» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Andrzejem Pilipiukiem

Wywiad z Andrzejem Pilipiukiem


wersja do druku

Jestem raczej pesymistą

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Wywiad z Andrzejem Pilipiukiem
Michał Małysa: Wywiad chciałbym rozpocząć pytaniem nie o książki, a o trochę bardziej prywatną stronę życia. Mianowicie, jak wygląda standardowy dzień jednego z najpłodniejszych polskich pisarzy fantastycznych?

Andrzej Pilipiuk: Zacznijmy od obalenia tych mitów z płodnością. W ciągu dziesięciu lat współpracy z Fabryką wydałem 22 książki. Z tym że przynajmniej dwadzieścia procent zawartego w nich tekstu powstało wcześniej. Patrząc od strony objętości, spokojnie gonią mnie Jacek Komuda, Rafał Kosik, Jakub Ćwiek i paru innych twórców – ja po prostu piszę ksiązki trochę krótsze, a za to więcej. Jacek Dukaj bije mnie objętością o parę długości, tylko wydaje swoje "cegły" co parę lat i trudno to dostrzec.

Standardowy dzień? Budzę się jak mi w telefonie budzik zawyje, zwlekam się z łóżka, budzę córkę i odwożę do przedszkola. Jak wrócę, robię kawę lub herbatę (a czasem jedno i drugie), siadam na fotelu po Dziadku*, na kolana kładę deskę, na deskę laptopa, i próbuję coś napisać. Albo szlifuję to, co już napisałem. Potem jadę po córkę, wieczorem czasem jeszcze siądę do kompa. W wolnych chwilach wyskoczę z żonką na zakupy albo męczę się z nawałem korespondencji. Nie robię nic ciekawego dla dziennikarzy. Nie piję, nie bzykam czytelniczek, nie oddaję się narkomanii, nie terroryzuję sąsiadów. Ubieram się i odżywiam też mało ekstrawagancko. O, momencik – suszone buraczki jem na sucho. Inni, zdaje się, robią z nich zupę.

MM: Twoja książka zostaje wydana. Siadasz w fotelu i czytasz ją? Denerwujesz się, gdy zauważysz literówkę, której nie znalazła korekta?

AP: Czasem sobie "podczytam", zwłaszcza jak piszę ciąg dalszy i muszę sobie to i owo przypomnieć. Jestem dysortografikiem. Podchodzę do literówek zupełnie obojętnie. Gorsze są błędy merytoryczne lub moje przeoczenia.

MM: A co chciałbyś powiedzieć ludziom, którzy na widok literówki dostają palpitacji i uważają, że przeróżne dysfunkcje nie zwalniają z obowiązku korzystania ze słownika (abstrahując oczywiście od treści książek, za których poprawność ortograficzną autor średnio odpowiada)?

AP: A niech się ugryzą. Po prostu. Mają palpitacje, to wio do kardiologa (albo psychiatry skoro to na podłożu nerwicowym), a do czasu ozdrowienia niech przestaną czytać skoro im szkodzi. Jak się jest chorym, trzeba się leczyć, a nie marudzić. Mam dysfunkcje i korzystam ze słownika. W moich książkach nie ma błędów ortograficznych. Czuwa nad tym poza mną sztab ludzi. Poziom korekty i redakcji, także merytorycznej, książek Fabryki Słów jest wzorcowy. Nie wiem, kto puszcza jakieś durne ploty. Ciągle słyszy się o literówkach, a nikt jakoś nie jest w stanie rzucić konkretnym przykładem.

MM: Często określasz siebie jako Wielkiego Grafomana. Nie chciałeś nigdy napisać czegoś innego niż to, co wydawałeś dotychczas, czegoś ambitniejszego?

AP: Wydaje mi się, że osiągnięty poziom w pełni zaspokaja moje ambicje. Co niby ambitniejszego mam napisać? Może wzorem Jacka Dukaja książkę, której nikt nie zrozumie? Już napisałem – Norweski dziennik się nazywa. Coś innego? Po co? Moi czytelnicy chcą fantastyki. Pracą naukową niech się zajmują mądrzejsi ode mnie.

MM: Zawód: pisarz – takie było Twoje marzenie od zawsze, prace nad Norweskim dziennikiem zacząłeś, będąc nastolatkiem. Teraz, kiedy możesz utrzymywać się z pisania, nadal sprawia Ci to przyjemność? Nie myślisz czasami o rzuceniu pióra w kąt?

AP: Nie zawsze nasz zawód odpowiada wyobrażeniom. W moim przypadku w wieku 11 lat założyłem pewien plan, po czym konsekwentnie go realizowałem. Khm... konsekwentnie? Trochę na ślepo się poruszałem, ale przyjmijmy, że pokrętnymi drogami doszedłem jednak tam, gdzie chciałem. Jestem pisarzem, utrzymuję z pisania siebie oraz rodzinę i nawet kredyt jakoś tam spłacam. Nie mam willi ani jachtu, za to mieszkam niedaleko centrum, mam cztery tysiące książek na półkach i kupiłem sobie szabelkę. Przyjemność? Nie zakładałem przyjemności czerpanej z samego pisania, wiec się nie rozczarowałem. Lubię wymyślać, lubię, gdy jest gotowe. Zazwyczaj wymyślam trochę więcej niż jest potem gotowe.

MM: Skończyłeś archeologię, typowo humanistyczne studia. To dość oczywiste, że ich kierunek miał wpływ na Twoją twórczość.

AP: To trochę inaczej. Zawsze interesowałem się archeologią, dlatego wybrałem ten kierunek studiów. W ich trakcie nie tylko pogłębiłem zainteresowania i poznałem nowe ciekawe kierunki natarcia, ale także poznałem metody ułatwiające poszukiwania tekstów źródłowych i informacji przydatnych podczas pisania. Teoretycznie miało mi to pomóc w pisaniu prac naukowych, ale jakoś tak się złożyło, że wykorzystuję je głównie w beletrystyce. Wpływ miało ogólnie zainteresowanie historią i realiami życia w dawnych epokach. Bez studiów archeologicznych pisałbym podobnie – tylko pewnie gorzej.

MM: Nie uciekasz jednak od innych tematów – choćby w cyklu Kuzynki sporo było nawiązań do chemii. Zwykły research i to, co pamiętasz ze szkoły, czy może konsultowałeś się z profesjonalistami?

AP: Trochę interesowałem się alchemią i jej historią. Te pozaszkolne obrzeża chemii też nie są mi obce. Oczywiście wszystko, co się dało, było sprawdzane w literaturze naukowej i konsultowane z grupką czytelników, którzy zajmują się tym zawodowo i w razie czego gotowi są udzielić mi pomocy lub wskazówek. W szkole nas takich rzeczy nie uczyli.

Michał Smętek: Do tekstów przemycasz swoje, często kontrowersyjne, poglądy na temat społeczeństwa, gospodarki czy edukacji. Dlaczego tak chętnie obnażasz się ze swoich poglądów na łamach tekstów? Sądzisz, że są przez to atrakcyjniejsze literacko, wietrzysz "tanią sensację" czy może wierzysz w jakąś misję?

AP: Dla kogo kontrowersyjne, dla tego kontrowersyjne. Bohaterowie myślą podobnie jak ja. Zakładam, że moi czytelnicy te poglądy podzielają albo tolerują. Gdyby im to przeszkadzało, czytaliby co innego.

MM: Nie było nigdy z powyższych powodów problemów z redaktorami?

AP: Życie niesie pewne problemy natury ortograficzno-ideologicznej. Raz się jedna pani redaktor uparła, by słowo Bóg zapisywać małą literą. Zrobiłem awanturę i pomogło. Drażni mnie, że korekta słowo niemiec* uparcie poprawia mi, by było wielką literą, ale podobno tak wymaga słownik. Słownik słownikiem, ale skoro wywołali wojnę...

MM: W jednym z felietonów opublikowanych na Portalu Literackim napisałeś, że pokładasz sporo nadziei w młodzieży z terenów wiejskich. W trzecim tomie cyklu Kuzynki wychwalasz życie bliżej natury, nie wspominając już o całej otoczce niezwykle popularnego Jakuba Wędrowycza. Sam urodziłeś i wychowywałeś się w mieście.

AP: Po prostu ludzie, którzy myślą, a żyją na wsi – będą bardziej zdeterminowani na odniesienie sukcesów. Wieś niestety ogłupia, ale miasto rozleniwia.

MS: W Twoich książkach widoczna jest czarno-biała wizja świata. Czy jest to spowodowane rozrywkowym charakterem tekstów, czy sam tak postrzegasz rzeczywistość?

AP: Jestem raczej pesymistą. Wokół siebie widzę masę świństwa, draństwa i zbydlęcenia. Dlatego sam staram się być w porządku wobec wszystkich i tacy też są moi bohaterowie. Lech Jęczmyk w swojej książce Trzy końce historii czyli Nowe Średniowiecze zauważył, że dawniej film i literatura pokazywały życie elit i prości ludzie do takich zachowań i zwyczajów aspirowali. Potem nastąpiło pęknięcie i sztuki zaczęły na piedestał stawiać rozmaite szumowiny. Jako konserwatysta uważam, że należy wyraźnie rozgraniczać czerń i biel, pokazywać granice między dobrem i złem, unikać relatywizowania win, unikać modnych szarości. Książki przegrywają z telewizją, lepsze wypierane są przez gorsze. Ale ja jednak próbuję. Piszę o bohaterach, o jakich chciałbym przeczytać oraz takich, których chciałbym spotkać. Moje książki pokazują też, że miejsce nierogacizny jest w chlewie.

MM: Z jednej strony narzekasz, że sztuka odeszła od pokazywania elit, a z drugiej – sam opisujesz społeczność degeneratów na czele z imć Wędrowyczem. Trochę daleko mu do archetypu kalos kagathos, człowieka pięknego i dobrego.

AP: Jakub to satyra. Odnoszę wrażenie, że każdy średnio rozgarnięty czytelnik to dostrzega. Po prostu pewne treści trzeba wyrazić w ten, a nie inny sposób. To celowo przerysowany obraz rzeczywistości. Jednocześnie Wędrowycz, przy całej konwencji opartej na głębokiej negacji lub ignorowania rzeczywistości przez bohatera, też zachowuje pewien wewnętrzny spójny kodeks moralny. W wypaczonej rzeczywistości jego wady mogą okazać się zaletami. Reszta bohaterów walczy ze swoimi słabościami, przeciwnościami losu, wrogiem. Czasem przegrywają, czasem się w coś wplączą, czasem ulegną pokusie, albo pozwolą, by emocje wzięły górę. Ale większości z nich spokojnie podałbym rękę.

MS: Rozumiem, że w Twoich utworach króluje taka, a nie inna wizja świata, z czysto estetycznego punktu widzenia? Czy może jednak liczysz na to, że Twoje książki chociaż w minimalnym stopniu zmieniają rzeczywistość na lepsze – lub chociaż takie są w zamierzeniu. Bo niestety nie odpowiedziałeś na jedno z moich poprzednich pytań.

AP: Dużo to one niestety nie zmienią, ale może pokażą komuś alternatywę. Jestem estetą. Lubię drewniane chałupki i niektóre meble z Ikei też mi się podobają. Podoba mi się jak ludzie ładnie się ubiorą, są czyści, grzeczni, a ich obecność nie stanowi obrazy dla nosa.

MS: Przyczepię się też do uwagi, że piszesz o bohaterach czy – to już samodzielnie dopowiem – antybohaterach, jednym słowem: o ludziach. Moim zdaniem raczej operujesz schematami (urzędnik unijny – zły; nauczyciel – zdegenerowany, o ile nie jest spoza systemu; monarchista rosyjski – dobry), z łatwością dzieląc ludzi. Tymczasem, mimo że szczerze nienawidzisz socjalistów, co dzień odprowadzasz córkę do przedszkola (typowo socjalistycznego elementu społeczeństwa), chociaż jako przedstawiciel wolnego zawodu bez problemu mógłbyś zajmować się nią w domu. I chwali Ci się to. Czy nie jest to potwierdzeniem tezy, iż każdy ma coś do powiedzenia i nikt nie ma monopolu na prawdę? Z Twoich książek to nie wynika, więc ciekaw jestem, czym jest to spowodowane.

AP: Zarzuty – dęte! Niemal każdy urzędnik jest zły ad definitione. To chyba oczywiste? Sam fakt pracy w urzędzie powinien stygmatyzować towarzysko. Dziewięćdziesiąt procent urzędników zajmuje się wyłącznie rozwiązywaniem wydumanych problemów, które sami generują. Płacimy sześciuset tysiącom ludzi za przeszkadzanie innym w pracy i kosztowne wytwarzanie metrów sześciennych całkowicie zbędnej makulatury. Szkoła też jest zła. Skąd to wiemy? Bo jest obowiązkowa. Gdyby była dobra i pożyteczna, obowiązek szkolny byłby zbędny. Każdy by chętnie chodził, a jakby nie chciał, to myślący rodzice by go tam za kudły zawlekli. Przymus z reguły oznacza szwindel. Z nauczycielami degeneratami miałem w życiu styczność o wiele za często. Stąd, doceniając pożytki płynące z instytucji przedszkola, jestem zażartym i całkowitym przeciwnikiem obowiązku przedszkolnego, którego pomysł co jakiś czas wraca czkawką.

Rosyjscy monarchiści występujący w Norweskim dzienniku to potwornie cyniczna banda kombinatorów. Trochę się maskują, ale bohater, choć los skazuje go na współpracę, rozgryza ich grę już w drugim tomie – stąd zresztą tytuł Obce ścieżki. Ja osobiście klasyfikuję sobie ludzi oddzielając od razu pewną kategorię typków, z którymi nie przewiduję żadnych kontaktów. Jeśli z jakiegoś powodu im podobni pojawiają się w mojej prozie, to stanowią element tła lub drobny cierń, który wbija się bohaterom w stopę. W naszym świecie też funkcjonują kapusie, ścierwa, pasożyty, dresiarze, etc.

Przedszkola w dzisiejszej formie były znane pod koniec XVIII wieku - zanim komukolwiek zamarzył się socjalizm (wcześniej funkcjonowały ochronki). Pierwsze na ziemiach polskich tworzyli filantropi i kapitaliści w latach 30. XIX wieku! Zresztą prowadzam do przedszkola prywatnego, bo przypomnę, że państwo mimo szumnych deklaracji nawet za najczerwieńszej komuny nie było w stanie zapewnić miejsc wszystkim chętnym w swoich placówkach. I całe szczęście – dzięki temu dziś można wyszukać placówkę o niebo lepszą niż te, do których uczęszczałem przez trzydziestu laty. Gdybym sądził, że przedszkole dziecku szkodzi, to by nie chodziło. Musiałbym się nagimnastykować, ale jakoś by się zapewniło córce opiekę. Oczywiście są ludzie, dla których zajmowanie się dzieckiem to posadzenie go przed TV na osiem godzin, ale mi z nimi nie po drodze.

Co do tego, że bez problemu można się zająć – to jak słyszę takie teksty mam ochotę odwinąć się i dać w japę raz a dobrze. W domu PRACUJĘ. Wolny zawód wbrew temu co sądzi ogół JEST PRACĄ. Co to jest praca? Ano taka czynność, na której trzeba się skupić, by ją wykonać. To nie są wieczne wakacje. Pisanie książek wymaga kilku-, kilkunastogodzinnego skupienia. To nie tylko klepanie w klawisze. To także – a może nawet przede wszystkim – praca koncepcyjna, rysowanie schematów na kartkach, sprawdzanie detali w książkach, lektura artykułów i prac naukowych. Muszę sobie ten czas zapewnić i wygospodarować. Znam dziewczynę, która, by zdobyć czas na pisanie, wstaje o piątej rano.

Każdy ma coś do powiedzenia, problem w tym, że nie wszystkich warto słuchać, bo niestety istnieje odsetek ludzi nawet poczciwych, ale pieprzących głupoty. Ogranicza nas dostęp do informacji, stąd też nie posiadamy prawdy, a jedynie jej przybliżenia. Im głębiej grzebiemy, tym pełniejszy obraz zdobywamy, ale nie każdemu chce się grzebać. Większość zadowala się półprawdami, ćwierćprawdami lub kłamstwami. Niestety liczba nieświadomych kłamców, kłamców i patologicznych kłamców w naszym społeczeństwie jest przerażająca. Co gorsza, społeczeństwo mamy strasznie mało odporne na manipulacje. Efekt niewiedzy połączonej z cyniczną propagandą widać wokoło – nawet Ty byłeś przekonany, że przedszkola to rozwiązanie socjalistyczne.

Co do systemu – dobre lub pozornie dobre rozwiązania pojawiają się w różnych dziwnych miejscach. Na przykład sowieci i naziści wprowadzili wczasy pracownicze. Biedni (ale koniecznie prawomyślni!) robole mogli dzięki temu zawieźć swoje anemiczne żony i skrofuliczne dzieci nad morze czy w góry. Z pozoru pomysł cool, choć autorzy trochę nie tego. Możemy sobie powiedzieć: pal diabli niemców*, nie ma co wybielać, ale przyznajemy: sowieci wymyślili coś dobrego i pożytecznego. A potem rzut oka do statystyki i okazuje się, że w krajach wolnego świata więcej ludzi miało własne dacze, niż sowieci stworzyli miejsc w ośrodkach wczasowych, a więcej Anglików i Szwedów pływało latem własnymi żaglówkami, niż było miejsc w kajutach nazistowskiego Steubena! Możemy powiedzieć, że Gierek wprawdzie zadłużył Polskę, ale ile bloków mieszkalnych za tę kasę zbudował! A potem się okazuje, że przedwojenne "zasoby substancji mieszkaniowej" nadal biją gierkowskie dokonania o kilka długości, a gdy u nas powstawały blokowiska, w RFN budowano rocznie więcej domków jednorodzinnych. I tak jest na każdym kroku.

MS: Jak przedstawiają się Twoje przyszłe plany wydawnicze?

AP: W tej chwili pracuję nad zakończeniem cyklu Oko Jelenia. Mam gotowy spory kawałek kolejnego zbioru opowiadań "bezjakubowych". W planach jest siódmy tom przygód Wędrowycza i drugi tom opowieści o warszawskich wampirach. Przez najbliższy rok będę pisał w wariackim tempie.

MS: Dlaczego zarzuciłeś pisanie kontynuacji serii Pan Samochodzik i ...?

AP: To była bardzo dobra fucha. Przez kilka lat, dzięki pisaniu tej kontynuacji, mogłem przeżyć, miałem za co dokończyć studia, pojechałem z Ojcem* do Norwegii. Miałem dochody, mogłem w wolnych chwilach pracować nad swoimi tekstami. Jednak zdecydowanie wolę tworzyć własne fabuły, wysyłać na "questy" własnych bohaterów. Poza tym napisałem 19 tomów kontynuacji. Jak na jednego człowieka to dużo.

MS: Wspominałeś przy jakiejś okazji, że zamierzasz stworzyć polską odmianę steampunku. Czy mógłbyś przybliżyć zamysł i zdradzić, czy powstaje już jakaś książka w tej konwencji?

AP: To na razie plany. Przeczytałem już sporo literatury historycznej, ale ciągle jeszcze długa półka przede mną. Parę lat minie, nim będę gotów.



*Zachowano oryginalną pisownię autora wypowiedzi
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Upiór w ruderze
O duchach nieco zabawniej
- recenzja
Wilcze leże
O przewadze zwykłego nad niezwykłym
- recenzja
Operacja Dzień Wskrzeszenia
W pogoni za przodkiem prezydenta
- recenzja
Na nocnej zmianie
Fantastyka fandomowa
- recenzja
Trucizna
Wysokooktanowa Trucizna Jakuba W.
- recenzja
Szewc z Lichtenrade - Andrzej Pilipiuk
Historyczne historyjki
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

beacon
   
Ocena:
+3
@Andrzej Pilipiuk

W internecie gramatyka i interpunkcja też obowiązują.
17-03-2011 21:06
a53s2m
   
Ocena:
+1
Dzięki za wywiad. Teraz już wiem, że AP jest nie tylko beztalenciem, które nie umie pisać, ale też analfabetą, który nie umie czytać.
Trzeba zaapelować do WL żeby przestali wydawać książki Dukaja. Jeśli AP ich nie rozumie, to nie ma dla nich przyszłości.
23-03-2011 14:45
Hellknight
   
Ocena:
+1
@hatter
Chyba nie dokońca o to chodziło AP, a ty, jako zwykły hejter, potrafisz wszystko przekolorować, przez co słowa AP że nie wszyscy rozumieją książki Dukaja, i że jest to ciężka lektura, rozumiesz jako : "Dukaj jest za trudny, nikt go nie rozumie, ja też"
Więc uspokuj się synu.

P.S. - twój nick nie bez powodu kojarzy się ze słowem "hejter".
26-03-2011 13:24
zatapatique
   
Ocena:
+1
"Drażni mnie, że korekta słowo niemiec* uparcie poprawia mi, by było wielką literą, ale podobno tak wymaga słownik. Słownik słownikiem, ale skoro wywołali wojnę..."

Jedna z najglupszych rzeczy jakie ostatnio przeczytalem :]
28-07-2011 17:56
~Barts

Użytkownik niezarejestrowany
    "niemiec" i "Ojciec"
Ocena:
0
Masakra, jaki to jest bezdennie głupi człowiek. Zasady pisowni można mieć w nosie, urzędnik zły z definicji, Dukaj pisze książki których nikt nie rozumie, a dookoła tylko kłamcy, ścierwa, socjaliści i dresiarze.
29-07-2011 08:47
dzemeuksis
   
Ocena:
0
Zasady pisowni można mieć w nosie,
O licentia poetica słyszał?
29-07-2011 09:16
~Smutny

Użytkownik niezarejestrowany
    mmm...
Ocena:
0
a dla mnie pisanie słowa niemiec małą literą jest niezwykle elieganckim i w sumie delikatnym przypomnieniem okupantom że ich plany eksterminacji Polaków nie zostały u nas zapomniane! Od dziś będę się wzorować na Mistrzu Pilipiuku!
Pomysł by pisać o członkach rodziny wielką literą - też wydaje mi się ciekawy - pokazuje ze Pan Pilipiuk naprawdę głęboko szanuje swoich przodków (Przodków?)(czyżby za to że lalli niemców? ;)
I to też wydaje mi się sympatyczne, eleganckie i warte naśladowania!
27-07-2012 23:04

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.