» Artykuły » Inne artykuły » Pop arturiański, czyli Graal w popkulturze

Pop arturiański, czyli Graal w popkulturze

Pop arturiański, czyli Graal w popkulturze
Współczesna popkultura chętnie sięga do opowieści o Rycerzach Okrągłego Stołu i mitu o Graalu, życiodajnym kielichu. Wersje legendy mnożą się w ogromnym tempie, często dość luźno traktując literacką tradycję.

Niniejszy tekst podzielony jest na dwie części. Pierwsza, skierowana do osób spragnionych wiedzy, zawiera bardziej naukowy opis historii Graala. Druga zaś podejmuje temat obecności symbolu Graala we współczesnej popkulturze i na przykładach z kina oraz gier komputerowych pokazuje, jak ten motyw jest obecnie wykorzystywany.


Graal: Historia symbolu
Graal na usługach popkultury


I. Graal: Historia symbolu

Pytanie "czym jest Graal" stanowi istotę całego mitu o poszukiwaniach tajemniczego talizmanu. Wybrańcy, którzy wezwani ku przygodzie wyruszyli z Camelot, na końcu swej wyprawy dotrą do Zamku Króla Rybaka. W zależności od wersji opowieści, władca jest kulawy, sparaliżowany lub trędowaty, a czasem nawet jest ich dwóch – jeden ma przebite udo, zaś drugi od wieków leży na marach. Jednak to nie monarcha jest powiernikiem talizmanu, który był pogańskim symbolem płodności, a stał się chrześcijańską relikwią.

Strażniczką Graala jest córka chromego króla, która pojawia się pod wieloma postaciami w całym micie arturiańskim – wszystkie damy w opałach, siwe, ale młode królowe, szpetne zaczarowane panny, to właśnie chtoniczna bogini wystawiająca rycerzy na kolejne próby. Odnalezienie Graala też nie jest tak oczywiste, jak się powszechnie sądzi. Rycerze nie przybywają do Zamku Króla Rybaka i na widok procesji niosącej naczynie, aby wskazać je triumfalnie palcem i ogłosić koniec "questa". Odszukanie talizmanu oznacza zrozumienie jego istoty. Dlatego Gawain, Galaad, Parsifal i Bors nie znajdują Graala w momencie, gdy on ukazuje się ich oczom, ale wtedy, gdy zadadzą właściwe pytanie. Dopiero gdy padną słowa "Komu podaje się w Graalu" lub "Czym jest Graal", następuje moment epifanii i zrozumienia znaczenia tego uniwersalnego symbolu.

Za protoplastę złotego kielicha, który obecnie jest najpowszechniejszym wyobrażeniem, należy uznać magiczne kotły z mitologii celtyckiej. Jedno z wielu ulubionych naczyń Celtów pojawia się w pieśni legendarnego barda Talesina Łupy z Annwyn relacjonującej łupieżczą podróż młodego władcy Camelotu. We wczesnych tekstach legend Artur nie jest statecznym królem, jedynie przyglądającym się bohaterskim czynom swoich rycerzy, ale sam pełni rolę herosa, który zdobywa czarodziejski kocioł przywracający życie poległym. Pełen witalnej energii pokonuje siedem strzegących drogi do Annwyn twierdz, aby w finale na pokładzie swego statku wywieźć z zaświatów kocioł Cerridwen. Skoro kocioł posiadający moc wskrzeszania zmarłych (jest to jedna z wielu właściwości Graala), został zdobyty w wyniku wyprawy Artura, należy uznać, że jest pradziadkiem talizmanu opisanego w średniowiecznych romansach.

Innym kotłem, który także ma związek z opowieściami o Graalu jest naczynie należące do Rhyddercha (mitycznego władcy Celtów). Podobnie jak magiczny przedmiot niesiony przez córkę Króla Rybaka, tak odnotowany w spisie skarbów Brytanii kocioł miał moc pomnażania jadła i napojów. Właściwie nikt z książąt i władczyń zaświatów nie mógł obejść się bez zaczarowanego kotła, nawet starożytny bóg Dagda posiadał gar, z którego każdy mógł jeść, ile chciał oraz co sobie zażyczył.

Kolejnym "wcieleniem" Graala również nie był powszechnie znany złoty kielich, ale znacznie bliższe kotłowi naczynie, czyli duży półmisek. W dwunastowiecznej Francji miniaturzyści przedstawiali ów przedmiot jako paterę z położonym na niej pojedynczym opłatkiem. Natomiast anonimowy autor walijskiego poematu nadał naczyniu gotycką formę misy ze złożoną na niej okrwawioną głową:

Gdy wrzawa nieco ucichła, weszły oto dwie dziewczęta niosąc wielką tacę, na której znajdowała się ludzka głowa zbroczona obficie krwią.[1]

Przedstawienie talizmanu, który w wersjach poprzednich przywracał chorym zdrowie, a starym młodość, jako patery zawierającej odciętą ludzką głowę, zdaje się być wymysłem chcącego wywrzeć wrażenie na odbiorach autora. Dziwaczna i raczej sprzeczna z życiodajnymi mocami Graala wizja prezentowana w Peredurze (jednym z poematów o poszukiwaniach talizmanu) to wynik przemian, jakim podlegały legendy arturiańskie – mnożących się błędów w procesie tłumaczenia tekstów i adoptowania ich na nowy obszar kulturowy. W tym przypadku tradycja celtycka, nawiązująca do opowieści o Branie (wywodzącym się od dawnego bóstwa celtyckim herosie), splątała się z motywem opłakiwania zdekapitowanego kochanka z mitu arturiańskiego.

Specjalizujący się w badaniach nad literaturą średniowieczną Roger Sherman Loomis uznaje, iż nadworny poeta Filipa Flandryjskiego, pisząc ostatni ze swych pięciu romansów arturiańskich, miał na myśli sporych rozmiarów półmisek, gdy odnotowywał, iż Graal nie zawiera minoga ani łososia, lecz pojedynczą hostię.[2]

Z czasem w tekstach romansów i miniaturach zaczął pojawiać się Graal pod postacią kielicha. Średniowieczni poeci uznali, że Corpus Christi nie może spoczywać na zwykłym talerzu i zaczęto przedstawiać go jako cyborium (naczynia do przechowywania hostii). Obie formy talizmanu często pojawiały się równocześnie i jako przykład okresu przejściowego w ewolucji Graala posłuży mi dzieło pióra Chrétiena de Troyes. Autor Percewala z Walii z pewnością nie uważał przechowywanego w pałacu króla Rybaka naczynia za relikwię Ostatniej Wieczerzy. Na kartach Le Conte del Graal niosącej kielich i półmisek procesji nie otacza nimb świętości lecz aura magii i niesamowitości:

Potem zjawił się Graal, niesiony oburącz przez bardzo piękną i szlachetną pannę, za którą znowu szli giermkowie. Kiedy weszła panna z Graalem, tak wielka jasność spłynęła na komnatę, że świece pobladły, jak gwiazda i księżyc bledną przy wschodzącym słońcu. Za tą panną szła druga, niosąc tacę ze srebra.[3]

Autorzy wieków późniejszych wykorzystujący mityczną fabułę arturiańską jako budulca najsłynniejszej z legend chrześcijańskich, również nie uniknęli niedorzeczności w prezentowaniu relikwii. Przykładem charakterystycznego przenikania się elementów magicznych i sakralnych, które powoduje nielogiczności w opowieści, jest pierwsza część Wulgaty opisująca dzieciństwo Merlina oraz wyprowadzająca genezę Graala. Średniowiecznemu poecie nie była obca wersja mitu, gdzie Graal jest dużą misą, dołożył zatem sporych starań, aby dostosować takie wyobrażenie talizmanu do biblijnej przypowieści:

Wówczas Piłat poprosił o wodę, aby umyć ręce, a że nie było naczynia, podał mu jeden z Żydów miseczkę, którą wziął był z domu Szymona trędowatego, a która była właśnie tym naczyniem, w którym Pan Nasz spożywał Ostatnią Wieczerzę i ustanowił swój sakrament.[4]

W tekście misternie połączono naczynie, do którego zebrano krew zbawiciela, z misą, w której Piłat symbolicznie oczyścił się z odpowiedzialności za śmierć Chrystusa. Konsekwencji brakło kolejnym poetom kontynuującym dzieje relikwii w obrębie tego samego dzieła, którzy nagle przemienili miseczkę w eucharystyczny puchar:

W tej chwili ujrzeli trzej rycerze, iż ze świętego naczynia wychodzi Człowiek, którego stopy, ręce i bok ociekały krwią, i upadli przed Nim twarzą w proch.[5]

U krańca podróży Parsifal, Bohor i Galaad są świadkami mszy, w trakcie której objawia się im zstępujący z nieba do Graala Zbawiciel (nazywany Człowiekiem). Można zatem wnioskować, iż, wbrew wcześniejszemu opisowi, talizman nie jest już miseczką, ale ma on wygląd cyborium. Ostatecznie na końcu łańcucha przemian kotła w półmisek, a następnie w kielich, znajduje się mistyczna wizja Wolframa von Eschenbacha, który opisał Graala jako kamień, na którym co wieczór synogarlica kładzie przyniesiony z nieba opłatek.


Jak ważne jest pytanie "Czym jest Graal", które ma zadać poszukujący, widać na przykładzie postaci, jakie przyjmuje talizman. "Czym jest Graal" w potocznym rozumieniu – jaką ma postać, wygląd, z czego jest zrobiony – nie jest istotne, gdyż pomimo zmieniających się wyobrażeń talizmanu jego podstawowe znaczenie pozostaje takie samo. Średniowieczni autorzy zaadaptowali pogańską symbolikę na potrzeby rodzącej się dworskiej kultury, a także przeszczepili ja na grunt chrześcijański.

Przemiana z magicznego przedmiotu dającego młodość, wieczne życie, obfitość jadła i posiadającego moc wskazania godnego człowieka w relikwię Ostatniej Wieczerzy, lub w innych wersjach naczynie przechowywania krwi Chrystusa, miało oczywiście poważne konsekwencje dla symboliki i znaczenia mitu. Jednak nie aż tak dramatyczne jakby można się spodziewać. Chrześcijańska relikwia nadal powodowała, że obcujący z nią rycerze zachowywali gładkie oblicza, zaś tym, którzy go odnaleźli, gwarantował życie wieczne w niebie. Na stołach w trakcie uczt na Zamku Króla Rybaka pojawiały się najwspanialsze potrawy, ale należy je interpretować jako strawę duchową. Natomiast zdolność do ujawniania prawdy o ludzkich sercach również doskonale wpisała się w ideologię nowej religii.

Ostatecznie do tajemnicy Graala zostają dopuszczeni jedynie najdoskonalsi z rycerzy. Lancelot, który w wersjach późnośredniowiecznych był postrzegany negatywnie, nie otrzymał łaski odnalezienia talizmanu ze względu na swój romans z Ginewrą. Zatem u swojej podstawy Graal pozostał symbolem spełnienia, samopoznania i odnowy życia lub ducha.


[1] R. S Loomis, Graal, od celtyckiego mitu do symbolu chrześcijańskiego, Kraków 1998, s. 94
[2] Tamże, s. 39
[3] Chrétien de Troyes, O królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu, Wrocław 1999, s. 49
[4] Opowieści Okrągłego Stołu, oprac. J. Boulenger, Warszawa 1987, s. 87
[5] Tamże, s. 366


II. Graal na usługach popkultury

Opowieści o Rycerzach Okrągłego Stołu i poszukiwaniach Graala to jedna z tradycji, na której bezrefleksyjnie żeruje popkultura. Literatura arturiańska obfituje w tematy doskonale nadające się na kinowe hity, jak chociażby opowieść o romansie Lancelota i Ginewry, a także na wywołujące kontrowersje teorie spiskowe. Dlatego powszechna znajomość mitu ogranicza się zazwyczaj do wyrwanych z kontekstu elementów, takich jak dobycie miecza z kamienia czy postać Merlina, wszechwiedzącego maga i nauczyciela. Wyprute z materii arturiańskiej wątki, pojedyncze motywy lub bezpańskie rekwizyty plączą się po kartach literatury – oczywiście najczęściej napotykamy na nie w opasłych cyklach fantasy – ale także można odnaleźć je na komiksowych kadrach, czego sztandarowym przykładem jest kultowy komiks Kaznodzieja.

Mit doczekał się także wielu adaptacji, renarracji i nowych interpretacji. Twórców filmowych rzadko kiedy interesowały fantastyczne poszukiwania Graala i skupiali się na "historycznej" wersji legendy o władcy Camelot, a także na płomiennym romansie wychowanka Pani z Jeziora z Ginewrą. Sztandarowym przykładem, jak doszczętnie można zniszczyć piękną opowieść o dworskiej miłości, która pod suknią pozorów skrywa mistyczne tezy gnostyckie, jest film Rycerz króla Artura z 1995 roku.


Graal na ekranie

Richard Gere powinien odpowiedzieć przed tajnym zakonem Marii Magdaleny, który do życia powołał Dan Brown, za zaprzepaszczenie postaci Lancelota dla popkultury. Z idealnego rycerza, któremu wszyscy ustępowali pola, a on sam prosił o pardon jedynie damę swego serca, Hollywood uczyniło rozmemłanego kochasia z wyjątkowo złą fryzurą. Wcale nie lepiej dziewięć lat później potraktował go reżyser Króla Artura, w którym Lancelot okazuje się być Sarmatą na usługach rzymskiego dowódcy Arturiusa.



Tendencja do "urealnienia” legend o Królu Arturze ma długą tradycję sięgającą Edwarda I, który na potrzeby polityczne kazał mnichom z Glastonbury pochować w murach klasztoru fałszywych władcę i władczynię Camelot. Pierwowzoru średniowiecznego ideału monarchy najczęściej próbowano dopatrzeć się w postaci wodza plemienia Brytów lub w osobie rzymskiego wodza Artusa. Na drugiej z wymienionych teorii oparto film Król Artur z Clivem Owenem w roli tytułowej. W bitwie, którą scenarzyści zapewne oparli na słynnym zwycięstwie piętnastoletniego Artura pod Badon, rzymskiego wodza wspiera siedmiu najlepszych rycerzy, którzy wywodzą się z podbitego przez imperium plemienia. Średniowieczne ucieleśnienie dworskich zalet z urody przypomina południowca, kilka razy robi maślane oczy do Keiry Knightley i na końcu ginie, aby – co sugeruje końcowa sekwencja filmu – powrócić do ojczyzny pod postacią konia.

Przykładem bardziej dosłownego wykorzystania mitu arturiańskiego jest film Indiana Jones i ostatnia krucjata, w którym główną osią fabuły jest poszukiwanie Graala. Zależności między mitem a obrazem z roku 1989 dobrze widać w finałowych scenach. Archeolog-awanturnik przybywa do świątyni ukrytej w górach (Zamek Graala), gdzie zostaje poddany trzem próbom. Pierwsza z nich, test pokory, nie jest dosłownym powtórzeniem, któregoś z czynów Gawaina, Parsifala czy Galaada – czyli jednego z trzech rycerzy, którzy uczestniczyli w poszukiwaniach życiodajnego kielicha. Jednak próby o podobnym znaczeniu odnajdziemy w późnej wersji mitu, spisanej w zbiorze tekstów zwanym Wulgatą.

Wyruszający na wyprawę po kielich, do którego zebrano krew Zbawiciela, muszą udowodnić swoje oddanie Bogu. Na ich drodze ku zbawieniu stają piekielne istoty, które mamią rycerzy obietnicą cielesnych rozkoszy lub wiecznej sławy. Aby nie ulec podszeptom złych mocy, słudzy Artura klękają, czynią znak krzyża i wypowiadają modlitwę. W filmie Indiana Jones pochyla się przed wysuwanymi ze ścian ostrzami, a następnie skacze po kaflach z wyrytymi literami tak, aby powstało imię Jahwe - zatem, podobnie jak jego rycerscy poprzednicy, okazuje pokorę i zwraca się do Boga.


Kolejne zadanie to niemal dosłowny cytat z przygód Lancelota, który – aby dostać się do siedziby strażnika Graala – musiał przejść po moście-mieczu. Wbite w dwa zbocza przepaści ogromne ostrze, tak cienkie, że ledwo widoczne, przemienia się w filmie w niewidzialną kładkę. Archeolog, jak niegdyś umiłowany Ginewry, rzuca się w przepaść, a tym samym zdaje test wiary.

Podobieństwa między próbą z mitu a sceną z filmu widać także w najdrobniejszych szczegółach. Przed wejściem na kładkę na śmiałka spogląda kamienna głowa lwa. Podobnie w legendzie przed przekroczeniem mostu rycerz mijał parę władców zwierząt, którzy strzegli przejścia. Ostatnie wyzwanie ma miejsce w komnacie pełnej złotych, wysadzanych kamieniami, żelaznych, wykonanych z drewna lub rogu kielichów. Zadaniem poszukującego jest wybranie właściwego pucharu – czyli postawienie pytania, jaki jest lub czym jest Graal. Jednocześnie odpowiedź na to pytanie wyjawia prawdę o dokonującym wyboru.

Indiana Jones, który posiada odpowiednia wiedzę, a także nie pragnie talizmanu dla siebie, udowadnia, że jest go godzien. Zakończenie filmu również powtarza mit – Graal zostaje użyty do uleczenia rannego ojca (figura króla), a następnie zostaje na zawsze stracony, wpadając w przepaść. Podobnie jak najpóźniejsze wersje legendy, na których w największym stopniu oparto Indianę Jonesa i ostatnią krucjatę, historię Graala kończy odejście chrześcijańskiej relikwii ze świata ludzi.


Cyfrowy Graal

Dowodem na żywotność mitu o Graalu jest jego obecność w grze komputerowej, która zdominowała rynek i wyobraźnię graczy, czyli w World of Warcraft. W oficjalnej historii uniwersum następca tronu Arthas zabija własnego ojca i przeistacza się w nieumarłego władcę śmierci. Lich King, wieczny pan lodowego pustkowia, jest oczywiście wzorowany na postaci Króla Artura. Obu bohaterów łączy nie tylko imię, ale także sposób, w jaki udowadniają swoją wartość i sięgają po władzę, dobywając zaklętego oręża.

Miecz nieumarłego księcia, Frostmourne, najczęściej przedstawiany jest jako wbity w skałę lodu, zaś na jego ostrzu znajduje się inskrypcja – Whomsoever takes up this blade shall wield power eternal ("Ktokolwiek dobędzie tego ostrza, posiądzie moc wieczną"). Magiczną broń Arthasa należy zatem uznać za kolejne wcielenie Excalibura, który był inkarnacją celtyckiego Dyrnwyna, jednego z trzynastu skarbów Brytanii. Wszystkie trzy miecze łączy moc wyznaczania monarchy, godnego wojownika i wybrańca przeznaczenia.

Przyjrzyjmy się imionom nadanym potężnym artefaktom. Uznawany za protoplastę linii zaczarowanych mieczy Dyrnwyn należał do legendarnego herosa Rhyddercha. Dzierżony przez odważnego i walecznego męża płonął prawdziwym ogniem, przez co nadano mu miano "biała rękojeść" – kolor biały dla Celtów oznaczał moc słońca i był kojarzony z wybrańcami bogów.

Kolejny w linii był miecz Króla Artura, czyli Excalibur, zwany w cyklu Mabinogion Caledfwlch, co należy tłumaczyć jako "miecz światła". Nazwa najpopularniejsza do dnia dzisiejszego ukonstytuowała się pod wpływem prac Geoffreya z Monmouth, który w szczegółach opisuje broń zwaną Caliburnus – co najprawdopodobniej pochodzi od łacińskiego słowa chalybs oznaczającego stal. Pełną nazwę miecza można zatem przetłumaczyć jako "palący stal", co jest wyraźną kontynuacją tradycji łączącej moc oręża z żywiołem ognia. Ostatecznie to Chretien de Troyes rozpowszechnił na francuskich dworach przekonanie, że miecz noszony przez władcę Camelot, a także rycerzy poszukujących Graala, zwał się Escalibor i potrafił przeciąć "drewno, stal i kamień".

Podsumowując, wszystkie trzy legendarne ostrza uosabiały moc ognia – najważniejszego żywiołu w mitologii celtyckiej – a tym samy należy łączyć je z życiodajną energią słońca oraz boginią płodności zwaną Zwierzchnością, która występuje w mitologii arturiańskiej pod wieloma postaciami. Zestawmy teraz tradycję miecza należącego do Artura ze współczesną wersją mitu zaadaptowanego na potrzeby gry MMORPG. Excalibur był ognistym orężem, które należało do herosa mającego przywrócić ład oraz płodność krainie dotkniętej nieurodzajem. Natomiast zimny i niosący żałobę Frostmourne stanowi przeciwieństwo Dyrnwyna, Caledfwlcha oraz Caliburnusa. Zamiast ożywiających sił płomieni (w wierzeniach łączonych z porą wiosenną i letnią) Arthas włada mocą lodu, czyli wieczną zmarzliną, która jest krainą śmierci. Historia upadłego księcia jest odwróceniem mitu o doskonałym monarsze – ranny Artur nigdy nie umarł, ale został zabrany na wyspę Avalon, zaś jego współczesny odpowiednik również egzystuje zawieszony między życiem a śmiercią.

Analogicznych przykładów wykorzystania pradawnej narracji, której korzenie sięgają nawet świętych ksiąg Mahabharaty, w kulturze popularnej można znaleźć jeszcze wiele. Wystarczy spojrzeć na najnowsze listy kinowych hitów lub serialową ofertę stacji telewizyjnych, aby natrafić na nowe wariacje na temat historii Merlina czy Artura.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Komentarze

string(15) ""

MEaDEA
    Aureus
Ocena:
0
W tej sytuacji nie sprawdził się wielce wygodny stereotyp - nie okazało się, że feministkami są jedynie starsze singielki po 30 a młode studentki mają po dziurki w nosie tematu równouprawnienia.

Na sali po moim odczycie padł dość kuriozalny zarzut z ust osoby, która przyznała, że nigdy nie czytała żadnego mitu, ani nie zna się na antropologi kultury, ale nie zgadza się z moją analizą.

Tą osobą był mężczyzna - zapewne Julian jest w stanie określić czy doktorant czy student.

Następnie osoby zebrane w sali - w przeważającej większości kobiety w zróżnicowanym wieku i z bardzo różnych wydziałów - wyrażały poparcie dla moich feministycznych tez i zdecydowanie był zaangażowane w temat równouprawnienia.
05-06-2011 21:54
27532

Użytkownik niezarejestrowany
    Pokój
Ocena:
+2
Dlaczego singielki? Nie mówiłem nic o singielkach. Z tych prowadzących, z którymi miałem zajęcia, wszystkie są mężate i dzieciate.

To zabawne, że mówisz o stereotypie, o którym nic nie wiedziałem, a częściowo się pokrywa z obserwacjami z mego życia codziennego.

A z jakich ośrodków wytworzyła się ta powszechna, feministyczna większość na sali (z jakich uczelni pochodziły uczestniczki - głównie Kraków)? Być może stanowi ona równowagę dla FPUAM.

Powtarzam - nie jest to żadne "haha, a feminy są głópie lol" tylko jestem zdziwiony, jak bardzo odległe jest do od mych codziennych doświadczeń, kiedy to podczas jazdy tramwajem czy na wykładach (tych, na których się nie słucha, tylko czyta książki i gra w statki) zdarza mi się słyszeć antyfeministyczne złorzeczenia dziesięcioosobowych grup kobiecych.

Sam raczej w tym nie uczestniczę tak długo, jak długo feministki nie wchodzą na tereny językoznawstwa. Wtedy budzi się we mnie troll. Ale zbyt dużo znam feministek (ok, 3 i najwyraźniej dochodzisz do tego Ty, ale procentowo to i tak nieźle) których opinie w różnych tematach uważam za ciekawe i / lub cenne, by je ostracyzować.
05-06-2011 22:07
MEaDEA
   
Ocena:
+3
A z jakich ośrodków wytworzyła się ta powszechna, feministyczna większość na sali (z jakich uczelni pochodziły uczestniczki - głównie Kraków)? Być może stanowi ona równowagę dla FPUAM.

Na sali byłam jedyną osobą z Krakowa. Nie wiem z jakich dokładnie uczelni pochodziły pozostałe prelegentki i słuchacze. Na to pytanie odpowie zapewne Julian, który był głównym organizatorem konferencji.

Natomiast z tego co widzę na moich studiach doktoranckich to feministki i feminiści są w przeważającej większości - dominują także feministyczne tematy ich prac doktorskich.

Nie mam pojęcia jak to wygląda w pokoleniu młodszym - znowu zapewne Julian odpowie bo prowadzi zajęcia :)

A co do kobiet narzekających na feminizm - to jajowody nie czynią kogoś feministką automatycznie. Zatem mogą być zupełnie obojętne wobec walki o równouprawnienie, być za albo przeciwko.

Kobieta nie równa się feministka :) Podobnie jak mężczyźni podlegamy naciskowi ze strony patriarchalnej kultury i często przywłaszczamy sobie stereotypowe role. Nie jest żadnym nowum, że to kobiety są narzędziem szowinizmu - w końcu na Borneo lub w niektórych częściach Afryki to matki dokonują obrzezania swoich córek.

A co do kobiet narzekających na feminizm to (z całym szacunkiem do nich) zazwyczaj nie wiedzą o nim nic ponad to co serwują głodne sensacji media. Postrzegają jako skrajną, agresywna postawę nie wiedząc, że są rożne rodzaje feminizmu i nie dostrzegają sensu walki o równouprawnienie.

Zatem "zmęczenie feminizmem" to pozór bo w Polsce na pewno nie zdążyliśmy się znudzić ruchem, który jeszcze nawet się nie rozwinął.
05-06-2011 22:32
Marigold
   
Ocena:
0
Lancelot w Królu Arturze z Owenem jest genialny ;)
06-06-2011 00:31
MEaDEA
   
Ocena:
0
Lancelot w Królu Arturze z Owenem jest genialny ;)

Oj tak wygląda jak stu procentowy Bretończyk lub w tym przypadku Sarmata...

Mnie BARDZO przypomina bohatera z serialu Robin z Sherwood. A ponieważ dzieje Robina często łączono z przygodami Rycerzy Okrągłego Stołu to może ten Lancelot jest spokrewniony z NAZIREM?!

Czyż nie jest podobny? ;) : http://www.youtube.com/watch?v=R6K UWz9SeWo
06-06-2011 00:41
Mayhnavea
   
Ocena:
+2
@ Aureus:
Poruszany przez Ciebie formuły wyczerpuje się w Twojej formule: feministki są przez niewiasty bardzo stanowczo odrzucane. Nie-wiasty zapewne odrzucają go stanowczo :] Przy pogłębionej wiedzy trudno jest tak sobie odrzucać cokolwiek: absolutnie nie jestem zwolennikiem strukturalizmu, ale nie będę się od niego szaleńczo odżegnywał.

Jestem ciekaw, jak jest wykładany feminizm u Ciebie na kierunku i jak intensywnie, żeby w ogóle mógł się jakiemukolwiek narybkowi znudzić. W podstawie programowej przy teoriach badań literackich feminizmowi poświęca się jakoś jedne zajęcia, na queer czasem i nie starcza zapewne czasu. Zanim mogłem powiedzieć, że coś wiem na ten temat, przez dwa semestry miałem dość intensywne zajęcia, po którym orientuję się w temacie na tyle, żeby stwierdzić, że "stanowcze odrzucenie feminizmu" to coś w zasadzie głupawego. Którego feminizmu? Czarnych lesbijek, różnicy czy może feminizmu Jana Pawła II?

To, co piszesz jest w zasadzie smutne i świadczy o złym wykładaniu feminizmu. Bo generalnie każda osoba, która uważa, że "mężczyzna i kobieta powinni mieć równe prawa" niezależnie od dodatkowych dookreśleń podpada pod jakiś feminizm.

studentki wręcz wytykają palcami (serio mówię) osoby, które się feminizmem parają.

Ale Ci fajnie wyszła (to specjalnie?) ta sugestia oskarżeń wiedźm o paranie się magią - przez niewiasty :) Piękne i głęboko patriarchalne i opresyjne rozróżnienie :)

A z jakich ośrodków wytworzyła się ta powszechna, feministyczna większość na sali (z jakich uczelni pochodziły uczestniczki - głównie Kraków)? Być może stanowi ona równowagę dla FPUAM.

Z różnych ośrodków z całej Polski, o ile kojarzę filologie i kulturoznawstwa, psychologii, w większości doktorantki i doktoranci oraz osoby ze starszych lat studiów dziennych. Nie pamiętam, skąd był chłopak, który miał wątpliwości, ale jego zarzuty były w 100% oparte na uprzedzeniach, sam wykazał się dość mocnym brakiem wiedzy na temat problemu.

Przyznam, że nawet nie nazwałbym tego jakąś szczególną "feministyczną większością", gdyż żadna konkretna perspektywa nie została zarysowana. Dyskusja w części po referacie Magdy dotyczyła raczej ustalenia pewnych rozpoznań kulturowych (tutaj: na ile chrześcijaństwo oparte jest na układzie patriarchalnym i w jaki sposób tłumiło kobiece wątki kulturowe; w tym wypadku boginiczny wymiar Graala zawłaszczonego przez obcą ideologię).

jestem zdziwiony, jak bardzo odległe jest do od mych codziennych doświadczeń, kiedy to podczas jazdy tramwajem czy na wykładach (tych, na których się nie słucha, tylko czyta książki i gra w statki) zdarza mi się słyszeć antyfeministyczne złorzeczenia dziesięcioosobowych grup kobiecych.

Nie sądzę, żeby podsłuchane w tramwaju rozmowy miały wartość rzeczowego argumentu :) Nawet jeśli w tym tramwaju podsłuchałeś aż dziesięcioosobową grupę kobiecą. I w ogóle nie uważam, aby wygłoszenie swojego zdania w środku komunikacji miejskiej - ani nawet na korytarzu uczelni - sankcjonowało je jako szczególnie mądre bądź warte powoływania się nawet na Poltku :)

Sam raczej w tym nie uczestniczę tak długo, jak długo feministki nie wchodzą na tereny językoznawstwa. Wtedy budzi się we mnie troll.

...i feminiści.
A domyślam się, że chodzi o żeńskie końcówki w nazwach zawodów? Akurat mam w tym względzie wyrobiony pogląd (i widzę ten problem jako dość złożony), ale jeśli masz na to gotową trollerską odpowiedź, jestem jej ciekaw.

A co do młodszego pokolenia - jest różnie, wszystko zależy od stanu wiedzy. Etykieta "feministka" funkcjonuje w oderwaniu od swojego znaczenia i nie jest niczym szokującym, że ktoś najpierw wygłasza szereg feministycznych opinii, co kwituje "ale nie czuję się feministką". Co przy podpytaniu sprowadza się do: "nie jestem chłopczycą", "nie nienawidzę mężczyzn", "chcę mieć dziecko", "lubię gotować" czy "nie jestem lesbijką".

Ale miałem przypadek studentki, która z uśmiechem a'la Sansa Stark wygłosiła tyradę, że kulturowej opresji na kobietach nie ma, bo ona jej nie widziała (stały argument, że czego się nie widzi, to nie istnieje). Przykładem na to był fakt, że pracując z samymi mężczyznami wykorzystuje swoją kobiecość do tego, aby pomagali jej w pracy - co świadczy o doskonałej kondycji kobiet w społeczeństwie. Co znaczyło mniej więcej tyle, że wykorzystuje swoje ciało albo udaje osobę uroczo niekompetentną, żeby wykorzystywać innych. Przyznaję, że byłem strasznie wkurzony i żeby nie powiedzieć jej, że jest po prostu głupia, nie powiedziałem nic.

Ale zbyt dużo znam feministek (ok, 3 i najwyraźniej dochodzisz do tego Ty, ale procentowo to i tak nieźle) których opinie w różnych tematach uważam za ciekawe i / lub cenne, by je ostracyzować

Czy gdybym napisał, że znam zbyt dużo wierzących a jednocześnie rozsądnych osób (np. 2), żeby je ostracyzować - nie poczułbyś się jakoś nieprzyjemnie? Jakoś dziwnie brzmi ten tekst w kontekście rozmówców...

@ Magda
Natomiast z tego co widzę na moich studiach doktoranckich to feministki i feminiści są w przeważającej większości - dominują także feministyczne tematy ich prac doktorskich.

Wśród moich znajomych zdecydowanie przeważają tematy emancypacyjne (feministyczne, queerowe, postkolonialne, nowo-historyczne). I ciekawe jest to, że podejmują się ich często osoby, których zachowanie czy życiowy etos mógłby się wydawać stricte tradycyjny, żeby nie powiedzieć, że zaskakująco stereotypowy. Czyli nie trzeba być ani Szczuką, ani Środą, ani Dworkin, żeby realizować się w tych tematach - nawet jeśli pisanie o nich miałoby mieć charakter po części kompensacyjny.
06-06-2011 02:08
27532

Użytkownik niezarejestrowany
    Niedobry ałre
Ocena:
+4
Bardzo nie podobają mi się liczne starania, które sprawiają, że miast "tak, trollu, w Polsce są bardzo silne ośrodki feministyczne wśród inteligencji i twoje patrzenie na FP UAM było błędne" starasz się mi udowodnić, Julianie, że jestem w opozycji i zaślepieniu, a poza tym to obraziłem Was, Wasze dzieci i Wasze matki. Nie za bardzo mam ochotę uczestniczyć w takim "czymś", więc jeżeli kolejne komentarze będą napisane w tym stylu, nawet nie będę informował, że już nie będę odpowiadał. Reszta jest mruczeniem.

A) Z przedmiotów, które otwierają możliwość dla krytyki feministycznej literatury mamy literaturę dwudziestowieczną i tzw. najnowszą, ale są tylko nieliczni prowadzący, którzy to wplatają. Słyszałem o jednej pani doktor, która na cały kurs lit. dwudziest. obrała nurt tekstów homoseksualnych, feministycznych i osób żydowskiego pochodzenia (co wzbudziło opór ze strony grupy, ale ponoć prowadzi ok). ALE zdarzały się ciekawe wtrącenia na przykład na kursie pedagogiki, kiedy to nadrabianie zajęć zostało zastąpione (za zgodą studentów) szalenie ciekawym filmem "Killing Us Softly" (chyba dwójką) albo na wykładzie z onomastyki, gdy prowadząca uskarżała się, że kobieta w urzędzie potraktowała ją gorzej, niż jakiegoś faceta ze względu na jej płeć. Nie jest to wszystko jakoś inwazyjne, a na pewno nie nudne. Na uczelni mamy też zakład krytyki feministycznej.

B) Zmęczenie feminizmem (bez dzielenia go na kategorie, na które oczywiście dzielić przy szczegółowym opisie zjawiska należy) rozumiem jako wdarcie się myśli o równości płci na tak powszechną skalę, że specjalnie dobrane kryteria interpretacyjne tekstów literackich (mające uzasadniać wybrany tekst jako ciekawy dla feministycznej dyskusji) nie wywołują żadnych emocji, żadnych przemyśleń, a ciągłe wracanie do tego samego przesłania ("ucisk jest i będzie, jeżeli nie będziemy z nim walczyć") budzi ogólne "e tam". Zmęczenie, czyli "to już wiemy, przestańcie to mielić i powtarzać, ograniczanie się do tego kaleczy szersze spojrzenie".

(Można podobnie powiedzieć o zmęczeniu etyką chrześcijańską - nie znam osoby, która płakałaby ze wzruszenia dowiadując się, że nie należy zabijać.)

C) W pełni zgadzam się z Twoją uwagą, że niezależnie od odczuwania tożsamości z ideologią feministyczną wystarczy, że się wyznaje jej fundamenty, by móc się określić wyznawcą. Mam jednak wrażenie, że u nas określenie "feminista" ma bardzo mocno tożsamościowy charakter i obejmuje aktywność i zanurzenie w temacie. To trochę tak, jakby powiedzieć, że człowiek, który wierzy, że jest jeden bóg zostanie uznany chrześcijaninem, gdyż jakieś tam podstawy przyjął. Za ważniejsze tu uważam utożsamienie, niż stanie z biczem i krzyczenie "AHA! TERAZ JESTEŚ JEDNYM Z NAS BO UWAŻASZ, ŻE KOBIETY POWINNY MIEĆ RÓWNE PRAWA BUAHAHAHA!".

(Co do stereotypów jeszcze: ja tam jestem lesbijką, bo lubię inne lesbijki. Mądrości South Parku. ; ))

D) Nie rozumiem rangi i roli przytyku zawartej w Twoim określeniu o paraniu się magią, niemniej potwierdzam, że "wytykanie palcami" było dosłowne. Podobnie przykład osób z tramwaju obejmował studentki z FP UAM, nie przychylam się przez to do Twego "one nic nie znaczą nawet na Poltku", gdyż wydaje mi się, że właśnie Powszechny Odbiór należy przywoływać, gdy mowa o Powszechnym Odbiorze (gdyż właśnie o nim mówię, nawet, jeżeli Twoim celem jest dowieść mego ograniczenia).

E) Język. Dopóki muszę być tym chrześcijaninem, tym grubasem ale tą mężczyzną i tą poetą, nie mówcie mi o trudnościach z wyjściem w wyobraźni poza kategorie fleksyjne i przywiązanie pojęć do płci. ; )

(Przypominam, że chciałeś wypowiedź trollerską. Niezły temat pracy: "Trolling jako metodologia". ; ))

F) Powtórzę: jeżeli 4 postawić w zestawieniu z wszystkimi kobietami, które znam i które wyrażają tożsamość feministyczną (a jak widać od mego pierwszego komentarza - jest ich bardzo, bardzo mało!) to jest to bardzo duży procent. Nie wiem też, o czym myślisz wspominając o "wierzących", gdyż chyba nie chcesz mi powiedzieć, że feminizm, jak zresztą każda ideologia nie jest wynikiem wiary (np. w to, że nie ma powodu, by kobiety były uciskane innego, jak zła potrzeba facetów do tyranizowania i ustawiania siebie w centrum).

G) Nie wiem, czy zgodziłbym się z Magdą, że w Polsce feminizm nie pojawił się, nawet z okien mej uczelni widzę feministyczną bibliotekę (i płytotekę, kasetotekę... em... mediatekę?).
06-06-2011 07:05
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Aureus, straszny offtopic. Ja bym wolał o Graalu poczytać.

Feministyczne pozdro!
06-06-2011 08:07
ment
   
Ocena:
+3
Zastanawia mnie, dlaczego Autorka nie przywołała w artykule dwóch filmów, w których odniesienia do grala są bardzo widoczne, a które to filmy są dla popkultury dużo ważniejsze niż kupowaty film z kupowatym Gere. Mówię oczywiście o "Die Hard: With a Vengeance" oraz "Forrest Gump".

@Feminizm -umrze niedługo, z pożytkiem dla wszystkich zainteresowanych.
06-06-2011 08:38

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.