» Artykuły » 9/11 i Powrót do przyszłości

9/11 i Powrót do przyszłości


wersja do druku

Polska LARPowa okiem skandynawskiego mistrza

Autor: Redakcja: Kamila Michalak

9/11 i Powrót do przyszłości
W pierwszym numerze Playground – skandynawskiego kwartalnika o nowej fali roleplayingu ukazał się artykuł autorstwa Frederika Berga Østergaarda opisujący jego wizytę w Polsce podczas zeszłorocznego festiwalu Inne Sfery. Zapraszamy do zapoznania się tłumaczeniem.

Więcej o Playground znajdziecie na stronie playgroundroleplayingmagazine.wordpress.com

Istnieje także możliwość subskrypcji magazynu pod adresem: playgroundroleplayingmagazine.wordpress.com/subscriptions

***

9/11 i Powrót do przyszłości

W trakcie niekończącej się podróży nawracania na Jeepform Frederik Berg Østergaard zabierze nas głęboko w serce nieznanej ziemi polskiego LARPa.

- Jestem jednym z pilotów, wiesz? - zagadnąłem mojego współpasażera w samolocie.
- Ty chyba LARPujesz - odpowiedział. To miało sens. Przestaliśmy rozmawiać. Byłem blisko Monachium, gdy kac, a może gorączka, zaczęły mijać.

Wrocław. Znałem to miasto ze starej wilkołakopodobnej gry z gatunku wolnej formy (ang. freeform), w którą grałem przez trzy lata. Nasz mistrz gry stracił do nas cierpliwość i zabił wszystkich jak wściekłe psy. Wciąż czuję lekkie ukłucie gdy wspominam tamte czasy. Przypuszczam, że to była forma przed-bleed'a [bleed – wrażenienie przekraczania granicy między graczem a jego postacią – przyp. tłum.]. Wciąż toczymy gorące kłótnie na temat tego haniebnego finału.

Słynny ze swoich licznych mostów, Wrocław nie miał niczego, co mógłbym rozpoznać ze wspomnień po tamtej kampanii. LARP jako narzędzie turystyczne całkowicie mnie zawiódł. A może miastu Wrocław nie udało się spełnić moich fikcyjnych wyobrażeń?


Bartki

Przejeżdżając przez zniszczone podmiejskie rejony widziałem, jak niedawna powódź zniszczyła wiele budynków. Czy Wrocław był polskim St. Louis?
- Nikt już tam nie mieszka - powiedziała Annika. Nazwana otrzymała imię po jednej z postaci z Pippi Pończoszanki.
- Moi rodzice naprawdę lubili Pippi - powiedziała. - To nie jest typowe polskie imię.
Natychmiast wypaplałem: - Szwedzki to język bogów i herosów - moja opiekunka tylko na mnie spojrzała.

Starałem się pozbierać po tym przypływie narodowych uczuć. Nawet nie jestem Szwedem. Na szczęście zostałem uratowany przez przybycie Bartka.

Bartek to ewidentnie polskie imię. Wszyscy mieli na imię Bartek. Poszliśmy do domu Bartka. Dzielił go z kilkoma innymi Bartkami. Poprosiłem jednego z gospodarzy, aby zapozował mi do aparatu w polskim LARPowym stylu. Założył na siebie biały lekarski kitel, wziął do ręki strzelbę i stanął na tle plakatu z Rambo. To była zdecydowanie męska LARPowa nora.

Byłem tu na niekończącej się podróży nawracania na Jeepform. Na konwencie LARPowym Odraz w Republice Czeskiej poznałem Kubę. Kuba to nie było jego prawdziwe imię. Istnieje charakterystyczna tradycja używania swojego internetowego przezwiska zamiast prawdziwego imienia, bardzo popularna we wschodnim bloku. Ponieważ wszyscy nazywali się Bartek, było to w pewnym sensie bardzo logiczne.
Kuba zajmował się kontaktem ze mną. Opowiedział mi o serii LARPów, jaką wraz ze znajomymi zrobił w publicznym budynku we Wrocławiu. LARPów otwartych dla każdego. Mogłeś tam wejść prosto z ulicy. Gry trwały po kilka godzin. Zabrzmiało to dla mnie bardzo jak freeform. Potem nadeszła puenta. Co tydzień przez rok grali w inną grę.

Zapytałem go o przykład takiej gry.
- Buty - odpowiedział.
- Buty? - byłem zdziwiony.

Na tablicy napisano słowo buty. To była zasada gry. Gra zaczynała się gdy tylko wszedłeś do pokoju. Żadnych kart postaci, żadnych ćwiczeń, po prostu wchodzisz do pokoju i poznajesz zarówno grę, jak i jej zasady.


Musiałem zobaczyć buty

Kilka miesięcy po poznaniu Kuby w Czechach, byłem we Wrocławiu, w południowej Polsce. Musiałem zobaczyć polskie LARPy na własne oczy. Główną atrakcją był konwent Inne Sfery – Kuba był jego głównym organizatorem. Inne Sfery zainteresowały LARPowców z całej Polski.

- Prawie co tydzień gdzieś w Polsce jest jakiś konwent - powiedział jeden z Bartków.

Inne Sfery miały wszystko, czego można by się spodziewać po roleplayowym konwencie. Fala nerdów przetaczała się korytarzami ośrodka kultury, w którym odbywał się konwent. Książki fantasy i sci-fi, sprzedawcy kostek, pokazy szermierki, koncerty, sztuki teatralne, prezentacje naukowe i przypadkowy astronom – jego warsztaty o Jowiszu były zaiste wybuchowe.

Niesamowicie dobrze ubrana kobieta prowadziła wstępniaki do scenariuszy gier. Amerykańskie podejście do interaktywnego storytellingu dokonało inwazji na Polskę. Zrobili demo większej liczby gier niż kiedykolwiek widziałem.

- Pierwszy raz jest za darmo, tak myślę - powiedziałem i wspomniałem o swojej przygodzie z grupą opowiadaczy w Greenfield w stanie Massachustes. Prowadzącej wyraźnie zaimponowało, gdy wspomniałem nazwisko Emily Care Boss.

Język naprawdę nie był problemem do tej pory, ale byłem wniebowzięty, kiedy poznałem ujeżdżaczkę koni, która posługiwała się doskonałym angielskim – i to z brytyjskim akcentem!

Poszliśmy poznać firmę produkującą polską grę Neuroshima:. postapokaliptyczne tradycyjne stolikowe RPG. Oferta firmy była dość spora, zawierała m.in. wiele dodatków do gier i mogła poszczycić się doskonałą jakością grafik. Gdybym był bardziej zaangażowany w ten klimat, pewnie bym się zakochał. Zamiast tego ograłem jednego z twórców planszowej wersji, Neuroshimy Hex.
- Szczęście początkującego - chrząknął.
Nie kryłem mojego oczywistego zadowolenia.


9/11, LARP czy rzeczywistość?

Późno w nocy zostałem wprowadzony do samochodu, który szybko ruszył. Bartek powiedział: - Chodźmy do Spiżu. Mają najlepsze piwo we Wrocławiu.

Nie protestowałem.

Byłem już tam poprzedniej nocy. Piwo było dobre. Naprawdę bardzo dobre. Kiedy już jechaliśmy, Ocalały – Z – 9/11, jak później zacząłem go nazywać, opowiadał historię o swoim ojcu, który zgarnął do samochodu całkowicie pijanego mężczyznę jadącego rowerem autostradą. Facet stracił przytomność w samochodzie, a ojciec przewiózł go 700 kilometrów, tylko po to, żeby zostawić go na plaży niedaleko Gdańska.
- Wyobraź sobie jego minę, kiedy się obudził - kontynuował Ocalały – Z – 9/11. - "Czy przejechałem na rowerze aż do Gdańska?".
Roześmialiśmy się. Zdałem sobie sprawę, że moi towarzysze zamierzają poczekać aż upiję się do nieprzytomności i zawieźć mnie na plażę niedaleko Gdańska.

- Przeżyłem 9/11 - powiedział Ocalały – Z – 9/11 gdy już dotarliśmy do Spiżu. - Byłem tam, kiedy to się stało. Przez chwilę myślałem, że mówi o jakimś LARPie.
- Wszystko było pokryte pyłem - kontynuował. - Nie mieliśmy pojęcia co się stało. Poprzedniej nocy mocno się upiliśmy - mówił z uśmiechem - Wyszliśmy na zewnątrz i wszystko było pokryte pyłem. Musiałem zapytać przechodnia co się stało. 'Wszystko', odpowiedział. 'Zaatakowali nas'.

To wciąż brzmiało jak LARP. Imponujący LARP, nawet, aż do momentu, gdy Ocalały wyciągnął zużyty bilet lotniczy i położył go na stole.
- Noszę go w portfelu przez cały czas. Przypomina mi o ocaleniu -. To była prawda. On tam był.
- Zaimponowałeś mi - powiedziałem.
W rzeczywistości byłbym bardziej pod wrażeniem gdyby to jednak był LARP. Przez chwilę gra, którą sobie wyobraziłem wydawała się taka cool.


Przyszły dupek

Piotr, główny organizator Hardkonu, konwentu na którym gra się tylko LARPy, mówił mi o LARPie – albo raczej jeepie, bo tak nazywają w Polsce LARPy inspirowane Jeepformem – na którym mieli dostęp do prawdziwego, autentycznego DeLoreana. Auto wyglądało jak przeniesione prosto z Powrotu do przyszłości.

Widocznie jakiś fan kupił auto w Stanach, tam rozłożył je na części i przewiózł do Polski, gdzie złożył ponownie.
- Zadzwoniłem do Kuby i powiedziałem: »Mamy DeLoreana, zróbcie grę używając go« - powiedział Piotr.

Gra okazała się być LARPem o podróżach w czasie, w którym gracze mogli używać samochodu jako narzędzia do poruszania się w czasie.
- Pamiętam jedną scenę, w której polecieliśmy do przodu, aby spytać przyszłego mnie, co robić. Ten facet grał moją postać z przyszłości - powiedział Piotr wskazując na Kubę. - I po prostu na mnie napluł. Tyle, jeśli chodzi o przyszłość.

Zaśmialiśmy się. Wiem wszystko o DeLoreanie, z jego otwierającymi się do góry drzwiami. Muszę przyznać, że poziom jakości rekwizytów w tej grze był imponujący. Przypomniało mi to mojego dawnego szefa, który powiedział: "Wszystko staje się lepsze z helikopterem". Wtedy nie byłem pewien, czy się z nim zgadzam. Wydawało mi się, że to ogromny wysiłek, którego efekt wcale nie powalał na kolana.

Jednym z LARPów, jakie rozgrywały się na konwencie były Wormsy. Owinięci w ciasne, niebieskie plastikowe worki gracze wili się na ziemi próbując przedostać się z miejsca na miejsce. Nigdy nie zrozumiałem, jak właściwie rozgrywali tę grę. Zapytałem obwiązanego Piotra jak poradzili sobie z rozwiązywaniem konfliktów.
- Używamy bazook, super-owiec, babć - wytłumaczył.
- Rozumiem - odpowiedziałem.
Przypomniało mi to popularne kocie LARPy z Norwegii i Szwecji. Grali w Wormsy nie po raz pierwszy.
- Raz jeden z graczy wtoczył się w kupę - opowiadał Piotr - Nikt nie chciał z nim grać, więc wygrał.


Męskie wrony

Powiedziano mi o mającym się rozegrać tego wieczora, interesującym politycznym LARPie pod tytułem Wroniec. LARP był oparty na książce Jacka Dukaja pod tym samym tytułem. Gra toczyła się w czasie trwania stanu wojennego w komunistycznej Polsce. Tytuł można wytłumaczyć dosłownie jako męska wrona', ale to także akronim nazwy wojskowej dyktatury (WRON – Wojskowa Rada Odrodzenia Narodowego – organ administrujący Polską w czasie stanu wojennego – przyp. red.). LARP rozgrywał się z perspektywy dziesięcioletniego chłopca i miał surrealistyczną / bajkową otoczkę: Straszliwy, ptakopodobny potwór nawiedzający chłopca.

Z powodu mojej nieznajomości języka nie miałem pojęcia co tak właściwie się działo ani jakie znaczenie miała pusta rama obrazu przesuwana to do przodu, to do tyłu. Wszystko to nosiło znamiona prawdziwej sztuki i nie przypominały zupełnie klasycznego sposobu odgrywania LARPów. Jeśli chodzi o 'kostiumy' myślę, że mały helikopter albo DeLorean na pewno poprawiłby tę grę.

Uciekłem do lokalnego baru sportowego. Na terenie konwentu nie sprzedawano alkoholu i w rezultacie mój tradycyjny styl konwentowego życia mocno na tym cierpiał. Bar był bardzo popularnym miejscem, w którym goniło się smoka. Nie wziąłem swojego otulinowego miecza ani kości, więc pogoniłem tylko parę piw.
Grupa atrakcyjnych LARPujących kobiet z Gdańska dołączyła do nas przy barze. Jedna z nich miała miecz wytatuowany na plecach.
- Walcz aby wygrać - wytłumaczyła znaczenie tatuażu - Zawsze dostaję to, czego chcę.
Spojrzałem na nią.
- Może mógłbym go zobaczyć? - zagadnąłem.
- Może kiedyś - odpowiedziała.
Poszedłem do łóżka sam, z gorączką.

Tłumaczenie: Bartek Zioło
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Komentarze

string(15) ""

~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Jeden nie zaliczył.

Reszta rozładowuje seksualne frustracje w "Gang Rape".

Seriously, zajmijcie się uprawą ziemniaka. Bo zaczynam się czuć niepewnie wiedząc, że w autobusie - lub ciemnej uliczce - mogę spotkać LARPowca.
24-03-2011 00:30
Darkhan
    @up
Ocena:
0
I tym słodkim anonimem piękne nakresliłes sposób dyskusji fandomowych mądrali. Każdy wszystko wie i gardzi drugim...

Moze tak panei co tak ładnie ciągle nawiązujesz w każdym wpisie o LARPach to kontrowersyjnego Gang Rejpa zdradzisz swą tożsamość?

Bo ja tez mogę w każdym wpisie o Mandze pisać o Hentaiowych masturbatorach, czy pod każdym wpisem o RPGy o book of erotic fantasy i gwałtach w trakcie sesji

Na twoim miejscu głównym moim zmartwinem w autobusie byłoby jak w końcu dorosnąć czy odwaznie formułowac swoje zajebiste opinie bez krycia sie za anonimowscia, a nie to czy jedzie z Tobą jakiś frustrat.

Grow a balls... or grow up... or better both.
24-03-2011 09:56

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.