» Fragmenty książek » Za garść amuletów

Za garść amuletów


wersja do druku

Za garść amuletów

Rozdział 1

 

 

Mocne trzaśnięcie drzwi samochodu Davida odbiło się echem od kamiennej fasady siedmiopiętrowego budynku, obok którego zaparkowaliśmy. Opierałam się o szary sportowy samochód i osłaniając zmrużone oczy, patrzyłam na jego stare, piękne kolumny i żłobkowane parapety. Najwyższe piętro złociło się w zachodzącym słońcu, lecz na poziomie ulicy panował chłodny cień. W Cincinnati znajdowało się kilka takich charakterystycznych budynków, w większości opuszczonych, na jaki wyglądał i ten.

– Jesteś pewien, że to tu? – zapytałam i cofnęłam ręce z dachu samochodu.

Rzeka znajdowała się w pobliżu; czułam zapach mieszaniny oleju i paliwa do łodzi. Z ostatniego piętra zapewne roztaczał się piękny widok. Chociaż ulice były czyste, okolica wyglądała na zaniedbaną, uznałam jednak, że przy pewnej dozie zainteresowania – oraz furze pieniędzy – może się stać jednym z najmodniejszych terenów mieszkalnych miasta.

David postawił na ziemi swoją wysłużoną skórzaną aktówkę i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjął z niej plik papierów, przejrzał je pobieżnie i zerknął na odległy róg i tabliczkę z nazwą ulicy.

– Tak – odparł cichym głosem, w którym brzmiało napięcie, lecz bez nuty niepokoju.

Obciągnęłam obcisłą kurtkę z czerwonej skóry, poprawiłam torbę na ramieniu i głośno stukając obcasami, przeszłam na jego stronę samochodu. Chciałabym powiedzieć, że włożyłam moje komandoskie buty dla zaakcentowania, że to jest akcja, ale tak naprawdę po prostu je lubię. Pasowały do niebieskich dżinsów i czarnego T-shirtu, które miałam na sobie, a z dobrze dobraną czapeczką na głowie wyglądałam i czułam się zawadiacko.

David zmarszczył brwi na ten łomot – albo może z powodu mojego stroju – ale kiedy zobaczył, że się cicho z niego śmieję, z wysiłkiem zrobił obojętną minę. Sam włożył przyzwoite ubranie służbowe, jakimś sposobem dobrze wyglądając w trzyczęściowym garniturze i z sięgającymi ramion falującymi czarnymi włosami zebranymi dyskretną spinką. Widziałam go kilka razy w obcisłym stroju do biegania, który podkreślał jego doskonale utrzymaną sylwetkę trzydziestolatka – mniam – oraz w długim płaszczu i kowbojskim kapeluszu – pęknij z zazdrości, Van Helsingu – lecz jego nieco drobna figura nic nie traciła, kiedy ubierał się jak rzeczoznawcza ubezpieczeniowy, którym był. Jak na łaka David miał dość skomplikowaną osobowość.

Kiedy się z nim zrównałam, zawahałam się. Razem przyglądaliśmy się budynkowi. Trzy ulice dalej szumiał ruch uliczny, ale tutaj panował bezruch.

– Jest naprawdę spokojnie – powiedziałam i objęłam się rękami w chłodzie majowego wieczoru.

David zmrużył piwne oczy i przeciągnął dłonią po gładko ogolonych policzkach.

– To właściwy adres, Rachel – powiedział, patrząc na ostatnie piętro. – Jeśli chcesz, mogę zadzwonić i sprawdzić.

– Nie, w porządku.

Uśmiechnęłam się z zaciśniętymi ustami i znów poprawiłam torbę, czując dodatkowy ciężar pistoletu na kulki. To była akcja Davida, nie moja, i łatwiejszej nie można by sobie życzyć – chodziło o zbadanie roszczenia czarownicy ziemi, u której pękła ściana. Nie potrzebowałam kulek z eliksirem nasennym, którymi załadowałam mój zmodyfikowany pistolet do paintballu, ale kiedy David poprosił, żebym z nim pojechała, po prostu chwyciłam torbę. Wciąż była zapakowana na moją ostatnią akcję – wtargnięcie na zaplecze nielegalnego spammera. Na Boga, kropnięcie go sprawiło mi przyjemność.

David ruszył z miejsca, z galanterią puszczając mnie przodem. Był starszy ode mnie o jakieś dziesięć lat, ale dawało się to poznać tylko po jego oczach.

– Prawdopodobnie mieszka w jednym z tych nowych apartamentów, jakie się robi nad starymi magazynami – powiedział, kierując się ku ozdobnemu wejściu.

Zachichotałam i David spojrzał na mnie.

– Co jest? – zapytał, unosząc brwi.

Weszłam do budynku pierwsza. Pchnęłam drzwi tak, żeby mógł wejść zaraz za mną.

– Pomyślałam, że gdybyś w takim mieszkał, to byłby to magazyn kłaków. Magazyn łaków. Chwytasz?

Westchnął, a ja się skrzywiłam. Jenks, mój dawny pomocnik, roześmiałby się. Ogarnęło mnie poczucie winy i zgubiłam rytm. Jenks był aktualnie na samowolce i chował się w piwnicy u jakiegoś łaka po tym, jak strasznie wszystko schrzaniłam, bo mu nie ufałam. Nadeszła jednak wiosna i mogłam już zwiększyć starania, by go ugłaskać i sprowadzić z powrotem.

Hol był wysoki, przestronny, pełen szarego marmuru i właściwie niczego więcej. Moje obcasy głośno stukały. Przestraszona przestałam tupać. Po drugiej stronie holu znajdowały się dwie windy z drzwiami obramowanymi na czarno i do nich się skierowaliśmy. David wcisnął guzik i zakołysał się na piętach.

Obserwowałam go z drgającymi kącikami ust. Chociaż starał się to ukryć, widziałam, że jest tą akcją podekscytowany. Praca terenowego rzeczoznawcy ubezpieczeniowego wbrew pozorom nie polegała na siedzeniu za biurkiem. Większość klientów jego firmy stanowili Inderlanderzy – czarownice, łaki i czasami wampiry – i dojście do prawdy, dlaczego samochód klienta został skasowany, było trudniejsze, niż się wydawało. Czy wjechał nim tyłem w ścianę garażu nastoletni syn, czy mieszkającą po sąsiedzku czarownicę wreszcie zmęczyło słuchanie, jak właściciel trąbi za każdym razem, kiedy skręca z podjazdu? To pierwsze było objęte ubezpieczeniem, a drugie nie i czasami dojście do prawdy wymagało zastosowania, jakby to ująć... twórczych technik zdobywania wyjaśnień.

David zauważył, że się do niego uśmiecham, i mimo ciemnej skóry krawędzie jego uszu poczerwieniały.

– Dziękuję, że ze mną przyszłaś – powiedział. Zadzwoniła winda i rozsunęły się drzwi. David wszedł do środka. – Jestem ci winien kolację, dobrze?

– Nie ma sprawy.

Weszłam za nim do ciemnej windy z lustrami i spojrzałam na swoje odbicie w bursztynowym świetle. Drzwi się zamknęły. Musiałam przesunąć rozmowę z ewentualnym klientem, ale David pomógł mi w przeszłości i to było o wiele ważniejsze.

Schludny łak się skrzywił.

– Kiedy ostatnim razem oceniałem szkodę zgłoszoną przez czarownicę ziemi, później dowiedziałem się, że okantowała firmę. Moja niewiedza kosztowała ją setki tysięcy dolarów. Dziękuję, że służysz mi opinią, czy ta klientka spowodowała uszkodzenie poprzez niewłaściwe stosowanie magii.

Zatknęłam za ucho luźny kosmyk kręconych rudych włosów, który wysunął się z francuskiego warkocza, i poprawiłam skórzaną czapeczkę. Winda była stara i powolna.

– Jak mówiłam, nie ma sprawy.

David patrzył na pojawiające się coraz wyższe liczby.

– Mój szef chyba próbuje mnie zwolnić – powiedział cicho. – To trzecia szkoda, na której się nie znam, jaka ląduje w tym tygodniu na moim biurku. Czeka, żebym popełnił błąd. Chce do tego doprowadzić.

Oparłam się plecami o lustro i uśmiechnęłam się do Davida.

– Przykro mi. Znam to uczucie.

Niemal rok wcześniej rzuciłam pracę w Inderlandzkiej Służbie Bezpieczeństwa, ISB, i od tej pory działam jako niezależna agentka. Chociaż na początku było ciężko – a czasami bywa ciężko i teraz – okazało się to najlepszą decyzją, jaką podjęłam w życiu.

– Ale to nie jest twoja praca – nie ustępował David. Odwrócił się do mnie i w ciasnej przestrzeni spotęgował się przyjemny zapach piżma. – Jestem twoim dłużnikiem.

– Przestań już – powiedziałam z rozdrażnieniem. – Bardzo chętnie tu przyszłam i chętnie dopilnuję, żeby nie okantowała cię jakaś czarownica. To nic wielkiego. Robię takie rzeczy codziennie. W ciemności. Zwykle sama. I jeśli dopisuje mi szczęście, łączy się to z bieganiem, krzykiem i gwałtownym zetknięciem mojej stopy z czyimś brzuchem.

Łak pokazał w uśmiechu płaskie, kwadratowe zęby.

– Lubisz swoją pracę, prawda?

Odwzajemniłam się uśmiechem.

– Jak cholera.

Szarpnęło podłogą i drzwi się otworzyły. David zaczekał, żebym wyszła pierwsza; znalazłam się w olbrzymim pomieszczeniu na ostatnim piętrze o powierzchni całego budynku. Przez całościenne okna wpadały promienie zachodzącego słońca i lśniły na porozrzucanych materiałach budowlanych. Za oknami błyskała szarością rzeka Ohio. Po wykończeniu będzie z tego wspaniały apartament. Łaskotało mnie w nosie od zapachu kantówek i szlifowanego gipsu; kichnęłam.

David rozglądał się gorączkowo.

– Halo? Pani Bryant? – Po pomieszczeniu rozniósł się echem jego głęboki głos. – Jestem David. David Hue z Łaczych Ubezpieczeń. Przyprowadziłem ze sobą asystentkę. – Obrzucił moje obcisłe dżinsy, T-shirt i czerwoną skórzaną kurtkę pogardliwym wzrokiem. – Pani Bryant?

Poszłam za nim w głąb sali, marszcząc nos.

– Wydaje się, że to pęknięcie w ścianie mogło spowodować usunięcie niektórych z tych wsporników – powiedziałam cicho. – Jak mówiłam, nie ma sprawy.

– Pani Bryant? – zawołał ponownie David.

Pomyślałam o pustej ulicy i o tym, jak daleko znajdujemy się od przypadkowych obserwatorów. Za moimi plecami zasunęły się drzwi i winda zjechała na dół. W dalekim końcu pomieszczenia coś zaszurało; poczułam ukłucie adrenaliny i okręciłam się błyskawicznie na pięcie.

David też był zdenerwowany; zaśmieliśmy się z siebie nawzajem, kiedy z kanapy przylegającej do nowoczesnej kuchni z szafkami jeszcze owiniętymi plastikiem, znajdującej się w końcu długiego pomieszczenia, wstała drobna postać.

– Pani Bryant? Jestem David Hue.

– Punktualny jak pańskie zeszłoroczne sprawozdanie z roszczeń – rozległ się męski głos, miękko przesiewający się przez ciemniejące powietrze. – Bardzo rozsądnie, że przyprowadził pan czarownicę, żeby sprawdziła roszczenie klientki. Odlicza pan to sobie od podatku na koniec roku czy odbiera jako wydatek służbowy?

David szeroko otworzył oczy.

– To wydatek służbowy, sir.

Przeniosłam wzrok z Davida na jego rozmówcę.

– Davidzie? Rozumiem, że to nie jest pani Bryant.

Mocniej chwycił aktówkę i pokręcił głową.

– To chyba prezes firmy.

– Aha. – Zastanowiłam się nad tym. Ogarnęły mnie złe przeczucia. – Davidzie?

Położył mi dłoń na ramieniu i przechylił się w moją stronę.

– Chyba powinnaś wyjść – powiedział, a zatroskanie malujące się w jego piwnych oczach przeszyło mnie do głębi.

Przypomniałam sobie, co mówił w windzie o szefie, który ma go na celowniku, i poczułam, jak przyśpiesza mi tętno.

– Jeśli masz jakieś kłopoty, to nigdzie nie idę – stwierdziłam, zapierając się obcasami w podłogę, bo prowadził mnie do windy.

Zrobił zaciętą minę.

– Dam sobie radę.

Spróbowałam wysunąć się z jego uścisku.

– To zostanę i kiedy będzie po wszystkim, pomogę ci wrócić do samochodu.

Zerknął na mnie.

– Raczej nie, Rachel, ale dziękuję.

Drzwi się otworzyły. Wciąż protestowałam i nie byłam przygotowana na szarpnięcie w tył. Uniosłam głowę i po twarzy rozlało mi się zimno. Cholera. Winda była pełna łaków demonstrujących rozmaite stopnie elegancji, od garniturów od Armaniego i wyrafinowanych garsonek po dżinsy i bluzki. Co gorsza, ze wszystkich emanowała spokojna, pełna pewności siebie duma wilków alfa. I wszyscy się uśmiechali.

Kurde. David miał potężny problem.

– Powiedz mi, że to twoje urodziny, a to goście na przyjęcie-niespodziankę – poprosiłam.

Jako ostatnia wyszła z windy młoda łaczka w jasnoczerwonej sukience. Odrzuciła ruchem głowy gęste, długie czarne włosy i zmierzyła mnie wzrokiem. Chociaż była pewna siebie, z jej postawy wywnioskowałam, że nie jest samicą alfa. Robiło się dziwnie. Łaki alfa nigdy nie przebywały razem. Po prostu tego nie robiły. Zwłaszcza bez wsparcia swoich watah.

– To nie są jego urodziny – powiedziała kąśliwym tonem kobieta. – Zakładam jednak, że jest zaskoczony.

Palce Davida, którymi trzymał mnie za rękę, drgnęły.

– Witaj, Karen – rzucił zjadliwie.

Łaki otoczyły nas; ścierpła mi skóra i poczułam, że napinają mi się mięśnie. Pomyślałam o pistolecie na kulki w torbie, a potem poszukałam magicznej linii, lecz z niej nie zaczerpnęłam. Nie wyszłabym stąd, nawet gdyby David mi zapłacił. To mi wyglądało na lincz.

– Cześć, Davidzie – powiedziała kobieta w czerwieni, ustawiwszy się za samcami alfa. Z jej głosu i postawy emanowało zadowolenie. – Nie wyobrażasz sobie, z jaką radością się dowiedziałam, że założyłeś watahę.

Był tam też szef Davida, który zbliżył się szybkim, pewnym krokiem i stanął między nami i windą. Napięcie panujące w sali podskoczyło o jeden poziom i Karen wśliznęła się za łaka.

Nie znałam Davida długo, ale jeszcze nigdy nie widziałam u niego takiej mieszaniny gniewu, dumy i irytacji. Nie okazywał strachu. Był samotnikiem i osobista władza wilka alfa nie robiła na nim wrażenia. Tyle że naliczyłam ich ośmioro, a jeden z nich był jego szefem.

– To jej nie dotyczy, sir – powiedział David gniewnie, lecz z szacunkiem. – Proszę pozwolić jej odejść.

Szef uniósł brew.

– Sęk w tym, że to nie dotyczy ciebie.

Wstrzymałam oddech. Dobra, może to ja mam prob­lem.

– Dziękuję, że przyszedłeś, Davidzie. Nie jesteś już potrzebny – odezwał się elegancki łak i zwrócił się do pozostałych: – Wyprowadźcie go.

Nabrałam powietrza. Posługując się drugim wzrokiem, poszukałam magicznej linii i dotknęłam tej, która biegła pod uniwersytetem. Dwaj mężczyźni chwycili mnie za ramiona i moja koncentracja prysła.

– Hej! – wrzasnęłam, kiedy jeden z nich zerwał mi torbę z ramienia i posłał ją pod stertę drewna. – Puszczajcie! – zażądałam, nie mogąc się wyrwać z ich podwójnego chwytu.

David stęknął z bólu, a kiedy nastąpiłam komuś na stopę, pchnięto mnie na podłogę. Zakrztusiłam się od gipsowego pyłu. Ktoś na mnie usiadł, wyciskając mi powietrze z płuc. Wykręcono mi ręce, więc znieruchomiałam.

– Au – jęknęłam ze złością.

Zdmuchnęłam z twarzy rudy kędzior i szarpnęłam się jeszcze raz. Cholera, Davida wciągali do windy.

Nadal z nimi walczył. Z poczerwieniałą, gniewną twarzą wymachiwał pięściami i czasem trafiał z paskudnym głuchym dźwiękiem. Mógłby się przemienić, żeby walczyć skuteczniej, ale przez pięć minut byłby bezbronny.

– Wyprowadźcie go! – krzyknął niecierpliwie szef Davida i drzwi windy się zamknęły.

Coś z trzaskiem uderzyło w jej ścianę, a potem kabina ruszyła w dół. Usłyszałam okrzyk i stopniowo cichnące odgłosy walki.

Poczułam strach i znów się szarpnęłam. Szef Davida popatrzył na mnie.

– Załóżcie jej paski – powiedział.

Wciągnęłam ze świstem powietrze. Gorączkowo jeszcze raz sięgnęłam do magicznej linii i musnęłam ją myślą. Zaczęła płynąć przeze mnie energia zaświatów, napełniając moje chi, a potem zapasowy rezerwuar, który umiałam utrzymać w głowie. Przeszył mnie ból, bo ktoś za mocno wykręcił mi rękę do tyłu. Poczułam na nadgarstku chłodny plastik mocno i szybko zaciągniętego zaciskowego paska. Poczułam zimno na twarzy. Energia zaświatów opuściła mnie do ostatniego erga. Na wargach miałam gorzki smak mniszka lekarskiego. Głupia, głupia czarownica!

– Sukinsyn! – wrzasnęłam.

Łaki, które na mnie siedziały, puściły mnie.

Wstałam chwiejnie i bezskutecznie usiłowałam zdjąć elastyczny pasek. Jego rdzeń stanowiło srebro opatrzone zaklęciem, takie jak w moich dawnych kajdankach z ISB. Nie mogłam zaczerpnąć z linii. Nie mogłam nic zrobić. Rzadko używałam moich nowo nabytych umiejętności posługiwania się magią linii do obrony i nie zastanawiałam się nad tym, jak łatwo można je zneutralizować.

Stałam w resztkach bursztynowego światła wpadającego przez wysokie okna całkowicie pozbawiona mojej magii. Znajdowałam się sam na sam z watahą osobników alfa. Przypomniało mi się stado pana Raya i ryba spełniająca życzenia, którą mu przypadkiem ukradłam, a potem to, jak zmusiłam właścicieli drużyny baseballa o nazwie Wyjce do zapłacenia mi za to. O... kurde. Musiałam się stąd wydostać.

Szef Davida przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Zalewał go blask słoneczny i lśnił na pyle, który pokrywał jego eleganckie buty.

– Pani Morgan, prawda? – zapytał przyjemnym tonem.

Kiwnęłam głową i wytarłam dłonie o dżinsy. Byłam oblepiona gipsowym pyłem i tylko pogorszyłam sprawę. Nie odrywałam od niego wzroku, wiedząc, że to bezczelna demonstracja dominacji. Miałam trochę do czynienia z łakami i tylko David sprawiał wrażenie, że mnie lubi. Nie wiedziałam dlaczego.

– Miło mi panią poznać. – Podszedł bliżej i z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął okulary w metalowej oprawce. – Jestem szefem Davida. Może się pani do mnie zwracać per „panie Finley”.

Umieścił okulary na wąskim nosie i wziął zszyte dokumenty, które z zadowoloną miną podała mu Karen.

– Proszę mi wybaczyć, jeśli nie idzie mi to za szybko – powiedział wpatrzony w papiery. – Zwykle robi to moja sekretarka. – Spojrzał na mnie i włączył długopis. – Pani numer w watasze?

– Co? – zapytałam inteligentnie i zesztywniałam, bo okrąg łaków jakby się zacieśnił. Karen prychnęła, a ja poczułam ciepło na twarzy.

Pan Finley zmarszczył brwi, przez co uwydatniły się jego drobne zmarszczki.

– Jest pani samicą alfa Davida. Karen rzuca pani wyzwanie o pani pozycję. Trzeba wypełnić papiery. Jaki ma pani numer w watasze?

Otworzyłam usta. Tu nie chodziło o żadnych Rayów czy Wyjców. Owszem, byłam jedyną członkinią watahy Davida. Ale to był związek tylko na papierze, zawarty po to, żebym mogła opłacić moją wygórowaną składkę ubezpieczeniową bardzo małymi pieniędzmi, a David mógł zachować pracę i przeciwstawić się systemowi, nadal działając samotnie, bez partnera. Jako zaprzysięgły, odnoszący sukcesy samotnik nie chciał mieć prawdziwej watahy, ale zwolnienie samca alfa było niemal niemożliwe i dlatego poprosił mnie o założenie z nim watahy.

Zerknęłam na Karen, uśmiechniętą jak królowa Nilu, ciemną i egzotyczną jak egipska dziwka. Chciała stanąć do walki o moją pozycję?

– O, nie! – powiedziałam, a Karen prychnęła, uznawszy, że się boję. – Nie będę z nią walczyć! David nie chce mieć prawdziwej watahy!

– Na to wygląda – stwierdziła z pogardą Karen. – Występuję o uznanie mojej dominacji. Występuję o to przed ośmioma watahami.

W pomieszczeniu nie było już ośmiu samców alfa, ale pomyślałam, że tych pięciu, którzy zostali, wystarczy aż nadto, by wymusić przeprowadzenie procedury.

Pan Finley opuścił rękę, w której trzymał dokumenty.

– Czy ktoś ma katalog? Ona nie zna swojego numeru.

– Ja mam – odezwała się jedna z kobiet; przesunęła torebkę na przód i wyjęła z niej coś w rodzaju notesu na adresy. – Nowe wydanie – dodała i otworzyła go.

– To nic osobistego – rzekł pan Finley. – Pani samiec alfa stał się tematem rozmów przy automacie z chłodzoną wodą, a to jest najprostszy sposób na sprowadzenie Davida na prostą drogę i położenie kresu niepokojącym pogłoskom, jakie do mnie docierają. Jako świadków zaprosiłem głównych akcjonariuszy firmy. – Uśmiechnął się obojętnie. – To będzie prawnie obowiązujące.

– To są bzdury! – powiedziałam jadowicie, a otaczające mnie łaki albo zachichotały, albo wstrzymały oddech.

Zacisnęłam usta i zerknęłam na moją torbę z pistoletem na kulki leżącą w połowie pomieszczenia. Dotknęłam krzyża, szukając moich nieistniejących kajdanek, które zniknęły dawno temu razem z wypłatami z ISB. Boże, ależ mi brakowało tych bransoletek.

– Mam – powiedziała kobieta, nie podnosząc głowy. – Rachel Morgan. O-C(H) 93AF.

– Jest pani zarejestrowana w Cincinnati? – zapytał niepotrzebnie szef Davida, zapisując numer. Następnie złożył papiery i popatrzył mi w oczy. – David nie jest pierwszą osobą, która zakłada watahę z kimś, kto nie jest łakiem – powiedział w końcu. – Jest natomiast pierwszą osobą w tej firmie, która robi to wyłącznie po to, by zachować pracę. To nie jest dobry kierunek.

– Wybiera wyzywający – rzekła Karen i sięgnęła do paska sukienki. – Przemieniam się pierwsza.

Szef Davida wyłączył długopis.

– A więc zaczynajmy.

Ktoś chwycił mnie za ramiona i zamarłam na trzy uderzenia serca. Wybiera wyzywający, akurat. Miałam pięć minut na pokonanie jej podczas przemiany, bo inaczej przegram.

W milczeniu obróciłam się i przetoczyłam po podłodze. Kiedy kopniakiem zbiłam z nóg tego, kto mnie trzymał, usłyszałam kilka okrzyków. A potem ktoś na mnie padł i wycisnął mi powietrze z płuc. Poczułam bolesną falę ­adrenaliny. Ktoś przytrzymywał mi nogi. Ktoś inny wcis­kał mi głowę w sklejkę pokrytą gipsowym pyłem.

Nie zabiją mnie, pomyślałam, wypluwając włosy z ust i usiłując porządnie zaczerpnąć tchu. To jakiś idiotyczny rytuał łaków związany z dominacją i nie zabiją mnie.

Tak sobie mówiłam, ale trudno było o tym przekonać moje drżące mięśnie.

Przez puste ostatnie piętro budynku przetoczyło się ciche, o wiele za głębokie warknięcie i trzej trzymający mnie mężczyźni puścili mnie.

Co, u diabła? – pomyślałam i zerwałam się na nogi, a potem wytrzeszczyłam oczy. Karen się przemieniła. Przemieniła się równo w pół minuty!

– Jak... – wyjąkałam z niedowierzaniem.

Karen była potężną wilczycą. Jako osoba była drobna, ważyła może pięćdziesiąt pięć kilogramów. Ale kiedy zmieni się te same pięćdziesiąt pięć kilogramów w warczące zwierzę, otrzymuje się wilka wielkości kuca. Cholera.

Z jej pyska wydobywał się pełen niezadowolenia warkot, a wargi odsłoniły zęby w wyrazie ostrzeżenia starszym niż świat. Była pokryta jedwabistym futrem przypominającym jej czarne włosy; tylko uszy miała obwiedzione białą sierścią. Za kręgiem mężczyzn leżało na podłodze ze sklejki jej ubranie. Na otaczających mnie twarzach malowała się powaga. To nie była uliczna bójka, lecz poważne wydarzenie, którego wynik miał być tak wiążący, jak dokument prawny.

Łaki się cofały, powiększając krąg. Jasna cholera.

Pan Finley uśmiechnął się znacząco; przeniosłam wzrok z niego na łaki w ich pięknych ubraniach i butach po ­pięćset dolarów. Z mocnym biciem serca coś do mnie dotarło. Znalazłam się po uszy w gównie – związali się w krąg.

Ze strachem przyjęłam pozycję do walki. Kiedy łaki wiązały się ze sobą poza swoimi zwykłymi watahami, działy się dziwne rzeczy. Widziałam to kiedyś raz na meczu Wyjców, kiedy kilka osobników alfa zjednoczyło się, by wesprzeć kontuzjowanego zawodnika i przejąć jego ból, żeby mógł grać dalej i zwyciężyć. To było nielegalne, lecz straszliwie trudne do wykrycia, ponieważ znalezienie winnych na olbrzymim stadionie było niemal niemożliwe. Efekt był krótkotrwały, ponieważ łaki, a zwłaszcza osobniki alfa, nie mogły długo działać razem pod czyimś kierunkiem. Potrafiły jednak utrzymać więź wystarczająco długo, żeby Karen mogła mnie porządnie poharatać.

Mocno rozstawiłam nogi i poczułam, że pocą mi się dłonie. To nie w porządku, do diabła! Odebrali mi magię, więc będę mogła jedynie usiłować odpierać jej ataki, ale ona nic nie będzie czuła! Byłam ugotowana. Byłam karmą dla psów. Rano naprawdę będę obolała. Ale nie zamierzałam ulec bez walki.

Karen położyła uszy. To było jedyne ostrzeżenie.

Instynkt pokonał wyszkolenie i kiedy rzuciła się na mnie, cofnęłam się. Kłapnęła zębami w miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdowała się moja twarz, ale poczułam jej łapy na piersi i obie runęłyśmy na podłogę. Stęknęłam. Jej oddech buchnął mi w twarz, więc uderzyłam ją kolanami, usiłując pozbawić tchu. Zaskowyczała zaskoczona i rzuciła się do tyłu, orając mój bok tępymi pazurami.

Nie wstawałam, tylko przetoczyłam się na kolana, żeby nie mogła mnie znów przewrócić. Skoczyła drugi raz.

Krzyknęłam i wyciągnęłam przed siebie sztywno wyprostowane ręce. Kiedy moja pięść znalazła się w jej pysku, wpadłam w panikę. Łapami wielkości moich rąk gorączkowo odepchnęła się ode mnie, a ja upadłam w tył. Miałam szczęście, że nie odwróciła głowy i nie wyszarpnęła mi z ręki kawałka mięsa. I tak krwawiłam z paskudnego rozcięcia.

Kaszel wstrząsający ciałem Karen przeszedł w agresywny warkot.

– Co jest, babciu? – wydyszałam, odrzucając do tyłu warkocz, żeby mi nie przeszkadzał. – Nie możesz przełknąć Czerwonego Kapturka?

Rzuciła się na mnie ze stulonymi uszami, zjeżoną sierścią i odsłoniętymi zębami.

Dobra. Może nie była to najlepsza odzywka. Karen uderzyła we mnie jak otwierane drzwi, od czego zachwiałam się w tył i poleciałam na podłogę. Zębami objęła moją szyję i zaczęła mnie dusić. Chwyciłam przytrzymującą mnie łapę i wbiłam w nią paznokcie. Karen mocniej zacisnęła zęby; wstrzymałam oddech.

Zwinęłam dłoń w pięść i zadałam jej dwa ciosy w żebra. Poderwałam kolano i też w coś trafiłam. W ustach miałam jedwabiste włosy. Sięgnęłam w górę i pociągnęłam ją za ucho. Zęby Karen odcięły mi dopływ powietrza. Pociemniało mi w oczach. Wpadłam w panikę i sięgnęłam do jej oczu.

Myśląc tylko o przeżyciu, wbiłam paznokcie w powieki wilczycy. To poczuła, zaskowytała i odskoczyła ode mnie. Wciągnęłam chrapliwie powietrze i podparłam się na łokciu. Drugą ręką dotknęłam szyi. Była wilgotna od krwi.

– To nieuczciwe! – wrzasnęłam z wściekłością i zerwałam się na nogi.

Krwawiły mi kostki u rąk, bolał mnie bok, a adrenalina i strach sprawiały, że cała się trzęsłam. Widziałam podekscytowanie pana Finleya – czułam coraz mocniejszy zapach piżma. Wszystkich podniecała okazja zobaczenia, jak ktoś z nich „legalnie” rozszarpuje człowieka.

– Nikt nie mówił, że to ma być uczciwe – powiedział cicho szef Davida i skinął na Karen.

Zawahała się, słysząc brzęczyk windy.

Ogarnęła mnie rozpacz. W obecności trzech następnych osobników alfa nic nie będzie czuła. Nawet gdybym jej coś obcięła.

Drzwi windy się rozsunęły, ukazując Davida opartego o jej tylną ścianę. Pod okiem miał siniec, który zapewne sczernieje, a jego sportowy płaszcz był podarty i zabrudzony. Powoli uniósł głowę; w jego piwnych oczach tliła się żądza mordu.

– Wyjdź! – powiedział ostrym tonem jego szef.

– Zapomniałem aktówki – odparł i postąpił chwiejnie do przodu. Jednym spojrzeniem ocenił sytuację, wciąż zadyszany po tym, jak uciekł trzem łakom, którzy go wywlekli. – Rzucacie wyzwanie mojej samicy alfa, więc zamierzam tu być i dopilnować, by walka była uczciwa. – Podszedł, kulejąc, do swojej aktówki, podniósł ją, otrzepał i zwrócił się do mnie: – W porządku, Rachel?

Poczułam przypływ wdzięczności. Nie przybywał mi na pomoc, tylko chciał dopilnować, żeby grali uczciwie.

– W porządku – powiedziałam łamiącym się głosem. – Ale ta suka nie czuje bólu, a oni odebrali mi magię.

Czułam, że przegram. Że przegram z kretesem. Przykro mi, Davidzie, pomyślałam.

Widząc, że pojawił się świadek, otaczające mnie łaki wymieniły spojrzenia pełne niepokoju, a twarz pana Finleya pociemniała.

– Skończ to – polecił chrapliwie i Karen rzuciła się na mnie.

Jej pazury ślizgały się na podłodze ze sklejki. Zanim zdołała mnie przewrócić, upadłam na plecy, przyciągnęłam kolana do piersi i kiedy wylądowała na mnie, przyjęłam jej ciężar na stopy i przerzuciłam ją nad głową.

Usłyszałam pełen zaskoczenia skowyt, głuche uderzenie i krzyk Davida. Toczyły się dwie walki.

Obróciłam się na siedzeniu w stronę Karen. Rozwarłam szeroko oczy i wyrzuciłam rękę do góry.

Karen uderzyła we mnie i przycisnęła do podłogi. Zakryła mnie sobą, a ja poczułam mocne ukłucie strachu. Musiałam chronić szyję i kiedy ugryzła mnie w rękę, krzyknęłam. Miałam dość.

Uderzyłam ją pięścią w głowę. Szarpnęła pysk w górę, rozdzierając mi boleśnie skórę. Natychmiast zbliżyła go z powrotem z wściekłym warczeniem, lecz we mnie zbudziła się nadzieja. Zacisnęłam zęby. Poczuła to.

Słyszałam jakieś uderzenia i krzyki. To wtrącał się David, żeby uniemożliwić im koncentrację. Krąg się rozpadał. Nie mogłam pokonać Karen, ale, do diabła, zapamięta mnie.

Dawały o sobie znać gniew i nadmiar adrenaliny.

– Ty głupia suko! – wrzasnęłam i uderzyłam ją pięścią w ucho, na co zareagowała kolejnym skowytem. – ­Śmierdzi ci z pyska, ty gówniana podróbko miejskiego pudla! Jak ci się to podoba, co? – Znowu ją uderzyłam, nic nie widząc przez łzy. – Chcesz jeszcze? Może to?

Chwyciła mnie za ramię i podniosła, żeby mną potrząsnąć. Poczułam w ustach jedwabiste ucho i kiedy nie udało mi się go wypluć, mocno je ugryzłam.

Karen szczeknęła i zniknęła. Zaczerpnęłam tchu i przetoczyłam się na czworaki.

– Rachel! – zawołał David i pchnął w moją stronę pistolet na kulki.

Chwyciłam czerwoną broń i wycelowałam ją w Karen, nie podnosząc się z klęczek. Wilczyca przysiadła na zadzie i zaczęła gwałtownie hamować przednimi łapami. Czując, jak trzęsą mi się ręce, wyplułam kłaczek białego futra.

– Koniec gry, suko – powiedziałam i strzeliłam do niej.

Świst powietrza z mojego pistoletu niemal utonął w czyimś okrzyku złości.

Trafiłam ją prosto w nos i pysk Karen zwilżył eliksir nasenny, najbardziej agresywny środek, jakiego mogłaby użyć biała czarownica. Karen padła metr ode mnie, jakby poprzecinano jej sznurki.

Wstałam, ale trzęsłam się i byłam tak napompowana adrenaliną, że ledwie trzymałam się na nogach. Trzymając pistolet w sztywnych rękach, wycelowałam go w pana Finleya. Słońce zaszło ze wzgórza leżące po drugiej stronie rzeki i twarz mężczyzny kryła się w cieniu. Jego postawa była jednoznaczna.

– Wygrałam – stwierdziłam, a potem trzepnęłam Davida, który położył mi rękę na ramieniu.

– Spokojnie, Rachel – powiedział uspokajającym tonem.

– Nic mi nie jest! – wrzasnęłam i zanim jego szef zdążył się poruszyć, z powrotem wymierzyłam w niego broń. – Jeśli chcecie walczyć ze mną o pozycję, w porządku! Ale zrobię to jako czarownica, a nie ktoś pozbawiony siły! To nie było uczciwe i ty to wiesz!

– Daj spokój, Rachel. Chodźmy.

Nie opuszczałam pistoletu. Naprawdę, ale to naprawdę chciałam w niego strzelić. Demonstrując jednak w moim pojęciu olbrzymią klasę, przestałam do niego mierzyć i wyrwałam Davidowi torbę, którą mi podawał. Wyczułam, że z otaczających mnie osobników alfa schodzi napięcie.

David odprowadził mnie do windy z aktówką w ręce. Nadal się trzęsłam, ale odwróciłam się do nich plecami, bo wiedziałam, że w ten sposób wyraźniej niż słowami dam im do zrozumienia, że się nie boję.

Byłam jednak przerażona. Gdyby zamiast wymusić na mnie uległość, Karen usiłowała mnie zabić, byłoby po wszystkim po trzydziestu sekundach.

David wcisnął guzik ściągający windę, po czym razem się odwróciliśmy.

– To nie była uczciwa walka – stwierdził, a potem wytarł usta. Na dłoni pokazała się krew. – Miałem prawo tu być.

Pan Finley pokręcił głową.

– Ma być obecny samiec alfa danej samicy, a w wypadku jego nieobecności świadkami może być sześć osobników alfa, by nie dopuścić do... – uśmiechnął się – ...nieczystej gry.

– W trakcie walki nie było tu sześciu osobników alfa – rzekł David. – Spodziewam się zapisu, że wygrała Rachel. Ta kobieta nie jest moją samicą alfa.

Podążyłam wzrokiem za jego spojrzeniem na leżącą na podłodze, zapomnianą Karen. Zadałam sobie pytanie, czy ktoś obleje ją słoną wodą, żeby zniweczyć zaklęcie, czy po prostu podrzucą ją nieprzytomną na progu siedziby jej watahy. Nie obchodziło mnie to i nie zamierzałam o to pytać.

– Słusznie czy nie, takie jest prawo – powiedział pan Finley, wokół którego zebrały się osobniki alfa. – I służy ono łagodnemu napomnieniu, jeśli jakiś osobnik alfa zbłądzi. – Odetchnął głęboko, wyraźnie się zastanawiając. – Zostanie to zapisane jako wygrana twojej samicy alfa – oznajmił, jakby w ogóle go to nie obchodziło – pod warunkiem, że nie wniesiesz skargi. Ale, Davidzie, ona nie jest łakiem. Jeśli nie potrafi pokonać łaka dzięki swojej sprawności fizycznej, to nie zasługuje na tytuł samicy alfa i zostanie zdjęta.

Przypomniałam sobie, jak Karen mnie przygniatała, i poczułam ukłucie strachu.

– Człowiek nie pokona wilka – ciągnął pan Finley. – Żeby mieć na to choćby cień szansy, musiałaby się przemienić, a czarownice tego nie potrafią.

Spojrzał mi w oczy i chociaż nie odwróciłam wzroku, poczułam strach. Winda zabrzęczała; weszłam do niej tyłem, nie przejmując się, czy wiedzą, że się boję. David dołączył do mnie. Trzymałam torbę i pistolet, jakbym bez nich mogła się rozpaść.

Szef Davida postąpił krok do przodu; wyglądał groźnie z twarzą całkowicie pogrążoną w mroku wieczoru.

– Jesteś wilkiem alfa – powiedział, jakby napominał dziecko. – Przestań bawić się z czarownicami i zacznij spełniać swoje powinności.

Drzwi się zasunęły, a ja oparłam się bezsilnie o lustro. Zacznij spełniać swoje powinności? Co to miało znaczyć?

Winda zjeżdżała powoli, a z każdym dzielącym nas piętrem schodziło ze mnie napięcie. W środku ­pachniało rozzłoszczonym łakiem. Spojrzałam na Davida. Jedno z luster było pęknięte; moje odbicie wyglądało okropnie: rozsypujący się warkocz oblepiony gipsowym pyłem, ślad ugryzienia na szyi, gdzie zęby Karen rozerwały moją skórę, kostki podrapane jej zębami. Bolały mnie plecy i stopa i, cholera, zgubiłam kolczyk. Moje ulubione duże koło.

Przypomniałam sobie miękki dotyk ucha Karen w moich ustach i moment, kiedy je ugryzłam. To było okropne, zranić kogoś w tak intymny sposób. Ale nic mi nie było. Przeżyłam. Nic się nie zmieniło. Nigdy nie próbowałam posłużyć się magiczną linią podczas takiej zaciętej walki i teraz wiedziałam, że muszę się wystrzegać opasek na ręce. Niech Bóg ma mnie w opiece, złapali mnie jak nastolatkę na kradzieży w sklepie.

Pośliniłam kciuk i starłam z czoła smugę pyłu. Opaska była paskudna, ale żeby się jej pozbyć, będę potrzebowała szczypiec przegubowych Ivy. Zdjęłam ocalały kolczyk i wrzuciłam go do torby. David wpasował się w kąt i trzymał się za żebra, ale nie sprawiał wrażenia zmartwionego tym, że mógłby się natknąć na tych trzech pokonanych łaków, więc schowałam pistolet. Samotne wilki były jak osobniki alfa, które nie potrzebowały wsparcia watahy, by czuć się pewnie. Jak się nad tym zastanowić, to były dość niebezpieczne.

David zachichotał. Spojrzałam na niego i się skrzywiłam, a on się roześmiał, tyle że zaraz umilkł, krzywiąc się z bólu. Z resztkami rozbawienia na lekko pomarszczonej twarzy patrzył na zmniejszające się numery na panelu, a potem się wyprostował, usiłując poprawić podarty płaszcz.

– To co z tą kolacją? – zapytał, a ja prychnęłam.

– Wezmę homara – powiedziałam. – Łaki nigdy nie współpracują z innymi spoza swoich watah. Chyba naprawdę je wkurzyłam. Boże! O co im chodzi?

– Nie o ciebie, tylko o mnie – odpowiedział skonsternowany. – Nie podoba im się, że założyłem z tobą watahę. Nie, to nieprawda. Nie podoba im się, że nie przyczyniam się do wzrostu populacji łaków.

Fala adrenaliny opadała i zaczynało mnie boleć całe ciało. Miałam w torbie amulet na ból, ale nie zamierzałam go użyć, skoro David takiego nie miał. I kiedy, u diabła, Karen zadrapała mnie w twarz? Przekrzywiłam głowę i w nikłym świetle przyglądałam się czerwonemu śladowi pazura przy moim uchu, a potem odwróciłam się do Davida, bo dotarły do mnie jego ostatnie słowa.

– Jak to nie przyczyniasz się do wzrostu populacji łaków?

Opuścił wzrok.

– Założyłem z tobą watahę.

Spróbowałam się wyprostować, ale zabolało.

– Tak, ja gram w niej rolę bezdzietnej partnerki. Co ich to obchodzi?

– Bo nie utrzymuję żadnych, no, nieformalnych związków z żadną inną łaczką.

Bo gdyby utrzymywał, to takie kobiety spodziewałyby się, że w końcu znajdą się w jego watasze.

– I...?

Przestąpił z nogi na nogę.

– Jedynym sposobem zwiększenia liczebności łaków są ich narodziny. Nie jak u wampirów, które, jeśli się postarają, mogą zmienić człowieka w wampira. W parze z liczebnością idzie siła i władza...

Zamilkł, a ja zrozumiałam.

– Och, na litość boską! – zawołałam, podtrzymując rękę. – Tu chodziło o politykę?

Winda zabrzęczała i drzwi się rozsunęły.

– Obawiam się – odparł David. – Łakom znajdującym się niżej w hierarchii pozwalają robić, co im się podoba, ale moje działania jako samotnego wilka mają znaczenie.

Wyszłam pierwsza, szukając zaczepki, ale w opuszczonym holu było spokojnie, tylko w kącie poniewierały się trzy łaki. W głosie Davida brzmiała gorycz i kiedy otworzył przede mną główne drzwi, dotknęłam współczująco jego ramienia. Zerknął na mnie wyraźnie zaskoczony.

– A jeśli chodzi o tę kolację – powiedział, patrząc na swoje ubranie. – Chcesz się umówić kiedy indziej?

Wyszłam na chodnik i rytm moich kroków świadczył, że kuleję. Było spokojnie, lecz spokój ten zawierał w sobie nową groźbę. Pan Finley pod jednym względem miał rację. To się wydarzy ponownie, chyba że dowiodę swojej pozycji w sposób, jaki uszanują.

Odetchnęłam głęboko chłodnym powietrzem i skierowałam się do samochodu Davida.

– Nie ma mowy. Wisisz mi kolację. Co powiesz na Skyline Chili? – zapytałam, a on się zawahał zdezorientowany. – Podjedźmy do okienka dla kierowców. Muszę dziś jeszcze zebrać informacje.

– Rachel, chyba zasłużyłaś na przynajmniej jeden wolny wieczór – zaprotestował. Samochód zaćwierkał wesoło i szczęknął zamkami. David spojrzał na mnie ponad jego dachem zmrużonymi oczami. – Naprawdę mi przykro. Może... powinniśmy anulować umowę o założeniu watahy?

Spojrzałam na niego znad drzwi.

– Ani mi się waż! – powiedziałam głośno na wypadek, gdyby słuchał nas ktoś z ostatniego piętra. A potem zrobiłam zażenowaną minę. – Nie stać mnie na dodatek, który wszyscy każą mi dopłacać do mojego ubezpieczenia zdrowotnego.

David parsknął śmiechem, ale widziałam, że to go nie satysfakcjonuje. Wśliznęliśmy się do auta; oboje poruszaliśmy się powoli, odkrywając nowe bolące miejsca i usiłując znaleźć wygodną pozycję. O Boże, cała byłam obolała.

– Mówię poważnie, Rachel. – Jego niski głos wypełnił niewielkie wnętrze. – Nie można cię prosić, żebyś znosiła coś takiego.

Spojrzałam na niego z uśmiechem.

– Nie martw się o to. Podoba mi się bycie twoją samicą alfa. Muszę tylko znaleźć odpowiednie zaklęcie, żeby móc się przemienić.

Westchnął, a potem parsknął śmiechem.

– Co jest? – zapytałam i zapięłam pas.

– Odpowiednie zaklęcie, żeby się przemienić? – powiedział, włączył bieg i ruszył. – Chwytasz? Chcesz być moją samicą alfa, a nie masz nic na zmianę?

Przyłożyłam rękę do głowy i oparłam się łokciem o drzwi.

– To nie jest śmieszne – powiedziałam, ale on się tylko roześmiał, chociaż sprawiło mu to ból.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Za garść amuletów
Autor: Kim Harrison
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Wydawca: MAG
Data wydania: 17 lutego 2017
Liczba stron: 640
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7480-658-9
Cena: 39,99 zł

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.