» Artykuły » 9/11 i Powrót do przyszłości

9/11 i Powrót do przyszłości


wersja do druku

Polska LARPowa okiem skandynawskiego mistrza

Autor: Redakcja: Kamila Michalak

9/11 i Powrót do przyszłości
W pierwszym numerze Playground – skandynawskiego kwartalnika o nowej fali roleplayingu ukazał się artykuł autorstwa Frederika Berga Østergaarda opisujący jego wizytę w Polsce podczas zeszłorocznego festiwalu Inne Sfery. Zapraszamy do zapoznania się tłumaczeniem.

Więcej o Playground znajdziecie na stronie playgroundroleplayingmagazine.wordpress.com

Istnieje także możliwość subskrypcji magazynu pod adresem: playgroundroleplayingmagazine.wordpress.com/subscriptions

***

9/11 i Powrót do przyszłości

W trakcie niekończącej się podróży nawracania na Jeepform Frederik Berg Østergaard zabierze nas głęboko w serce nieznanej ziemi polskiego LARPa.

- Jestem jednym z pilotów, wiesz? - zagadnąłem mojego współpasażera w samolocie.
- Ty chyba LARPujesz - odpowiedział. To miało sens. Przestaliśmy rozmawiać. Byłem blisko Monachium, gdy kac, a może gorączka, zaczęły mijać.

Wrocław. Znałem to miasto ze starej wilkołakopodobnej gry z gatunku wolnej formy (ang. freeform), w którą grałem przez trzy lata. Nasz mistrz gry stracił do nas cierpliwość i zabił wszystkich jak wściekłe psy. Wciąż czuję lekkie ukłucie gdy wspominam tamte czasy. Przypuszczam, że to była forma przed-bleed'a [bleed – wrażenienie przekraczania granicy między graczem a jego postacią – przyp. tłum.]. Wciąż toczymy gorące kłótnie na temat tego haniebnego finału.

Słynny ze swoich licznych mostów, Wrocław nie miał niczego, co mógłbym rozpoznać ze wspomnień po tamtej kampanii. LARP jako narzędzie turystyczne całkowicie mnie zawiódł. A może miastu Wrocław nie udało się spełnić moich fikcyjnych wyobrażeń?


Bartki

Przejeżdżając przez zniszczone podmiejskie rejony widziałem, jak niedawna powódź zniszczyła wiele budynków. Czy Wrocław był polskim St. Louis?
- Nikt już tam nie mieszka - powiedziała Annika. Nazwana otrzymała imię po jednej z postaci z Pippi Pończoszanki.
- Moi rodzice naprawdę lubili Pippi - powiedziała. - To nie jest typowe polskie imię.
Natychmiast wypaplałem: - Szwedzki to język bogów i herosów - moja opiekunka tylko na mnie spojrzała.

Starałem się pozbierać po tym przypływie narodowych uczuć. Nawet nie jestem Szwedem. Na szczęście zostałem uratowany przez przybycie Bartka.

Bartek to ewidentnie polskie imię. Wszyscy mieli na imię Bartek. Poszliśmy do domu Bartka. Dzielił go z kilkoma innymi Bartkami. Poprosiłem jednego z gospodarzy, aby zapozował mi do aparatu w polskim LARPowym stylu. Założył na siebie biały lekarski kitel, wziął do ręki strzelbę i stanął na tle plakatu z Rambo. To była zdecydowanie męska LARPowa nora.

Byłem tu na niekończącej się podróży nawracania na Jeepform. Na konwencie LARPowym Odraz w Republice Czeskiej poznałem Kubę. Kuba to nie było jego prawdziwe imię. Istnieje charakterystyczna tradycja używania swojego internetowego przezwiska zamiast prawdziwego imienia, bardzo popularna we wschodnim bloku. Ponieważ wszyscy nazywali się Bartek, było to w pewnym sensie bardzo logiczne.
Kuba zajmował się kontaktem ze mną. Opowiedział mi o serii LARPów, jaką wraz ze znajomymi zrobił w publicznym budynku we Wrocławiu. LARPów otwartych dla każdego. Mogłeś tam wejść prosto z ulicy. Gry trwały po kilka godzin. Zabrzmiało to dla mnie bardzo jak freeform. Potem nadeszła puenta. Co tydzień przez rok grali w inną grę.

Zapytałem go o przykład takiej gry.
- Buty - odpowiedział.
- Buty? - byłem zdziwiony.

Na tablicy napisano słowo buty. To była zasada gry. Gra zaczynała się gdy tylko wszedłeś do pokoju. Żadnych kart postaci, żadnych ćwiczeń, po prostu wchodzisz do pokoju i poznajesz zarówno grę, jak i jej zasady.


Musiałem zobaczyć buty

Kilka miesięcy po poznaniu Kuby w Czechach, byłem we Wrocławiu, w południowej Polsce. Musiałem zobaczyć polskie LARPy na własne oczy. Główną atrakcją był konwent Inne Sfery – Kuba był jego głównym organizatorem. Inne Sfery zainteresowały LARPowców z całej Polski.

- Prawie co tydzień gdzieś w Polsce jest jakiś konwent - powiedział jeden z Bartków.

Inne Sfery miały wszystko, czego można by się spodziewać po roleplayowym konwencie. Fala nerdów przetaczała się korytarzami ośrodka kultury, w którym odbywał się konwent. Książki fantasy i sci-fi, sprzedawcy kostek, pokazy szermierki, koncerty, sztuki teatralne, prezentacje naukowe i przypadkowy astronom – jego warsztaty o Jowiszu były zaiste wybuchowe.

Niesamowicie dobrze ubrana kobieta prowadziła wstępniaki do scenariuszy gier. Amerykańskie podejście do interaktywnego storytellingu dokonało inwazji na Polskę. Zrobili demo większej liczby gier niż kiedykolwiek widziałem.

- Pierwszy raz jest za darmo, tak myślę - powiedziałem i wspomniałem o swojej przygodzie z grupą opowiadaczy w Greenfield w stanie Massachustes. Prowadzącej wyraźnie zaimponowało, gdy wspomniałem nazwisko Emily Care Boss.

Język naprawdę nie był problemem do tej pory, ale byłem wniebowzięty, kiedy poznałem ujeżdżaczkę koni, która posługiwała się doskonałym angielskim – i to z brytyjskim akcentem!

Poszliśmy poznać firmę produkującą polską grę Neuroshima:. postapokaliptyczne tradycyjne stolikowe RPG. Oferta firmy była dość spora, zawierała m.in. wiele dodatków do gier i mogła poszczycić się doskonałą jakością grafik. Gdybym był bardziej zaangażowany w ten klimat, pewnie bym się zakochał. Zamiast tego ograłem jednego z twórców planszowej wersji, Neuroshimy Hex.
- Szczęście początkującego - chrząknął.
Nie kryłem mojego oczywistego zadowolenia.


9/11, LARP czy rzeczywistość?

Późno w nocy zostałem wprowadzony do samochodu, który szybko ruszył. Bartek powiedział: - Chodźmy do Spiżu. Mają najlepsze piwo we Wrocławiu.

Nie protestowałem.

Byłem już tam poprzedniej nocy. Piwo było dobre. Naprawdę bardzo dobre. Kiedy już jechaliśmy, Ocalały – Z – 9/11, jak później zacząłem go nazywać, opowiadał historię o swoim ojcu, który zgarnął do samochodu całkowicie pijanego mężczyznę jadącego rowerem autostradą. Facet stracił przytomność w samochodzie, a ojciec przewiózł go 700 kilometrów, tylko po to, żeby zostawić go na plaży niedaleko Gdańska.
- Wyobraź sobie jego minę, kiedy się obudził - kontynuował Ocalały – Z – 9/11. - "Czy przejechałem na rowerze aż do Gdańska?".
Roześmialiśmy się. Zdałem sobie sprawę, że moi towarzysze zamierzają poczekać aż upiję się do nieprzytomności i zawieźć mnie na plażę niedaleko Gdańska.

- Przeżyłem 9/11 - powiedział Ocalały – Z – 9/11 gdy już dotarliśmy do Spiżu. - Byłem tam, kiedy to się stało. Przez chwilę myślałem, że mówi o jakimś LARPie.
- Wszystko było pokryte pyłem - kontynuował. - Nie mieliśmy pojęcia co się stało. Poprzedniej nocy mocno się upiliśmy - mówił z uśmiechem - Wyszliśmy na zewnątrz i wszystko było pokryte pyłem. Musiałem zapytać przechodnia co się stało. 'Wszystko', odpowiedział. 'Zaatakowali nas'.

To wciąż brzmiało jak LARP. Imponujący LARP, nawet, aż do momentu, gdy Ocalały wyciągnął zużyty bilet lotniczy i położył go na stole.
- Noszę go w portfelu przez cały czas. Przypomina mi o ocaleniu -. To była prawda. On tam był.
- Zaimponowałeś mi - powiedziałem.
W rzeczywistości byłbym bardziej pod wrażeniem gdyby to jednak był LARP. Przez chwilę gra, którą sobie wyobraziłem wydawała się taka cool.


Przyszły dupek

Piotr, główny organizator Hardkonu, konwentu na którym gra się tylko LARPy, mówił mi o LARPie – albo raczej jeepie, bo tak nazywają w Polsce LARPy inspirowane Jeepformem – na którym mieli dostęp do prawdziwego, autentycznego DeLoreana. Auto wyglądało jak przeniesione prosto z Powrotu do przyszłości.

Widocznie jakiś fan kupił auto w Stanach, tam rozłożył je na części i przewiózł do Polski, gdzie złożył ponownie.
- Zadzwoniłem do Kuby i powiedziałem: »Mamy DeLoreana, zróbcie grę używając go« - powiedział Piotr.

Gra okazała się być LARPem o podróżach w czasie, w którym gracze mogli używać samochodu jako narzędzia do poruszania się w czasie.
- Pamiętam jedną scenę, w której polecieliśmy do przodu, aby spytać przyszłego mnie, co robić. Ten facet grał moją postać z przyszłości - powiedział Piotr wskazując na Kubę. - I po prostu na mnie napluł. Tyle, jeśli chodzi o przyszłość.

Zaśmialiśmy się. Wiem wszystko o DeLoreanie, z jego otwierającymi się do góry drzwiami. Muszę przyznać, że poziom jakości rekwizytów w tej grze był imponujący. Przypomniało mi to mojego dawnego szefa, który powiedział: "Wszystko staje się lepsze z helikopterem". Wtedy nie byłem pewien, czy się z nim zgadzam. Wydawało mi się, że to ogromny wysiłek, którego efekt wcale nie powalał na kolana.

Jednym z LARPów, jakie rozgrywały się na konwencie były Wormsy. Owinięci w ciasne, niebieskie plastikowe worki gracze wili się na ziemi próbując przedostać się z miejsca na miejsce. Nigdy nie zrozumiałem, jak właściwie rozgrywali tę grę. Zapytałem obwiązanego Piotra jak poradzili sobie z rozwiązywaniem konfliktów.
- Używamy bazook, super-owiec, babć - wytłumaczył.
- Rozumiem - odpowiedziałem.
Przypomniało mi to popularne kocie LARPy z Norwegii i Szwecji. Grali w Wormsy nie po raz pierwszy.
- Raz jeden z graczy wtoczył się w kupę - opowiadał Piotr - Nikt nie chciał z nim grać, więc wygrał.


Męskie wrony

Powiedziano mi o mającym się rozegrać tego wieczora, interesującym politycznym LARPie pod tytułem Wroniec. LARP był oparty na książce Jacka Dukaja pod tym samym tytułem. Gra toczyła się w czasie trwania stanu wojennego w komunistycznej Polsce. Tytuł można wytłumaczyć dosłownie jako męska wrona', ale to także akronim nazwy wojskowej dyktatury (WRON – Wojskowa Rada Odrodzenia Narodowego – organ administrujący Polską w czasie stanu wojennego – przyp. red.). LARP rozgrywał się z perspektywy dziesięcioletniego chłopca i miał surrealistyczną / bajkową otoczkę: Straszliwy, ptakopodobny potwór nawiedzający chłopca.

Z powodu mojej nieznajomości języka nie miałem pojęcia co tak właściwie się działo ani jakie znaczenie miała pusta rama obrazu przesuwana to do przodu, to do tyłu. Wszystko to nosiło znamiona prawdziwej sztuki i nie przypominały zupełnie klasycznego sposobu odgrywania LARPów. Jeśli chodzi o 'kostiumy' myślę, że mały helikopter albo DeLorean na pewno poprawiłby tę grę.

Uciekłem do lokalnego baru sportowego. Na terenie konwentu nie sprzedawano alkoholu i w rezultacie mój tradycyjny styl konwentowego życia mocno na tym cierpiał. Bar był bardzo popularnym miejscem, w którym goniło się smoka. Nie wziąłem swojego otulinowego miecza ani kości, więc pogoniłem tylko parę piw.
Grupa atrakcyjnych LARPujących kobiet z Gdańska dołączyła do nas przy barze. Jedna z nich miała miecz wytatuowany na plecach.
- Walcz aby wygrać - wytłumaczyła znaczenie tatuażu - Zawsze dostaję to, czego chcę.
Spojrzałem na nią.
- Może mógłbym go zobaczyć? - zagadnąłem.
- Może kiedyś - odpowiedziała.
Poszedłem do łóżka sam, z gorączką.

Tłumaczenie: Bartek Zioło
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Komentarze

string(15) ""

~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nie wiem czy mam tylko takie wrażenie, ale chyba nie bardzo mu się podobało? W sumie pozytywów za dużo nie zawarł w opisie wyjazdu jeśli chodzi o gry.
20-03-2011 20:01
Gerard Heime
   
Ocena:
+8
Ciekawy felietonik, z którego... nic a nic się nie dowiedziałem. Ot zbiór anegdotek. Trochę szkoda.
20-03-2011 20:09
Ezechiel
   
Ocena:
+7
Dzięki za artykuł, udowodnił mi, że polscy larpowcy nie są wyjątkami.

Teraz już wiem, że pretensjonalna poza, nieumiejętność formułowania myśli i wodolejstwo są immanentnymi cechami tego hobby.
21-03-2011 15:05
Drachu
   
Ocena:
+9
Cóż mogę powiedzieć... ziom nie zdobył trzeciej bazy. Za to miał gorączkę.

Kurde, kto z Was w podsumowaniu chwaliłby się, że chciał wspiąć się na górę Nitaka, ale mu się nie udało?

Już to widzę... relacja z Pyrkonu 2010
"To ogólnie był bardzo udany konwent. Na 5 w skali szkolnej. Fajnie się pośmiałem, spotkałem ziomów, zagrałem fajną sesję. To wszystko miłe rzeczy, ale nie zobaczyłem dolnej połowy tatuażu pięknej gotki i poszedłem do łózka sam... z gorączką. Odejmuję zatem jeden punkcik z oceny. Na Pyrkon 2011 przyjadę umyty i ogolony, przecież chyba nie usunie tego tatuażu przez najbliższy rok!".

Poczułem się lekuchno zażenowany. Jak podryw nie wyjdzie to nigdy, przenigdy, nie żalisz się w artykule. Jak wyjdzie, to też się nie chwalisz. Nazywamy to namiastką klasy.
21-03-2011 20:28
~niezalogowany PPPP

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Drachu, jak nie w artykule, to gdzie się skarzyć? :(
21-03-2011 20:48
~hallucyon

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Trudno mi powiedzieć, o czym jest ten tekst. Jedno wiem: czytający go Skandynawowie nie dowiedzą się, jak jest na Innych Sferach. Co się tyczy ostatniego fragmentu, zostawiam go bez komentarza.
21-03-2011 22:34
von Mansfeld
   
Ocena:
+1
W zasadzie ten tekst to zbitka przeżyć jakiegoś Skandynawa z wycieczki po Polsce. Ot co. I taką ma wartość: mierną.
21-03-2011 22:42
bukins
   
Ocena:
+2
Czytając niektóre komentarze, odnoszę wrażenie, że co poniektórzy nie potrafią się przestawić na lekko gawędziarską formę i oczekują analizy oraz dokładnej relacji z pobytu w Polsce.

Tymczasem autor poszedł w stronę formy wręcz blogowej, gdzie w luźny i gawędziarski sposób przedstawił "egzotyczną" Polskę w postaci masy anegdotek, które są zapewne dosyć zabawne dla tamtejszego czytelnika.

Końcowy tekst o dziewczynach i samotnym pójściu spać pokazuje mi totalny luz i twarz człowieka, co nie ma kija w "pupie".

IMO artykuł robi świetną reklamą naszym grom, pokazując, że są u nas ludzie totalnie zakręceni na punkcie swojej pasji i robią gry z niczego o nazwie "Buty" albo efekciarskie gry z masą rekwizytów.

Zbiór tekstów Johna Wicka jest w sumie w podobnym tonie. U nas nawet Trzewik pisze w całkowicie innym tonie niż wielu "erpegowców". Dlaczego gracze LARPowi nie mieli by pisać o grach/wyjazdach w ten sposób?

Jeśli ktoś oczekuje konkretów - ok, wodolejstwo.

Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać luźny i ciekawy tekst ze zbiorem anegdotek, który zaciekawi - to powyżej się świetnie nadaje.
22-03-2011 12:35
Fingrin
    Co za komentarze!
Ocena:
+2
W ogóle komentarze pod tym artykułem są pięknym obrazem polskiego środowiska graczy :) Chyba warto je przetłumaczyć i wysłać twórcom magazynu "Playground"

Przyznam, że mnie osobiście ten artykuł rozbawił. Na Knudepunkcie wszyscy wołali na mnie Bartek, co mnie akurat bawiło (wybaczcie moje słabe poczucie humoru). Artykuł wzbudził zainteresowanie wśród obcokrajowców naszym krajem i to w pozytywnym sensie tego słowa.

Szczerze mnie nie obchodzi, czy jest to artykuł na poważnie, czy na żarty. Jest to tekst interesujący na tyle by wzbudzić zaciekawienie czytelników i zachęcić ich do dalszego odkrywania i zgłębiania tematu. I fajnie, że został napisany przez Duńczyka z własnej nieprzymuszonej woli. Byłem mile zaskoczony, że chciało mu się tyle pisać o nas.

Wiele jest nadęcia i bufonady w naszym środowisku. Może czas spojrzeć na siebie z dystansem? W końcu wszyscy jesteśmy Bartkami! (tak, to jest żart i tak może być całkowicie nieśmieszny)
22-03-2011 12:36
von Mansfeld
   
Ocena:
0
@buking, Fingrin

Tyle że ta notka Duńczyka zawiera niewiele o LARPach i równie dobrze mogła by by zareklamowana gdzieś na Onecie.pl jako "zwierzenia Duńczyka z podróży po Polsce". Nawet nie trzeba analiz. Trzeba tylko tego, co faktycznie stanowić ma - patrząc na dział Polterowy - meritum artykułu: LARPy.

I odrobina dystansu: obecnie LARPy niewiele mają wspólnego z RPGami, a tym bardziej dział LARPowy nie powinien znaleźć się w Grach Fabularnych.

22-03-2011 12:55
~Kula

Użytkownik niezarejestrowany
    Worms genesis
Ocena:
+1
Wormsy, któr eprowadzilismy na Innych Sferach, rozgrywane są w workach na śmiecix2 i z użyciem niemal kompletnego zestawu broni.

Koncpet zrodził się na jednym z pierwszych Puckonów i z wariantem śpiworowym ma wspólną nazwę, horyzontalną pozycję graczy i komputerowy pierwowzór. Prowadzimy je znów na najbliższym Pyrkonie, zapraszam chętnych.

@Laveris: propnuję - załóż na forum temat w stylu "Dlaczego w dzisiejszych czasach LARPy mają niewiele wspólnego z RPG - studium psychozy" czy coś w tym stylu i tam przenieś swe dalsze wywody na ten temat.

Artykuł Frederika to felieton do magazynu, a nie streszczenie doktoratu. Proponuję wziąć to pod uwagę, zamiast bić w polskościowe bębny na melodię "raz Duńczyk o nas napisał i zrobił to do d...".
22-03-2011 13:58
von Mansfeld
   
Ocena:
0
@Laveris: propnuję - załóż na forum temat w stylu "Dlaczego w dzisiejszych czasach LARPy mają niewiele wspólnego z RPG - studium psychozy" czy coś w tym stylu i tam przenieś swe dalsze wywody na ten temat.

Nie ma to jak "konstruktywna krytyka". Taki jest świat LARPowców...

Artykuł Frederika to felieton do magazynu, a nie streszczenie doktoratu. Proponuję wziąć to pod uwagę, zamiast bić w polskościowe bębny na melodię "raz Duńczyk o nas napisał i zrobił to do d...".

Od kiedy felieton wygląda jak zbiór wpisów Twitterowych?
22-03-2011 14:24
~Gomes

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Laveris, weź mądrz się w tematach około rpg-owych, w które grasz już od półtora roku, a nie o LARPach, o których wiesz tyle ile przeczytałeś w internecie.
Takie zachowanie powinniśmy zostawić dzieciom Neo.
Co do konstruktywnej krytyki trafiłeś jak Kulą w płot :P
22-03-2011 19:11
von Mansfeld
   
Ocena:
0
Laveris, weź mądrz się w tematach około rpg-owych, w które grasz już od półtora roku.

Kula w płot. 3,5 roku.

Takie zachowanie powinniśmy zostawić dzieciom Neo.
Co do konstruktywnej krytyki trafiłeś jak Kulą w płot :P


A "tyldzie" życzę owocnej rejestracji na forum, bowiem słowa "tyld" z powodu ich anonimowości są niewiele warte.

Krytyka krytyką, ale trudno konstruktywnie mi się odnieść do niekonstruktywnej krytyki rzuconej do mnie. A swoją konstruktywną krytykę pod tym artykułem już wcześniej wrzuciłem. Tylko czekam, aż znowu zjedziecie na jakiejś prelekcji Wolsunga. ^^
22-03-2011 19:21
~Gomes

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ręce opadają... nawet nie chce mi się już więcej tłumaczyć. W każdym razie miłego teoretyzowania po 3,5 letniej praktyce! I czekamy na Ciebie na jakimś LARPie bo pewnie tam też będziesz nam mógł kilka rad już dać.
Pozdrowienia (mimo, że niewiele dla Ciebie warte :()
22-03-2011 19:34
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ze strony osoby której LARPY wiszą, fundom - czy to RPGowy czy jakikolwiek inny - też, a która interesuje się "szeroko pojmowana fantastyką". Marny tekst. Nie mam pojecia, jakimi względami kierowała się redakcja zamieszczając opowiastkę w klimatach American Pie jako artykuł około-RPGowy? Tekst dobry na bloga - i tam znaleźć się powinien.

Inna sprawa - przeglądając blogi - czy i notki/informacje z polteru, nie pozostaje mi nic innego jak zgodzić się z Ezechielem. Nie wiem jak LARPY wyglądają "od strony grajacego", ale od strony osoby która buduje swoja wizję tego rodzaju rozrywki na podstawie "not prasowych" i tego typu artów jak powyższy - straszna sobie anty reklamę robicie....
22-03-2011 21:12
~Kula

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@Gomes: :)
22-03-2011 23:18
~Kula

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@Gomes: :)
23-03-2011 00:12
~ms

Użytkownik niezarejestrowany
    Podsumowanie
Ocena:
0
Artykuł pochodzi z pierwszego numeru nowego duńskiego magazynu o grach larpo-podobnych. To nie jest magazyn internetowy-darmowy, tylko papierowy i na dodatek jest w obcym języku i trzeba się wysilić, żeby go przeczytać. Wdzięczni jesteśmy za darmową próbkę. Podobno inne artykuły są tam jeszcze bardziej...
23-03-2011 09:29
Linka
   
Ocena:
+2
@ms Nie duńskiego, tylko wydawanego w Norwegii, ale adresowanego do środowiska europejskiego (i otwartego na artykuły ze wszystkich europejskich krajów).

@hallucyon Wszystkie osoby, z którymi się zetknęłam, mieli bardzo pozytywne opinie o tekście. Co nie znaczy, że Ty nie możesz mieć innej. Chciałam tylko wskazać na pewien inny punkt widzenia -- to nie jest tekst, który dokumentuje (niczym potężna książka "Nordic LARP") dokonania polskiego środowiska. To jest raczej flaga w stylu -- hej, oni tam grają i mają ciekawe pomysły.
Dla równowagi w magazynie tekst ten sąsiaduje z zupełnie innym w duchu artykułem Eirika Fatlanda o jego wizycie na Larpvikendzie. Więcej analizy, porównań teatralnych. Więc z punktu widzenia całego czasopisma jest po prostu zachowany balans tekstów lekkich i analitycznych.

Jedna uwaga odnośnie tłumaczenia: "wstępniaki do scenariuszy gier" to nie jest dobry odpowiednik "introductions to story games". Zostawiłabym już "story games" jako odniesienie do gier z pewnego kręgu (forum story-games) albo dała "gry fabularne". Ale to drobiazg, bo zasadniczo szacun, Zioło, że chciało Ci się tłumaczyć.

Fińska (ale po angielsku) recenzja całego czasopisma (a także artykułu Frederika): http://nitessine.wordpress.com/201 1/03/16/playground-new-rpg-magazine/
23-03-2011 20:35

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.