» Artykuły » Felietony » Uczta Wyobraźni – Fantastyka na Nowy Wiek

Uczta Wyobraźni – Fantastyka na Nowy Wiek


wersja do druku
Autor: Redakcja: Piotr Stankiewicz

Uczta Wyobraźni – Fantastyka na Nowy Wiek
Artykuł ten oraz wywiad z Andrzejem Miszkurką ukazał się także w czwartym numerze Literadaru.

Na forach internetowych, zlotach miłośników czy choćby w audycjach radiowych spotkać się można z opiniami, że w Polsce trudno o ambitną, satysfakcjonującą literaturę fantastyczną ze względu na to, iż naszym kraju ukazują się głównie książki lekkie, niewymagające czy nawet "chłamowate". Opinia ta wydaje się być fałszywą i wydaną na podstawie popularności tak zwanego paranormal romance oraz masowego wydawania, czy wręcz "fabrycznej" produkcji książek przez niektóre rodzime przedsiębiorstwa. Natomiast jej całkowitym zaprzeczeniem jest cykl Uczta Wyobraźni, który ukazuje się nakładem wydawnictwa MAG.

Został on zapoczątkowany w 2006 roku powieścią Wieki światła Iana R. MacLeoda, do dzisiaj ukazało się w nim osiemnaście pozycji. Założeniem Uczty Wyobraźni jest prezentowanie polskiemu czytelnikowi najlepszych i najciekawszych propozycji z dziedziny światowej fantastyki oraz promowanie najnowszych trendów tego gatunku. To utwory różnorodne: science fiction, która jest dużo bardziej science niż fiction; biopunk, który w wizji przyszłości kładzie spory nacisk na zagadnienia ekologiczne; new weird wykraczający poza sztywne ramy gatunków, będący syntezą wielu konwencji czy steampunk przedstawiający świat XIX wieku, w którym postęp zatrzymał się na odkryciu maszyny parowej. MAG wprowadza do Polski rzeczy nowe oraz nieznane, rozszerzając nasze upodobania – rzadka inicjatywa na naszym rynku fantastyki, by wydawać tytuły tak nietypowe oraz niszowe. O tym co znajdzie się w serii decyduje jej główny pomysłodawca oraz redaktor – Andrzej Miszkurka. W wielu przypadkach ukazanie się danej pozycji w Polsce ma miejsce bardzo szybko po światowej premierze (często po minimalnym czasie potrzebnym na tłumaczenie oraz redakcję), co także stanowi ewenement na krajowym rynku fantastyki – to druga polska seria (obok Kroków w nieznane) próbująca nadążyć za światowymi trendami w celu zaszczepienia ich u nas oraz pokazania co obecnie jest modne i dobre na Zachodzie, czym zachwycają się tamtejsi czytelnicy. Zwieńczeniem tej tendencji jest wydanie Nakręcanej dziewczyny/Pompy numer sześć (książka otrzymała wszystkie najważniejsze nagrody fantastyczne: Hugo, Locusa i Nebulę) Paolo Bacigalupiego w kilka miesięcy po ich ukazaniu się w oryginale – takie tempo może budzić podziw. Autor ten został obwołany największym objawieniem fantastyki w XXI wieku. Jego twórczość to powrót w znakomitym stylu do podstawowych założeń naukowej odmiany tego gatunku – profetyzmu.

Zaskoczenie budzi konsekwentna strategia marketingowa tej serii. Książki są szyte, z twardymi okładkami, zdobione gustownymi ilustracjami, a ich cena oscyluje w granicach czterdziestu złotych, a to dość rzadka praktyka. Mniej więcej tyle trzeba zapłacić za kolejny tom wampirzego romansu w miękkiej oprawie.

Choć utwory wchodzące w skład tej serii są bardzo różnorodne to posiadają co najmniej jedną wspólną cechę – odbiegając od kanonów, próbują je definiować na nowo. Różnorodność serii to jedna z jej głównych zalet: każdy z twórców próbuje oczarować czytelnika w inny sposób. Hal Duncan tworzy multiiwersum, nawiązuje do mitów, porzucając tradycyjną formę narracji oraz podział na fantasy i science fiction, z kolei K. J. Bishop tworzy prozę oniryczną, abstrakcyjną, pełną metafor, intryg i cynizmu. Bruce Sterling wprowadza czytelnika w świat steampunku, ukazując alternatywną historię rozwoju myśli technicznej i ludzkości. Natomiast Peter Watts i Charles Stross to przedstawiciele hard science fiction, ale całkowicie różniący się podejściem – gdy pierwszy skupia się na posthumanizmie i kondycji człowieka, opisując np. pierwszy kontakt z obcymi, ten drugi tworzy literaturę naprawdę trudną, ciężką, której zdecydowanie bliżej do artykułu popularnonaukowego niż książki rozrywkowej. M. John Harrison jest prekursorem new weird. Ian R. MacLeod prezentuje alternatywną wizję Anglii epoki wiktoriańskiej z eterem jako surowcem i przenosi na grunt brytyjski realia Wojny Secesyjnej. Zupełnie odmienną jest proza Catherynne M. Valente, która zabiera czytelników w baśniowe podróże, oczarowując językiem i szokując wizjami; inne rodzaje powieści proponuje także Ian McDonald, przekazujący w swojej prozie fascynację kulturą Wschodu i jej tradycjami, wymieszaną z dobrym science fiction oraz Jeff VanderMeer, którego surrealistyczna twórczość wielu zachwyca oraz równie wielu zniechęca. W Uczcie Wyobraźni znalazło się także miejsce dla Jeffreya Thomasa i jego new weirdowskiej wizji piekła, przedstawionej surowym językiem. I wreszcie Paolo Bacigalupi, pionier biopunku oraz pesymistyczny wizjoner prezentujący przerażającą przyszłość ludzkości. To szeroki przekrój nowych kierunków i styli w literaturze fantastycznej – naprawdę mocna fantastyka naukowa, oniryczne opowieści, mistrzowskie stylizacje oraz niesamowicie złożone, często abstrakcyjne utwory.

Niektóre dzieła z tej serii bardzo daleko odbiegają od przyzwyczajeń czytelniczych, są tak trudne w lekturze, że potrafią zniechęcać – przykładem niech będzie Viriconium. Ponadto nawet te pozornie łatwiejsze (Palimpsest, Shriek: posłowie) pozostają trudne z powodu języka, misternie tworzonych wizji, czy sugestywnych obrazów. To proza wymagająca skupienia oraz intelektualnego wysiłku od czytelnika, z którym autorzy w wielu miejscach prowadzą subtelne gry. Wyzwaniem może okazać się próba zmiany sposobu odbioru lektury. Podczas gdy przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że pisarz skupia się na bohaterach oraz mniej lub bardziej zaznaczonych wątkach fabularnych, w Uczcie Wyobraźni ten porządek nierzadko zostaje zaburzony, gdyż twórcy porzucają standardową budowę powieści choćby na poziomie prowadzenia fabuły.

Nie można natomiast znaleźć w tym cyklu klasycznego fantasy ze smokami, elfami oraz magią, choć niektóre książki (Viriconium, powieści Catherynne M. Valente) posiadają elementy tego gatunku. To oczywiście skutek założeń samej serii, ale świadczy to także o obecnej kondycji fantasy na świecie – gatunek ten coraz rzadziej wychodzi poza pewien utarty schemat i coraz rzadziej ma czytelnikowi coś nowego do zaoferowania, bo większość to mniej lub bardziej udane kalki pomysłów legendarnych twórców (na przykład Ursuli K. le Guin, Tolkiena, Zelaznego). Jednak można w Uczcie Wyobraźni znaleźć teksty łatwiejsze, bardziej przyjazne dla mniej wyrobionego czytelnika. Należy do nich z pewnością Ślepowidzenie Petera Wattsa, które pomimo przynależności do hard science fiction i sporej ilości naukowego słownictwa, cechuje się klarownością oraz typową dla standardowej powieści strukturą fabularną. Można także wskazać dwa tomy Opowieści sieroty wspominanej już Catherynne M. Valente, których budowa przywodzi na myśli Baśnie tysiąca i jednej nocy, a ich zawartość inspirowana jest rozmaitymi mitologiami. Do najważniejszych utworów w serii można z pewnością zaliczyć Nakręcaną dziewczynę/Pompę numer sześć Paolo Bacigalupiego, ze względu na jej przynależność do absolutnego światowego topu fantastyki oraz szybkość z jaką została wydana w Polsce – to wyjątkowe dzieło, uznane za jedną z najlepszych książek pierwszej dekady XXI wieku. Wyróżnić można także teksty Hala Duncana oraz Viriconium M. Johna Harrisona, które stanowią jedne z pierwszych tekstów new weird w naszym kraju – łamią ramy gatunkowe i ukazują nowe perspektywy literackie.

Trudno wskazać pozycję, od której należałoby rozpocząć znajomość z Ucztą Wyobraźni, każda z nich to coś zupełnie odmiennego – dlatego wszystko zależy od osobistych preferencji czytelnika. Na pewno zadowoleni będą Ci czytelnicy, nie tylko z grona fanów fantastyki, którzy szukają w literaturze czegoś nowego, którzy mają dość kolejnych prostych oraz sztampowych historii. Dzięki wysokiemu poziomowi literackiemu oraz brawurowym wizjom usatysfakcjonowani mogą okazać się także czytelnicy tzw. głównego nurtu, szukający dobrej oraz wymagającej lektury. Z tych samych powodów cykl ten z pewnością nie jest przeznaczony dla ludzi preferujących prostą rzeź i rąbankę.

Jest to obecnie najbardziej wysublimowana z dostępnych w Polsce serii książkowych, odwołujących się do szeroko rozumianej fantastyki – ryzykowny krok wydawnictwa, które nie ukrywa, że do tej Uczty Wyobraźni dokłada. Wydaje się, że mieści się to w założeniach polityki wydawniczej MAG-a: zarabiać na siebie literaturą popularną i łatwiejszą (cykle Lauren Kate czy Charlaine Harris), a promować książki ambitne, bardziej wartościowe literacko, nawet z założeniem ich niskiej rentowności. Przynoszenie strat przez Ucztę Wyobraźni to nic zaskakującego – nawet w USA, skąd większość tytułów pochodzi, pomimo zachwytu krytyków i recenzentów, książki te nie zostały docenione rynkowo, większość nie została bestsellerami. Znamiennym tego efektem jest skierowana do fanów prośba Catherynne M. Valente o pomoc finansową ze względu na niemożność utrzymania się ze swojego pisarstwa.

Nie dziwi więc, że pisarze, których utwory są publikowane w ramach Uczty Wyobraźni, pomimo rozlicznych światowych nagród i nominacji (Hugo, Locus, Nebula), są w Polsce niemal nieznani. Przed publikacją ich utworów kojarzeni byli przez bardzo niewiele osób, orientujących się w tendencjach światowych, płynnie czytających po angielsku i szukających nowych doznań literackich poza rodzimym rynkiem wydawniczym; Niektórych z pisarzy można było kojarzyć co najwyżej z pojedynczych publikacji się w polskich czasopismach zajmujących się fantastyką.

Wadą Uczty Wyobraźni z pewnością jest jej ograniczenie do książek anglojęzycznych, wydawanych głównie (ale nie tylko) w Stanach Zjednoczonych. Ogranicza to obserwację najciekawszej, innowacyjnej i zaskakującej fantastyki do jednego rynku, przez co możliwość ominięcia intrygującej pozycji wzrasta. A choć inne rodzime wydawnictwa fantastyczne sprowadzają książki z innych zakątków globu (między innymi z Czech, Rosji, Hiszpanii) to brakuje wśród nich perełek, książek wybitnych. Lukę tę mógłby wypełnić cykl MAG-a proponując coś więcej, prezentując w Polsce geniusza nieznanego nawet na Zachodzie.

Przyszłość tej serii zapowiada się całkiem dobrze – planowane są kolejne utwory (na przykład Nova Swing Johna M. Harrisona, Trojka Stepana Chapmana, Finch VanderMeera), miejmy nadzieję, że MAG będzie wprowadzał coraz to nowych autorów do naszego kraju, nawet pomimo ich niszowości. A chętni, by wykupywać stosunkowo małe nakłady tych utworów na pewno się znajdą – przykładem niech będzie Ślepowidzenie Petera Wattsa, które na Allegro osiąga ceny rzędu 150 zł. Wychodzi dzięki temu na jaw pewna prawidłowość – często dobrą powieścią czytelnicy interesują się dopiero w momencie, kiedy staje się białym krukiem.

Uczta Wyobraźni to najbardziej wartościowa literacko seria fantastyki dostępna na polskim rynku. Ukazuje w pełni potencjał tego gatunku i stanowi niejako zaprzeczenie często pojawiających się zarzutów ze strony tak zwanego głównego nurtu, że fantastyka to utwory kiepskie, będące jedynie rozrywkowymi czytadłami, nieoferującymi satysfakcji intelektualnej. Pomimo sporej hermetyczności seria ta udowadnia, że fantastyka jako gatunek literacki wciąż ma sporo do zaoferowania.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Komentarze

string(15) ""

Deckard
   
Ocena:
0
Khe khe, sakramentos dał wam popalić ;-)

A propos tekstu - Stross tworzący skomplikowaną literaturę? Vandermeer wymagający wysiłku intelektualnego? Ci dwaj pisarze to (obok Stephensona) rzemieślnicy pierwszej klasy, którzy mają naprawdę lekki styl pozwalający pochłaniac kolejne strony bez przestojów.

Akurat u Strossa ciężko doszukiwać się tendencji komplikowania przekazu - to nie Egan ani Reynolds - zamiast focusowania na podprocesach i definicjach w jego literaturze jest lawina pomysłów połączona z nieustannym "step up".

EDIT: Btw, na zawartość cyklu UW nie wpływa li tylko ocena osób odpowiedzialnych za plan wydawniczy MAGa - po prostu nie dysponują oni prawami do wydawania pewnego odsetka utworów na terenie naszego kraju.


@Sakramentos:

To nie XIX-ty ani pierwsze 7 dekad XX wieku - pisarze nie są już utrzymywani, mecenat skończył się dawno temu. Mainstream i przede wszystkim mainstream wprowadził schemat wydawania książek w celach zarobkowych, więc czynienie komuś z tego zarzutu jest co najmniej nie na czasie. To, co może różnić poszczególnych autorów to podejście do agentów i sposób wynagradzania.
11-02-2011 20:10
~Sakramentos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+4
Rozdrabniacie sie panowie i chwytacie mnie za slowka. Jasne ze "Ulisses" to ciezka cegla ktorej sie kijem tknac nie powinno, ale jednak trzeba, ale porownywanie ktorejkolwiek z wymienionych przeze mnie pozycji do chocby wlasnie Joyca to spore naduzycie. Dobrze, moze strzelilem za wysoko-chociaz nie sadze bym przesadzil z Littelem ktory na temat rzeczy obrzydliwych napisal rewelacyjna ksiazke ktora czyta sie jak wode pije i tysiac stron zlatuje jak z bicza strzelil. Moze faktycznie szukam za wysoko, zle porownanie, nie te polki, nie te regaly.

To prosze wziasc dajmy na to takiego Harrisona-z calej trojki najlepszy bo jego ksiazka ma jakies tam przeslanie - i porownac z Huxleyem. No? LeGuin? Dickiem? Lemem? Ten ostatni jakby zyl chyba peklby z ponurego smiechu nad tymi wypocinami-bo zdanie na temat amerykanskich pisarzy SF mial bardzo, bardzo zle, a ta trojka tylko by go w tym zdaniu utwierdzila. Stross-zero fabuly, kopulacja singularitarianskich pomyslow, bezrefeleksyjna masturbacja nad-wybaczcie mi kiepski zart-spuscizna Moraveca, Kurzweila i Vinge'a. Wspaniala oryginalnosc, czuje sie powalony wprost. Watts-sam sobie odpowiada na postawione w ksiazce filzoficzne pytanie i nawet tego nie zauwaza, bo byl z byt zajety nie wyjasnianiem czegokolwiek z uzytych narzedzi settingu. W dodatku powiela te same pseudo-profetyczne klisze obecne w SF od kilkudziesieciu lat. No coz, wiem jedno z jego lektury-na pewno by glosowal na demokratow, super. Ale nie o tym chyba miala byc ksiazka...? BTW nie dziwie sie dlaczego na granicy kanadyjskiej sprali go amerykanscy policjanci, najwyrazniej przeczytali jego ksiazke i byli sfrustrowani tym, ze kluczowe dla jej zrozumienia koncepty pozostaja niewyjasnione nawet jesli wezmie sie na klate tone przypisow umieszczonych z tylu. Notabene diziw mnie opinia autora artykulu ze niby "Accelerando" jest niczym tekst naukowy. Gdzie, w ktorym miejscu? To raczej Slepowidzenie takie jest i to az do potegi. Bach-na pierwszych stronach wyskakuje "obiekt Oasy". Hm. Coz to jest? Nie wiemy, autor olewa czytelnika. Szukamy po przypisach z tylu. Co tam nam autor pisze? Otoz nic, odsyla nas do artykulow na ten temat i sobie szukaj wiatru w polu! Clarke zgrzyta zebami w grobie na takie traktowanie czytelnika. A pomysl "wampirow"? No? Bardzo wazny dla calej ksiazki? Czy zostaje wyjasniony gdiezkolwiek? Owszem, jesli za gdziekolwiek uznac bezczelnosc czyli prezentacje autora na ten temat ktora sobie mozna sciagnac z jego strony internetowej trwajaca bodajze poltorej godziny. Brawo. Po prostu brawo, bedziemy musieli do tego ladunku niesztampowosci i awangardy zmienic definicje ksiazki. Moze nastepnym razem niezbedne bedzie odsluchanie jakiejs plyty od tylu albo jeszcze lepiej-uczestnictwo w hapenningu?

Harrison-doslownie to samo, ale on nawet nie raczyl dac przypisow. Glowna postac calej ksiazki zas,Shrander, jesli sprobowac narysowac jej portret to chyba jakas persona rodem z kreskowki Carton Network, pastiz filmow grozy. Na tym ma polegac "new weird"? Na smiesznosci przekazu? Groteskowym rozbrzeczeniu miedzy powaga formy a komizmem tresci? Nazwano Harrisona Hemingwayem SF, ale ja tam nie jestem w stanie dojrzec nawet grama sensu formy, bo ta forma niczemu nie sluzy-w przeciwienstwie do prawdziwego Hemingwaya. Wiec za co tu dawac laury? Za co wielbic, holubic, nosic na rekach? Zaden z punktow dramatycznych nie ulega rozwiazaniu, a z kazdej sytuacji autor wychodzi wpychajac bohaterow do lozka i piszac o roznych "cipach" i "pieprzeniu", a wiec znowu epatowanie burzuja jak mniemam. No szok, jestem zbulwersowany wrecz panie Harrison, naprawde pierwsza klasa w skandalizowaniu, szkoda tylko ze leza bohaterowie. W lozku, bo tylko przez "rzniecie" jestes pan zdolny popchnac-nomen omen-ich watki do przodu. Dzieki Bogu nie bylo sceny seksu miedzy bohaterami a Shranderem w finale-bo juz myslalem ze Kerney zaprosi go do Cierniowa. Ta paranoja dochodzi do takiego poziomu, ze kiedy jedna z postaci chodzi bez celu po miescie po ostatnim "rznieciu" zakonczonym dynamiczna akcja ucieczki i fabula utyka w martwym punkcie co sie dzieje? Deus ex machina! pojawia sie chetna na "rzniecie" rikszarka i w ten sposob splot wypadkow prowadzonych ciezka reka Harrisona doprowadza-jakze wygodnie-do rozwoju fabuly. Imponujace, no musicie przyznac!

Nie przeszkadza mi ta seria wydawnicza, w sumie dobrze ze jest. Dzieki temu moglem wreszcie przestac narzekac, ze nie tworzy sie niczego ambitnego w fantastyce. Bo kiedy porownalem ta ambitna czesc z ta niemabitna, komercyjna papka to wyszlo na to ze komercyjna papka miazdzy to beznadziejne bicie piany w jednej rundzie. Zgroza. Jesli to ma byc smietanka kreatywnosci literatury, to jest ona w znacznie gorszym stanie niz mi sie wydawalo. No, ale jeszcze z czesci SF nie obalilem Rzeki Bogow i Pompy wiec moze mnie cos olsni. Ale jak na razie to syf z ogorkiem.
11-02-2011 21:10
Scobin
    @Sakramentos
Ocena:
0
Nie wypowiadam się o tych pisarzach, bo ich czytałem. :-) Przepraszam, może powinienem był zaznaczyć, że odnoszę się tylko do poruszonych przez Ciebie (właściwie mimochodem) kwestii ogólnych, a nie do podstawowego tematu.
11-02-2011 21:48
Senthe
    @Sakramentos
Ocena:
0
"Pompa" naprawdę jest niezła, w stylu starej dobrej SF. ;)
A ogólnie to wielki plus za wypowiedzenie niewypowiedzianego, mam bardzo podobne odczucia do Twoich, jeśli chodzi o literacki snobizm i bezsensowne udziwnienia.
11-02-2011 22:05
baczko
   
Ocena:
0
@Sakramentos

Gdzie napisałem, że hołubię Harrisona, czy VanderMeera? Nie przepadam za twórczością tych panów, ich proza mnie męczy i źle mi się ją czyta (podobnie jak Iana McDonalda).

Wydaje mi się, że trochę źle odebrałeś ten tekst - to nie jest wychwalanie ponad niebiosa utworów z UW, czy wskazywanie, że są 'must have' dla każdego fana literatury fantastycznej. Moim celem, podczas pisania, było ukazanie wyjątkowości tej serii na naszym rynku - tego, że jest to literatura niekomercyjna, trudniejsza, ambitniejsza.

I nie uważam jakoś znajomości tej serii za snobizm - bo niby dlaczego?
12-02-2011 14:47
ThimGrim
   
Ocena:
0
Przyznam szczerze, że ~Sakramentos nazwał to czego ja nie potrafiłem nazwać, a co w serii UW mnie irytuje. Dam szansę jeszcze kilku autorom ale Stross i Harrison wylatują z biblioteczki definitywnie ;)
12-02-2011 18:24
~Sakramentos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
@baczko
No nie wiem, spogladajac na reakcje to nie tlyko mi sie tak wydawalo, choc nie powiem by byl tu komentarzy legion by wysnuc z tego jakis wniosek statatystyczny. Poza tym jesli nie podoba ci sie proza takiego McDonalda to dlaczego nie znalazlo to wyrazu w tekscie? Zamiast tego otrzymalismy kluczenie wokol tematu, jakies kiwanie glowa "no tak, ciezka lektura" ale ani razu nie zajaknales sie, ze to wada. Nie, wrecz przeciwnie, uroslo to do rangi zalety. Rozumiem ze twoim celem bylo opisanie cyklu jako fenomenu wydawniczego, ale czy trzeba bylo rozwodzic sie nad tym ile dana ksiazka kosztuje na Allegro i jakie to ambitnosci i niezwyklosci a jaka strata bo to takie ambitne i niezwykle ze autorzy nie moga sie z swojego pisania utrzymac i prosza o wsparcie? Przeciez to klasyczny lans na niszowosci. I co prawda rozumiem twoj dylemat bo wiem jak wylgada pisanie artykulow na portale czy do gazet-sila rzeczy nalezy tendencyjnie naginac tezy i szukac "drugiej strony", ale zrozumienie moje nie oznacza aprobaty. Nalezy odwaznie wyrazac swoje zdanie. Powiedziec co sie podoba a co nie, nie zas polgebkiem i w formie niemalze postscriptum je niesmialo zaznaczac. Jesli chodzi o SF to w serii Uczty Wyobrazni ksiazki te warto przeczytac tylko po to, by po prostu miec o czym dyskutowac w sensie miec nad czym sie popastwic, ale na pewno nie ma tam obiektu nad ktorym mozna sie rozplywac. Przynajmniej z tego, co na razie tam polknalem. Moze oceniam zle po paru zgnilych jablkach. Moze. Nie mowie nie.

Z drugiej jednak strony jakims dziwnym trafem wiekszosc pozycji ktore ostatnio kupuje-a kupuje malo bo mnie naprawde trudno sklonic do wydania pieniedzy na fantastyke-pochodzi z UW. Sklamalbym mowiac, ze jest inaczej. Ale za kazdym razem czuje sie w jakis perwersyjny sposob jednoczesnie oszukany i nakrecony jednoczesnie, ufam ze nastepnym razem bedzie lepiej i ze tylko akurat teraz przeczytac dane mi bylo jakis syf. Nie wiem, co sprawia ze nabralem sie juz tyle razy. Na pewno sporo tu zaslugi w marketingu ktory wychwalasz. Dobre, przyciagajace oko okladki to pierwsza rzecz. A potem odwracam na tyl i czytam peany Dukaja (ale czlowiek naiwny, nieprawdaz? Przeciez to wlasnie powinna byc pierwsza lampka ostrzegawcza. Dukaj pisze pozytywnie na jakis temat-uciekac!) czy Baxtera o tym ze ktos jest Hemingwayem, ze ma piekne pomysly (sic!!! i to-szok jeszcze wiekszy - o Harrisonie bylo), wreszcie ze tylko osobniki zatrute powaga moga twierdzic po przeczytaniu tej pozycji ze SF nie jest wielka literatura i tak dalej. Po prostu chor anielski uderza we mnie swym spiewem i zabiera w gore na niebiosa. Otwieram i skanuje lekko zawartosc. Zazwyczaj to pozwala rozstrzygnac watpliwosci i odnalezc poklady prawdy pod polerowana warstwa marketingowego crapu, ale nie tym razem. Dopiero jak usiade i polkne te dwa-trzy rozdzialy zaczynam dostrzegac problemy. Brak wyjasnien. Rwana narracja. Fabula potrzaskana na kawalki i wepchnieta w skarpety. Motywacje bohaterow niejasne lub w ogole ominiete. Forma nad trescia. Albo w druga strone-tresc nad forma i to tresc wylewajaca sie daleko poza okladki ksiazki-trzeba szukac po setkach zrodel by cokolwiek pojac z tego, co sie dzieje na kartach. No zgroza. A potem te finaly, te bezsensowne finaly bedace antyteza finalu. Watki nierozwiazane. Zreszta, jakie znowu watki-do tego potrzebna jest fabula. Bledy w prowadzeniu swiata-logiczne! widac wiec jak na dloni ze zaden z nich nie wiedzial jak zakonczyc ten wigibas w miare z sensem. Odpowiedz? Asspull. Tak jest. Wyciagaja z tylka cale motywy i przykrywaja tym cala reszte ksiazki by ja skonczyc! Wow.

Tak wiec tu sie zgodze-marketing jest swietny. Zgodze sie tez, ze to dobrze ze taka seria jest. Bo o takim "Kameleonie" to nie za wiele mozna powiedziec oprocz tego ze fajnie sie go czyta. Ale po takim Strossie czlowiekowi zylka skacze i rozmowa na jego temat jakos sama sie nakreca. Wszyscy pluja na autora i bezdety jakie wypisal i kazdy odchodzi o siebie szczesliwy. Moze to jest jakas wartosc, moze to tez dobrze, ale... chyba nie o to chodzilo?

Wiec prosze sie nie dziwic, ze-biorac to wszystko razem do kupy-gdy natykam sie na tekst ktory wychwala pod niebiosa serie i tylko drobnym druczkiem popiskiwaniem zabiedzonej myszy wspomina o samej jakosci prezentowanych pozycji, nie poswiecajac temu ani chwili refleksji to mnie szlag bierze.

12-02-2011 19:16
baczko
   
Ocena:
0
@sakramentos

Ugh, dawno tu nie zaglądałem.

Może inaczej - jak zauważyłeś, celem tego tekstu nie była analiza krytyczna dzieł wchodzących w skład UW. Chciałem tę serię, abstrahując od moich prywatnych upodobań, ukazać jako fenomen na polskim rynku.

"Wiec prosze sie nie dziwic, ze-biorac to wszystko razem do kupy-gdy natykam sie na tekst ktory wychwala pod niebiosa serie i tylko drobnym druczkiem popiskiwaniem zabiedzonej myszy wspomina o samej jakosci prezentowanych pozycji, nie poswiecajac temu ani chwili refleksji to mnie szlag bierze.
"

Właśnie - wychwalam serię, za to że to coś nowego, wybijającego się u nas - a nie, że te dzieła to arcydzieła.

"Rozumiem ze twoim celem bylo opisanie cyklu jako fenomenu wydawniczego, ale czy trzeba bylo rozwodzic sie nad tym ile dana ksiazka kosztuje na Allegro i jakie to ambitnosci i niezwyklosci a jaka strata bo to takie ambitne i niezwykle ze autorzy nie moga sie z swojego pisania utrzymac i prosza o wsparcie? Przeciez to klasyczny lans na niszowosci. I co prawda rozumiem twoj dylemat bo wiem jak wylgada pisanie artykulow na portale czy do gazet-sila rzeczy nalezy tendencyjnie naginac tezy i szukac "drugiej strony", ale zrozumienie moje nie oznacza aprobaty. Nalezy odwaznie wyrazac swoje zdanie."

1)Tak, należało się rozwodzić, bo to, jak już mówiłem, ewenement u nas.

2) Nie rozumiem zarzutów o 'naginaniu tez' i 'szukaniu drugiej strony' - zarzucasz mi kłamstwo i oszukiwanie czytelników? Że ten tekst powstał wbrew mnie i nie wyraża mojego zdania na temat tej serii?
07-04-2011 00:05

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.