Bloodborne: Gra karciana

Po krew i trofea

Autor: AdamWaskiewicz

Bloodborne: Gra karciana
Gry powstające jako wsparcie innych produkcji z reguły cieszą się sporym wzięciem – komputerowe adaptacje filmowych blockbusterów, wydawane równolegle z premierą obrazu na srebrnym ekranie, nierzadko trafiają na listy bestsellerów, stanowiąc dowód nie tylko przywiązania widzów (i graczy) do ulubionych bohaterów, ale i słuszności działań marketingowych speców od nakręcania sprzedaży.

Równocześnie jednak takie pozycje aż nazbyt często okazują się nie być niczym innym jak ordynarnym skokiem na kasę, a gracze dostają produkt niedopracowany i wydany w pośpiechu, by zdążyć przed premierą utworu, do którego ma nawiązywać.

Miłośnicy gier planszowych i karcianych mogą z łatwością podać przykłady zarówno bardzo udanych adaptacji gier komputerowych, przenoszących z monitorów nie tylko grafiki, ale i klimat cyfrowych hitów, jak i takich, nad którymi najlepiej spuścić zasłonę milczenia. Na szczęście nazwisko Erica M. Langa, odpowiedzialnego choćby za powstanie Chaosu w Starym Świecie i Warhammera: Inwazji, stojącego za karcianą adaptacją konsolowego przeboju Bloodborne sprawiło, że tej grze dałem spory kredyt zaufania. Pozycja pierwotnie wydana nakładem Cool Mini or Not (firmy znanej choćby jako producent Zombicide), w polskiej wersji językowej ukazała się dzięki gliwickiej firmie Portal Games.

Jako że nie znam gry Bloodborne w wersji na PS4, stąd jej karcianą odsłonę traktuję jako produkt samodzielny, nie zwracając uwagi na zgodność z elektronicznym pierwowzorem.

Pierwsze wrażenie, jakie sprawia gra Erica M. Langa, jest jak najbardziej pozytywne. Solidne, kwadratowe pudełko zdobi grafika przedstawiająca jegomościa wyposażonego w karykaturalnie nieporęczne narzędzia mordu, stojącego na tle posępnie wyglądającej scenografii. Obrazek pochodzi z gry konsolowej, podobnie jak wszystkie ilustracje, jakie znajdziemy na kartach, i choć ich stylistyka nie każdemu musi się podobać, to – nieco groteskowa, zwłaszcza jeśli chodzi o wizerunki broni – mi przypadła do gustu. To, co jednak zdecydowanie zasługuje na pochwałę, to wypraska pomagająca posegregować poszczególne elementy gry – estetyczna i funkcjonalna, z miejsca podniosła mój komfort obcowania z grą, a dodatkowo ma dosyć wolnego miejsca, by pomieścić komponenty, jakie wprowadza rozszerzenie The Hunter's Nightmare. Choć, póki co, nie ogłoszono jeszcze planów wydania go w polskiej wersji, to mam nadzieję, że wkrótce doczekamy jego premiery. Jedynym zastrzeżeniem, jakie można mieć do samej wypraski, to fakt, że po zabezpieczeniu foliowymi koszulkami, karty przestają się w niej mieścić. Osoby chcące chronić w ten sposób karty muszą więc stanąć przed niełatwym wyborem – czy narazić je na wycieranie się, czy przechowywać i transportować je poza pudełkiem z grą.

Wybierz kartę, dowolną kartę

A właśnie karty są sercem tej gry. Na początku rozgrywki należy podzielić je na odpowiednie kategorie, spośród potworów wylosować siedem zwykłych monstrów, trójkę bossów oraz jednego Ostatniego Bossa – ten zestaw będzie wspólnie stanowić przeciwników graczy, wcielających się w postacie Tropicieli – łowców potworów. Każdy z graczy dostaje startowy zestaw pięciu kart, z których trzy to słabe modele uzbrojenia, a dwie – karty specjalne (Transformacja i Sen Tropiciela). Z kart Ulepszeń odkrywamy tyle, ilu jest uczestników rozgrywki – w jej trakcie pozwolą one Tropicielom rozbudowywać startowy arsenał o potężniejsze sprzęty. 

Oprócz skromnego zestawu kart gracze dostają też planszetki pomocne przy oznaczaniu zdobytych trofeów i krwi zabitych monstrów (i zawierające także skrót przebiegu tury) oraz licznik zdrowia – wykonanie wszystkich tych elementów również wypada pochwalić za solidność.

Na początku rozgrywki odkrywa się kartę Ostatniego Bossa – choć dopiero po pokonaniu jego sług będzie można stawić mu czoła, to każdy z nich dysponuje specjalną zdolnością działającą przez całą grę – oraz wierzchnią kartę z talii potworów. Każde monstrum określone jest zestawem kilku parametrów – Zdrowia, Siły, rodzajem, do jakiego należy; niektóre mogą także dysponować specjalnymi zdolnościami. Zdrowie określa, ile ran trzeba zadać bestii, by ją zabić, jednak jako że zadawane potworom obrażenia przekładają się na punkty zwycięstwa, równocześnie stanowi to także o tym, jak cenny jest dany stwór. Siła wskazuje na to, jaką kostką rzuca kreatura, zadając obrażenia Tropicielom – zieloną (najsłabszą), żółtą (średnią) czy czerwoną (najsilniejszą), zaś rodzaj potwora – trofeum, jakie dostaną Tropiciele za jego zgładzenie. Poza gromadzonymi punktami krwi (w nomenklaturze gry określanymi jako Tętnienia) trofea są drugim źródłem punktów decydujących finalnie o wygranej – im więcej monstrów danego rodzaju pokonamy, tym bardziej rosną nasze szanse na zwycięstwo, nawet jeśli były to słabe i niezbyt groźne potwory.

Przebieg gry jest dość prosty, a poszczególne tury dzielą się na kilka następujących po sobie faz:

Krew ma swoje prawa

 

Gra toczy się do pokonania Ostatniego Bossa – gracze podliczają wówczas punkty za zdobyte Tętnienia krwi oraz zdobyte trofea, a zwycięzcą jest ten, który ma ich łącznie najwięcej. W sumie rozgrywka nie powinna zająć więcej niż około 45 minut, a zwiększenie liczby graczy nie wydłuża jej znacząco.

Na pierwszy rzut oka Bloodborne może sprawiać wrażenie gry kooperacyjnej (a raczej półkooperacyjnej), jest to jednak wrażenie pozorne. Mimo że Tropiciele wspólnie walczą z potworami, to nie ma zagrożenia zakończenia rozgrywki wspólną przegraną graczy. Prawdziwymi przeciwnikami faktycznie okazują się więc nie potwory, a inni gracze; monstra stanowią raczej źródło pożądanych zasobów (Tętnień i trofeów), niż zagrożenie. W grze znajdziemy natomiast elementy zarządzania zasobami i ryzykiem, a także – w mocno ograniczonym zakresie – budowania talii. Pochwalić wypada dynamikę rozgrywki – jako że wszyscy gracze poszczególne fazy tury wykonują niemal równocześnie, w grze nie ma przestojów, chyba że ktoś zbyt długo zastanawia się nad wyborem karty do zagrania.

Niestety, gra nie jest także pozbawiona wad. Pierwszą jest nie do końca jasno napisana (lub przetłumaczona) instrukcja, co w przypadku gry o tak nieskomplikowanych zasadach musi budzić zdziwienie. Drugi zarzut jest jeszcze poważniejszy – otóż przy zaledwie pięciu Ostatnich Bossach, dwudziestu pięciu kartach potworów i nieco ponad trzydziestu kartach Ulepszeń (z których wszystkie powtarzają się, w sumie mamy więc tylko czternaście ich wzorów), szybko wkrada się powtarzalność. Niby każdy finałowy przeciwnik ma inną zdolność, niby zestaw wrogów w każdej rozgrywce będzie trochę inny, ale ogólnie regrywalność Bloodborne oceniłbym jako najwyżej średnią. Na szczęście można oczekiwać, że rozszerzenie rozbuduje liczbę dostępnych opcji i podniesie poziom regrywalności. Jednak nawet pomimo tych mankamentów jest to pozycja warta polecenia, nie tylko fanom konsolowego pierwowzoru. Raczej nie zapewni całego wieczoru nad planszą, ale znakomicie sprawdzi się jako rozgrzewka przed cięższym i bardziej czasochłonnym tytułem.

Plusy

Minusy

Ilustracje w tekście pochodzą ze strony wydawcy.

Dziękujemy wydawnictwu Portal Games za udostępnienie gry do recenzji.