» Artykuły » Inne artykuły » Stare szpalty cesarza

Stare szpalty cesarza

Stare szpalty cesarza
Mam kłopot z recenzjami hard SF. Gdy jakiś recenzent zachwyca się nowym nurtem, moja wewnętrzna przekora natychmiast robi kwerendę w klasyce fantastyki naukowej. Zwykle kończy się na tym, że w duchu zbywam recenzenta tekstem "Poczytaj Drogę do SF lub Kroki w nieznane, a dopiero potem weź się za pisanie, Kurczaczku".

Ponieważ zebrało mi się trochę tych kwerend, pokazujących korzenie modnych obecnie nurtów esefowych, postanowiłem napisać niniejszy tekst. Mam tylko nadzieję, że redaktor wytnie wszystkie wstawki drobiarskie.

Z góry uprzedzam, że nie jestem zwolennikiem tez, że "w literaturze wszystko już było" lub że "kiedyś wszystko było lepsze". Idealnie byłoby, gdyby pomost pomiędzy tradycją a nowoczesnością był otwarty dla obu grup miłośników SF. W ten sposób stare kogu…, to znaczy mamuty też będą miały szansę się czegoś dowiedzieć.

Drugie zastrzeżenie dotyczy doboru przykładów. Celowo skupię się na SF anglojęzycznej, bo tekst i tak jest dość obszerny.


Prekognicje posthumanizmu

Zachwyceni Bacigalupim (Nakręcana dziewczyna) lub choćby Bearem (Dzieci Darwina) mogą być nieco zaskoczeni, gdy sięgną po Kate Wilhelm (Gdzie dawniej śpiewał ptak) lub Johna Wyndhama (Poczwarki). Na pierwszy rzut oka obie te książki to poczciwe postapokaliptyczne ramotki (pierwsza z 1977 roku, druga z 1955), rozwijające wątek Aldissowej "przytulnej katastrofy". W obu przypadkach źródłem kataklizmu nie jest jakieś pełzające globalne ocieplenie (jak w Nakręcanej), tylko stara, dobra nawalanka nuklearna. Pomimo różnej genezy efekt końcowy okazuje się stosunkowo podobny – zmiana warunków prowadzi do zmiany genotypu homo sapiens, być może przyspieszając nadejście następnej generacji człowieka.

Ślepowidzenie Wattsa, skupiające się na nowej definicji pierwszego kontaktu i problemach komunikacyjnych, w swym aspekcie transhumanistycznym w prostej linii wywodzi się z Gwiazdy moim przeznaczeniem Alfreda Bestera. Ta ostatnia powieść, opublikowana w 1956 roku, wciąż broni się dzięki oryginalności rozwiązań fabularnych. Podobnie jak u Wattsa, szkielet fabuły jest oparty na starym motywie (odpowiednio: na kontakcie z obcymi i na zemście), tyle że jego rozwinięcie prowadzi do zaskakujących wniosków. Besterowy Gully Foyle nieco przypomina klasycznych amerykańskich superbohaterów (z ery przed Strażnikami) – też ma kłopoty z własną mocą, też czuje się obcy i też nie jest do końca zrównoważony emocjonalnie. Różni go od nich tylko jedno: w przeciwieństwie do kolesi w trykotach chce po prostu czystej, dumasowskiej zemsty, z poprawką na brak empatii wobec przypadkowych ofiar. W ten sposób Bester stanowi naturalny most pomiędzy bezrozumnym monstrum Mary Shelley a rozumnymi potworami Wattsa.

Właśnie ten egoizm, w połączeniu z zaskakującym wykorzystaniem możliwości / defektów mózgu (synestezja Foyle’a kontra autyzm bohaterów Wattsa), stawia Gull’yego obok postaci ze Ślepowidzenia. Przy czym niezależnie od moralności Foyle spełnia definicję postczłowieka. Po prostu już w 1956 roku esefowcy wiedzieli, że rozwój potencjału umysłowego nie musi iść w parze z postępem moralnym. Osobnym plusem opowieści o Foyle’u jest sposób narracji – silnie odbiegający od kanonu SF złotego wieku, pełen żartów i nawiązań do poezji.

Oprócz podobieństwa do Bestera Ślepowidzenie przypadło mi do gustu z jeszcze innego powodu – jako jedna z niewielu książek "nowego SF" zauważa, że mózg człowieka jest uwarunkowany biologicznie (ściślej mówiąc, chodzi o naturalne ograniczenia w tempie przetwarzania bodźców). Inni autorzy (jak Stross w Accelerando lub Dukaj w Perfekcyjnej Niedoskonałości) powielają cyberpunkowy schemat "mięso to balast, umysł jest wszystkim", kwestie biologii zostawiając na boku. Tymczasem współczesna neurologia pokazuje, że uwarunkowania biologiczne mózgu są nierozerwalnie związane z procesami umysłowymi. Więcej na ten temat można poczytać u Olivera Sacksa (Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem).


Nowy, stary weird

Niespecjalnie orientuję się w bardziej odjechanych odmianach nowego SF, bo zawsze kiedy czytam książki Chiny Miéville’a lub o nich piszę, czuję pewien niepokój. Ten sam, który towarzyszy mi w trakcie kontaktu z Thomasem Pynchonem lub Alfredem Besterem, tym razem jako autorem Człowieka do przeróbki. W głębi serca i głowy jestem prostym modernistą i nie wszystkie dzynksy literackie mnie kręcą.

Pomimo tych zastrzeżeń Człowiek do przeróbki powalił mnie tempem narracji i bujną wyobraźnią autora. Stara, dobra pulpa detektywistyczna dostała zastrzyk postmodernistycznego mutagenu. W efekcie urodził się potwór językowy, który jest gotów odgryźć czytelnikowi głowę.

Różnica między Besterem a Miéville’em polega na tym, że świat tego drugiego to świat idealnej segregacji, zaś świat Bestera to świat idealnej unifikacji. Chociaż jednak odrębność i ujednolicenie światów stwarzają zupełnie inne problemy kryminalne, to w każdym z tych dwóch wariantów występek wciąż istnieje. Mamy też kolejną zbieżność: podobnie jak w Mieście, w Człowieku do przeróbki sama intryga jest drugorzędna wobec problemów percepcji i myśli. Oczywiście powszechność telepatii i motyw ukrytej rzeczywistości budzą z kolei skojarzenia z Dickiem, ale tak to już jest w SF, że gdy szukamy odlotu, i tak w końcu spotkamy kolesia z różowym promieniem nad głową. Mądrzejsi ode mnie mówią, że Mieville czerpie też z prozy esefowej Thomasa Discha, Ballarda czy Pynchona, ale o tym musicie się przekonać na własną, bioniczną rękę.

Jeśli zaś, tak jak ja, jesteście mamutami modernizmu, proponuję kontakt z new weirdem zacząć od Ellisona (antologia Niebezpieczne wizje) oraz Dicka (Ubik i Trzy stygmaty Palmera Eldritcha).

Osobny akapit należy się problematyce płciowości i seksualności. Lewa ręka ciemności (Ursula K. Le Guin 1969), Opowieść podręcznej (Margaret Atwood, 1985) i Nawet królowa (Connie Willis, 1992) to świetne teksty, pokazujące, że nobliwa SF nie zawsze trzymała rączki na kołderce. Każda z tych powieści łączy klasyczne motywy fantastycznonaukowe (eksploracja nowych środowisk i spekulacje socjologiczne) z różnymi elementami teorii feministycznych (płeć jako element tożsamości, płeć jako wybór a nie aksjomat).


Kopniak nibynóżki

Podobne problemy dotyczą też bohaterki Nakręcanej dziewczyny. Jeśli jednak przyszłość Emiko wydawała Wam się pesymistyczna, to nie trzymajcie żyletek i Cieplarni Aldissa na tej samej półce. Biologia może nam wyciąć dużo gorsze numery niż pandemia. Dla przykładu, może zmusić człowieka do koegzystencji (symbiozy) z inteligentnym (i oczywiście złowrogim) grzybem. Proza Aldissa jest jeszcze bardziej dołująca, gdy zauważymy, że ludzie z Cieplarni są funkcjonalnie gdzieś w okolicy neandertalczyków (grzebiemy zwłoki, umiemy rozpalać ogień, ale wciąż jesteśmy myśliwymi/zbieraczami). W Nakręcanej bohaterowie wciąż umierają jak ludzie. Cieplarnia nie daje nawet takiego komfortu.

Ale nowoczesna SF też potrafi wpędzać w depresję, czego najlepszym dowodem są Dzieci Darwina Grega Beara. Inaczej niż autorzy Cieplarni i Nakręcanej, Bear mocno opiera się na obecnej nauce (pod tym względem przypomina Wattsa), co czyni jego spekulacje jeszcze bardziej przejmującymi. Dylogia Darwina zasługuje na uwagę również dlatego, że próbuje uchwycić i opisać moment przejścia między ludźmi a postludźmi (czego tak starannie unikali Stross w Accelerando i Dukaj w Czarnych Oceanach).

Oczywiście, biologia i ekologia (rozumiana jako nauka o zależnościach a nie jako naklejka Greenpeace) wiele razy występowały w science fiction jako element fabuły. Koronnym przykładem jest Diuna, która przyczyniła się do upowszechnienia ekologii jako nauki kanonicznej dla SF. Co ciekawe, i Herbert, i Bacigalupi wykorzystują odkrycia naukowe wybiórczo. Część elementów traktują poważnie i zgodnie z wiedzą naukową (odpowiednio: hydrologię pustyni i problemy rolnictwa), część zaś jest radośnie odjazdowa (kilometrowe robale i sprężynki zasilające całe miasta). Podobne podejście charakteryzuje też trylogię marsjańską K.S. Robinsona.

Ale terraformowanie to tak i niewielka nisza w porównaniu z tematyką postapokaliptyczną. Jeśli chodzi o rozwalanie Ziemi, cywilizacji i okolic, pisarze SF przeanalizowali wiele wariantów, a część nawet sprzedali generałom. Tym, którzy nie wiedzą, przypomnę, że współautorem pojęcia "nuklearna zima" jest Carl Sagan (znany i kochany przez geeków na całym świecie). Globalne ocieplenie, analizowane przez Bacigalupiego, idealnie wpisuje się w tę tradycję.

Nurt postapokaliptyczny, począwszy od przytulnych katastrof (Dzień Tryfidów Wyndhama), poprzez Kantyczkę dla Leibowitza Millera, a skończywszy na skrajnie depresyjnym Threads (postapokaliptyczne SF, dla odmiany filmowe, nakręcone na zlecenie rządu brytyjskiego w 1984 roku), skupiał się raczej na socjologii i ekonomii niż na technicznych nowinkach. Być może zamiast wyświechtanej dychotomii "nauki ścisłe – nauki humanistyczne" trafniejsza byłaby opozycja "rozwój (SF lotów w kosmos) – regres (postapokalipsa albo dystopie)".

Jednak jak w każdej dychotomii związanej z literaturą, rozdział nie jest ścisły, bo jednym z motywów nowego SF jest kryzys klasycznego, Kuhnowskiego modelu rozwoju nauki. Tutaj przykładem mogą być Siedemdziesiąt dwie litery Teda Chianga i Wieki światła Iana R. MacLeoda, pokazujące rolę intuicji i emocjonalności w kształtowaniu racjonalizmu. Po optymistycznej racjonalności Clarke’a i Asimova stanowi to powrót do tradycji SF (wynalazca z Wehikułu czasu Wellsa i doktor z Frankensteina Shelley nie pracują z czysto rozumowych pobudek).


Przez ciemne zwierciadło

Pisarze, którzy w centrum zainteresowań stawiają problem racjonalności i odpowiedzialności nauki, mogą go przetwarzać na różne sposoby. Lęk fundamentalny ("jakiś nasz wynalazek zje jakichś nas" – np. w Kto zastąpi człowieka Aldissa) bywa adaptowany na potrzeby konkretnej epoki. Przytulna katastrofa związana jest z okresem welfare-state. Lęki związane z utratą indywidualizmu powstały w epoce tworzenia się supermocarstw i (później) korporacji o zasięgu globalnym. Postapokalipsa rozwinęła się jako pokłosie zimnej wojny (w szczególności audycji Duck and Cover). Fantastyka ekologiczna była odpowiedzią na wzrost ekologicznej świadomości. Być może wzrost zainteresowania ekonomią (w Accelerando) stanowi odpowiedź na (opisywaną przez Zygmunta Baumana) niepewność. Być może transhumanizm próbuje w jakiś sposób poradzić sobie ze rosnącą wykładniczo złożonością nauki, przekraczającą ludzkie zdolności poznawcze.

Skoro my mamy kłopoty z teorią strun, to może pora na następną wersję homo sapiens? Skoro my mamy kłopoty ze zmiennością rynków, to może pora na SI (jak w Czarnych oceanach Dukaja)? Skoro mamy kłopoty z ropą i globalnym ociepleniem (prawdziwym lub nie), to może lepiej wymyślmy jednak te supersprężynki napędzane słoniami (na wzór źródeł energii w Nakręcanej dziewczynie)?

Siła SF polega na tym, że cała jej pokręcona historia jest pełna propozycji odpowiedzi, zarówno na pytania ogólne, jak i specyficzne dla naszych czasów. Borykając się ze wskazanym przed chwilą pesymizmem, mamy pod ręką i Lema (cyberiadowe żarty z rozwoju technologii), i transhumanistów (od Bestera po Bacigalupiego). A jak wszystko zawiedzie, możemy iść zaćpać Dickiem lub pobawić się w Obcego w obcym kraju.

Drodzy new-weirdowcy, transhumaniści i fani Ellisona: Możecie zapakować moje modernistyczne bebechy w SI (Dukaj), roślinę (Aldiss) czy galaretkę (Matrix). Wszystko zniosę, tylko zostawcie mi dostęp do tej starej SF. Przepraszam, jeśli wyda się Wam prosta, naiwna lub głupawa.

Ale gdyby okazało się, że Wasze nad-byty chcą Wam odgryźć nie tylko głowę, to dajcie znać. My, papierowe dinozaury, wciąż pamiętamy o Elojach.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Gwiazdy moim przeznaczeniem
Gwiazdy nie przemijają
- recenzja
Cieplarnia
Fantastyka nienaukowa
- recenzja
Poklatkowa rewolucja
Sztuczna inteligencja czy nie sztuczna inteligencja?
- recenzja
Wodny nóż
Nie ma wody na pustyni – ani nigdzie indziej
- recenzja
Wodny nóż
- fragment

Komentarze

string(15) ""

Aravial Nalambar
   
Ocena:
0
It could be intresting.
06-05-2011 15:06
Antavos
   
Ocena:
0
Nie mam za bardzo czasu, by pisać komentarze po 10.000 znaków, więc szybko odniosę się tylko do jednego fragmentu wypowiedzi malakha (gratuluję, tak przy okazji; właśnie dowiedziałem się o awansie i przejęciu "Nowej Fantastyki")

Jak z wampirami u Wattsa - oczywiście, wieeeeeelu przed nim pisało o wampirach... ale ilu opisało ich biologię w taki sposób?

W 1997 roku Jacek Dukaj napisał mikropowieść "IACTE", w której jednym z bohaterów był właśnie wampir, o ile pamiętam dowódca statku kosmicznego, chociaż nie poszedł aż tak bardzo w biologię, jak Watts. Watts zresztą, jeśli dobrze kojarzę, poszedł w to, że wampiry były wymarły gatunek człowieka (coś, jak taki neandertalczyk - tyle że z kłami), przywrócony do życia dzięki inżynierii genetycznej.

Pomysł fajny i faktycznie nowy, ale jeśli zabrać wampiry i zamienić je na dinozaury, to nagle otrzymujemy ten sam mechanizm, co w "Parku Jurajskim" Michaela Chrichtona; zresztą, to co mi się podoba u Wattsa, to także dowcipne żonglowanie popem i np. rozwiązanie kwestii problemów z tolerowaniem krzyży; więc oryginalność "Blindsight" nie polega na scenografii, a na nowym spojrzeniu na Pierwszy Kontakt. Watts słusznie wychodzi z założenia, za Stephenem Hawkingiem zresztą (i Lemem), że porozumienie między dwiema tak odrębnymi kulturami jest niemożliwe. W świetle kolejnych space oper, w którym misiowate stworzenia dogadują się z ludźmi po angielsku, takie postawienie sprawy jest rzadkie. A przez to oryginalne i ciekawe. I dlatego warto sięgnąć po "Ślepowidzenie", a nie z powodu scenografii... (Sarasti to element scenografii, przypominam).
08-05-2011 13:52
~Sakramentos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Dobry tekst, w koncu cos lepszego niz te smety nieukow na temat "och jaka to wspanial powiesc, dekonstruujaca mity SF i niszczac tradycyjna strukture narracji", co jest zwyklym, snobistycznym bullshitem bez tresci.

Polemizowalbym na szczegolach i nie omieszkal powiedziec ze wiekszosc z tych ksiazek jest gie warta bo ich autorzy nie potrafia pisac i powinno im sie za ich dzielka rece obciac, ale widac ze tekst o tym wspomina tak czy siak, wiec to chyba byloby zbedne pieniactwo.

Smutny fakt: literatura SF nie zjada swego ogona. Ona o nim zapomniala. Dlatego w kolko powtarza te same formy, kwestie i problemy. I ciagle pisza to tacy sami ludzie o takich samych pogladach i takich samych konkluzjach. Cos tam eksperymentuja z forma i nowymi pomyslami, ale to wszystko jest mialkie i do kitu. Dobrze wiec ze ktos przypomina ze kiedys SF potrafilo wyprodukowac cos naprawde dobrego, ocierajacego sie o wielkosc i w formie i tresci. Do dzisiaj patalachy nie potrafia wyrwac sie z cienia tych ksiazek-nie dlatego, ze to niemozliwe, tylko dlatego, ze zamiast z nimi sie zapoznac i wejsc w jakis literacki dialog, napedzajac rozwoj gatunku, to wokol nich orbituja jak bezrozumne, masturbujace sie nad swoja "oryiginalnoscia" baczki. "Ohoohoo-transhumanizm-oghohoho-niew wierd-hohohhoo-etc-ohohoh". Wiekszosc z "nowych odkryc literatury SF" nie da sie czytac przez ten self-proclaimed mesjanizm gatunkowy-wlasciwie wiekszosc z debiutow nalezaloby od razu odeslac na stos, niech plona. Zadna strata.

Sposrod tych wszystkich wymienionych przez autora tekstu tytulow praktycznie tylko ksiazeczka Wattsa ma jakas wartosc dodana, wyjatkowo mala jak na swoj potencjal, ale jednak. Reszta to material na przemial. Wiec choc "Blidnsight" to imo syf, to jednak polecilbym ta powiesc bo faktycznie COS do SF wniosla. Reszta to czcze mielenie ozorem.

BTW Jezus Maria, jaki ten Dukaj jest przereklamowany. Czy to JEDYNY pisarz SF jaki obecnie w Polsce pisze czy mi sie wydaje?
20-05-2011 21:36

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.