» Pamiętniki graczy » W matni intryg » W matni intryg #23 i #24

W matni intryg #23 i #24


wersja do druku

Lucjusz del Pierro

Autor: Redakcja: Maciej 'Albert' Kaska

Niedziela, 20 sierpień 1575r.


Otwór tunelu ział wilgocią i stęchlizną. Wpatrywała się intensywnie w jego czerń, aż oczy łzawiły. I wtedy dostrzegła błysk pary zielonych oczu. W uszy zaś uderzyła kakofonia dźwięków, która spowodowała, że padła na kolana bliska omdlenia. Poczuła w ustach smak morskiej wody, a żołądkiem zaczęły wstrząsać torsje.

Tirgana obudziła się z bijącym mocno sercem. Rozejrzała się wokół.

Jak zwykle przed uderzeniem głową o półkę uratowało mnie tylko przyzwyczajenie... jakoś lubię mieć coś nad sobą, gdy śpię. Dookoła jeszcze ciemno. Co mi tam, zapalę lampę, i tak już do rana nie zasnę.

Pokój, w którym śpię jest (tak jak reszta moich "apartamentów") rodzinną modą - odpowiednio powiększoną i umocnioną jaskinią. Nie brak tu jednak powietrza i wody, a światło można przecież zawsze przynieść ze sobą...

Nie ma tu wielu sprzętów, większości pozbyłam się, gdy zaczęłam żyć samotnie. Zostały tylko te najpotrzebniejsze – łóżko, stół, komoda, trochę półek, które wieszał jeszcze Kris. W rogu zasłona, za którą urządziłam mały magazyn, gdzie trzymam broń, zapasy, narzędzia i tym podobne przedmioty. Po drugiej stronie pokoju znajdują się drzwi prowadzące do kuchni, urządzonej równie ascetycznie. Takie to moje mieszkanie.

Ten sen wracał regularnie od czasu gdy straciła Krisa. Wróciła myślą do tamtych dni.

To był dziwny czas. Byłam tak szczęśliwa, że bałam się każdej chwili – bo mogła to wszystko zakończyć. Pewnego dnia Krisa wezwano na posterunek, jedyny szczegół, który usłyszałam, to słowa "na granicy". Czego, nie miałam pojęcia.

Tej nocy nie chciałam wypuścić go z domu. Zaczęłam mieć bardzo złe przeczucia. On jak zwykle śmiał się, nazwał zabobonną mamusią, uściskał i poszedł do kwater Olega. Wtedy widziałam go po raz ostatni.


Nad ranem ze snu wyrwało mnie pukanie do drzwi. To był Oleg. Dziwny, z poszarzałą twarzą. Oznajmił, że Kris zginął, i po prostu uciekł. Nie mogłam nawet zobaczyć jego ciała.

Część mnie umarła razem z nim.

To było prawie dziesięć lat temu, a wspomnienia są wciąż tak żywe...

###

Było jeszcze wcześnie, gdy usłyszała pukanie do głównych drzwi. Była przyzwyczajona, że wzywano ją na akcje o różnych porach, więc nie zdziwiła się zbytnio. W progu stanął Odmir, dobry towarzysz Olega, człowiek do wszystkiego. Za nim jakiś obcokrajowiec, jakich coraz więcej kręciło się po Gordzie.

- Witaj! – rzucił krótko bez zbędnych wstępów. – Oleg chciał abyś z nim porozmawiała... i przeczytała przedtem to – podał jej zwitek papieru.

- Nie pytaj. Nic nie wiem – dorzucił szybko, po czym wycofał się w głąb korytarza i zniknął.

Przybysz ubrany był na czarno z przypasanym rapierem do boku i kapeluszem z szerokim rondem. Do butów przypięte miał ostrogi, które dzwoniły przy każdym jego kroku. Tirgana skrzywiła się w niesmaku. Krótki wąsik zakończony ostro nadawał jego trzydziestoparoletniej twarzy odrobinę śmieszny wyraz.

Tirgana odwinęła zwitek. Zawierał krótki tekst napisany przez Olega.

Porozmawiaj z nim. Zależy nam na jego pomocy.

Ściągnął kapelusz, po czym ukłonił się dworsko. Tym razem dziewczyna uniosła brwi w zdumieniu. Nie przywykła do takich gestów. Wskazała krzesło przy stole, po czym sama usiadła.

- Pani pozwoli, że się przedstawię, Lucjusz del Pierro z Cynazji. Mam tutaj pewną... hmmm... misję do wykonania. Z, że tak powiem, obopólną korzyścią jak mniemam. Odesłano mnie wpierw do pana Olega, teraz zaś do pani... Pani wybaczy, jak godność?

- Tirgana.

- Pani Tirgana... z domu?

- Helreid. Moim ojcem był Khelgar Helreid.

- Właściwie nie potrafię się wyznać w tych wszystkich "ochach". Jak nazywa się miejsce, w którym aktualnie jesteśmy?

- Jest znane jako Sokole Oko. Leży kilkanaście kilometrów na północ od Wielkiego Wiru. Lecz tutaj w korytarzach, w głębi, bardziej jest znane jako Labirynt Szaleńca.

- Tak, więc jak już rzekłem, ma misja... Sprawę całą wyłożyłem już panu Olegowi. Pani jesteś jak mnie poinformowano zwiadowcą? Mogłabyś mi pani opisać dokładniej, na czym polega pani praca? Wybaczy pani mą wnikliwość, wiedzieć jednak muszę czy mam do czynienia z odpowiednią osobą. To MOJA praca – uśmiechnął się szelmowsko.

- A moja to orientacja. Przepatrywanie ścieżek, wpatrywanie się w mrok, który dla Twoich oczu, panie, będzie tylko nocą. Potrafię znaleźć drobny, nieprzystający do otoczenia szczegół, który może narazić na niebezpieczeństwo i drugi, który będzie wybawieniem. Gdy się zgubisz, będę w stanie znaleźć cię prawie wszędzie. Jeśli, oczywiście, będę tym zainteresowana...

Mężczyzna najwyraźniej był zadowolony z odpowiedzi, jaką otrzymał.

- Z tego, co zrozumiałem, nieobce jest pani, przepatrywanie tunelów, że tak powiem, miejsc tajemniczych i niebezpiecznych, gdzie zwykłaś się pani, jak mniemam udawać w pojedynkę?

- Jak mniemam. Chyba, że moje zadanie polega na doprowadzeniu kogoś do upragnionego przez niego miejsca. Ale odpowiedź brzmi "tak". Na ogół chodzę sama, tunele mnie lubią. Zwłaszcza te odległe, które rzadko czują czyjąś obecność... Ostatnie zdanie Tirgana wypowiedziała z tęsknym niemal uśmiechem.

- Daleko Gord, od, że tak powiem, cywilizacji leży. Pani wybaczy to sformułowanie. Chciałem przez to rzec, że papież najwyraźniej o tym krańcu świata, w którym przecież z Ciemnością się walczy, najwyraźniej zapomniał, nie uważasz pani? Rad byłbym usłyszeć przecież opinię Gordyjczyka o papieżu i Kościele. Bo choć podziwiam zaciętość i wytrwałość waszego ludu w walce z pomiotami Kusiciela, to jednak nie trudno odnieść wrażenie, że czynicie to li tylko dla obrony własnych granic. Jak wygląda wiara wasza?

- Wiara w zło czy dobro nie różni się przecież dla nikogo. Może to niezbyt wyrafinowane, ale prawdziwe. I w to właśnie wierzymy. Nie potrzeba Kościoła, by zobaczyć Ciemność i chcieć ją zwalczyć. Tutaj wystarczy czasem wyjść z domu po zmroku, by nigdy nie powrócić. I modły tu nie pomogą. Tylko stal i proch. I pewna ręka.

Lucjusz zamilkł, wąsa podkręcając nerwowo, jakby zastanawiając się czy warto przejść do następnego pytania. Wahał się, lub może tylko udawał...

- Mój pracodawca jest człowiekiem interesu. Można powiedzieć kupcem, choć nie... Kupiec to niewłaściwe sformułowanie. Pasjonatem, kolekcjonerem... Dość, że za pewną przysługę jest gotów wyświadczyć inną. Nie wchodząc w szczegóły, za Twoją pani pracę, służbę, którą dzień po dniu czynisz, za którą nic więcej niż wdzięczność i kawałek chleba... gotów jest ofiarować coś, czego sami nie jesteście w stanie przedsięwziąć.

- Nim wejdę w szczegóły tej, że tak powiem, umowy, chciałbym usłyszeć zapewnienie, że jej treść nie wyjdzie poza te mury. Czy pani na to przystaniesz czy nie, wszystko co od tej chwili powiem zostać ma między nami. Jak zatem będzie?

Tirgana oparła podbródek dłonią, przymrużyła powieki. - Nie obrażaj, panie, Gordyjczyka w jego domu. Zapewnienia nie są potrzebne. Nie jestem folwarczną dziewką, by wszystko, co usłyszę, paplać na rynku kupując podarte spódnice. Słyszą cię tu jedynie skały i ja. Jeśli jednak chcesz, wyjrzyj za drzwi, sprawdź, tylko uważaj, nie odchodź za daleko, możesz się potem nie odnaleźć.

Poprawiła się na krześle, przeciągnęła zdrętwiałe nieco od chłodu ramiona i kontynuowała:

- W Gordzie tajemnica jest często od życia ważniejsza, więc dam Ci radę. Teraz korzystasz z prawa gościa, jesteś więc traktowany specjalnie. Jednak rzadko zdarza się ktoś o mojej cierpliwości. Uważaj na słowa. U nas honor liczy się ponad religię.



Czytaj również

Labirynt szaleńca. Wściekły Włochaty.
Sokolo Oko. Zadanie. Labirynt Szaleńca.
Rokmowo - Armon. Na granicy. Ksiądz.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.