» Artykuły » Inne artykuły » Za horyzont - fragment

Za horyzont - fragment


wersja do druku
Za horyzont - fragment

Dopiero nad ranem udało mu się zapaść w niespokojny sen. Wciąż nie mógł przestać myśleć o nocnej rozmowie i Taranie, zaniepokojonym sytuacją w metrze. Jasne że petersburżanie nie mieli łatwo, każdy głupi to wiedział. Skąpe racje żywnościowe, katastrofa sanitarna, drapieżniki z powierzchni… Wydawałoby się, że najwyższy czas zjednoczyć się w walce ze wspólnym nieszczęściem i razem rozwiązywać problemy. Lecz mieszkańcy podziemi, rozbici na kolonie i niezawisłe „państwa”, pogrążyli się w sporach, grabieżach i wojnach, znacznie tym samym przybliżając tragiczny koniec.

„Stacje pustoszeją na naszych oczach. Wyradzamy się…”

Tak to chyba ujął ojciec? Jego słowa tylko potwierdzały to, o czym sam nie raz miał okazję się przekonać, gdy podróżował po metrze podczas niedawnej historii z Czarnym Sanitariuszem.

Wśród ponurych myśli, leniwie płynących przez zawieszoną między snem a jawą świadomość, pojawiło się nagle niejasne poczucie paniki. Silne i nakazujące natychmiastowe działanie. Gleb wahał się jeszcze przez chwilę, potem otworzył oczy, bezszelestnie wydobył się z ciepłego, przytulnego łóżka i wybiegł na korytarz. W ciemności nie od razu zauważył nieruchomą wysoką postać i solidnie się wystraszył, dosłownie wpadając na niespodziewaną przeszkodę. Rozpoznał jednak znajomą sylwetkę i uspokoił się. Taran stał w bezruchu przed hermetycznymi wrotami i niczym gończy pies, który złapał trop, przysłuchiwał się czemuś, co na razie nie docierało do uszu chłopca. Napotykając wzrok stalkera, Gleb wyczytał w nim ten sam niepokój, który sam przed chwilą odczuł.

Chłopiec już chciał zadać pytanie, które przez cały ten czas miał na końcu języka, ale zawiesił głos, dostrzegając w półmroku ostrzegawczy gest ojca. Ten nakazał mu milczenie, wciąż próbując zidentyfikować źródło nadciągającego zagrożenia.

Przeciągły trel wiszącego na ścianie telefonu gwałtownie przeciął ciszę, sprawiając że obaj aż się wzdrygnęli. Kosztowne połączenie schronu Tarana ze stacjami centralnymi technicy zainstalowali dopiero niedawno, pod naciskiem naczelnika Siennej, Wiktora Terentiewa. Po rozwikłaniu sprawy wybuchu na wyspie Moszczny Wyga zapałał szczególną sympatią do najemnika, który zdołał zapobiec konfliktowi z marynarzami z Babla, wziął więc na siebie koszty przeciągnięcia wydzielonej linii telefonicznej, aby w razie czego mieć możliwość kontaktu operacyjnego z pożytecznym znajomym.

Jak się zdawało, dzwonił teraz właśnie on, jeden z najbardziej rzutkich liderów Miasta Targowego. Gleb mógł się tylko domyślać, o czym mówił Terentiew i dlaczego się kontaktował. Z miejsca, w którym stał, chłopak słyszał tylko nieustające ani na sekundę trajkotanie przetykane częstymi wykrzyknieniami. Sądząc z reakcji Tarana, ściskającego słuchawkę tak, że aż zbielały mu palce, nowiny nie były dobre.

– Tak, Witia, rozumiem. To jest szansa. Mniejsza lub większa, ale jednak… – Stalker uczepił się słuchawki obiema rękami. – Współrzędne! Potrzebuję dokładnych współrzędnych! Nie ma? Cokolwiek! Chociaż jakiś punkt zaczepienia?!

Zdenerwowanie Tarana udzieliło się chłopcu. Skubiąc nerwowo skraj podkoszulka, Gleb ze wszystkich sił wytężał słuch i z przejęciem śledził zmiany w mimice ojca. Ze wszystkich sił pragnął tylko jednej rzeczy – dowiedzieć się, o czym z takim napięciem rozmawiają dorośli. Lecz w odpowiedzi na nieme pytanie syna stalker tylko na moment oderwał się od słuchawki i bez wyjaśnień rzucił krótko:

– Natychmiast obudź resztę. Wyjeżdżamy bez zwłoki.

Dawno już się nie zdarzyło, żeby Taran był tak silnie wzburzony, dlatego chłopak odłożył pytania na później i na złamanie karku rzucił się wypełnić polecenie. Gleb wpadł do pomieszczenia zastawionego piętrowymi łóżkami i pełniącego funkcję sypialni, nie zatrzymując się ściągnął z Aurory kołdrę, przeskoczył przez szafkę do sąsiedniego rzędu legowisk i z rozpędu wbił się w przeogromne zielone plecy giganta Giennadija, zwiniętego w pozycji embrionalnej na uginającej się pod jego ciężarem koi.

– Pobudka! Alarm!

Mimo silnego szturchnięcia Dym nawet się nie poruszył, wciąż słodko posapując przez sen, natomiast Indianin, reagując na krzyk, zerwał się jak oparzony i solidnie przyłożył ciemieniem o ramę górnego łóżka, starając się naprędce zebrać nieposłuszne kudły w coś przypominającego kucyk. Mimo podeszłego wieku, stary maszynista Migałycz żwawo zeskoczył ze swojego posłania, po omacku szukając automatu. Bezbożnik, trąc powieki i oczyszczając zachrypnięte gardło, marudził i klął półgłosem. Aurora, kuląc się z zimna, obserwowała miotającego się Gleba, nic nie rozumiejąc.

Zamieszanie trwało krótko. Kiedy tylko obudzono śpiocha Giennadija, częstując siłacza czerpakiem lodowatej wody, zamieszanie samo wygasło. Nikt nie próbował już poznać przyczyny tak wczesnej pobudki, wystarczyło zerknąć na najemnika, który dosłownie przyrósł do telefonu. Pogrążona w ciężkim milczeniu drużyna gorączkowo przygotowywała ekwipunek, szczękając zamkami karabinów, naciągając maski przeciwgazowe i sprawdzając puszki filtrów. Na szczęście prowiant, amunicję oraz plecaki marszowe z ciepłymi ubraniami i innymi niezbędnymi w czasie ekspedycji drobiazgami załadowano na ciężarówkę jeszcze wieczorem, dlatego przygotowania nie zajęły dużo czasu.

Gdy do pomieszczenia wkroczył Taran, który nie wiadomo kiedy zdążył przywdziać swój charakterystyczny wzmocniony skafander, pięć par oczu skupiło baczne, nieruchome spojrzenie na dowódcy. Powietrze zgęstniało od napięcia, przeczucie niewidzialnego zagrożenia targało nerwy nie mniej niż adrenalina.

– Weganie rozpoczęli działania wojenne. Zaatakowano jedną z najdalej wysuniętych placówek Aliansu Primorskiego. U mazutów i w Mieście Targowym na razie spokój, ale, jak sądzę, nie na długo.

Kilka sekund potrzebnych, by do wszystkich dotarła szokująca nowina, upłynęło w grobowej ciszy. Nie było tajemnicą, że przez ostatnie lata „zieloni” wytrwale zbierali siły, lecz każdy mieszkaniec metra głęboko skrywał nadzieję, że Imperium nigdy nie zdecyduje się na otwartą konfrontację.

Cóż… Kolejny raz można było się przekonać, że próżna nadzieja w tym przeklętym świecie była uczuciem głupim i niebezpiecznym.

Podczas gdy pozostali dochodzili do siebie, Migałycz jako pierwszy przerwał milczenie.

– A więc jednak… wojna? – staruszek głośno zadał pytanie, o którym myśleli wszyscy.

Stalker ponuro skinął głową w odpowiedzi, zakładając kamizelkę.

– A my? – Gleb pochylił się do przodu, starając się złowić spojrzenie ojca.

– Co „my”? – spytał rozdrażniony Taran.

– Stajemy z boku? Dezertujemy?!

Teraz na odpowiedź lidera czekali już wszyscy, w tym w mgnieniu oka spochmurniały Migałycz i przycichła Aurora. Ale stalker z jakiegoś powodu zwlekał z odpowiedzią, a może wcale nie zamierzał reagować na niewygodne pytania przybranego syna.

– Przecież to potwory! Nie zatrzymają się na Aliansie! – wybuchnął Gleb. – Jako pierwsze ucierpią słabe peryferyjne stacje, niezależne kolonie! Musimy…

– Dosyć! – przerwał ostro stalker, obrzucając chłopaka otrzeźwiająco surowym spojrzeniem spode łba. – Nikomu nic nie jesteśmy winni. To nie nasza wojna. Alians to zresztą też nie anioły! Już od dawna ostrzą sobie zęby na wegan…

Dym, który do tej pory nie brał udziału w rozmowie, przeciągnął się aż zachrzęściło mu w kościach, pokręcił głową. Mięśnie czworoboczne na potężnym karku mutanta dostrzegalnie nabrzmiały.

– Nie widzę powodów, żeby pomagać tym czyścioszkom – zadudnił basem. – W Aliansie zawsze stronili od obcych. Z taką polityką głupio liczyć na pomoc z zewnątrz. Więc niech teraz sami sobie radzą!

Gleb ze zdziwieniem zerknął na Giennadija, ale przypomniał sobie, jak primorscy obeszli się z mutantem, wydalając go za granicę swojego terytorium, a do tego ignorując jego zasługi przy pokonaniu Czarnego Sanitariusza, i zrozumiał, że siłacz w żadnej sytuacji nie stanie po stronie swoich niedawnych prześladowców.

No dobra, Dyma można jeszcze jakoś zrozumieć. Ale Taran? Nie będzie ingerować? Co to? Tchórzostwo? Nie może być! Czy ktoś widział, żeby ten doświadczony stalker czegokolwiek się przestraszył?!

„W tym życiu trzeba być idiotą, żeby się nie bać” – wychynęły z pamięci słowa opiekuna.

A więc jednak… stchórzył? Jak dziwnie i nienormalnie było zdać sobie sprawę, że twój idol, ideał i istny wzór postępowania też może nie być wolny od słabości, a zachwyt i uwielbienie, które weszły już w nawyk, naraz blakną i nikną na tle nieprzyjemnego uczucia, które ledwie wykiełkowało, ale już zapuściło korzenie… W tym momencie chłopiec nie czuł niczego poza rozczarowaniem.

 

 




Czytaj również

Za horyzont
Bardzo wąskie horyzonty
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.