je zamieniła, czy była to tylko gra pozorów. Jeżeli ukradła nam postać, na której aktualnie nam zależało, może się okazać, że było to dla zmyłki. Osobiście w tę grę wolę grać w małym gronie, bo da się kalkulować kto jakie ma karty, jednak jak ktoś lubi spory chaos może spróbować rozgrywki dla ośmiu i więcej uczestników. Wiele osób ma o tej grze różną opinię, ale każdy przyznaje jej jedno: jakość wydania i oprawa graficzna urzeka.

Pędzące żółwie

Pędzące żółwie to istny hit w mojej kolekcji, a grają w niego głównie dorośli (najlepiej w "pewnym stanie" około godziny 2:00). Na starcie ustawia się wszystkie pionki (niezależnie ilu graczy "pędzi"), dostajemy sekretny kolor żółwia i naszym zadaniem jest doprowadzenie go na metę. W turze zagrywamy kartę, wykonujemy ruch zgodnie z symboliką na niej i dociągamy nową z talii, tak by mieć zawsze ich pięć. W grze zastosowano ciekawy system stosu, bowiem gdy któryś żółw wchodzi na pole, na którym mamy pionek innego gracza (np. niebieski na czerwony), to wchodzi mu na skorupę. W podanym przykładzie od teraz zawsze poruszając czerwonego żółwia, poruszamy również niebieskiego, chyba że w wyniku jakichś działań zejdzie mu ze skorupy. Kiedy jakiś stos żółwi dojdzie na metę, w zależności od wariantu, wygrywa ten na dole albo ten na górze.

Prześlicznie wydana, prosta gra dla dzieci, która częściej jest traktowana jako filler lub odmóżdżacz po ciężkim tytule. Tę grę uwielbia cała moja rodzina, co jest dowodem, że można w nią grać niezależnie od wieku. Zabawne sytuacje, blef, kombinowanie w tak nietrudnej grze. Polecam zagrać w nią z dziećmi, bo uświadczycie mnóstwa śmiesznych tekstów.

Małe jest piękne

Podczas prelekcji na Pyrkonie wyjaśniłem dlaczego sobie upodobałem drobnicę. Poza argumentem, że małe jest piękne powiedziałem, że mają one zazwyczaj innowacyjną, ciekawą mechanikę i w małych grach rzadko kiedy można cokolwiek skopać. Dlatego bardzo często z lubością sięgam po niezbyt duże pudełko.

 




Czytaj również

Prezenty na Święta
Planszówki pod choinkę
Wakacyjna polecanka gier planszowych
Pakujemy się na wakacje
Maskarada
Któż może się kryć za maską?
- recenzja
Maskarada
Z kamerą wśród pudeł #20
BANG!
Ballada o dzikim zachodzie
- recenzja
Imprezówka dla każdego
Redaktorzy Poltera polecają

Komentarze


74054

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0

Tylko, że z drobnicą to jest ten problem, że się człowiek rozmienia na drobne.

Sam wolę pograć tak solidnie, męcząco, kilkugodzinnie w gry pokroju Descenta, którego zresztą skończyliśmy niż robić jakiś randomowy maraton typu Wario Ware poprzez małe gry. Sam mam  Zombiaki (IIed jak i wydanie Jubileuszowe + karty promo), mam Kapitana Bombę (fajna gra swoją drogą), jakiegoś Lisa Pustyni (randomowa kupa, straszna, ale żetony do RPG się nadają całkiem dobrze), grę Arcana... ale to są gry dobre na podróż, jak nam się nudzi w pociągu czy autokarze.

W tym jedynie plusują, że nie trzeba się do nich jakoś mocarnie nastawiać, jak do Descenta czy Fury of Dracula. Cóż jednak, skoro taki Descent sumarycznie kosztuje mniej niż całe kilka tytułów drobnicy, która sumarycznie daje mniej zabawy w przeliczeniu na „rozrywkogodziny” niż ten Descent właśnie?

Cena wszystkich gier ze zdjęcia tej notki to jakieś 240 zł. Po ilu partyjkach Szóstka bierze/Bang/Pędzących Żółwi się nudzimy?

Ktoś powie, że te gry są fajne, jako przerywnik od „cięższych” gier.

A ja powiem - damn, jaka ta rozrywka kosztowna...

11-05-2014 18:19

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.