» Recenzje » Składany nóż - K.J. Parker

Składany nóż - K.J. Parker


wersja do druku

Pecunia non olet

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Składany nóż - K.J. Parker
Czyż może istnieć fantasy bez magii? Wszak opisanie najrozmaitszego rodzaju nadnaturalnej działalności wydaje się kwintesencją tego gatunku, tym, co automatycznie nasuwa się na myśl, kiedy tylko padnie jego nazwa. Lecz różni pisarze z G.G. Kayem na czele udowodnili wielokrotnie, że to nie czary stanowią o jego istocie, tworząc powieści, które, wciąż kwalifikując się do fantastyki, wykreowały jej nową odmianę, jaką można określić mianem powieści parahistorycznej. Gdy bazę opowieści stanowią wydarzenia znane z kart podręczników historii, umiejętnie zmodyfikowane dla potrzeb literackiej fikcji. W ten nurt znakomicie wpisuje się Składany nóż K.J. Parker (pod tym pseudonimem kryje się autor-zagadka, który nie zdradza nawet swojej płci), książka błyskotliwa i zarazem wielce przewrotna.

________________________


Ciężki jest los pierwszego obywatela Republiki Wesańskiej. Bassianus Honoriusz Arkadiusz Sewer, znany lepiej jako Basso, już od dzieciństwa przygotowywany był do pełnienia tej roli. Obserwując swego ojca, który święcił triumfy jako przedstawiciel narodu, miał możność przekonania się, jaka to niewdzięczna funkcja, a jednocześnie – jak nieograniczoną władzę ofiarowuje temu, kto ją piastuje. Towarzyszymy mu od chwili narodzin, poznając wpierw jego dość wyrywkowo potraktowane dziecięce lata, a następnie młodość, zobrazowaną kilkoma scenami. Początkowo trudno się przyzwyczaić do dość chaotycznej, szarpanej narracji, będącej serią obrazów, które bardziej mają na celu przedstawienie ogólnie zarysowanego portretu przyszłego pierwszego obywatela, niźli dokładne zdefiniowanie jego osobowości. Lecz popełni błąd ten, kto jeno pobieżnie przeleci początek powieści, gdyż pośród tych scenek rodzajowych ukryte są informacje stanowiące zarówno klucz do późniejszych wydarzeń, jak i podwaliny charakterystyki Bassa.

Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy bohater zaczyna swą polityczna karierę. Drobiazgowo opisane zostają wszystkie jego poczynania, obnażone motywacje, na zasadzie ukazania drugiego dna kolejnych czynów, wiwisekcji zachowań, rozpracowania strategii i taktyki postępowania. Poznajemy kolejne szczeble jego kariery, gdy to co prywatne i publiczne oddziałuje na siebie na zasadzie naczyń połączonych; ludzi, którzy wywarli na niego znaczący wpływ lub – co częstsze – zostali niczym ćmy przyciągnięci jego osobowością. Patrzymy na sukcesy i porażki, za każdym razem zadziwieni umiejętnością wydobywania się z sytuacji pozornie patowych. I choć gdzieś w tle rozgrywają się wydarzenia dotyczące samej Republiki Wesańskiej, te fakty odbieramy jedynie jako kolejny element uzupełniający wizerunek samego protagonisty.

Basso dominuje. Basso odmieniany przez wszystkie przypadki, uwielbiany i znienawidzony, Wielki, Wspaniały, Szczęśliwy. Czy aby na pewno? Wykreowany przez autora[1] wizerunek jest tak wielowymiarowy i pełen sprzeczności, że rozszyfrowanie i zrozumienie postaci pierwszego obywatela stanowi dla czytelnika nie lada wyzwanie. Wiele cech jego charakteru uczynić by go mogło skrajnie antypatycznym: wyrachowanie, bezwzględność, makiaweliczna momentami zdolność do konstruowania wielopoziomowych intryg, zimne okrucieństwo, cynizm wyśrubowany do granic możliwości, stawianie na pierwszym planie własnych korzyści, umiejętność kłamania z kamienną twarzą, demagogiczna zdolność przekonywania. Basso, kiedy trzeba, lawiruje, nagina fakty, czyniąc to z łatwością, z jaką przychodzi mu oddychanie. Wydaje się, że potrafi poświęcić każdego, że ludzie, z którymi się wiąże, są jeno pionkami w zaplanowanej precyzyjnie grze, w której on – i tylko on – wyznacza zasady. Ten wizerunek uzupełniają jednak inne cechy. Jest błyskotliwy, czasem na granicy geniuszu, odważny, lojalny, choć jeno wobec garstki ludzi, szlachetny (co prawda zazwyczaj wtedy, gdy mu to pasuje), a przede wszystkim – rozpaczliwe samotny. Ten homo politicus, żyjący od jednej intrygi do kolejnej, przybiera rozmaite maski, które ukrywać mają jego prawdziwe oblicze i głód uczucia.

Ta genialnie skonstruowana postać budzi skojarzenia z rozmaitymi znanymi z historii bohaterami, tak jakby była wydestylowaną z nich kwintesencją. Wśród inspiracji można się doszukiwać zarówno rzymskich polityków, jak i renesansowych książąt, lecz najsilniej skojarzył mi się ten bohater z Cezarem – choć bardziej z wersją wykreowaną w HBO-wskim serialu Rzym niż z jego historycznym portretem. I budzi Basso lawinę emocji, gdyż dzięki takiemu nieoczywistemu potraktowaniu staje się bardziej ludzki. I nawet jeśli duża część jego poczynań wywołuje odruch protestu, to w pewnym momencie czytelnik łapie się na tym, iż zaczyna darzyć tego charyzmatycznego drania coraz to większą sympatią.

Przede wszystkim jest jednak Basso niezwykle utalentowanym bankowcem. Co stanowi fakt bardzo istotny, gdyż poczynania związane z mnożeniem pieniądza są motywem wiodącym powieści. Chyba po raz pierwszy spotkałam się z takowym zamysłem, a iście giełdowe i teoretycznie nudne spekulacje przedstawione są tu w sposób niesamowicie intrygujący. Jedne z najciekawszych fragmentów Składanego noża stanowią rozmowy Bassa z głównym rachmistrzem Banku Dobroczynności i Sprawiedliwości Społecznej (który pierwszy obywatel odziedziczył po ojcu), eunuchem Antygonem, który wpierw szkoli młodzieńca, a potem, gdy uczeń przerasta mistrza – doradza mu w kolejnych inwestycjach. To świat widziany z czysto merkantylnej perspektywy, kiedy nawet wojna rozpatrywana jest bardziej przez pryzmat zaopatrzenia i logistyki niż strategii i taktyki.

Wielce interesująco ukazane są relacje pierwszego obywatela z innymi postaciami. Z większością łączą go głównie interesy, traktowane są protekcjonalnie i dobierane pod kątem użyteczności. Bardziej partnerskie stosunki wiążą go jedynie z kilkoma osobami – przede wszystkim z generałem Aeliuszem i wspomnianym Antygonem, choć i w stosunku do nich Basso zachowuje pewien dystans. Od tej reguły są tylko dwa wyjątki. Swego siostrzeńca Bassana traktuje jako potencjalnego następcę, zwierzając mu się z trosk i uważnie słuchając rad tego obdarzonego umysłem ostrym niczym brzytwa młodzieńca. Zaś najbardziej skomplikowana więź łączy go z siostrą. Nie wiadomo, czy więcej w niej miłości, czy nienawiści, kobieta jednocześnie jest jego największym wrogiem, jak i upragnionym towarzyszem, każdy swój czyn mężczyzna mniej lub bardziej świadomie rozważa przez pryzmat tego, jak na niego zareaguje Tranquillina. Ona zaś odpłaca mu się coraz to nowymi knowaniami.

Uważam jednak, że wątek Liny jest nieco niedopracowany, trudno uwierzyć w nagłe przeistoczenie się siostrzanego uczucia w gorąca nienawiść. A uczynienie z niej szarej eminencji stojącej za wszystkimi anty-bassowymi intrygami również nie do końca przekonuje, gdyż jest ona bardziej uosobieniem wiszącego nad pierwszym obywatelem fatum, niż pełnokrwistą postacią. Kreowanie kobiecych bohaterek jest zdecydowanie słabą stroną Parkera, gdyż nawet jeśli początkowo te sylwetki są ciekawie skonstruowane (jak choćby druga żona Bassa – Melsuntha), to wraz z rozwojem fabuły ich potencjał zostaje kompletnie zaprzepaszczony.

Wykreowany przez Parkera świat przypomina w największym stopniu Rzym doby Republiki, lecz można znaleźć tu również odniesienia zarówno do Bizancjum, greckich poleis, jak i Republiki Weneckiej. Nie jest to jednak łopatologiczne przełożenie, kiedy od pierwszego momentu można zorientować się, który z przedstawionych w powieści krajów ma swój historyczny odpowiednik, lecz bardzo inteligentnie poprowadzona szarada, gdy na podstawie pewnych wplecionych w tekst aluzji możemy się tego jedynie domyślać. A w tych quasi-starożytnych realiach egzystują ludzie na wskroś współcześni, rozumujący na sposób momentami aż nazbyt znajomy i posługujący się językiem, jaki można usłyszeć codziennie na ulicy i w którym nie brakuje przekleństw. Kuriozalnie taki sposób wyrażania się bohaterów w żaden sposób nie stanowi dysonansu, ale idealnie uzupełnia ich sylwetki.

Zdecydowanie mocną stroną Składanego noża są dialogi. Szermierka słowna pełna ostrych wypadów i błyskawicznych ripost, najeżona złośliwościami i ze spora dawką czarnego humoru. Rozległe partie powieści rozgrywają się głównie w formie rozmów pomiędzy postaciami, dla których kontrapunktem są kompletnie pozbawione dialogów opisy ich konkretnych działań. Parker eksperymentuje z różnymi gatunkami literackimi, które płynnie się ze sobą przenikają. Trzonem książki wydaje się powieść obyczajowa z silnymi naleciałościami biograficznymi, lecz można tu odnaleźć zarówno motywy zaczerpnięte z naukowych rozpraw, podręczników strategicznych, cień romansu (bardzo cynicznie zresztą potraktowanego), fragmenty rodem z opowieści łotrzykowskich, dramat psychologiczny, powieść epistolograficzną, zaś wszystko połączone ze sobą w sposób zaiste mistrzowski. A nagle historia, ujęta w sposób raczej lekki, przeradza się w gorzki moralitet, kiedy Parker porusza kwestie filozoficzne, rozważając naturę wojny i to, w jaki sposób zmienia ona ludzi.

A tytułowy nóż? Jego obecność w pierwszej i finalnej scenie książki spina fabułę klamrą, jest rekwizytem towarzyszącym Bassowi podczas całego życia, pełniąc rolę zarówno milczącego świadka wydarzeń, jak i ich głównego uczestnika. Pojawia się w najbardziej kluczowych i dramatycznych scenach, powraca niczym uporczywy refren, swoisty rodzaj Nemezis głównego bohatera, dowód na to, iż istnieje nieuchwytna siła, jaką można określić mianem przeznaczenia, uosobienie jego lęków. Pełni funkcję podobną jak niewolnik stojący za plecami cezara w chwili jego triumfu, który przypomina mu o jego śmiertelności –uzmysławia, jak cienka granica dzieli bohatera w momencie sukcesu od klęski.

Powieść ta zalicza się do książek, w których trzeba się rozsmakować, nie porywa od pierwszej strony fabularnymi fajerwerkami, lecz kiedy przywyknie się do początkowo nieco trudnej w odbiorze narracji trzecioosobowej w czasie teraźniejszym (która kończy się wraz z prologiem) i wgryzie w treść – pochłania bez reszty. Dla mnie stała się rodzajem literackiego objawienia, kiedy przyzwyczajona do wszelkich możliwych i kilku niemożliwych pomysłów, jakie autorzy fantasy są w stanie zaserwować, byłam pewna, iż w tym nieco już skostniałym gatunku nic mnie nie zaskoczy. Składany nóż dowiódł, że jest inaczej. To książka skonstruowana z ogromną precyzją, eksplozja erudycji, trzymająca w napięciu aż do samego końca opowieść o drugim, a nawet trzecim dnie, którego rozszyfrowanie stanowi dodatkowy atut lektury. Autorowi udało się osiągnąć rzecz arcytrudną – poprowadzić fabułę w taki sposób, iż finał kompletnie mnie zaskoczył, pozostawiając z cisnącym się na ustach protestem, wstrząśniętą, zauroczoną i pełną sprzecznych emocji. Chapeau bas!


[1] Na potrzeby recenzji i na podstawie własnych podejrzeń o Parkerze piszę w rodzaju męskim.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
9.0
Ocena recenzenta
8.9
Ocena użytkowników
Średnia z 5 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Składany nóż (The Folding Knife)
Autor: K.J. Parker
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Data wydania: 6 lutego 2013
Liczba stron: 640
Oprawa: miękka
Format: 135x202 mm
ISBN-13: 978-83-7480-285-7
Cena: 39 zł



Czytaj również

Sharps
Przemawiając stalą
- recenzja
Młot
Zemsta najlepiej smakuje na zimno?
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Siman
   
Ocena:
0
Lem też się nie uważał za autora s-f. ;) Co nie zmienia faktu, że ją pisał. Akurat opinia autora ma chyba najmniejsze znaczenie dla odbioru dzieła.
21-03-2013 14:01
Scobin
   
Ocena:
+1
Dodam tylko, że moim zdaniem w przypadkach spornych lepiej mówić o "korzystaniu z konwencji" niż o "przynależności do gatunku".

Na przykład mamy opowiadanie, które zostało napisane w stu procentach jak thriller, tylko na końcu nagle pojawia się duch, przy czym nie jest to specjalnie istotne dla całości utworu (tak mniej więcej było z nominowanym w zeszłym roku do Zajdla tekstem Stefana Dardy, chociaż troszkę upraszczam na potrzeby ilustracji). Wtedy moim zdaniem najlepiej mówić o "połączeniu thrillera i horroru" albo o "thrillerze z domieszką horroru", a jednoznaczne klasyfikacje gatunkowe nie są bardzo pomocne.

Co nie zmienia tego, że pewnie w większości wypadków konwencja danego utworu jest jednoznaczna i wiadomo, na której półce go postawić. :-)
21-03-2013 14:20
Siman
   
Ocena:
0
Ale problem w tym, że istnieją powieści korzystające z konwencji, a nieprzynależące do gatunku. Albo odwrotnie: ignorujące konwencję, a realizujące założenia gatunkowe. Taki Dukaj, którego wciąż przywołuję, konsekwentnie pisze science fiction, ale od samej konwencji odchodzi od czasów Innych Pieśni.
21-03-2013 14:24
~Karburator

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nie ma przypadków spornych. Wystarczy zdać sobie sprawę, że fantastykę w swoich utworach wykorzystują zarówno pisarze "gatunkowi", jak i "niegatunkowi".


21-03-2013 14:42
dzemeuksis
   
Ocena:
0
Czy chodzi o to, że "Inne pieśni" to science fiction sensie przynależności gatunkowej (bo chyba nie konwencji)?

Nie wiem na ile rzetelne są polskie wikipedyczne definicje w tym względzie, ale odnośnie science fiction stoi:

gatunek (...) o fabule osnutej na przewidywanych osiągnięciach nauki i techniki (...) Najważniejsza jest hipotetyczna zgodność wydarzeń ze współczesnym stanem wiedzy o nauce i technice.

Z drugiej strony do "fantasy" też jakby powieść Dukaja nie pasuje. Hmmm... takie utwory najbezpieczniej chyba określić po prostu, jako fantastykę i nie próbować na siłę wtłaczać w ramy SF/Fantasy, czy inny horror.
21-03-2013 14:45
Scobin
   
Ocena:
+3
@Karburator

Gdzie widzisz podstawy dla swojej sugestii, że nie zdaję sobie z tego sprawy? ;-) Nie widzę też, w jaki sposób to, o czym piszesz, miałoby zaprzeczać mojej tezie o istnieniu przypadków spornych tam, gdzie próbujemy stosować jednoznaczną klasyfikację.

@Siman

Wydaje mi się, że inaczej rozumiemy gatunek. (Popraw mnie, jeśli się mylę).

Dla Ciebie gatunek jest zestawem zasadniczych założeń dotyczących świata przedstawionego. W tym sensie poprzedza on konwencję.

Dla mnie natomiast gatunek stanowi późną postać konwencji. Inaczej mówiąc, jest on konwencją spetryfikowaną.

So far so good? :-)
21-03-2013 14:51
~Karburator

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
@Scobin

To raczej stwierdzenie ogólne,, niż skierowane specjalnie do ciebie. Zapomniałem skasować twój nick.
21-03-2013 15:08
Scobin
   
Ocena:
0
No, chyba tylko ja tutaj pisałem o przypadkach spornych. ;-) Ale OK, nie będę naciskał na podjęcie tego wątku.
21-03-2013 15:09
Siman
   
Ocena:
+2
@Karburator
"Nie ma przypadków spornych. Wystarczy zdać sobie sprawę, że fantastykę w swoich utworach wykorzystują zarówno pisarze "gatunkowi", jak i "niegatunkowi". "

Nie ma IMO czegoś takiego jak "pisarze gatunkowi" lub "niegatunkowi". Są tylko gatunkowe lub niegatunkowe dzieła. Więc to o czym piszesz, nie ma dla mnie znaczenia w omawianym temacie.


@Dzemeukis
To nie jest IMO trafna definicja. Poczynając od tego, że jest mnóstwo s-f, które budują koncepcje zupełnie niezgodne z obecnym (ówczesnym) stanem nauki lub oderwane od niego. Chociażby myślnia z Czarnych oceanów, telepatia we wspomnianej "Lewej Ręce Ciemności", rozmaite FTLe w rozmaitych hard sf.

Moim zdaniem, znów, w sf chodzi o inność, ale tłumaczoną paradygmatem naukowym, racjonalnym, wpisywanie inności w fizykę świata i wyjaśnianie tej fizyki. Zgodność z aktualnymi zdobyczami nauki jest częsta i mile widziana, ale niekonieczna.

Wynika to przede wszystkim z tego, że tak naprawdę zgodność lub niezgodność z nauką jest bardzo, nomen omen, spekulatywna. Czy jeśli na przykład stwierdzę w powieści, że normalnie to owszem, cząsteczki nie są w stanie poruszać się z prędkością większą od światła, ale jeśli zagniemy czasoprzestrzeń wystrzeliwując skoncentrowaną wiązkę tachionów to możemy ominąć ten problem i tak działa FTL - to jest to zgodne z nauką czy to po prostu zwykły technobełkot? ;)

"Z drugiej strony do "fantasy" też jakby powieść Dukaja nie pasuje. Hmmm... takie utwory najbezpieczniej chyba określić po prostu, jako fantastykę i nie próbować na siłę wtłaczać w ramy SF/Fantasy, czy inny horror."

I to jest moim zdaniem bardzo krzywdzące podejście! :) Ta powieść została stworzona by redefiniować ramy gatunku. Stwierdzenie, że to jest zbyt pogmatwane, więc zignorujmy ten problem umniejsza dla mnie istotność tej powieści dla sf jako takiej.


@Scobinie
Dokładnie tak. :) Dla mnie gatunek i konwencja to dwie osobne kwestie, chociaż zazwyczaj mylone ze sobą. One mogą się ze sobą pokrywać, ale wcale nie muszą.

Żeby odejść od Dukaja podam przykład "Maszyny różnicowej" Gibsona i Sterlinga - to klasyczna powieść hard s-f (nawet według wikipedystycznej definicji zgodności z nauką), która zarazem nie zawiera prawie żadnych elementów konwencji sf, a zamiast tego kładzie podwaliny pod nurt steampunka. Mamy więc powieść, która realizując wszystkie założenia gatunku fantastyki naukowej, zawiera jednocześnie wszystkie najważniejsze elementy konwencji steampunkowej.
21-03-2013 17:45
Scobin
   
Ocena:
+1
@Siman

OK. No, to chyba nie ma się za bardzo o co spierać, oprócz tego, że chętnie poprzekabacałbym Cię na swoje rozumienie gatunku – ale zamiast tego trzeba załatwiać Sprawy przed Pyrkonem. :)
21-03-2013 20:35
Siman
    @Scobin
Ocena:
0
A to szkoda, bo sam też bym cię chętnie poprzekabacał. ;)
21-03-2013 21:01
Scobin
   
Ocena:
+2
[lembas OT]
To musimy się kiedyś spotkać na stacji Metro Kabaty!
[/lembas OT]
21-03-2013 23:29
~ja

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
"Jeśli mieszkają tam rasy różniące się od ludzi"

W kwestii formalnej :P Mało co mnie tak wkurza w literaturze SF/F jak określenie "rasy" odnoszące się do GATUNKÓW, które dzieli więcej niż człowieka i pantofelka (a siłą rzeczy obcych i ludzi musi dzielić więcej). Proponowałbym zacząć od terminologii: co to jest gatunek, co to jest rasa (za Wiki: "Rasa – grupa zwierząt w obrębie jednego gatunku").

Nie wiem zresztą czy w naszym języku owo niepoprawne używanie słowa rasa nie jest jakąś kolejną, nieszczęsną kalką z angielskiego.
22-03-2013 16:09
Z Enterprise
   
Ocena:
0
Simanie, tylko taka techniczna uwaga - koncept czegoś podobnego do Myślni z "Czarnych Oceanów" istnieje w dzisiejszych czasach. Jak na razie to takie kwantowe mumbo jumbo, i sprawdzanie istnienia i wpływu świadomości grupowej, ale wyssane z palca tak do końca nie jest. Telepatię jak i ESP w czasach "Lewej Ręki Ciemności" (1969 r.) badano dość intensywnie. Więc w sumie akurat w tych dwóch przypadkach argument invalid :)
z FTLami też sprawa jest sporna, bo fizycy cały czas się głowią jak to obejść (ponoć coś tam już wychodzi) więc nawet sam fakt spekulowania nad możliwością może być "podstawą naukową" dla sf.
Jak najbardziej te książki spełniają założenia "science fiction" jak opartego na dzisiejszym (ówczesnym) stanie wiedzy. Bo to nie tylko to, co wiemy na dzień dzisiejszy, ale także to, co zakładamy, ze będziemy wiedziec w przyszlosci (na podstawie przesłanek z dzisiaj).
23-03-2013 09:52
Siman
    @Z Enterprise
Ocena:
0
Nieco upraszczając, w nauce mamy trzy sytuacje: albo coś jest udowodnione, albo coś jest hipotetyczne, albo coś obalone (sfalsyfikowane). Tylko ta pierwsza jest częścią nauki w tym sensie, że należy do sfery faktów i prawd o świecie. Reszta jest mumbo jumbo, dopóki nie udowodni, że jest inaczej.

Dlatego, z punktu widzenia literatury, nie ma różnicy, czy mówisz o jakichś hipotezach snutych przez prawdziwych naukowców z habilitacją, czy o, dajmy na to, midichlorianach, bo oba nie są faktem w myśl nauki. Istotny jest paradygmat, założenie racjonalności, wytłumaczalności, kwantyfikowalności wewnątrz reguł świata przedstawionego. Czy to kiedyś nauka udowodni, czy nie, ma znaczenie drugorzędne. Science fiction może być jednocześnie futurystyką, ale absolutnie nią być nie musi.

EDIT: A tak swoją drogą, wszechmocny Bóg też jest hipotezą (nie można udowodnić ani obalić jego istnienia), więc idąc twoim torem rozumowania, historia o Jezusie czyniącym cuda i umierającym za grzechy na krzyżu też jest rodzajem science fiction. ;)

@~Ja
"W kwestii formalnej :P Mało co mnie tak wkurza w literaturze SF/F jak określenie "rasy" odnoszące się do GATUNKÓW"

W przypadku science fiction masz oczywiście rację, natomiast w przypadku fantasy sprawa wcale nie jest taka oczywista. Po pierwsze dlatego, że w fantasy wcale nie musi istnieć biologia w naukowym sensie. Jeśli istoty humanoidalne zostały stworzone przez jakiegoś Demiurga na początku świata i nie podlegały ewolucji, to mogą sobie być rasami, mogą gatunkami, kwestia umowna, bo i tak nie są ani jednymi, ani drugimi z punktu widzenia klasyfikacji ewolucyjnej.

Po drugie, skoro rasy fantasy mają bardzo podobne cechy anatomiczne i mogą się krzyżować (obecnie gdzieniegdzie półelfy i półorki), to w zasadzie są rasami w obrębie jednego gatunku "metaczłowieka". BTW. bodajże Shadowrun dokładnie tak to tłumaczy.
23-03-2013 14:15
Z Enterprise
   
Ocena:
0
Stawianie teorii i hipotez jest również częścią nauki. Dlatego Verne jest uznawany za ojca SF, pomimo że jego wyprawa na Księżyc jest kompletnie nienaukowa z dzisiejszego punktu widzenia.
A co do myślni - jest hipoteza naukowa i ma eksperymentalne przesłanki (niewielkie zakłócenia prawdopodobieństwa podczas imprez masowych) że coś takiego może istnieć.
23-03-2013 14:58
Siman
   
Ocena:
0
"Stawianie teorii i hipotez jest również częścią nauki. Dlatego Verne jest uznawany za ojca SF"

Piszesz tak, jakby to były powiązane fakty. Stawianie teorii jest, owszem, częścią procesu naukowego. Pisanie science fiction nie jest. :)

Są tacy, którzy uważają - mogę się z nimi w wielu punktach zgodzić - że korzystanie z teorii i wyników eksperymentów naukowych może być wyznacznikiem DOBREJ sf. Ale nie mogę się zgodzić, że jest wyznacznikiem sf w ogóle.

Literatura piękna nie ma i mieć nie może znamion naukowości, nawet jeśli się nią inspiruje. Znamiona naukowości nie mogą być więc elementem definicji jakiejkolwiek literatury par exellance.
23-03-2013 15:07
Z Enterprise
   
Ocena:
+1
Pisze tak w kwesti Verne'a, bo on się opierał na stanie wiedzy naukowej, jaką posiadał (i prawdopodobnie wiedział w tym temacie bardzo dużo).

Wracając jednak do tego na co hciałem ci zwrócić uwagę. Dukaj czy Le Giun insporowali się teoriami naukowymi, nie tworzyli więc w oderwaniu od stanu wiedzy naukowej swoich czasów, jak twierdzisz. I tyle.
23-03-2013 16:01
Siman
    @Z
Ocena:
+1
OK, jeśli o to chodzi bardzo możliwe, że masz rację. Być może źle dobrałem przykłady. My bad, chyba się zapędziłem rzeczywiście, bo bardziej mnie interesuje meritum, czyli te nieszczęsne kwestie definicyjne i byłem pewien, że z tym polemizujesz. ;)
23-03-2013 16:35

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.