» Opowiadania » Z ognia ogień. Część 2

Z ognia ogień. Część 2


wersja do druku

Opowieść z cyklu Dakkartan

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Z ognia ogień. Część 2
Prezentujemy II część opowiadania Z ognia ogień, stanowiącego czwartą odsłonę z cyklu przygód wojowniczki Dallian. Część I można przeczytać tutaj.

(W opowiadaniu znajdują się wulgaryzmy).

 

 

 

    Kihairski wojownik przykucnął nad miejscem, gdzie padł kulisty piorun. Ziemia była nadpalona, czarna, jakby z wnętrza wulkanu. Wziął garść w dłoń i obwąchał:

    – Jest silniejsza, niż sądziliśmy…

    – Czemu mnie to nie dziwi? – wtrącił Saurianin, spoglądając przez krawędź urwiska. – Nas dwóch do jednego zadania, można było się domyślić, że będą problemy. Idziemy za nimi?

    Zapanowała nieznośna cisza.

    – Pytałem… no nie… ty też nie możesz się ruszyć?

    – Tak… czuję się jak nowicjusz – odparł zażenowany kocur.

    – Proszę, proszę – sparaliżowani magicznym zaklęciem usłyszeli kobiecy głos zza pleców – kogo tu mamy?

    Czarodziejka gestem dłoni obróciła wojowników w swoją stronę, żeby wygodniej się rozmawiało. Kihairski zwiadowca od razu ją rozpoznał, te długie śnieżnobiałe włosy z ciemnymi pasemkami oraz jasnobłękitne oczy.

    – Vaerghanz! Jak dobrze cię widzieć po tylu latach. – Kobieta podeszła powoli do pół kota, pół człowieka. Ubrana była w przepiękną, lazurową suknię, która jeszcze mocniej podkreślała kolor jej oczu.

    – Nic się nie zmieniłaś – uśmiechnął się zawadiacko.

    – Dziękuję, twoje futro również lśni jak przed laty. My się chyba nie znamy? – zwróciła się do jaszczura.

    – Jestem Nivey, co z ciebie za jedna?

    – Vaer, to już nikomu o mnie nie opowiadasz? Jestem wstrząśnięta… Nazywam się Izabela Vidia.

    – Była kiedyś jedną z nas, teraz to czarodziejka Gildii Magów – wyjaśnił Vaerghanz.

    – Może skończmy z tymi uprzejmościami, czego Szpony chcą od księżniczki Shahrenzān?

    Nivey poczuł wówczas, jak odzyskuje władzę w kończynach. Złapał głęboki wdech, nie zamierzał bowiem biernie przyglądać się biegowi wydarzeń.

***

    Zaczynało grzmieć, kiedy Dallian dotarła na skraj wioski. Od samego urwiska biegła nieustannie, niosąc na rękach ranną Madratkę. Nie zastanawiała się, czy ktokolwiek ją śledził, jej głowę zaprzątała śmierć Kirianel.

    A może przeżyła? Może powinnam to sprawdzić? Ja pierdzielę, a jeśli mnie potrzebuje? Co teraz mam robić. Myśl, kurwa, myśl!, powtarzała bez końca. Nie było jednak innego wyjścia, najważniejsze w tamtej chwili wydawało się udzielenie pomocy nieprzytomnej księżniczce. Dallian bała się nawet pomyśleć, jaka kara by ją czekała za niepowodzenie misji.

    W pierwszej chwili wioska wydawała się opuszczona. Było tam cicho i spokojnie, zupełnie jak na cmentarzu. Elfka stanęła w centrum osady, rozglądając się bezradnie na wszystkie strony w poszukiwaniu pomocy.

    – Gdzie się wszyscy podziali, kuźwa?

    Na podwórzu siedziały jedynie kundle, przywiązane sznurami do drewnianych chat. Senne i rozleniwione psy w ogóle nie zwróciły uwagi na przybyszy. Powietrze było coraz wilgotniejsze, lada moment spaść miał deszcz. Wówczas Dallian zobaczyła małą dziewczynkę, beztrosko biegnącą środkiem drogi w stronę olbrzymiego budynku – świątyni, jak zakładała najemniczka. Wytężyła uważnie słuch. Tak, słychać było śpiew mieszkańców.

    Wysokie odrzwia rozwarły się z głośnym trzaskiem. Zebrani na modłach chłopi niemal jednocześnie odwrócili się ku nowo przybyłym. Na końcu sali, gdzie znajdował się kamienny ołtarz, stał z uniesionymi dłońmi kapłan. Ubrany był w szerokie, lekko przybrudzone szkarłatne szaty, na których wyszyto złotawą nicią słońce, symbol Arkana Santasusa.

    Lekko niedowidzący duchowny wolnym krokiem podszedł do Dallian i Shahrenzān, marszcząc czoło w zdziwieniu. Popatrzył raz na ciemnowłosą wojowniczkę, to na nieprzytomną dziewczynę. Przyłożył do jej czoła dłoń oraz przymknął powieki.

    – Udajcie się do swoich domów – krzyknął do wiernych – i nie wychodźcie stamtąd, póki nie dam wam znać!

    Mieszkańcy bez słowa opuścili świątynię, zostawiając kapłana z dwójką obcych.

    – Wielkie nieszczęście na nas sprowadzisz, dziecko… – powiedział cicho, biorąc na ręce madracką księżniczkę. Jego głos odbijał się echem od kamiennych ścian kapliczki. Po chwili przez otwory na okiennice przedarł się dźwięk padającego deszczu. Zbliżała się burza.

    – Ścigają nas – elfka zaczęła wyjaśniać – Została ranna… chyba… musisz jej pomóc. Kiedy tu przyjdą…

    – Nie możesz ich powstrzymać, nie możesz… – odparł, jakby zrezygnowanym głosem.

    – Jakoś sobie poradzę. Dziewczyna musi przeżyć, pomożesz jej?

    Niespodziewanie z zewnątrz dobiegł krzyk spłoszonego tłumu. Elfka natychmiast wyjrzała przez wąski otwór w ścianie kaplicy, miejscowi rozeszli się na wszystkie strony, kryjąc się pod dachami budynków. Każdy, bez wyjątku, spoglądał z przerażeniem w górę.

    Lało obficie, wszystko wokoło zrobiło się szare, ciemniejsze. Na środku wioski spadł prosto z nieba kihairski wojownik. Wylądował w kałuży błota, nie doznając najmniejszego uszczerbku, koty zawsze spadają na cztery łapy.

    Stwór pociągnął nosem i nastroszył uważnie uszy. Od razu skierował spojrzenie na świątynię, wyczuł woń Dallian. Następnie zaczął energicznie otrząsać mokre od deszczu futro. Stał tam, w wyzywającej pozie, gotów do walki.

    Najemniczka odwróciła na chwilę wzrok – i znów wyjrzała. Kotopodobny stwór zniknął gdzieś za budynkami. Czuła, że coś knuje, jednak siedząc w środku, czuła się jak zaszczute zwierzę. Będąc tuż przy nieprzytomnej księżniczce, nie mogłaby trzeźwo ocenić sytuacji w czasie walki. Należało zyskać trochę czasu i odciągnąć zagrożenie.

    – O, żeż ty, kurwa, jak możesz stać na tak zimnym deszczu… – wychodząc, zaklęła pod nosem, orzeźwiona przez lodowate krople. Otrząsnęła się, zacharczała wściekle i ruszyła żwawszym krokiem, aby rozgrzać się przed walką.

    Kątem oka dostrzegła czającego się na dachu chaty przeciwnika. Skulony, jakby polował na mysz, w milczeniu oczekiwał odpowiedniej chwili. Elfka zastygła, by wszystkimi zmysłami wyczuć jego atak.

    Instynktownie uskoczyła na bok, gdy poderwał się w górę. Breja miękkiego błota utrudniła obojgu uniki. Koci wojownik poślizgnął się na mulistym podłożu, najemniczka zaś skoczyła w sam środek brudnej sadzawki. Dallian otarła twarz z brązowej mazi i rozejrzała się dookoła, jej miecz gdzieś zginął.

    Błądziła dłońmi po dnie, kiedy usłyszała za plecami wściekły ryk, który zjeżył jej włosy na głowie. Serce zabiło mocniej, a gdy wyczuła znajomy kształt, zacisnęła mocno pięść i zamachnęła się. Mokre i brudne futro Kihaira było coraz cięższe, spowalniało jego ruchy. Ale nie na tyle, aby nie uniknął uderzenia miecza Dallian. Bardziej zwinny niż dotychczasowi przeciwnicy elfki, uskoczył w bok i ruszył pędem przed siebie, lawirując w ciasnych przejściach między chatami.

    Dali nie dała się podpuścić, czekała spokojnie na ruch Kihaira. Ten przeszedł do ataku. Słownego.

    – Co się stało, gdzie się podziała twoja czerwonowłosa przyjaciółka? – w jego głosie słychać było drwinę.

    Dallian stała nieruchomo, trzymając w dłoni oręż.

    – No dalej, na co czekasz? Wezwij ją, wezwij Kirianel. – Kocur podszedł bliżej.

    – Zamknij się! – elfka wyskoczyła w przód, tnąc mieczem z góry i na boki.

    Kihair, niczym w tańcu, swobodnie uskakiwał na bok, potem przekoziołkował. Dallian nie spoglądała mu w oczy, lecz na jego wredny uśmieszek. Pewny siebie, nie atakował. Do czasu.

    – Co się z tobą dzieje? – zaczął krzyczeć, lecz brzmiało to inaczej niż do tej pory. Nie było to wyzwanie, raczej uwaga, zaniepokojenie. W tamtej chwili jednak Dali nie zwróciła na to uwagi.

    – Zaraz rozpłatam ci flaki! – odparła z wrzaskiem, kopiąc przeciwnika, kiedy ten po raz kolejny wyminął cios jej miecza.

    Warknął jak dzikie zwierze i rzucił się na dziewczynę, chwytając ją za szyję. Uniósł ją wysoko nad ziemię i cisnął wojowniczką o drewniany płot. Lekko zamroczona, otarła zalane deszczem włosy. Poczuła kolejny uścisk. Kihair nie chwycił jej mocno, raczej tylko po to, żeby nie sprawiała kłopotów. Elfka przez chwilę mocowała się z napastnikiem, ten jednak nie zwracał uwagi na jej ciosy i kopniaki. Kihair obejrzał się w stronę świątyni, Dali zrobiła to samo. Nie niepokojony przez nikogo sauriański zabójca przekraczał właśnie próg budynku.

    Dallian zebrała się w sobie, uniosła nogi wysoko w górę i chwyciła nimi głowę kociego wojownika. Nim zdołał zareagować, elfka z całych sił obróciła się w bok. Wykręciła Kihairem niczym korkociąg, przewracając jego i siebie w bajoro błota.

    Doskoczyła do ogłuszonego futrzaka, sięgnęła po leżący nieopodal drąg. Siedząc na plecach Kihaira, zaczęła go okładać, póki nie padł nieprzytomny. Po wszystkim pobiegła w stronę świątyni.

    W tym momencie z oddali dobiegł kobiecy krzyk, jakby wołanie. Zagłuszały go tryskające krople deszczu. Dali zatrzymała się i obejrzała za siebie, nikogo nie było. Nie czekając dłużej, wparowała do kaplicy. To, co zobaczyła, zmroziło jej krew w żyłach.

    Kapłan stał nieopodal, spokojny, pogrążony w zadumie. Na kamiennym ołtarzu leżała nieprzytomna Shahrenzān, bezbronna jak nigdy przedtem. Tuż nad nią błyszczało ostrze rytualnego sztyletu, trzymanego oburącz przez Saurianina. Jednocześnie zagrzmiały błyskawica oraz krzyk elfki.

    Sztylet uderzył Madratkę prosto w serce.

    Nagle w oczach Dallian pojaśniało, najemniczkę na sekundę oślepił jasny blask. Zakryła uszy, w kaplicy panował nieznośny harmider, coś wyło przeraźliwie głośno, doprowadzając dziewczynę do szału. Położyła się na ziemi i zwinęła w kłębek. Uniosła wzrok.

    Tuż pod sufitem wierzgał jaszczur, u pasa zaś uczepiła mu się maszkara, uwięziona w ciele nastoletniej dziewczyny. Z jej oczu wprost wyła chęć mordu. To coś wrzeszczało gardłowym głosem, trudno było ocenić, czy z bólu czy z wściekłości. Sauriański wojownik skrzyżował ręce na piersi. Dallian usłyszała w głowie niezrozumiałe dla niej słowa, brzmiały tak, jakby dochodziły spod wody. Po chwili łuskowatego maga otoczyła płonąca, kulista osłona. Płomienie wnet ogarnęły walczącą księżniczkę. W powietrzu zaiskrzyło, spopielone postacie runęły wprost na kamienny ołtarz.

    Wszystko pociemniało. Zrobiło się cicho, dało się jedynie słyszeć krople deszczu, uderzające o dach świątyni. Dallian podniosła się z podłogi, w powietrzu unosił się jeszcze kurz, przesłaniając ciała walczących. Spod sterty połamanych ław wyłonił się wysoki jaszczur, rozpiął szeroko skrzydła i ryknął donośnie. Oszołomiona elfka stała jak wryta, patrząc, jak stwór ulatuje w powietrze, przebijając na wylot dach świątyni.

    Zmęczona elfka dłońmi namierzyła miejsce do spoczynku, po czym przysiadła. Straciła przytomność.

***

    Kiedy Dallian się przebudziła, nad jej głową dysputowały dwie osoby, mężczyzna i kobieta. Najemniczka leżała nieruchomo, nie otwierając powiek. Miała nadzieję przysłuchania się rozmowie Kihaira z przybyszką.

    – Co wam strzeliło do głowy, by zabijać Madratkę? – piekliła się nieznajoma.

    – Mieliśmy powstrzymać demona – odparł Vaerghanz.

    – Zabijając opętaną? Z ognia rodzi się tylko ogień, powinieneś to wiedzieć. Czyj to był w ogóle pomysł?

    – Czy to ma jakieś znaczenie? Musimy jak najszybciej dotrzeć do Niveya, nim znajdzie się w Pirii. A ty może przestaniesz już udawać, że śpisz?

    Dallian zerwała się jak oparzona, rzucając się z pięściami na kociego zwiadowcę. Ten jednak spodziewał się ataku, chwycił kobietę za nadgarstki, cofnął się i obrócił. Elfka znów wylądowała na ziemi, przyszpilona przez siedzącego na niej Kihaira.

    – Wściekła jak osa – podsumowała kobieta w lazurowej sukni, uśmiechając się pod nosem.

    – Uspokój się – nalegał Vaerghanz – nie chcemy ci zrobić krzywdy.

    – Zabiliście moją partnerkę! – elfka wyrywała się z uwięzi. – Nie daruję tego!

    – O kim ona mówi? – zaciekawiła się nieznajoma.

    Vaerghanz był nie mniej poruszony. Chwilę zastanowił się nad słowami Dallian, po czym wyjaśnił:

    – Posłuchaj – Kihair uwolnił najemniczkę i pomógł jej wstać – to nie my jesteśmy winni śmierci Kirianel. Zrobił to demon.

    Elfka rozejrzała się po okolicy. Razem ze zwiadowcą i czarodziejką znajdowała się na wzgórzu powyżej wioski. Świątynia płonęła, zaś przerażeni mieszkańcy ze wszystkich sił starali się ją ugasić. Nieszczęściem dla nich deszcz zelżał. Dallian nie interesowała się przesadnie losem chłopów, toteż chwilę później zmierzyła wzrokiem nieznajomą. W tej luksusowej sukni wyglądała na szlachciankę, a jako że podróżowała sama, umiała się bronić – zatem była to czarodziejka.

    – Jaki demon? – w głosie elfki słychać było pogardę, kiedy zwróciła się do kotopodobnego wojownika.

    – Na imię mam Vaerghanz, a to jest Izabela Vidia, członkini Gildii Magów. Oboje polujemy…

    – Niezupełnie – wtrąciła się czarodziejka, postępując naprzód. Okrążyła ciemnowłosą elfkę. – Otóż księżniczka, którą eskortowałaś, była opętana przez demona, mającego na celu zabicie hrabiego Veisa. Vaer i ten drugi, Nivey, mieli się nim zająć, ale ponieśli porażkę.

    – A co z Kirianel?

    – Tam na krawędzi chodziło nam o księżniczkę – wyjaśnił Kihair. – Demon się przebudził i odparł naszą magię, twoja przyjaciółka przez przypadek znalazła się na linii ognia.

    – I ja mam w to uwierzyć, jesteś jednym z tych purpurowych. A co do ciebie, paniusiu… Co Gildia Magów ma do mojej misji?!

    – Sama widziałaś – odparła czarodziejka – w co zmieniła się Shahrenzān. Teraz ten demon żyje w ciele Saurianina i zmierza właśnie do Pirii, żeby zamordować pelliarskiego szlachcica. W każdym razie nie mamy czasu na pogaduszki.

    – My już musimy ruszać – podsumował Vaer – ale jeśli chcesz pomścić przyjaciółkę, to nam pomóż.

    – Miałabym pomóc purpurowym? Od początku dybiecie na moje życie!

    – Zauważ, że to twój pracodawca, Gamariel, podrzucił ci pod nos opętaną dziewczynę – Vidia zaczęła się niecierpliwić.

    – A w dodatku ten Doav'Rahir to jego uczeń – dodał od siebie Kihair – i to prawdopodobnie on stoi za śmiercią Avrena w porcie Balei.

    Elfka wróciła na chwilę wspomnieniami do miasta położonego w zachodnim Pelliarze. Tam właśnie wszystko się zaczęło, niespełna dwa miesiące wcześniej. Wypełniała swe pierwsze zlecenie od Kompanii Fladandzkiej, które niestety nie zakończyło się pełnym sukcesem. Avren był jej kontaktem w mieście, został jednak zamordowany, posądzała o to właśnie czarodziejów odzianych w purpurowe szaty. Wówczas nawiązała współpracę z Gamarielem. I co dla Dallian było najważniejsze, od tamtej pory towarzyszyła jej Kirianel.

    – Jeśli to cię nie przekonuje – Vidia drążyła temat – to pamiętaj, że pieniądze dostałaś od mojego dobrego przyjaciela, Hrabiego Remana. Co się stanie, jeśli dowie się o twojej porażce? Pomóż nam, to zasłużysz na premię.

    Dallian nie wiedziała, co robić i komu wierzyć. Zbyt wiele spraw owianych było tajemnicą. W takich wypadkach zaczynała chłodno kalkulować: Jest zadanie, są pieniądze, pracodawca niejako ten sam, w dodatku sprawdzony. Co innego mi pozostało?

***

    Ruszyli na północ, w stronę zalesionych wzgórz. Nie było daleko, przebyli ledwo parę kilometrów, i do tego biegiem. Portal znajdował się wewnątrz jaskini, do której wejście było zawalone wielkimi głazami.

    – Chyba nie zakładał, że to nas powstrzyma? – dziwiła się Vidia, unosząc w górę ramiona. Za pomocą gestu uniosła olbrzymią przeszkodę, rozrzucając skały na prawo i lewo.

    – Jeśli mamy szczęście – zaczął Vaerghanz – to demon nie ma dostępu do wspomnień Niveya.

    – W takim razie skąd wie o portalu?

    – Podobno nam się spieszy… – piekliła się Dallian, która jako pierwsza wkroczyła do groty.

    Było straszliwie ciemno, wewnątrz pachniało stęchlizną. Czarodziejka złączyła dłonie, a kiedy wypowiedziała zaklęcie, z ich wnętrza wydobyło się jasne światło. Palącą się żółtym blaskiem kulę wykorzystała niczym pochodnię, prowadząc towarzyszy w głąb jaskini. W środku znaleźli dziwaczny kamienny krąg, nieco owalny. Vidia zatrzymała niecierpliwą elfkę.

    – Zaczekaj – chwyciła ją za bark. – Nim wejdziemy w portal, muszę wyjaśnić kilka szczegółów.

    Czarodziejka pochyliła głowę i przymknęła powieki. Gdy znów je otworzyła, jej oczy lśniły, włosy zaś falowały, jakby poruszane wiatrem. Wewnątrz kamiennego kręgu pojawił się magiczny tunel, mieniący się wieloma barwami, wirujący i wciągający do siebie drobne kamyki.

    – To przejście prowadzi do podziemi Pirii, kiedyś była tam świątynia Arkan. Zakładam, że to właśnie tam wylądował Nivey. Jest nas jednak troje.

    – To chyba dobrze? – stwierdziła Dallian.

    – Nie dla portalu – odparł Vaer.

    – Im więcej ludzi przechodzi, tym wolniej nas przenosi do miejsca docelowego. Nivey w tym czasie może już dotrzeć do zamku.

    – Aha, teraz powiesz pewnie coś, co nie będzie miłe – domyśliła się najemniczka.

    – Owszem, mogę wywołać przejście w innym miejscu, bliżej Niveya. Problem jest jednak taki, że możemy wylądować gdziekolwiek, nawet nad przepaścią.

    – Może po drodze nauczę się latać – zażartowała Dalia, choć w głębi ducha przerażała ją wizja upadku z wysokości. Znacznej wysokości. Elfka zaczęła sprawdzać ekwipunek przed podróżą, nie był w najlepszym stanie – zarówno karwasz, jak i miniaturowa kusza zostały zniszczone w świątyni. Ze zbroją najemniczki nie było lepiej – kilka elementów, to utwardzana płytka na nodze, to żelazne pasy wszyte w tors, nie mówiąc o hełmie, uległy zniszczeniu.

    – Dobrze, że nie szyta na miarę – stwierdziła Dallian.

    Vidia uśmiechnęła się i wzięła towarzyszy za ręce. Cała trójka złapała głęboki wdech, po czym weszła w lodowaty strumień energii.

***

    Przejście otworzyło się tuż nad ażurową drewnianą altaną. Dallian wraz z Vidią i Vaerem opadli gwałtownie na jej dach, rozbijając położony nad nim ciennik w drobny mak. Najemniczka wstała, lekko ogłuszona. Wszystko wydawało się rozmazane, pozbawione kolorów. Jedynie przez rozbitą balustradę zobaczyła, jak za horyzontem zachodziło słońce. Czuła w kościach, że znajduje się na dużej wysokości.

    Nagle pojęła, że wraz z towarzyszami znalazła się na szczycie słynnej olbrzymiej fortyfikacji, u stóp pałacu hrabiego Veisa.

    Elfka rozejrzała się po okolicy. Byli w ogrodzie hrabiego, w miejscu ozdobionym niewielkimi drzewkami owocowymi. Kiedyś musiało tu być pięknie, ale teraz wszędzie panował chaos. Drzewa płonęły, na trawiastym podłożu leżały ciała zabitych gwardzistów, w niektórych miejscach wystawały strzały, zapewne wystrzelone przez straże.

    Sam ogród umieszczono nad portem, na trzydziestometrowym półkolistym tarasie. Dzielił go na dwie części wysoki pawilon łączący się z zamkiem. Przepiękne, bogato zdobione kolumny pawilonu stały w ogniu. Dallian i jej nowi sojusznicy znaleźli się w pierwszej części ogrodu. Po drugiej stronie przeważały kwiaty i nieduże krzewy. To właśnie tam trwała walka, tam Nivey mordował strażników zamkowych.

    Opętany Saurianin rzucał przeciwnikami jak szmacianymi lalkami. Wojownicy padali jak muchy, wyrzucani jeden za drugim ku przepaści. Nikt nie miał prawa przeżyć – wszyscy rozbijali się o portowe zabudowania po długiej wędrówce w dół. Na polu bitwy zostali tylko łucznicy i kusznicy, którzy skryli się za barierkami długiego balkonu, przylegającego do zamku powyżej poziomu ogrodu. Kiedy strzelali, jaszczur podnosił z ziemi pokonanych i używał ich jako tarczy. Tym, którzy się opierali, łamał kark tak łatwo, jakby zamiast kręgosłupów mieli suche gałęzie.

    Dallian wyjęła z pochew krótkie miecze i ruszyła ku opętańcowi. Kątem oka zaważyła, jak strażnicy powyżej mierzą z broni dystansowej prosto w nią. Sama się nie zatrzymała, dopiero magiczne zaklęcie Izabeli sprowadziło elfkę z powrotem do zadrzewionej części ogrodu, ocalając głowę najemniczki od pędzących strzał i bełtów, ale też rzucając kobietę na ziemię.

    – Mogłam dobiec! – zdenerwowała się Dali, wstając.

    – Powodzenia – skwitowała czarodziejka, spoglądając na swą podziurawioną od pocisków suknię. Choć otoczyła się magiczną barierą, by żadna strzała nie przebiła jej śmiertelnego ciała, to pozostała część odzienia była pozbawiona ochrony. – Strażnicy myślą, że przyszliśmy z Niveyem.

    – Co proponujesz? – wtrącił się Vaer, wyglądając zza kolumny.

    Języki ognia rozprzestrzeniały się z zawrotną prędkością a Dallian, Vidia i Vaer wciąż musieli się kryć przed gradem strzał. Jaszczur miał się dobrze, ani jeden miecz, topór czy strzała nie wyrządziły mu krzywdy.

    – Daj mi chwilę i odwróć ich uwagę.

    – Czekaj – Dallian chwyciła futrzanego zwiadowcę za ramię – a co z gadem?

    Vidia kiwnęła tylko głową, po czym odliczyła do trzech.

    Kihair i elfka wybiegli za kolumny, kocur skoczył wysoko w górę, przemierzając niemal całą długość ogrodu, zaś Dali zerwała się wprost na Niveya. Strzelcy skupili się na kotopodobnym stworze, unosząc w górę łuki i kusze. W tym samym momencie Vidia wyszła z ukrycia i uniosła dłonie w kierunku kolumn podpierających sąsiedni taras. Podczas gdy strzelcy napinali cięciwy, podstawy kolumn zaczynały już kruszeć. Głośny trzask odwrócił uwagę strażników, ale było za późno – balkon, na którym stali, zawalił się niczym domek z kart. Stojący na nim kusznicy i łucznicy powpadali na siebie nawzajem, gubiąc lub doszczętnie dewastując swoją broń. Ci, co się ocknęli po upadku, zaczęli się wycofywać do środka pałacu.

    Tymczasem Dallian natarła na Niveya. Opętaniec przewidział ten atak, chwycił najbliższego strażnika i cisnął nim w kierunku elfki. Ta natychmiast pochyliła się w przód i przekoziołkowała tuż pod frunącym mężczyzną. Jeszcze nim wyhamowała, Saurianin podszedł do niej i podniósł, chwytając za lewy bark. Ostre pazury przebiły skórzany pancerz, wdzierając się w ciało dziewczyny. Zaskowyczała z bólu.

    Vaerghanz odbił się nogami od barierki jednego z tarasów, równoległego do głównego pawilonu, i skierował długą asegaię w stronę jaszczura. Łuskowaty degenerat obrócił się na pięcie i uderzył spadającego kota swym skrzydłem. Gwałtowny cios, którego Kihair się nie spodziewał, złamał jego oręż na dwie części. Wcześniej jednak żelazne ostrze zdążyło przebić delikatną błonę lotną. Odepchnięty kocur obrócił się w powietrzu i wylądował na tylnych łapach, lekko zgarbiony. Siła odrzutu pociągnęła go nieznacznie w tył, przygarbił się i zaryczał wściekle, a po chwili wysunął śmiertelnie ostre pazury. Nivey odpowiedział tym samym – rozwinął szeroko skrzydła, po czym uniósł lewą dłoń, ostentacyjnie prezentując szpony. W drugiej ręce nadal trzymał Dallian, która teraz służyła mu za tarczę.

    Magiczny pocisk trafił w odstające kręgi na plecach jaszczura, wybijając go z równowagi. Nivey wypuścił z kleszczy ranną elfkę, która przeturlała się w stronę atakującej czarodziejki. W chwili kiedy gad został popchnięty w przód, Vaerghanz rzucił się na niego z pazurami. Walczyli za sobą jak wściekłe psy, kłując się wzajemnie zębami i pazurami. Dali, którą przepełniał gniew, gdzieś w głębi ducha również chciała stanąć do walki. Widząc jednak kolejne krwawiące szramy na ciałach zwierzoludzi, zmusiła się do pozostania w miejscu. Nie mogła też, tak jak czarodziejka, walczyć na dystans.

    Vidia wyciągnęła ręce w stronę kupy gruzu i odłamków z rozbitego tarasu. Zawirowania mocy podniosły ciężkie okruchy, które magiczka mozolnie, lecz bezszelestnie przeniosła nad walczących. Następnie skinęła na roztrzęsioną najemniczkę. Nie musiała niczego mówić, elfka w mig pojęła plan.

    Dallian wzięła trzy głębokie wdechy i rzuciła się pędem w stronę opętanego. Nie zamierzała dać się zranić, choć nie było to łatwe zadanie. Demon, który opanował ciało Saurianina, był niezwykle wyczulony, w każdej chwili mógł obronić się ogonem lub skrzydłami. Elfka ruszyła, kiedy bestie przylgnęły do siebie niczym zapaśnicy. Były jak para wściekłych niedźwiedzi, tańczących w rytm wojennych bębnów.

    Serce biło jej jak dzwonem, miała wrażenie, że czas zwalnia. Wbiła swój wzrok w ciemny grzebień wijący się wzdłuż kręgosłupa jaszczura. Trójkątne czarne płytki zaczerwieniły się wściekłym szkarłatem, widać było poszerzające się żyły. Opuszczała wzrok, aż jej spojrzenie utkwiło na krążącym w powietrzu czubku ogona.

    Rzuciła mieczem w opętanego.

    Jaszczur, pochłonięty zmaganiami z Vaerghanzem, zdążył jedynie odepchnąć nadlatujące ostrze. To dało elfce czas, żeby zaatakować. Uczepiła się prawego skrzydła Saurianina, ciągnąc go z całej siły w dół. Wszystko to trwało dosłownie sekundę, ale z zupełności wystarczyło. Kiedy Nivey zwrócił uwagę na Dallian i strzepnął ją silnym zamachem skrzydła, ranny Vaer odskoczył od przeciwnika.

    – Teraz! – krzyknęła dziewczyna, koziołkując jeszcze po trawie.

    Choć opętany jaszczur miał wysoko rozwiniętą percepcję, nie mógł obserwować wszystkich nieprzyjaciół naraz. To go zgubiło.

    Dziesiątki mniejszych i większych odłamków runęły jednocześnie na opętańca, niemal go miażdżąc. Vidia nie chciała zabijać Niveya, nie mogła jednak zbyt łagodnie się z nim obejść, trzeba było go unieruchomić. W górę wzbiły się kłęby kurzu, cała trójka odsunęła się, nabierając świeżego powietrza. Nie było pewności, czy się udało.

     A jednak!, pomyślała Dallian, machając przed sobą dłonią, żeby rozrzedzić tuman.

    – Szybko, pospieszmy się! – ponaglała Izabela. – W każdej chwili może się ocknąć.

    Podczas gdy czarodziejka odmawiała egzorcyzmy, elfka i Kihair przeszukali pobojowisko w poszukiwaniu broni. Następnie obstawili wyjścia, aby nikt nie przeszkodził w ukończeniu rytuału. A czasu było niewiele, w każdej chwili na taras mógł wedrzeć się garnizon zamkowy, należało także spodziewać się magów z okolicznej Gildii.

    W trakcie inkantacji Dallian poczuła jak powietrze przeszywa energia, jakby przed chwilą spadła gęsta ulewa. Mimo że wokół szalały języki ognisk, w jednej chwili zrobiło się chłodno. Wiatr zamilkł, wszystko ucichło: dzwony na zamku, okrzyki dobiegające z korytarzy, wrzawa portu, a nawet trzask palącego się drewna.

    Vidia opuściła głowę – zawieszony u jej szyi metalowy amulet, okrąg z głową węża w środku, zaczął lśnić i drgać.

    Gwałtowny podmuch wyrzucił w górę stos kamieni. Lecące z zawrotną prędkością odłamki powaliły niczego nie spodziewającą się Dallian, a Izabelę podmuch rzucił w stronę krawędzi tarasu. Ogłuszona, leciała jak szmaciana lala.

    W ostatniej chwili, tuż nad przepaścią, złapał ją za ramię Vaerghanz. Kihair rozciągnął się na posadzce, drugą ręką trzymając się marmurowego słupka balustrady. I jego dosięgły pociski, tłukąc niemiłosiernie, a na dodatek przebudził się demon.

    Podnosząc się z ziemi, elfka poczuła okropny ból na całym ciele, od nóg po plecy. Tam, gdzie zbroja odkrywała skórę, widniały ciemne, wręcz krwawe sińce. Potężny uścisk na jej karku lada chwila złamałby jej kręgosłup, pomyślała, kiedy Nivey rzucił nią na drugą stronę ogrodu. Oglądając się za siebie, ujrzała czarną postać, ze świecącymi, przekrwionymi ślepiami. Z pyska tryskała piana jak u chorego zwierzęcia, a skrzydła, opuszczone aż do ziemi, wlokły się za jaszczurem jak peleryna. W jednej chwili opór Dali minął jak za dotknięciem różdżki, zmęczenie i wątpliwości robiły swoje.

    Nieoczekiwanie opętany jaszczur zatrzymał się i odwrócił w stronę resztek wielkich wrót, odłamków jarzących się od płomieni. Zaskoczona najemniczka skierowała wzrok w to samo miejsce. Przez moment zdawało jej się, że mocno uderzyła się w głowę, gdyż zobaczyła dziewczynę o czerwonych włosach. Serce podskoczyło jej aż do gardła, przecierała oczy ze zdziwienia, mimo to postać nadal tam stała. W miarę jak się zbliżała, podobieństwo stawało się uderzające, a Dallian cicho pod nosem wypowiedziała imię swej przyjaciółki, jakby w niedowierzaniu. A może bała się, by nie zapeszyć.

    – Nie… – warknął opętaniec. – Przecież cię zabiłem!

    Kirianel zachowywała się jak dziecko we mgle, była rozkojarzona i najwidoczniej nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Rozglądała się po pobojowisku, a gdy jej wzrok spotkał się ze spojrzeniem Niveya, zamarła. Saurianin przyjrzał się elfce od stóp do głów, próbując rozwikłać zagadkę jej zmartwychwstania, po czym zarechotał.

    – Nie dam się więcej nabrać na twoje sztuczki – wycedził w stronę Dallian, a potem wyciągnął dłoń w stronę czerwonowłosej.

    – Kiria, padnij! – krzyknęła Dali do towarzyszki.

    Ta jednak nie zdążyła uciec, gad przyciągnął ją do siebie siłą woli. To samo spotkało Dallian. Chwilę później obie elfki klęczały przed jaszczurem, próbując rozluźnić uścisk jego dłoni na ich szyjach. Kiria popatrzyła w oczy przyjaciółki, były tak samo przekrwione, w kącikach powiek zbierały się łzy. Nivey wyszczerzył zęby i zaśmiał się ponownie.

    Ciemnowłosa elfka już miała się poddać, kiedy zobaczyła leżący w oddali, za opętanym, metaliczny przedmiot. Był to amulet Vidii, a co najważniejsze, z głowy węża wystawały dwa długie i ostre kły. Raz jeszcze ożywiła się w najemniczce wola walki, Dallian wyciągnęła ku przedmiotowi rękę, jakby łudząc się w myślach, że dosięgnie. Było stanowczo za daleko, ale się nie poddawała. Jednak tchu brakowało jej coraz mocniej.

     No dawaj!, powiedziała sobie, niemalże mdlejąc z uduszenia. Wtem poczuła uderzenie w dłoń i jej oczom ukazał się upragniony amulet. Nie myśląc, jak do tego doszło, z całej siły wbiła wystające kły prosto w pierś Saurianina. Nagle błysnęło, elfki uwolniły się z morderczych kleszczy i odsunęły na bok. Ranny Nivey leżał na ziemi i głośno wył, jakby przypalano go żelazem. Czerwone ślepia zaczęły blednąć, łuskowaty stwór przestał się ruszać. Wszystko to trwało ledwo chwilę, jednak dla Dallian czas niemalże się zatrzymał, przedłużając nieznośny ból.

    Do ogrodu wparowali strażnicy i magowie. Nie bacząc na to, co się dzieje, wszyscy zaczęli strzelać, czy to z łuków, kusz, czy magicznymi pociskami. Najemniczki padły na ziemię. One chociaż mogły się ukryć za kolumnami pawilonu, w przeciwieństwie do Vaera podtrzymującego Vidię. Kobieta nie była zachwycona tym, co zobaczyła na górze.

    – Jakiś pomysł? – wrzasnął przerażony kocur na wiszącą czarodziejkę.

    – A tak! – Chwyciła Kihaira za naszyjnik z pazurów i kości, po czym z całej siły odepchnęła się w tył, targając za sobą Vaerghanza.

    Kirianel i Dallian stały chwilę oniemiałe po tym, co zobaczyły. Ciemnowłosa elfka usłyszała wtem szelest za plecami, dość blisko. Znacznie bliżej, niż byliby w stanie przejść strażnicy. Nim się obejrzała, potężny podmuch rzucił nią prosto w przepaść. Ją i Kirianel.

    Pęd powietrza był tak silny, że dopiero w locie dostrzegła obok siebie czerwonowłosą, na dole zaś – spadających Vaera i Vidię. Elfka miała już krzyknąć, kiedy nagle oboje zniknęli wewnątrz portalu, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Nimi już nie musiała się przejmować, za to osobą, która zabrała ją i jej przyjaciółkę z przeklętego tarasu, już tak. To był Nivey.

***

    Dallian wraz z Kirianel runęły w dół jak kamienie, niesione przez rannego jaszczura, którego skrzydła po ostatniej walce nie były w najlepszej kondycji. Saurianinowi udało się jednak bezpiecznie dolecieć na zachodni brzeg, na wysokie wzgórze, skąd rozpościerała się piękna panorama wyspy, na której zbudowano Pirię. Stamtąd właśnie czarodziejka Izabela oraz zwiadowca Vaerghanz obserwowali pożar ogrodów hrabiego Veisa.

    – Istny koszmar – Vidia schowała twarz w dłoniach i głośno westchnęła.

    – Ale nam się udało – pocieszał się Kihair – prawda, Nivey?

    – Tak, jestem sobą. Dzięki tej błyskotce.

    Wyciągnął w przód rękę, na której zawieszony był amulet z głową węża.

    – Interesujące… – Izabela się ożywiła i odebrała od jaszczura artefakt.

    W tym momencie Dallian uścisnęła z całej siły – lub na tyle, na ile pozwalały jej obrażenia – swą przyjaciółkę, która powróciła z zaświatów. Z wielką trudnością powstrzymywała się od płaczu.

    – Wystarczy tego – ofuknęła elfkę Vidia – już jest po wszystkim. Dzięki za twoją pomoc, nagrodę będziesz mogła odebrać na dworze hrabiego Remana.

    – Jak do kurwy nędzy mam wrócić z powrotem do Ebor?! To setki mil stąd! – odparła wściekle.

    – Spokój twego ducha, najemniczko, będziesz tam szybciej, niż byś chciała – Vidia podwinęła rękawy sukni. Chyba dopiero wtedy zauważyła, iż podczas bitwy jej odzienie, lekko mówiąc, doznało uszczerbku. Klasnęła energicznie w dłonie, z których rozprysło się setki iskier. W mgnieniu oka pokryły kobietę, jej suknia zaczęła błyszczeć, rekonstruować się. A gdy ta była już jak nowa, Izabela przystąpiła do otwarcia portalu.

    – To po cholerę – Dallian uniosła rękę, energicznie machając nią w kierunku przejścia – łaziliśmy do tej jaskini, skoro sama możesz takie tworzyć?

    – Ujmując to słowami tak prymitywnej persony jak ty: bo portal w miejscu docelowym znam jak własną kieszeń. A teraz idź, tam otrzymasz niezbędną pomoc.

    – Chwileczkę – wtrącił się Nivey. – Chciałbym podziękować za darowanie życia – zwrócił się do Dallian i wyciągnął dłoń.

    – W sumie to nie masz czemu, to był przypadek – uścisnęła rękę, zaś w myślach dopowiedziała: Więc możesz mnie cmoknąć!

    – W każdym razie – kontynuował jaszczur – dziękuję. Tobie i twojej przyjaciółce.

    Dali tylko parsknęła śmiechem. Kirianel spuściła głowę, nie wiedziała, co się działo pod jej nieobecność, lecz czuła się zażenowana całą sytuacją. Bez słowa udała się za przyjaciółką przez otwarty teleport.

    Gdy przejście się zamknęło, Vaerghanz zaczął rechotać:

    – Ale się wczułeś, mocno uderzyłeś się w głowę czy jak? „Dziękuję, tobie i twojej przyjaciółce”, he, he, sprytny pomysł. Dotykając jej dłoni, pewnie przejrzałeś ją na wylot, prawda? Ha, ha, ha! – półczłowiek-półkot śmiał się do rozpuku.

    – Vaer, ja ją widziałem – odparł z zadowoleniem jaszczur, zaś Kihair ścichł.

    – Czy ja o czymś nie wiem? – wtrąciła się Vidia.

    – Tak się składa – zaczął kocur – że ta dziewczyna jest…

    – Jakie wieści? – cała trójka usłyszała znajomy, opiekuńczy, męski głos.

    Gdy się obejrzeli, zza krzewów wyszedł im naprzeciw starszy jegomość, przebrany w piękne, purpurowe szaty. Dzierżył białą laskę, a głowę zdobiła mu łysina. Nivey i Vaer pokłonili się.

    – Zadanie wypełnione, mistrzu – odezwał się Vaerghanz.

    – Widzę – rzekł Mistrz – iż nie obyło się bez pomocy z zewnątrz. – Spojrzał na Vidię.

    – Z zewnątrz? – oburzyła się czarodziejka. – To teraz jestem dla ciebie obcą osobą, tato?

    – Ojcze – starzec pokręcił ostrzegawczo palcem wskazującym – brzmi najodpowiedniej. Wracając do waszego zadania, gratuluję, nieważne, jakie środki musieliście przedsięwziąć. Nivey, opowiesz mi, co zobaczyłeś w umyśle Dallian, kiedy wrócisz do Fortecy. Mam wam do przekazania kolejne zadanie, jeszcze ważniejsze.

    – Czy chodzi o Gamariela? – spytał Nivey, nadal klęcząc przed Mistrzem.

    – Tak. W dodatku księga jest już na kontynencie. Ostatni jej ślad nasi agenci zanotowali w Ebor.

    – Wiedział, że będziemy go pilnować w Balei, więc przeniósł się na wschodnie wybrzeże – stwierdził Vaer.

    – Owszem, ta madracka ksieżniczka oraz Dallian miały odwrócić naszą uwagę.

    – Mistrzu – zaczął jaszczur – czy powinieneś mówić to wszystko przy niej?

    – Dobre pytanie – ciągnęła Izabela, zakładając ręce na piersiach.

    – Pomoc mojej córki może okazać się nieoceniona. Będziemy potrzebować jeszcze dwóch agentów, Sawka i Nibiana dołączą do nas niebawem.

    – Posyłamy całą Pięść? – zdziwiła się czarodziejka. – W dodatku chcesz ją poprowadzić… Ta księga musi być cenna.

    – Izabelo, chciałbym cię o coś prosić. – Starzec podszedł do niej i położył rękę na jej ramieniu. – Wiem, że teraz stoimy po dwóch przeciwnych stronach barykady…

    – Chcesz bym znów szkoliła twoich rekrutów, prawda? Niech zgadnę, chodzi o tę elfkę, Dallian?

    – Nie tylko… – mistrz czarodziejstwa uśmiechnął się szelmowsko. – Jest ktoś jeszcze. Ktoś, kogo bardzo chciałabyś poznać…

***

    Ostatkiem sił ranny wędrowiec zdołał się utrzymać na końskim grzbiecie. Jechał przez ciemny las, zgarbiony, trzymając się za krwawy kikut odciętej ręki. Dobiegała północ, a nocne drapieżniki ruszyły na łowy. Szczęśliwie zbliżał się już do obozowiska. Przy rozpalonym ognisku siedział jegomość, skrywający oblicze pod kapturem.

    – Doav'Rahir? Co ty tutaj robisz?! – zagrzmiał mężczyzna. – Ty głupcze, wiesz, co to oznacza?

    Doav'Rahir z wysiłkiem zsiadł, a raczej stoczył się z siodła. Jego rozmówca nie był zadowolony z tej wizyty. Mimo iż jak na dłoni widać było, że Doav'Rahir jest w ciężkim stanie, zakapturzony człowiek nie kwapił się, aby mu pomóc. Jednoręki agent padł na kolana, czuł się sennie.

    – Nie dałem rady… zostałem ranny – Doav'Rahir uniósł do góry cuchnącą kończynę. Nie było żadnych wątpliwości; wdało się zakażenie, umierał.

    – Phi! Nie martwiłbym się tym – odparł zakapturzony, po czym wyjął ze swojej torby dziwaczny wolumin. Księga oprawiona była w skórę, na jej okładce zaś widniała upiorna ludzka czaszka. Zaczął wertować jej stronice, a kiedy znalazł to, czego szukał, uklęknął przed Doav'Rahirem i chwycił go za przegniłą rękę. Podczas gdy wypowiadał słowa zaklęcia, sczerniała, skrzepnięta krew okalająca ranę zaczęła wrzeć i parować. Doav'Rahir padł do tyłu i zaczął wrzeszczeć, jakby przypalano go żelazem. Ten krzyk dało się słyszeć w całej puszczy.

    I nie ustawał. Za nic w świecie.




Czytaj również

Z ognia ogień. Część 1
Opowieść z cyklu Dakkartan
Martwe zasoby. Część 2
Opowieść z cyklu Dakkartan
Martwe zasoby. Część 1
Opowieść z cyklu Dakkartan

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.