» Artykuły » Felietony » O porannym kacu

O porannym kacu


wersja do druku

Qchnia artystyczna #5

Autor: Redakcja: Marcin 'malakh' Zwierzchowski
Ilustracje: Vermiliona

O porannym kacu
Obudziłem się. Światło wbiło się boleśnie pod opuchnięte powieki. Odbiło mi się słabo przetrawioną wódką. Na oślep sięgnąłem po szklankę. O kurwa, pusta, musieli wszystko wypić. Wciągnąłem skórzane spodnie oraz nabijane ćwiekami skarpetki i macając po ścianach, powlokłem się do łazienki. Łeb mi pękał po wczorajszym pijaństwie. W progu potknąłem się o jakieś szmaty, wszystko zarzygane i śmierdzące, widać impreza była lepsza niż zapamiętałem.

Odkręciłem kurek, ale z kranu wypłynęło tylko kilka kropel mętnej wody.

- Co jest, kurwa? – wychrypiałem wyschniętym, popękanym wargami, a wtedy po ręce pociekło mi coś lepkiego i czerwonego...

Niestety, nie dowiecie się dzisiaj, co się wydarzyło bohaterowi tej uroczej wprawki, którą pozwoliłam sobie spreparować na potrzeby kolejnej Qchni artystycznej. Ale nic straconego. Wśród tekstów nadsyłanych do Runy jest pokaźna ławica opowiadań, które zaczynają się właśnie takim uroczym intro, a większość podobna do siebie jak śledzie w Bałtyku. Na ostatnim Zahkonie, gdzie tradycyjnie odbył się przy ognisku pojedynek opowiadaczy, skacowane poranki również uderzały z częstotliwością zgoła zaskakującą. I tak od Zahkonu zachodzę w głowę, ziomkowie i przyjaciele, co jest ujmującego w poetyce porannego kaca. Jasne, że każdemu zdarzyło się przedawkować, zwłaszcza w czasach, kiedy słabiej człek zna swoje możliwości, a i pragnienie szlachetnej młodzieńczej rywalizacji jest potężniejsze. Jasne, że ból istnienia bardziej w człowieka uderza, kiedy ledwo ma siłę zwlec się z wyra. Jasne, że poranek jest naturalnym początkiem opowieści, bo nowy dzień wstaje, hej, nowy dzień. Ale żeby się tak tym kacem i tym początkiem napawać? I żeby detalicznie opisywać wszelkie czynności, które przebudzeniu towarzyszą, od trudności przy zapinaniu suwaka w portkach po rytualny rzyg? Nie rozumiem, rzetelnie nie rozumiem.

Można się na ten temat długo a wdzięcznie wyzłośliwiać, ale sprawa jest poważna. Na rynku pojawia się coraz więcej książek. W najlepszym sezonie wydawniczym codziennie do księgarń trafia kilka tomów fantastycznych. Wydawnictwa są zalewane manuskryptami: Runa nie jest największa na rynku, a codziennie dostajemy kilka powieści. Kilka. O tym, co dzieje się w pismach, nie chcę nawet myśleć, ale zakładam, że Nowa Fantastyka dostaje kilka albo kilkadziesiąt prac dziennie. Owszem, istnieją w wydawnictwach lektorzy i redaktorzy, których zadaniem jest właśnie czytanie nadsyłanych manuskryptów. Ale – been there, done that – uwierzcie mi, że po dziesiątym literackim kacu sami są również w nastroju cokolwiek rzygliwym. Nie czytają manuskryptów od deski do deski, raczej przerzucają kartki i trzeba po prostu przykuć czymś ich uwagę. Początkujący autor nie ma na to wiele czasu. Błysk geniuszu ukryty na stronie 153 raczej zostanie przez wydawcę przeoczony. Dlatego ważna jest pierwsza strona, pierwszy akapit, pierwsze zdanie. To ono ma chwycić redaktora za gardło, jaja czy co tam kto preferuje i sprawić, że rzeczony przeczyta cały tekst.

Można tutaj oczywiście narzekać nad spsieniem rynku i krótkowzrocznością wydawców, którzy, czytając po łebkach, przeoczą ten czy inny niezwykle lukratywny debiut. To oczywiście prawda. Pomyłki się zdarzają i niemało wydawców pluje sobie w brodę, że nie chciało wydawać Rowling albo, na naszym rynku, Pilipiuka, który przecież przez kilka lat pielgrzymował po kolejnych redakcjach ze zbiorem o Wędrowyczu. Ale narzekania nie zmienią praktyki rynkowej. Całej nadsyłanej produkcji literackiej nie da się wnikliwie przeczytać. Czasy legendarnych redaktorek Czytelnika i książek, które redagowało się kilka lat, już nie wrócą.

Książki fantastyczne sprzedają teraz na rynku fantastycznym trzy rzeczy: nazwisko i tytuł, okładka oraz pierwsza strona. Nazwisko debiutanta nie będzie dla wydawcy – ani czytelnika – żadnym argumentem. W zależności od wydawnictwa debiutant ma lub nie ma wpływu na tytuł, bo wydawca zdaje sobie sprawę, że jest to czynnik niezwykle istotny i zwykle wypowiada się w tej sprawie dział marketingu (zdarzało mi się pisać opowiadania do zbiorów, które ostatecznie ukazywały się pod zupełnie innym tytułem niż ten, który miałam w umowie).

Okładkę również zamawia wydawca, czasami słuchając w tej mierze sugestii autora, ale niekoniecznie. Ciekawym fenomenem są na polskim rynku okładki książek tłumaczonych, które niejednokrotnie oryginalnie były okładkami zupełnie innych książek, ale spodobały się wydawcy, więc postanowił je zamieścić przy tekście, z którym pierwotnie nie miały nic wspólnego. Swoją drogą, przypomina to trochę czasy pierwszych ksiąg, ilustrowanych drzeworytami, które istniały odrębnie i pojawiały się w inkunabułach w zupełnie surrealistycznych kombinacjach. Czasami na okładkę adaptuje się – z modyfikacjami lub bez – istniejącą ilustrację. Autorzy o uznanej pozycji mogą zawarować sobie w kontrakcie wpływ na okładkę lub wręcz jej akceptowanie, ale debiutant, któremu zależy na publikacji, nie bardzo może wybrzydzać.

Tu chyba miejsce na anegdotę o szkicu do pierwszej okładki Zbójeckiego gościńca. Pokazano mi ją na jakimś jublu NOWEj, po sporej ilości chivas regal i dobrze, bo na trzeźwo nie dawała się oglądać. Ale – chyba żart to był – wydawca tak się ubawił moją opinią o ptaszydle, które miało udawać jadziołka, że zadzwonił od ręki do ilustratora i przystawił mnie do słuchawki. Na usprawiedliwienie mam tyle, że nie wiedziałam zupełnie, kto to jest Bogusław Polch, a po alkoholu zbiera mi się czasami na szczerość. Szczerze zatem wyłuszczyłam swoją opinię na temat szkicu – miał być to skrzydlaty potworek, atakujący z góry czytelnika i przedstawiony jakoś tak w planie brzusznym, przez co przypominał wytarty wiecheć. Pamiętam również, że padło określenie "pierzasta miotełka do kurzu" i "kitka od czako". Po tamtej rozmowie Polch zrobił mi świetną, dynamiczną okładkę, z którą się ostatecznie Zbójecki… ukazał. Metody na bezczelnego, szczerego debiutanta jednak nie polecam, bo raczej ryzykowna.

Okładka zwykle jest więc decyzją wydawcy, estetyczną (spójność serii), ale też marketingową i finansową. Debiutant nie będzie miał również wpływu na slogany reklamowe książki ani na ostateczny kształt notki na czwartej okładce, chociaż wydawca może go poprosić o pomoc w przygotowaniu takich materiałów. Dlatego warto zawalczyć o początek książki.

Zwlokłam z półek kilka książek dla mnie ważnych, a na tyle klasycznych, że raczej nie będziemy się spierać o ich literacką wartość. Tak się zaczynają:

1. "W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich."
2. "Urodziłem się w Bombaju... dawno, dawno temu".
3. "Z końcem roku 1811 zaczęło się wzmożone zbrojenie i koncentrowanie sił Europy Zachodniej, a w roku 1812 wszystkie te siły – miliony ludzi (licząc i tych, którzy przewozili armię i żywili ją) – ruszyły z Zachodu na Wschód, ku granicom Rosji, dokąd również od roku 1811 ściągały siły Rosji."
4. "W hotelu Strether przede wszystkim spytał o swego przyjaciela, lecz bez zbytniego zmartwienia przyjął wiadomość, że Waymarsh nie zjawi się przed wieczorem."
5. "Katorżnicy noszą kombinezony w biało-różowe pasy."
6. "Zasiedli parę minut po drugiej i przez to długie i parne, znużone i zmartwiałe wrześniowe popołudnie siedzieli w tym pokoju, który panna Coldfield wciąż jeszcze nazywała kantorem, bo tak go kiedyś nazywał jej ojciec – w pokoju mrocznym i dusznym, z żaluzjami szczelnie zasuniętymi już od lat czterdziestu trzech, bo w czasach kiedy panna Coldfield była młodą dziewczyną, ktoś tam uważał, że światło i przewiew przynoszą gorąco i że w mroku jest zawsze chłodniej; teraz (w miarę jak słońce coraz pełniejszym blaskiem padało na tę stronę domu) mrok kratkowało coraz więcej żółtych ukośnych krech, w których drgały niezliczone cząsteczki kurzu czy też może – myślał Quentin – odpryski starej, zeschłej farby z łuszczących się żaluzji, wdmuchiwane do pokoju przez słońce zupełnie tak, jak mógłby je wdmuchiwać wiatr."
7. "Drogi Marku,
Udałem się dziś rano do mego lekarza Hermogenesa, który niedawno wrócił do Willi z dosyć długiej podróży po Azji."

8. "Brakowało mu cal – może dwa – do sześciu stóp wzrostu, był potężnie zbudowany, a gdy szedł prosto na kogoś, patrząc nieruchomo spode łba, z pochylonymi nieco plecami i wysuniętą głową, przypominał nacierającego byka."
9. "Czy sam zostanę bohaterem niniejszej powieści, czy miejsce to zajmie kto inny, następne rozstrzygną stronice."
10. "W samym środku leśnej gęstwiny stał zamek i dawał schronienie tym, których noc zaskoczyła w podróży: rycerzom i damom, królewskim orszakom i zwyczajnym wędrowcom."

Dobrałam je dość losowo, bo mi się nie chciało wyhaczać w głębi półek Balzaka czy Dostojewskiego. Celowo ich nie podpisuję, bo pojawią się w sondzie, której celem będzie sprawdzenie, po który najchętniej byście sięgnęli, bom bardzo tego ciekawa.

Co mają wspólnego? Każde z tych dzieł odniosło sukces. Każde z pierwszych zdań wprowadza nas w metodę pisarską i daje nam haczyk do zaczepienia wyobraźni. Są tutaj oczywiste różnice pomiędzy metodą realistyczną a modernistyczną (spójrzcie, na fragment 1 i 6, jak wyraźnie w nich widać pokrewieństwo w pojmowaniu i obrazowaniu świata). Ale nie chodzi koniecznie o styl, ani szczegółowość opisu: spójrzcie na fragment 8, tu nie ma skórzanych spodni ani skarpetek nabijanych ćwiekami, ale dowiadujemy się o bohaterze czegoś bardzo istotnego, nie analizując jego garderoby. Pisarz nie musi wszystkiego opisywać w detalu, może się odwołać do wspólnych wzorców wyobrażeniowych, co widać wyraźnie we fragmencie 5 – wszyscy przecież wiemy, kim są katorżnicy i modyfikacja ich stroju sprawia, że od razu można zgadnąć, o czym będzie ta książka. Bo coś w tych pierwszych zdaniach dostajemy jakieś wyobrażenie o bohaterze, o epoce, o problematyce, o metodzie pisarskiej wreszcie.

Ktoś sprytny na pewno zauważył już, że teksty te nie należą do literatury popularnej. Czy można zatem cokolwiek na ich podstawie wnioskować o tworzeniu takowej? Myślę, że tak, bo wprawdzie strumień świadomości pewnie kiepsko się sprawdzi w powieści akcji, ale dbałość o formę jest zawsze istotna. Dalej: spryciarz zauważył też, że arcydzieła często zaczynają od przedstawienia bohatera i wątki w tych pierwszych zdaniach bywają powtarzalne. Owszem, bo nie chodzi przecież o to, żeby pisarz stanął na retorycznych uszach i zakląskał jak słowik, od pewnej powtarzalności tematów nie ucieknie. W fantastyce zwykle bardzo mocno ceni się pomysł, ale zdanie "Obudziłem się i podrapałem trzecią nogą po nosie" albo "Obudziłem się i okazało się, że jestem włochatym trollem" również mnie nie zachwyci. Czytałam zbyt wiele podobnych. Ten trick wykorzystano już tyle razy, że trzeba naprawdę sporo wysiłku, żeby tchnąć w niego życie. Czy to możliwe? Jasne, że tak. Literatura polega na tym, żeby spojrzeć w inny sposób na coś, na co patrzyły setki i tysiące naszych poprzedników. Jeśli zaczynamy od przebudzenia, to wyciągnijmy z tego jakieś konsekwencje wykraczające poza trzecią nogę, krew na wylewce i flaki w progu łazienki. Pomyślmy, że przebudzenie jest resetowaniem świata, wychodzeniem z niebytu snu w coś, co jest niebezpieczne i zmienne. Jeśli ktoś tego nie potrafi, proponuję, żeby zastanowił się nad bardziej oryginalnym otwarciem.

A jak można się odbić od takiego bardzo ogranego początku z przebudzeniem? Mogłabym – żeby nie było, że skąpię praktycznych porad i kryję się ze swoim pomysłem na literaturę – napisać tak: "Budzę się i polis opada na mnie jak siatka na owada, pierzeje kamienic napierają na siebie, tolosy narożnych kapliczek są dziś obrane pajęczyną wstążek, czerwonych jak skakanka Pyrrae, a potrzaskane mury starategejonu wciąż połyskują nad miastem nagą czaszką." Co z tego zdania wynika? Pierwsze skojarzenie – Grecja, ale na pewno nie klasyczna, bo są kamienice, więc najpewniej jakiś mix fantastyczny. Drugie skojarzenie – mamy kogoś ważnego i jest to raczej dziecko (bo bawi się skakanką). Trzecie skojarzenie – trwa albo niedawno skończyła się wojna lub inna katastrofa, skoro mury strategejonu są potrzaskane. Czwarte skojarzenie – język gęsty, więc chyba nie sensacja, a i za wesołe też pewnie nie będzie. Piąte skojarzenie – czy faktycznie jest coś nie tak z polis, że ono opada, czy coś nie tak jest z bohaterem?

Pierwsze zdanie "Obudziłem się." jest perfekcyjnie pomijalne.

Śpij, chłopie, dalej, niech ci kocyk lekkim będzie.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

O marzeniach
Qchnia literacka #15
Z planem czy na żywca?
Qchnia artystyczna #14
Selekcja i dawkowanie informacji
Qchnia artystyczna #13
Mina przeciwpiechotna
Qchnia artystyczna #12
Ucieczka w dialogi
Qchnia artystyczna #11
Pisałem kiedyś powieść. Emocje.
Qchnia artystyczna #10

Komentarze

string(15) ""

~Sigrid

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A wiesz, że bym chyba Clavella wzięła, bo u niego się czuje epicki powiew, no i jeśli po coś sięgam, staram się czytać więcej niż pierwsze zdanie. Ale nie jestem pewna, czy to jest najbardziej typowa postawa czytelnicza. Czym się kierujesz, kiedy kupujesz książkę?
23-11-2009 19:45
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Hmm...Ostatnio na liście zakupionych przeze mnie lektur znalazły się "Light" M.Johna Harrisona, "Norwegian Wood" Murakamiego oraz "Miłość i sen" Crowleya. Czemu je kupiłem? Kieruję się własnym, wyrobionym gustem - uwielbiam książki trudne, wymagające pod względem tematu, treści, języka, książki-cegły, książki-łamigłówki, książki walące po głowie. Ale lubię też dobrze napisane czytadła (rewelacyjne są pod tym względem powieści Chabona). Takich też książek oczekuję od polskiej fantastyki.

Co decyduje o kupnie? Okładka, wydanie, cena, czasem blurb, tematyka, pierwsze kilkanaście stron - jeśli nie mam czasu na szukanie informacji w Sieci. Jeśli zaś mam, to przeglądam dość regularnie strony o książkach, czytam pisma, polskie i zagraniczne - i na podstawie recenzji zastanawiam się, czy książka pasuje do mojego profilu czytelniczego. Patrzę też, kto jest autorem, do jakiego gatunku dane dzieło należy; zwykle biorę hard SF (Egan, Stross), ale nie pogardzę inteligentnym kryminałem (Chandler, Krajewski), space operą (Vinge), horrorem (Lindqvist np), fantasy (Zelazny np), powieścią obyczajową poruszającą ważne tematy (Zadie Smith). Lubię czytać książki osadzone w innych krajach (literatura iberoamerykańska, japońska). Lubię próbować nowych autorów (ostatnio: Kiran Desai). Chyba nie jestem defaultowym polskim czytelnikiem:) Wiem po prostu, co kupuję. I dlatego bardzo rzadko uważam, że źle wydałem pieniądze.
23-11-2009 20:18

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.