» Artykuły » Relacje z imprez » Essen 2008 - sobota

Essen 2008 - sobota


wersja do druku

Relacja na gorąco

Autor: Redakcja: Joanna 'Ysabell' Filipczak
Ilustracje: Szymon 'neishin' Szweda

Essen 2008 - sobota
Nauczeni doświadczeniem wiedzieliśmy, że w sobotę należy spodziewać się na targach gigantycznych wprost tłumów – wszyscy ci, którzy na co dzień uczą się czy pracują, na targi wybierają się właśnie w weekend. Nieprzebrane ludzkie masy kłębią się i wypełniają szczelnie każdą przestrzeń targową, poruszając się iście ślimaczym tempem we wszystkich kierunkach. Człowiek z ledwością może przedrzeć się na pożądane stoisko, a o dopchaniu się do z góry upatrzonej gry nie ma co marzyć. Trzeba więc mieć sporo szczęścia, refleks szermierza i sokole oczy, żeby w sobotę zagrać w jakieś interesujące pozycje. O dziwo, udało się nam to uczynić.

Wstaliśmy dziś wyjątkowo wcześnie, planując dojazd na targi chwilę przed otwarciem, aby wyminąć dziki gon tworzący się pomiędzy kasami a wejściami. Zamierzaliśmy szybciutko wpaść na upatrzone pozycje i zająć stoliki. Nic bardziej mylnego – już na peronie metra utknęliśmy w zwartej ludzkiej masie – składającej się z młodych gotyckich lolitek, mrocznych mnichów w strojach udekorowanych czaszkami, Szkotów, Gotów i wszelkich innych barbarzyńców – upstrzonej okazyjnie piratami oraz rodzicami z dziećmi w wieku przedszkolnym. Całe to kolorowe grono na trzy-cztery usiłowało wsiąść do pociągu, co samo w sobie stanowiło przygodę. Więc, koniec końców, nie było dziwnym, że nie zdążyliśmy zasiąść do żadnej z wybranych wczoraj gier.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę


Ad Astra


Tutaj szczęście uśmiechnęło się do nas po raz pierwszy. Pośród szczelnie oblepionych stolików dostrzegliśmy jeden pusty, i przetarliśmy oczy z niedowierzaniem – była to bowiem Ad Astra, prototyp zapowiadanej na 2009 gry Bruno Faiduttiego, na którą cieszyliśmy się jeszcze przed wyjazdem, aczkolwiek przez wszystkie poprzednie dni była permanentnie zajęta. Biegiem wręcz dopadliśmy do stoiska Nexusa i zasiedliśmy do rozgrywki.

Ad Astra w pierwszej chwili wydała nam się młodszym i znacznie mniej skomplikowanym wcieleniem Twilight Imperium. Każdy z graczy (od trzech do pięciu – co dość ciekawe, gra nie ma wersji dwuosobowej) kontroluje jedną z frakcji i przy pomocy układanych zawczasu rozkazów eksploruje kosmos, inkorporując planety, rozbudowując na nich swoją infrastrukturę i pobierając z nich surowce. Wszystkie frakcje mają jednakże te same warunki startowe i podczas rozgrywki liczy się jedynie element eksploracyjno-ekonomiczny, zaś aktywnego konfliktu pomiędzy frakcjami nie ma – no chyba, że interesów. Bardzo ciekawym rozwiązaniem są rozkazy punktacji, dzięki którym gracz decyduje, kiedy i za co zbiera punkty zwycięstwa – co oczywiste, będzie się starał wybierać te aspekty, w których przoduje nad przeciwnikami.

Ad Astra ujęła nas bardzo wyważoną mieszanką różnych elementów – trochę w niej pomyślunku (warto pokusić się o przewidywanie, jaka będzie w tej turze strategia przeciwników), trochę ekonomii (trzeba rozważnie gospodarować, aby nie okazało się, że pozbawiliśmy się możliwości działania w następnych turach, bo zapomnieliśmy o zapleczu surowcowym), trochę szczęścia (kosmos eksploruje się przecież "na czuja", jest też losowy element – talia spotkań z kosmitami). Innymi słowy w naszym przekonaniu jest to gra dla każdego, zarówno jako lekka odskocznia dla fanów "ciężkich" epików w stylu Twilighta, jak i przyjemna gra dla casual playerów (łatwe do opanowania zasady), dobrze też sprawdzi się dla graczy, którzy nie lubią rozgrywki nastawionej na konflikt i eliminację.


Switch


Zanim się spostrzegliśmy minęło półtorej godziny, musieliśmy więc ruszać w stronę hali, gdzie już wczorajszego dnia umówiliśmy się z autorem gry Kraków 1325AD – przypomnijmy, że gra cieszyła się w Essen takim zainteresowaniem, że zmuszony on był przyjmować zapisy na rozgrywki. Po drodze jednak udało nam sie zupełnie przypadkowo zahaczyć o niewielkie stoisko japońskiej firmy Outplay, która na targi przyjechała z jednym produktem – przygodową grą orientalnego fantasy o nazwie Switch.

Na pierwszy rzut oka skojarzyła nam się ona z Tannhaeuserem – na złożonej z kwadratów planszy zaznaczone są ścieżki, po których mogą się przemieszczać figurki graczy, w konkretnych miejscach zdobywając przedmioty, które następnie mogą wyekwipować wraz ze swoimi specjalnymi mocami. Jednak, jak z werwą zaczął nam tłumaczyć miły Japończyk, tutaj każdy z graczy (maksymalnie sześciu) kontroluje tylko jedną postać, która przedziera się przez mroczny loch i walczy z potworami w poszukiwaniu magicznych dzwonków, które prowadzą do magicznej skrzyni, w której jest magiczna zbroja, pozwalająca przejść magiczne wrota... Potem wszyscy pozostali gracze rzucają się na tego nieszczęśnika, aby wydrzeć mu artefakty, ponieważ to właśnie stanowi warunek zwycięstwa.

No dobrze, pomyśleliśmy, nie brzmi to najlepiej... Ale wtedy właśnie okazało się, na czym polega clue całej gry, a zarazem jaka jest geneza jej nazwy – obok talii przedmiotów i zdarzeń jest także talia "Switch", z której ciągnie się karty pozwalające zamienić miejscami poszczególne fragmenty planszy wraz ze znajdującymi się na nich postaciami. Zabawa w kotka i myszkę wchodzi na nowy poziom. Szybko stwierdziliśmy, że ze wszystkich wystawców, którzy w tym roku zjechali do Essen z Dalekiego Wschodu, ten jeden przywiózł propozycję, która dla Europejczyka wygląda zachęcająco.


Kraków 1325AD


Nie mieliśmy jednak czasu zgłębiać dalekowschodnich gier – a wierzcie mi, były tam smaczki! Ot, chociażby rozgrywka tocząca się przy niskim stole, gdzie gracze zasiadający na małych czerwonych zydelkach wrzucają coś do rondelków i mieszają łopatkami... Pospieszyliśmy na umówioną partyjkę Kraków 1325AD. Projektant gry, bardzo wesoły i sympatyczny człowiek, usłyszawszy, że przybywamy z Krakowa, zarezerwował dla nas aż dwie godziny na swoim obleganym stoisku.

Kraków jest grą czteroosobową i wyłącznie w takim gronie da się rozegrać partię, ponieważ gracze dzielą się na dwa przeciwne obozy (coś jak brydż). Obozy te zagrywają karty zdarzeń w czterech kolorach, dzięki którym usiłują zdobyć dla swojej frakcji dominację w jednej z kilku "dzielnic" Krakowa, takich jak Wawel, rynek czy slumsy. Frakcja posiadająca aktualnie inicjatywę wystawia zdarzenie i następnie go broni, zagrywając "plusy", zaś frakcja przeciwna usiłuje zdarzenie wyeliminować, zagrywając "minusy". Dzieje się tak przez cztery tury (pory roku), w trakcie których wszystkie zdarzenia, które dowolnej z drużyn udało się "przepchnąć", odkłada się na stos zdarzeń udanych.

Jednocześnie jednak każdy z graczy kieruje jednym z czterech tajemnych stowarzyszeń – jednym z czterech kolorów, a jego sekret ujawnia się dopiero na końcu rozgrywki. Stowarzyszenia podzielone są na dwie pary, a członkowie poszczególnych par są śmiertelnymi wrogami i grają przeciwko sobie. Na koniec gry, najpierw punktują frakcje, potem poszczególni gracze ujawniają swoje kolory i sprawdzają, ile zdarzeń w ich barwach weszło w życie. Następnie sumują swoje punkty z frakcji i koloru – i tak wyłaniany jest ostateczny zwycięzca. Tak więc możliwe jest (i tak też było w naszej partii), że osoby z tej samej frakcji grają wrogimi sobie stowarzyszeniami. Mamy więc poważny konflikt interesów – czy walczyć o zwycięstwo frakcji, czy sabotować zdarzenia partnera, a zarazem wroga?

Rozgrywka była niezwykle wyrównana i emocjonująca, choć u części graczy wywoływała niewątpliwie emocje negatywne – ciężko wszak gra się z partnerem, który podminowuje nasze działania. Bawiliśmy się jednak bardzo dobrze i z satysfakcją dowiedzieliśmy się od autora, że podczas targów rozpoczął rozmowy z jednym z polskich wydawnictw odnośnie polskiej wersji – oczywiście sprawa nie jest przesądzona, ale być może... Dodatkowo planowany jest dodatek, który umożliwi grę trzyosobową – czyli same plusy i wizja rozwoju.


It's Alive


Na koniec rozegraliśmy krótką partyjkę It's Alive, szybkiej, 15-minutowej gry podczas której usiłujemy z losowo ciągniętych elementów uskładać Frankensteina. Każdy z graczy dysponuje zasłonką, za którą chowa stan zaawansowania swojego stwora oraz dostępne sobie fundusze, za które na cmentarnym rynku może nabyć brakujące mu elementy, a także przekupić wściekłych wieśniaków, którzy raz na jakiś czas wyskakują z pochodniami. Po ułożeniu stwora należy zakrzyknąć "It's Alive!", kończąc rozgrywkę. Gra przeciętna, słabo wciągająca, dobra jedynie jako przerywnik w oczekiwaniu na ciekawsze propozycje.

Niemniej jednak, tym właśnie akcentem zakończyliśmy naszą tegoroczną wizytę w Essen, ściskając pod pachą nowe nabytki, z kieszeniami pełnymi ulotek najdziwniejszych wydawnictw oraz fajnych promosów.

Na pewno wrócimy za rok!



Czytaj również

Komentarze


Repek
    Miodzio...
Ocena:
0
...jak obfity jest loot nabytkowy? Ile epików?

(Bardzo miodna relacja, podziwiam, że mieliście siłę robić ją na bieżąco.)

Pozdrówka
26-10-2008 01:22
Jeremiah Covenant
   
Ocena:
0
Wielkie dzięki za całość relacji ;)
27-10-2008 07:41
~Odi

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Dzieki, że znaleźliście czas na pisanie. Wszystkie relacje bardzo fajne
27-10-2008 12:43
neishin
    nie ma sprawy
Ocena:
0
polecamy się na przyszłość (czyli za rok):D
30-10-2008 16:41

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.