James Islington, Cień utraconego świata
» Recenzje » Ziarna ziemi

Ziarna ziemi


wersja do druku

Kosmiczne rozczarowanie

Autor: Redakcja: Piotr 'Clod' Hęćka, Staszek 'Scobin' Krawczyk

Ziarna ziemi
Ziarna Ziemi, pierwszy tom Ognia ludzkości Michaela Cobleya, zostały nazwane przez Iana M. Banksa "wartościowym wkładem w gatunek science fiction". To kolejny dowód, że nie warto wierzyć w jakiekolwiek rekomendacje z okładek.

Pierwszym gatunkiem, jaki napotkaliśmy w kosmosie, był Rój, bezlitosne insektoidy, które doprowadziły Ziemię na krawędź zagłady. Aby zapewnić przetrwanie ludzkości, w nieznane wysłano trzy olbrzymie statki z kolonistami, których zadaniem stało się zasiedlenie odległych rubieży wszechświata. Jeden ze statków trafił na planetę Darien, zamieszkiwanego przez przyjaźnie nastawioną rasę Uvovo, napotkaną przez kolonistów wywodzących się ze Skandynawii, Szkocji oraz Rosji. Po stu pięćdziesięciu latach nareszcie zostaje odnowiony kontakt z Ziemią, której udało się przetrwać wojnę dzięki sojuszowi z jedną z galaktycznych potęg. Nikt jednak nie wie, że przybycie ambasadorów ludzi i Sendrukan ma drugie dno, a planeta wkrótce stanie się polem bitwy o starożytne sekrety, skryte głęboko pod ziemią...

Ziarna Ziemi teoretycznie posiadają wszystkie elementy obligatoryjne dla dobrej space opery: dużo polityki, skonfliktowane z sobą frakcje obcych ras, sztuczne inteligencje, podróże międzygwiezdne – i nic z tego nie wynika, ponieważ autor pomimo wprowadzenia do fabuły wątków-samograjów nie potrafił wykorzystać ich w żaden interesujący sposób. Mimo że akcja powieści rozgrywa się w przyszłości odległej o kilkaset lat, niemal wcale tego nie czuć, pomijając okazjonalnie pojawiające się sztuczne inteligencje. Brak tu intrygujących futurystycznych wizji, snucia opowieści o tym, jak bardzo zmieni się świat wraz z rozwojem technologicznym – zamiast tego otrzymujemy zatrzęsienie elementów, z których każdy samodzielnie mógłby stanowić o sile fabuły, ale razem tworzą jedynie niezgrabny miszmasz.

Na pierwszych dwustu stronach Cobley zarysowuje świat przedstawiony i wprowadza głównych bohaterów – niestety, na tym nie poprzestaje, i bardzo szybko do układanki dołączają kolejne wątki, bardzo często niemal zupełnie niepowiązane z tym, co rozgrywa się w danej chwili na Darienie. Oczywiście, samo w sobie nie jest to złe, jednak na umiejętne żonglowanie kilkoma różnymi historiami naraz potrzeba czasu – kiedy wszystkie zostają wprowadzone niemal w jednym momencie, powstaje wprawdzie różnorodny, ale mimo wszystko całkowity chaos. Co więcej, seria ma liczyć co najmniej cztery tomy: biorąc pod uwagę, ile wątków zostało już podjętych w części pierwszej, można się obawiać, czy pisarzowi wystarczy interesującego materiału na resztę cyklu.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Brak wyobraźni autora ujawnia się także w kreacji obcych ras zamieszkujących kosmos: dosłownie co kilkadziesiąt stron pojawia się przedstawiciel kolejnej z nich, i z reguły wkrótce znika, by nie powrócić już nigdy więcej. Nie dowiadujemy się niemal nic o ich kulturze, wierzeniach, stylu bycia, filozofii; pomijając Uvovo i Sendrukan, każdy gatunek różni się od poprzednich tylko nazwą i wyglądem. W seriach Star Trek i Mass Effect każdej z ras poświęcono wystarczającą ilość uwagi, byśmy mogli poznać ich przedstawicieli, dowiedzieć się o różnicach między nimi, a także przekonać się, że nie ma dwóch identycznych przedstawicieli danego gatunku. W Ziarnach Ziemi z kolei równie dobrze zamiast kosmitów można by wprowadzić ludzi noszących różnokolorowe kapelusze w zależności od frakcji, do której należą – wyszłoby na to samo.

Pisarz najbardziej zawodzi w kreacji bohaterów. Fabułę śledzimy z perspektywy sześciorga z nich, ale pomijając imiona, płcie i w jednym przypadku przynależność gatunkową, różnice między nimi są minimalne. Cobley'owi udało się stworzyć osobników niemal totalnie nijakich, pozbawionych życia oraz chemii w relacjach z pozostałymi postaciami. W połowie książki uświadomiłem sobie coś, co jest zgubą każdego pisarza: nie obchodziły mnie losy żadnego z głównych bohaterów – wszyscy mogliby zginąć, by zrobić miejsce dla nowych postaci, a ja bym nawet nie mrugnął. Zaszczytne ostatnie miejsce w rankingu otrzymuje Kao Czi, którego wątek to niemal wyłącznie wypełniacz stron. Kolejne tarapaty nic nie wnoszą do fabuły, a całość staje się ważniejsza dopiero w zakończeniu, które swoją drogą wywiera tak znikome wrażenie, iż trudno uwierzyć, że naprawdę mamy do czynienia z punktem kulminacyjnym powieści.

Jedyną dobrą rzeczą, którą mogę powiedzieć po zakończeniu lektury Ziaren Ziemi ,jest to, że mimo wszystko mogło być gorzej. Choć radości z lektury nie miałem niemal żadnej, to przynajmniej żadna ze scen nie wywołała we mnie przymusu rzucenia książką o ścianę w reakcji na często spotykane w słabych książkach nielogiczności fabularne. Książka może spodoba się komuś, kto przez całe życie nie miał do czynienia z science fiction – fani gatunku niestety nie mają tu czego szukać, chyba że chcą się rozczarować, tak jak i ja się rozczarowałem.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
3.0
Ocena recenzenta
5.5
Ocena użytkowników
Średnia z 4 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Ziarna Ziemi (Seeds of Earth)
Cykl: Ogień ludzkości
Tom: 1
Autor: Michael Cobley
Tłumaczenie: Agnieszka Hałas
Wydawca: MAG
Data wydania: 30 sierpnia 2013
Liczba stron: 504
Oprawa: miękka
Format: 135x202 mm
ISBN-13: 978-83-7480-371-7
Cena: 39 zł



Czytaj również

Komentarze

string(15) ""

Qbuś
   
Ocena:
0

A myślałem, że MAGowi takie wpadki się nie przytrafiają...

23-07-2014 08:28
lemon
   
Ocena:
0
@Qbuś
Jestem przekonany, że oceniłbyś wyżej. Odezwij się do Asthariela, może jeszcze ma, to "pożyczy". :)
23-07-2014 20:01

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.