» Artykuły » Inne artykuły » Za horyzont – fragment

Za horyzont – fragment


wersja do druku
Za horyzont – fragment

– Macie pewnie dużo pytań – zaczął Taran bez wstępów. – To chyba najlepszy moment, żeby je zadać.

Nie podnosił wzroku, ale i bez tego było jasne, do kogo w pierwszej kolejności adresowane były te słowa. Ale Gleb, zasępiwszy się, milczał. Czy to popadł w apatię, czy może żal i rozczarowanie pokonały ciekawość…

Zdawało się, że zmieszanie chłopca udzieliło się pozostałym. Nikt nie decydował się rozmawiać z dowódcą otwarcie. W końcu jednak poruszył się Bezbożnik. Podrapał się w zadumie w podbródek, przeczyścił gardło i siarczyście splunął pod nogi.

– Rozumiem, że droga powrotna do metra jest teraz dla nas zamknięta?

– A to dlaczego? Weganom jest obojętne, kim jesteście i skąd. Primorscy też jak na razie nie nauczyli się przenikać wzrokiem przez blachę. Widzieli tylko transporter i mnie. No i, zdaje się, jeszcze Gleba… – dodał najemnik po przerwie. – Do pozostałych, jak sądzę, nie będę mieli pretensji.

– Dlaczego? – nie wytrzymał chłopak. – Dlaczego ich zabiłeś?

Oczy pałały mu ogniem.

Taran drgnął, jakby dostał policzek, i już chciał podnieść głowę, ale równie szybko opanował emocje i znów zabrał się za świdrowanie wzrokiem blatu stołu.

– Wszystko widziałeś, Gleb. Albo my ich, albo oni nas – w głosie najemnika dało się wyczuć starannie skrywane rozgoryczenie. – Do samego końca sądziłem, że Szugaj nas przepuści…

– Dlatego jak zwykle poszedłeś przebojem.

– Miał rozkaz. Negocjacje prawie na pewno by nie pomogły.

– Powiedziałeś "prawie"? – dopytał chłopiec. – Czyli była jednak szansa, żeby załatwić sprawę pokojowo?

– Albo w ogóle odłożyć ekspedycję na lepsze czasy – poparł go niespodziewanie Bezbożnik. – Dzieciak z sensem gada.

Przyszła kolej na milczenie Tarana. Sekundy płynęły wartkim strumieniem, nieubłaganie wyciekając przez sito czasu, a tajemniczy dowódca wciąż zwlekał z odpowiedzią.

– Ale o czym rozmawiałeś z Wygą? – włączył się Indianin. – Przecież to przez niego tak szybko daliśmy dyla z miasta?

– Przez niego – pospieszył zmienić temat najemnik. – Historia jest mętna… ale jeśli to wypali…

Wszystko, co potem usłyszeli, tylko z trudem można było przyjąć do wiadomości. Nowiny okazały się zupełnie niewiarygodne.

– Od chwili śmierci Pachoma wiele się zmieniło. – Z każdym słowem Taran coraz bardziej pochmurniał. – W ciągu paru tygodni komuniści uprzątnęli osuwisko na Czerwonym Szlaku. To, które zablokowało dostęp do kanału przewodowego i Obserwatorium w Pułkowie.

– I oczywiście ktoś od razu polazł do kryjówki Czarnego Sanitariusza, tak? – Indianin nie mógł się powstrzymać od komentarza. – Tylko po co? Mówiłeś przecież, że wszystko się tam spaliło?

– Niby tak, ale nie do końca… jak się okazało. Wyga wysłał swoich ludzi, żeby oczyścili Obserwatorium, a ci wykopali coś ciekawego.

– Terentiew? Z Miasta Targowego? A jaki on ma w tym interes?

– Cwaniaczek zwąchał się w końcu z władzami Edenu – wtrącił się Giennadij. – Po cichu organizuje handel, lipny biznesmen… I coś mi się zdaje, że to oni urobili Wygę w kwestii Obserwatorium. Zacierają ślady, żeby nie było dowodów.

Najemnik skinął głową:

– Właśnie. Zadanie grupy poszukiwawczej polegało na tym, żeby usunąć z obiektu wszelkie wzmianki o Edenie. W efekcie eksploratorzy podziemnego kompleksu weszli w posiadanie twardego dysku z komputera Pachoma. A w ocalałych klasterach znaleźli logi z transmisji danych między komputerem a mikrosatelitą szpiegowskim. Tym samym, o którym opowiadał Pachom zanim… zanim…

Taran zaciął się i spojrzał ostrożnie na Aurorę. Dziewczynka zareagowała jednak spokojnie na wzmiankę o śmierci ojca, ledwie zauważalnym skinieniem głowy dając znać opowiadającemu, by kontynuował.

– Do jednej z przechwyconych przez aparaturę wiadomości dołączony był raport jakiegoś uczonego o przebiegu prac nad projektem o intrygującej nazwie "Alfejos". Wyga nie zdążył przekazać mi szczegółów, ale badania, jakkolwiek fantastycznie to brzmi, dotyczyły w istocie… – najemnik obrzucił wzrokiem siedzących, zbierając się na odwagę – poszukiwaniu sposobu neutralizacji promieniowania.

Chirurg chrząknął, podrapał porośnięty szczeciną podbródek. Na jego twarzy odbiło się skrajne niedowierzanie.

– Oczywiście nie jestem fizykiem, ale najprawdopodobniej mówimy o jakimś nowym sorbencie w rodzaju tych, które wykorzystuje się przy dezaktywacji gruntu – przypuścił Bezbożnik po długiej pauzie. – Tyle że, moi drodzy, to jest długa i kłopotliwa sprawa. Nie na jeden rok, nawet nie na dziesięć. A potem, kiedy radionuklidy zostaną związane w roztworze, i tak trzeba dokądś wywieźć skażony grunt… Potrzebny jest sprzęt. Dużo sprzętu. Buldożery, koparki, ciężarówki… W skali całego miasta to jest mrzonka.

– A co, jeśli ten "Alfejos" rzeczywiście netra… neutra… no, likwiduje promieniowanie? – Glebowi ze zdenerwowania słowa plątały się w głowie i uparcie odmawiały łączenia w zrozumiałe frazy. – Jakiś przyrząd albo urządzenie… Pamiętasz, Aurora, opowiadałaś mi przecież o podobnym wihajstrze? Nazywało się to "odkurzacz"!

Dziewczynka parsknęła śmiechem, ale widząc, jak zmieszał się jej rówieśnik, szybko się opanowała.

– Nawet odkurzacz nie likwiduje brudu, tylko go zbiera. A co do neutralizatora promieniowania, to taki… "wihajster" nie może istnieć w przyrodzie – wyjaśniła, specjalnie starając się mówić powoli i zrozumiale. – Okres rozpadu jąder radioaktywnych pierwiastków jest wielkością stałą i przyspieszenie tego procesu jest niemożliwe. Istnieje nawet takie pojęcie, jak okres połowicznego rozpadu, który na przykład dla cezu-137 wynosi…

– Nie komplikuj, córeczko – wtrącił Bezbożnik. – I tak wszystko jasne. Później oświecisz tych, którzy nie są zorientowani. Sądzę, że teraz ciekawsze są szczegóły rozmowy z Terentiewem. Mówił coś jeszcze o tym przecudnym "Alfejosie"?

Chirurg spojrzał na Tarana pytająco, ale ten tylko potrząsnął głową przecząco.

– I gotów jesteś wszystko rzucić i pędzić nie wiadomo dokąd dla jakiejś na wpół legendarnej technologii przypominającej bajkę?

W ciszy, która nastała, słychać było monotonny szmer drobinek lodu, które niesione porywami wichru chrobotały i stukały o pancerz transportera niczym żywe stworzenia. Dostrajając się do szalejących w mesie emocji, na zewnątrz rozpętała się straszna zamieć.

– Po co? – naciskał dalej Bezbożnik, gdy nie doczekał się odpowiedzi. – Dla kaprysu jajogłowych z rajskiego bunkra? Musimy się tak płaszczyć przed tymi kretami?

– Z Edenem to akurat wszystko jasne – zadudnił w zamyśleniu Giennadij, bawiąc się chochlą. – Nadchodzący konflikt jest dla nich niekorzystny, nie potrzebują ofiar. Boją się stracić bufor ochronny między kompleksem a powierzchnią. Jeśli założyć, że "Alfejos" to realnie istniejąca technologia, a do tego na tyle skuteczna, że jest w stanie oczyścić choćby kawałek miasta, weganie zrealizują swoje najskrytsze marzenie – przeniosą się na powierzchnię. Wojna o przestrzeń życiową skończy się sama.

– A więc im szybciej wyruszymy na poszukiwania, tym większa szansa, że po powrocie do metra zastaniemy kogokolwiek przy życiu… – podsumował Indianin. – Przy okazji, daleko trzeba drałować?

– Tu właśnie kryje się kolejny problem. Wiadomość nie zawierała dokładnej lokalizacji laboratorium. Ale po przeczesaniu raportu analitycy Edenu dzięki pośrednim informacjom określili przybliżony rejon poszukiwań. Wyga nie chciał o nim mówić przez telefon, przestraszył się podsłuchu. Ale podał bardzo wyraźną wskazówkę… – Taran znów napotkał wzrok syna. – Gleb, on powiedział, że wiesz, gdzie szukać.

– Ja? – tylko tyle zdołał wyartykułować chłopiec, w mgnieniu oka zapominając o tym, że się gniewa. – Ale…

Zdumione spojrzenia pozostałych sprawiły, że ostatecznie się zaplątał i tylko otwierał i zamykał usta jak wyrzucona na brzeg ryba.

– Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz widziałeś Terentiewa? Opowiadał o czymś w tym rodzaju? Może wymieniał jakieś miejscowości, współrzędne, cyfry?

Gleb wzruszył ramionami z zakłopotaniem, rozpaczliwie starając się odkopać w pamięci szczegóły nieszczęsnego spotkania na Siennej.

"Wujek Witia nie wspominał o żadnym laboratorium. Chociaż, kiedy to było? Na pewno po tym, jak tułaliśmy się po piwnicach dziedzińca Apraksina, czyli znacznie wcześniej niż Wyga skontaktował się ze służbami Edenu! W takim razie co miał na myśli, mówiąc, że wiem, gdzie szukać?"

Gorączkowe rozmyślania chłopca przerwały przymilne a zarazem trzeźwiąco surowe słowa ojca:

– No dawaj, Gleb! Wiesz przecież, o czym mowa.

– Niby skąd? O niczym takim nie rozmawialiśmy! Naprawdę nie rozumiem…

Chłopak nadział się na ciężkie, badawcze spojrzenie i nagle umilkł.

– Albo po prostu nie wierzysz w historię z "Alfejosem". – Teraz w głosie Tarana czaił się lód. – Myślisz, że zawrócimy? Mówiłem to już i powtórzę jeszcze raz – to nie nasza wojna.

– Nic nie ukrywam! Wujek Witia coś pokręcił i…

– Dlaczego nie możesz zrozumieć, że czymś znacznie lepszym jest zapobiec przelewowi krwi, niż w nim uczestniczyć?!

– Kto by pomyślał… – burknął Gleb, pochmurniejąc. – Z Szugajem się specjalnie nie cackałeś.

Sytuacja stała się napięta do granic możliwości. Taran, nie nawykły do konieczności tłumaczenia się, coraz bardziej się wściekał. Chłopak przeciwnie, wyglądał na kompletnie zagubionego, a w oczach już zaczęły mu pobłyskiwać zdradzieckie łzy.

Postękując, z miejsca podniósł się Migałycz, rozprostował cherlawe plecy, ściągnął z siwej głowy sfatygowany hełmofon ze sterczącą z licznych dziur watą. Zdecydowanym ruchem podszedł do stolika, starając się przybrać możliwe najsurowszą pozę. Krzaczaste brwi zeszły mu się przy tym komicznie u nasady nosa, zaś spiczaste uszy zaczerwieniły z przejęcia.

– Co się tak rozochociliście, koguciki? Starczy tych kłótni! Ty, Gleb, jesteś jeszcze za mały, żeby krytykować starszych. A tobie, dowódco, czas już zmniejszyć obroty. Nie naciskaj na dzieciaka. Widać przecież, że nie kłamie. A jak coś sobie przypomni, to sam powie. Bo powiesz, prawda?

Gleb pociągnął nosem i pokiwał głową. Przez kilka długich, dręczących sekund Taran świdrował syna wzrokiem, potem bez słowa wyszedł z mesy.

– No ładnie – westchnął Indianin. – I dokąd teraz?

– Nie mamy znowu tak dużo możliwości. – Migałycz wcisnął na głowę hełmofon i zdmuchnął kłaczek waty, który spadł mu na nos. – Wyjechaliśmy z miasta we wschodnią stronę, omijając Południowe Bagna. Stoimy teraz na szosie Murmańskiej. A więc na razie to nią będziemy jechać. Nie ma sensu przedzierać się przez las.

Nagle staruszek zaniepokoił się, węsząc podejrzliwie.

– Powiało jakby spalenizną…

– Mój gulasz! – Dym klasnął w dłonie i rzucił się w stronę kambuza, omal nie zrzucając potężnym ramieniem półki z narzędziami.




Czytaj również

Za horyzont
Bardzo wąskie horyzonty
- recenzja
Do światła - Andriej Diakow
Opuszczamy tunele
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.