» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Krzysztofem Piskorskim

Wywiad z Krzysztofem Piskorskim


wersja do druku

Jestem trochę na literackim rozdrożu

Autor:
Wywiad z Krzysztofem Piskorskim

Bartłomiej Łopatka: Chciałbym zapytać cię o twoją najnowszą książkę, o Cienioryt, który niedawno skończyłem i który jest mieszaniną łotrzykowskiej powieści płaszcza i szpady oraz fantastyki – powiedz o niej coś więcej.

Krzysztof Piskorski: To historia, która na poziomie estetycznym zainspirowana jest wiekiem XVII, a konkretnie miastami południa z tamtego okresu, takimi jak Barcelona, Valetta, no i Europą zaraz po Wojnie 30-letniej. Mamy więc twardych mężczyzn z rapierami, choć parę twardych kobiet też się trafia. Istnieje też poziom fantastyczny, który wypełnia dziwna, skomplikowana mechanika oparta na cieńprzestrzeni. Są istoty, które w niej żyją, jak również skróty przez cienie, które zmieniły całkowicie obyczaje tego świata oraz sposób, w jaki tam przebiega tam praktycznie wszystko, od wojny po pertraktacje dyplomatyczne.

Czyli z jednej strony płaszcz i szpada, z drugiej strony warstwa fantastyczna. Z trzeciej strony historia łotrzykowska, która ma swojego narratora. Nie jest to narrator prawdomówny, czasem niektóre rzeczy przed czytelnikiem ukrywa, czasem próbuje bawić się z czytelnikiem w różne brudne gry.

Myślę, że jest to dość nietypowa, warta przeczytania książka.

A czy mógłbyś przybliżyć właśnie ten element fantastyczny? O co chodzi z cieniami, cieńprzestrzenią – bo jest to element słowotwórczy, a zarazem ważna część świata książki.

Cały pomysł zrodził się z eksperymentu z wyobraźnią, który zrobiłem podczas jakiegoś wakacyjnego wypadu, widząc gęste i bardzo czarne cienie, jakie można zaobserwować w słoneczne dni w południowej części Europy. Zderzyło mi się to potem z obrazem Georgio Chirico, który nazywa się bodajże Melancholia ulicy (red. Tajemnica i melancholia ulicy). Mamy tam popołudnie tak jasne, że nie wiemy kto jest człowiekiem, kto jest cieniem człowieka, a kto cieniem bez człowieka.

To dość abstrakcyjne rzeczy, ale z nich zaczęła mi się klarować idea świata, w którym każdy cień jest oknem. Jeżeli cień jest blady, tak jak w naszym klimacie, jeśli jest ledwo szary, to tam rzeczywistość jest mocna, a cień nie jest zagrożeniem. Ale im ciemniejszy cień, tym warstwa dzieląca w tym miejscu świat rzeczywisty od cieńprzestrzeni jest cieńsza. Takie całkiem czarne, smoliste cienie, mogą zmienić się w prawdziwe wrota do cieńprzestrzeni. A cieńprzestrzeń to równoległy świat, morze mroku które ma swoją fizykę, swoich mieszkańców, swoją naukę. Rządzi się zasadami zrozumiałymi dla niewielu ludzi.

W świecie powieści te dwie rzeczywistości od dawna się przenikały i wpływały na siebie. Istnieją np. ludzkie religie, które wzięły się z połączeń czy objawień pochodzących z cieńprzestrzeni. Ludzie zdobyli też trochę wiedzy na temat tworzenia cieńskrótów, czyli korytarzy rzeźbionych w tej drugiej rzeczywistości.

Cieńprzestrzeń jest twoim własnym konceptem – ale w powieści pojawia się także sporo scen walki i pojedynków. Czy wszystkie te układy i opisy są wymyślone przez ciebie, czy mają one jakieś korzenie historyczne?

Tyle, ile tylko się dało, starałem się wzorować na rzeczywistych traktatach szermierczych i na rekonstrukcjach historycznych, które bardzo ciekawie robi na przykład ARMA. Są tam ludzie zajmujący się odtworzeniem szkoły rapiera hiszpańskiego, czyli sztuki walki znanej jako La Verdadera Destreza. Technika ta szczególnie mnie zainteresowała i odgrywa dość ważną rolę w powieści, na kilku poziomach fabuły, zaczynając od tego, że główny bohater jest właśnie nauczycielem szermierki specjalizującym się w tym stylu. Wiele rzeczy, które tam opisywałem, podpatrzyłem na interesujących filmach rekonstruktorów historycznych, na przykład The True Art and Skill of Spanish Swordsmanship. Czytałem dużo fragmentów autentycznych traktatów historycznych. Zresztą, co ciekawe, choć świat jest zmyślony i nie ma w nim żadnych prawdziwych osób, zachowałem prawdziwe nazwiska twórców traktatów, takich jak na przykład Thibault czy Carranza. Czytelnik mógłby więc sam dotrzeć do tych źródeł, jeżeliby tylko chciał.

Starałem się, aby całość wypadła realistycznie. Nie jestem oczywiście specjalistą od walki rapierem, ale chyba zgłębiłem temat na tyle, że będzie to dla czytelnika ciekawym doświadczeniem. Z la destrezą związane są niesamowite historie. To sztuka walki, która opierała się na całkiem innej zasadzie niż znana nam szermierka szpadą – głównie na kontrowaniu ruchów przeciwnika z bardzo oszczędnych postaw. Co ciekawe, niektórzy próbują dzisiaj ją połączyć, paradoksalnie, z japońskim kendo. Według niektórych badaczy hiszpański styl walki rapierem spłynął do Japonii z portugalskimi misjonarzami w XVI wieku i mógł wpłynąć na rozwój tamtejszych metod posługiwania się mieczem.

Myślę, że jest jeszcze wiele do powiedzenia o tych mniej znanych gałęziach europejskich sztuk walki i myślę, że Cienioryt próbuje to eksplorować. Takie było jedno z głównych założeń tej książki.

Jesteś też kolejnym autorem fantastyki, po Jacku Dukaju czy Łukaszu Orbitowskim, który publikuje w Wydawnictwie Literackim – może podzielę moją wypowiedź na dwa pytania: to jest twój krok w stronę mainstreamu, ponieważ pierwsza połowa Cieniorytu jest tylko wprowadzeniem, jest bardzo przyjazna czytelnikowi, który nie zna fantastyki i nie orientuje się w pewnych motywach czy to próba silniejszego wejścia Wydawnictwa Literackiego na rynek fantastyczny?

Bardzo trudno mi powiedzieć. To są sprawy, o których z wydawnictwem nie rozmawiam, więc raczej nie będę komentował tego jaka jest ich dalekosiężna polityka. Wiem, że zamierzają co jakiś czas sięgać po ciekawych autorów fantastycznych i próbują budować mocną obecność w świecie fantastyki. Dotychczas wydawało się, że będą celować głównie w bardzo dobre literacko, mocne koncepcyjnie, ale i dość trudne książki. Ich sztandarowym autorem jest przecież Jacek Dukaj, który pisze genialne, choć czasem nieprzejrzyste dla przeciętnego odbiorcy teksty.

Z drugiej strony, sięgnęli po mnie, po Cienioryt, który teoretycznie wprowadza warstwę fantastyczną stopniowo, małymi krokami, więc powinien być w miarę łatwy dla pozafantastycznego czytelnik interesującego się po prostu powieściami z dużą ilością ciekawej akcji.

Ale warstwa fantastyczna Cieniorytu w drugiej części książki robi się bardzo ważna i rozbudowana, może nawet ważniejsza niż w Krawędzi Czasu. Nie wydaje mi się zatem, żebym w jakiś sposób odchodził od fantastyki. Na pewno gdzieś w okolicy poprzedniej powieści zacząłem bardzo poważnie traktować język. Na pewno staram się, żeby moje teksty miały jakąś wartość literacką, widoczną nawet dla kogoś, kto nigdy fantastyki nie czytuje. Próbuję też modyfikować styl i narrację, by najlepiej spajały się z treścią powieści. Stąd akurat w Cieniorycie mocne wpływy prozy iberoamerykańskiej, literatury łotrzykowskiej, zabaw z narratorem.

Podsumowując: pojawiają się w moim warsztacie zabiegi bardziej charakterystyczne dla autorów niefantastycznych, ale od tego do całkowicie niefantastycznej powieści byłaby jeszcze dość daleka droga. I nie wiem jeszcze, czy tą drogą kiedyś podążę.

Ale, jak rozumiem, masz plany na kolejne powieści w WL-u?

Tak, oczywiście. Mam nadzieję, że współpraca będzie długa. Jak pewnie się domyślasz, to, że WL zwróciło się do mnie, było dla mnie bardzo dużą nobilitacją i zaskoczeniem. To w końcu renomowane wydawnictwo ze świetną marką i piękną historią. Na dodatek kojarzyłem ich głównie z bardzo dobrymi autorami-weteranami: Orbitowskim, Huberathem, Dukajem, a ja nie myślałem nigdy o sobie jako o jednym z najlepszych polskich twórców fantastyki. Uważałem, że jestem jeszcze dość młody, że szukam sobie swojej drogi, a pora na wielkie nakłady, nagrody i tak dalej, jeszcze kiedyś przyjdzie – może za dziesięć, może za dwadzieścia lat. Gdy się ze mną skontaktowali, to był dla mnie duży szok.

Mamy plany na kilka następnych książek i myślę, że będę z WL związany przez długi czas.

Więc czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o swoich wstępnych planach-projektach, albo inaczej: czy jesteś z WL umówiony na jakąś konkretną ilość książek, na koncepty, które przekujesz w powieści u nich, czy jest pula kilku konceptów, z których oni sobie wybiorą czym są zainteresowani?

Na razie to ja zaproponowałem, że zanim zacznę pracę nad następną książką, oddam prawdopodobnie dwa konspekty. Będą to dwie rzeczy, które mnie dość interesują – oni te konspekty ocenią i być może decyzję na temat tego, co ma być następne, podejmiemy wspólnie. Podpisujemy też umowę pierwokupu, której szczegółów raczej nie mogę zdradzać. Ale wygląda na to, że WL nastawia się na dłuższą współprace.

W  każdym razie zanim zgodzimy się i podpiszemy umowę na konkretną powieść, wydawnictwo musi zaaprobować pomysł. Mam nadzieję, że obie rzeczy, które im pokażę, zyskają taką aprobatę. Ale bardzo wiele może się jeszcze stać – mówimy tutaj o wewnętrznych sprawach pomiędzy autorem a wydawnictwem, więc nie chce się w to bardziej zagłębiać.

Mogę za to powiedzieć, że jestem trochę na literackim rozdrożu. Chciałbym następną książką jeszcze bardziej wyrwać się ze swojej literackiej strefy komfortu. Już Cienioryt wychodzi poza nią dość daleko, ale mam przeczucie, że chciałbym spróbować czegoś jeszcze odleglejszego od literatury, którą pisałem do tej pory.

Dlatego przynajmniej dwa z pomysłów, które rozważam, odchodzą od fantastyki historycznej, fantastyki z wątkami historycznymi. Myślę, że będę opowiadał o tym więcej na najbliższych spotkaniach autorskich, kiedy będzie już wersja, na którą zgadzamy się ja i WL. Natomiast po podpisaniu umowy będę bezczelnie na każdym spotkaniu trąbił, jaką to fajną książkę właśnie piszę.

A mógłbyś chociaż przybliżyć te dwa koncepty?

Tak, na razie mam dwie nowe koncepcje i jedną starszą. Jeśli chodzi o te dwie nowe koncepcje, to może zacznę od tego, co bardzo wiele osób chce, żebym powiedział: tak, planuję cały czas jeszcze zrobić podejście do napisania Wolty i możliwe, że wydawca też będzie tym bardzo zainteresowany. Jedyny racjonalny argument przeciwko zabraniu się za Woltę, jaki jestem teraz w stanie wymyślić, to ten, że to nie byłaby ucieczka wystarczająco daleko od tekstów, które pisałem do tej pory – choć mam kilka mocnych, nowych pomysłów, które mógłbym dodać do starego konspektu Wolty i naprawdę mnie ta powieść interesuje.

Ale bardzo pochłania mnie również pewien pomysł na książkę toczącą się w czasach współczesnych, w realiach Polski, ale z mocnym wątkiem fantastycznym i z fabułą, do jakiej chyba już przyzwyczaiłem czytelników, czyli dość mocno zarysowaną, z paroma zwrotami. Jest kilka rzeczy związanych ze współczesnym światem, które chciałbym powiedzieć i pokazać czytelnikowi, a do których nie miałem jeszcze okazji dojść. Napisałem chyba 1-2 opowiadania osadzone we współczesnym świecie (nie liczę humoresek jak Poczet Dziwów Miejskich, tylko bardziej poważne teksty fantastyczne). Mam szkic takiej książki i będę zastanawiał się, czy to byłaby dobra droga.

No i mam jeszcze książkę science fiction. Jestem wielkim fanem technologii – czytam bardzo dużo tekstów popularnonaukowych, cały czas wynotowuję rzeczy, które chciałbym użyć w tekście SF, ale używam ich bardzo mało. Rzadko zdarza mi się napisać opowiadanie SF, jedno z nich niedawno trafiło na przykład do antologii Głos Lema. Chciałbym napisać długą formę w tym klimacie, mam na nią wystarczająco dużo materiału. Sam zastanawiam się, czy to już jest odpowiedni czas i odpowiednia pora, kiedy trzeba byłoby się za to zabrać.

Prowadzimy tę rozmowę tuż przed premierą Cieniorytu, więc jeszcze nie jestem do końca pewny co zacząć teraz. Jak widać, jest pewna pula możliwości.

I żadna opcja nie przeważa? Nie wiesz, czy wolisz wrócić do Wolty, czy…

Za każdą z nich widzę pewne "tak" i "nie". Argument za Woltą jest taki, że mam fajny pomysł, bardzo dużo pracy już zrobione – dawno napisałem szczegółowy konspekt – mam też kilka nowych idei, które przyszły niedawno, a które – tak myślę - mogłyby "podkręcić" tę książkę i dodać jej jakąś nową warstwę. Ale byłoby to znowu obracanie się w okolicach XIX wieku. I to jedyny argument na "nie". Na dodatek ma on znaczenie bardziej dla mnie, niż dla czytelników, którzy powieść dziewiętnastowieczną przyjęliby pewnie ciepło.

Jeśli chodzi o książkę SF, to jest wiele rzeczy, które mógłbym do niej wrzucić, a jedyny argument przeciw to fakt, że nie jestem pewien, czy to wszystko, co tam zaplanowałem, starczy aby stworzyć dobrą, naprawdę dobrą powieść SF – bo w akcyjnego przeciętniaka umieszczonego w przyszłości na pewno bym nie wchodził.

A jeśli mówimy o powieści współczesnej – jest pomysł, który bardzo mi się podoba, ale nie ukrywam, że troszeczkę boję się i o reakcję czytelników i o reakcję wydawcy. Na dodatek kiedy patrzę na jej konspekt, cały czas po głowie chodzi mi pytanie, czy aby w Polsce nie ma autorów, którzy robią coś takiego, tylko lepiej: Wit Szostak i Łukasz Orbitowski. No i zastanawiam się, czy nie powinienem raczej zabrać się za książkę, która beze mnie pozostanie nienapisana. Coś, czego nie zrobi nikt poza mną, jak Cienioryt czy Krawędź....

Tak więc: zobaczymy. Podobno lepiej wybierać z nadmiaru pomysłów niż krzesać iskry z pustej kartki.

Mówisz o wychodzeniu ze strefy komfortu – wszystkie twoje dotychczasowe książki są mocno osadzone w rzeczywistości historycznej. W średniowieczu, w epoce napoleońskiej, Cienioryt to wojna trzydziestoletnia a Wolta to, ponownie, XIX wiek. Nie myślałeś o tym, żeby zrobić przekrój przez całą historię, przerobić każdą epokę na swoją wizję?

Stworzyć alternatywną wariację historyczną na podstawie każdej epoki? Byłoby to ciekawe osiągnięcie dla pojedynczego autora. Jest z tym jeden problem: są okresy historyczne, które mnie mniej pociągają. Już kilka razy o tym wspominałem na spotkaniach autorskich, ale XIX i XVII wiek są dla mnie ważne z punktu widzenia człowieka, który bardzo interesuje się rozwojem nauki i myśli naukowej. Ogromny skok, do którego doszło w XVII wieku, możemy śledzić na przykład w Żywym Srebrze Neala Stephensona. To narodziny myślenia naukowego i pierwsze próby poznania racjonalnymi metodami tego jak działa świat. Prawie równy skok nastąpił w XIX wieku, u progu wejścia w epokę przemysłową. To są okresy, które mnie szczególnie interesują – nie jestem w stanie, na przykład, skrzesać w sobie takiej miłości do wieku XVIII, a już na pewno nie do Rzeczpospolitej szlacheckiej. Więc kolekcja wszystkich możliwych okresów historycznych mogłaby się okazać trochę niepełna.

Na pewno będę natomiast jeszcze trochę skakał po różnych inspiracjach historycznych.

A nie myślałeś jeszcze o historii Polski, jak w bardzo dobrej literacko serii NCK pod tytułem Zwrotnice czasu?

Tak, to co czytałem z serii Zwrotnice... było dobre. Wydaje mi się jednak, że temat alternatywnych historii opartych na dziejach Polski jest już skutecznie eksplorowany przez kilku autorów. Było ostatnio parę takich książek. Nie wiem, czy dokładanie kolejnego głosu byłoby tutaj szczególnie cenne.

Jeżeli już coś piszę, to próbuję znaleźć takie miejsca w fantastyce, które są stosunkowo mało dotknięte i co do których jestem pewien, że potrafię powiedzieć coś ciekawego. Nie wiem czy kolejna wariacja na temat tego co stało się z Polską w okolicach II WŚ byłaby teraz potrzebna, czy byłbym w stanie ją napisać tak, abym sam przed sobą mógł usprawiedliwić jej istnienie.

Ale jest jeszcze dużo innych okresów. Wspominałem o Wolcie, która ma dość silny wątek polski – dotyczy Wiosny Ludów, działalności naszych narodowych wieszczów, przemian politycznych w Europie, a więc wydarzeń, które dla nas były ważne. Tak więc jakoś o historię naszego kraju będę wciąż zahaczał.

A czy nastawiasz się też na tworzenie własnych uniwersów od podstaw, czy będziesz koncentrował się, jak dotychczas, na przerabianiu naszej rzeczywistości?

Z reguły staram się robić coś z istniejącymi realiami historycznymi, także z tego powodu, że po prostu bardzo lubię historię popularną i chętnie czytam źródła historyczne. Sam proces poznawania danego okresu – jak np. XVII wieku na potrzeby Cieniorytu – jest dla mnie piekielnie fajny i nie chciałbym się tego pozbywać. Możliwe, że kiedyś zaryzykuję całkowicie koncepcyjny świat, nieodwołujący się do historycznych realiów. Bardzo lubię odważne światotwórstwo. Wszyscy moi czytelnicy pewnie to wiedzą. Całkowite zerwanie z historią wydawałoby się więc logicznym krokiem.

Problem polega na tym, że wiem, jak przeraźliwie byłoby to skomplikowane i jak bardzo ten obcy świat musiałby być niezrozumiałych dla współczesnego człowieka, aby był realistyczny. Przecież wszystko – od naszego społeczeństwa, po sposób w jaki rozmawiamy i myślimy – jest pochodną historii. Myślę, że kiedyś się z tym zmierzę. Ale znów: rozmawiamy o planach na przyszłość.

Więc wróćmy może na chwilę do twoich wcześniejszych książek. Krawędź Czasu wydaje mi się twoją najbardziej dojrzałą książką pod względem koncepcyjnym i artystycznym. Jest różna od fantasy w Trylogii piasku, od bardziej przygodowej koncepcji Zadry. Skąd pomysł, żeby wyjść ze strefy komfortu i skupić się na dość ogranym motywie podróży w czasie i Żydzie Tułaczu.

Tak naprawdę, podróż w czasie była skutkiem ubocznym, a nie pierwotnym planem. Chciałem napisać powieść nieco osobistą, opisującą to, co działo się ze mną przez długi czas. Klaustrofobiczną powieść o uwięzieniu, o problemie ze znalezieniem sobie miejsca, o uczuciu duszności i tego, że niezależnie od naszych działań kończymy zawsze w punkcie wyjścia.

I dlatego, niezależnie od moich następnych powieści, Krawędź... będę uważał za książkę szczególną. Swoją drogą w Cieniorycie też jakiś wątek osobisty istnieje. W pewnym sensie podróż Arahona, którą przechodzi na kartach książki, to jest, po odarciu z akcji i machania rapierami, historia o pogodzeniu się z losem i znalezieniu swojego miejsca w świecie…

…i także o nieumiejętności komunikacji z tym światem.

Dokładnie! Nie da się ukryć, że Arahon jest bardzo specyficzną osobą, która skupiła się na jednej czynności i doprowadziła ją do mistrzostwa, ale bynajmniej nie ułatwia mu to egzystencji. Okazuje się, że sieć połączeń społeczno-kulturowych jest wciąż dla niego praktycznie nie do przebicia. Nie chcę go malować jako postaci całkowicie autystycznej, ale myślę, że ma pewne cechy charakteru, które wielu fanom fantastyki, wielu geekom czy nerdom, wydadzą się znajome. Mimo tego, że powieść toczy się przecież w fantastycznym odpowiedniku XVII wieku.

Ale wracając do Krawędzi Czasu. Ta wizja mechanizmu czasu, jego zagięć i kolejnych pętli, powstawała właśnie po to, by stworzyć sytuację uwięzienia, która była mi potrzebna do zrealizowania wizji powieści. A pomysł z Żydem Wiecznym Tułaczem, Aswerusem, kołatał mi się w głowie od pewnego czasu i wydawał się dobrym uzupełnieniem.

Bardzo mnie cieszy, że są osoby, które przeczytały Krawędź... i odebrały ją na innym poziomie, niż tylko  jako rozrywkową fantastykę. Odbyłem kilka rozmów z ludźmi, którzy uważali, że ta książka powiedziała coś, co oni także są w stanie poczuć. Mam wielką nadzieję usłyszeć coś podobnego jeszcze kiedyś w swojej pisarskiej karierze.

Pewno wielokrotnie już poruszano z tobą ten temat – debiutowałeś bardzo młodo. Nie uważasz, że zrobiłeś to za wcześnie? Czy uważasz, że obecnie warunki debiutu dla młodego autora są lepsze/gorsze niż wcześniej? Ma więcej możliwości, mniej? Czy wejście e-booków coś zmieniło?

To bardzo trudna i skomplikowana sprawa. Faktycznie, wydaje mi się, że kiedy ja zaczynałem, tych debiutów ukazywało się naprawdę dużo. Wystarczy popatrzeć sobie w historię polskiej fantastyki – lata 2001-2006: mieliśmy wtedy pierwszą moją książkę, pierwszą książkę Kuby Ćwieka, Ani Kańtoch, Wita Szostaka, Szczepana Twardocha oraz wielu innych. Sporo nazwisk, które okazały się ważne dla polskiej fantastyki i nie tylko, pojawiło się właśnie wtedy. Wydawało się bardzo dużo, może nawet za dużo, i debiutowało się, nie powiem, że łatwo, ale na pewno łatwiej niż teraz.

Cały czas zastanawiam się, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby nie trafiła się Agencja Wydawnicza Runa, gdyby nie kapitalna pomoc, jaką przy pierwszych książkach z cyklu Opowieść Piasków otrzymałem od Ani Brzezińskiej. Bo z jednej strony teraz, kiedy patrzę na Opowieść Piasków, raczej się jej nie wstydzę – zresztą nawet udostępniłem ją ponownie w ramach akcji Bookrage. Ale wiem też, że inne wrażenie bym zrobił, gdybym zaczął pisać literaturę w okolicach 30 roku życia, a nie 20 roku życia, i gdybym w pierwszych książkach mówił coś więcej. Byłbym innym autorem, gdyby nie ten wczesny debiut. Nawet te same książki – jak Krawędź... czy Cienioryt – czytelnicy widzieliby inaczej.

Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że moje pierwsze powieści spełniały całkowicie kryteria niezłej, "czytającej się" fantastyki – potwierdzały to recenzje, reakcje ludzi. Lata, które spędziłem pisząc Opowieść Piasków, czy nawet czysto rozrywkowe rzeczy jak Poczet Dziwów Miejskich, to była, mimo wszystko, szkoła warsztatu i to dość poważna – szczególnie w Runie, gdzie redakcja naprawdę mi pomagała.

Fajnie byłoby zadebiutować Krawędzią... czy Cieniorytem, ale te książki byłyby gorsze bez kilku milionów słów doświadczenia.

Oczywiście czasem myślę o tym co mogłem zrobić inaczej, ale to bardzo skomplikowany temat. To, co jest nieskomplikowane i bardzo proste, to fakt, że dzisiaj się wydaje i debiutuje dużo trudniej niż wtedy. Owszem, mamy e-booki, ale e-book debiutanta wrzucony bez promocji sprzedaje się po prostu w symbolicznych ilościach.

Nie widzisz ratunku na przykład w self-publishingu?

Self-publishing to tylko częściowe rozwiązanie. Bo nie chodzi tak naprawdę o to, żeby książkę wydać, tylko żeby znaleźć jej czytelników. To, co robi wydawca, co jest naprawdę cenne, to próba sprawienia, że książka jest widoczna – i w sieci i na półkach – oraz godna zaufania.

Self-publishing pozwala nam przeskoczyć tylko ten najprostszy, najbardziej oczywisty próg – fizycznej dostępności książki. Ale jego przeskoczenie nic nam tak naprawdę nie daje. Trzeba przeskoczyć jeszcze i drugi i trzeci próg, aby książkę ktoś zobaczył, zechciał przeczytać, docenił i polecił znajomym.

Wydaje mi się, że self-publishing, o ile w niektórych przypadkach jest uzasadniony, może również dawać autorom fałszywe poczucie, że wydanie swoich tekstów jest proste. Owszem, wydrukowanie czegoś, co przypomina książkę, a w środku zawiera tekst lepszy lub gorszy, to prościzna. Ale sprawienie, żeby ludzie po coś takiego sięgnęli w większej liczbie, to sztuka, która często nie udaje się nawet prawdziwym wydawcom. A jeśli ktoś myśli, że ma genialny tekst i to go obroni, wystarczy popatrzyć na polską fantastykę z ostatnich 5 lat. Wiele najciekawszych, nieszablonowych, najlepszych literacko powieści sprzedało się słabo lub średnio.

Więc self-publishing nie jest do końca rozwiązaniem – może debiuty w e-bookach, ale przygotowywanych przez wydawców…

…tak jak próbuje teraz robić Emil Strzeszewski w Powergraphie.

Tak. Ale na ile to jest skuteczne będziemy w stanie ocenić dopiero za jakiś czas. Na pewno rozwiązuje to w pewien sposób problem widoczności, marki, zaufania czytelniczego. Agencja Wydawnicza Runa miała zresztą drobną przygodę z wydawaniem autorów tylko w e-booku – Runy Hordów Magdy Salik wyszły tylko w ten sposób. Ale to była nietypowa sytuacja, bo cykl miał już swoich czytelników, którzy znali twórczość autorki i tylko po kolejny tom musieli sięgnąć w wersji elektronicznej.

Ale sama premiera przeszła bez echa, bez jakiejś większej promocji.

Sprawa z promocją jest trudna. Ja w pewnym sensie rozumiem wydawców. Zawsze miałem nadzieję, że moje książki będą bardziej promowane, ale dobra promocja w Empiku kosztuje niewiarygodne pieniądze, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, jakie nakłady drukuje się teraz w Polsce. Żaden wydawca nie jest w stanie zapewnić takiej promocji wszystkim swoim produkcjom. Rozmawiamy tu o naprawdę dużych kwotach – od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych na książkę. Przy nakładach debiutantów poniżej 3000 egzemplarzy, żaden wydawca tego nie udźwignie.

No i niestety, wydawcy w związku z tym decydują się promować autorów, którzy zapewnią im większy potencjalny zysk, czyli autorów, którzy już teraz się dobrze sprzedają. Przełamanie się przez ten obieg zamknięty jest dla młodego pisarza niewiarygodnie trudne i niewielu się to udaje. Zresztą z samej matematyki wynika, że jest to mało prawdopodobne. Na rynku nie może być przecież samych bestsellerów. Na każdy bestseller musi przypaść dwadzieścia książek sprzedanych średnio lub słabo.

Sytuacja debiutantów dzisiaj, jeżeli chodzi o samo wydanie książki, jest według mnie trudniejsza niż w czasach, kiedy ja debiutowałem. Ale w tamtych czasach z kolei, jak już powiedziałem, ukazywało się wiele dobrych debiutów, a sporo doświadczonych pisarzy było bardzo, bardzo aktywnych. Krótko mówiąc: dużo łatwiej było utonąć w powodzi innych książek. Tamten czas miał swoje zalety i wady. Dzisiejszy czas też ma swoje zalety i wady. Bo dzisiaj z kolei tak niewiele się wydaje debiutów, że jeśli jakieś wydawnictwo sięga po nowe nazwisko, wielu czytelników fantastyki je zauważa. Ludzie bardzo chcą czegoś nowego.  

Wspomniałeś wcześniej, że udostępniłeś swój cykl dla Bookrage'a. Czy mógłbyś powiedzieć, co cię do tego skłoniło i co myślisz o samym sprzedawaniu e-booków za przysłowiową złotówkę?

Pomysł mi się bardzo podoba z kilku przyczyn. Widzę w nim parę potencjalnych synergii, które będą w stanie rozruszać chociaż troszeczkę rynek e-booków w Polsce. Po pierwsze, daje to szansę ponownego wprowadzenia w obieg książek, które już wyszły w druku – jak Opowieść Piasków, która w wersji papierowej jest prawie niedostępna. W wersji elektronicznej jest różnie, ale ponieważ licencja na nią już się skończyła, większość księgarni internetowych ją usunęła.

Niewielu autorów może dzisiaj liczyć na dodruki i drugie edycje, więc myślę, że wiele osób będzie jeszcze chciało skorzystać z Bookrage’a, aby w jakiejś formie udostępnić swoje starsze książki czytelnikom. Nie mówiąc już o tym, że drugie wydanie zazwyczaj jest szansą do wprowadzenia drobnych korekt i poprawek – teraz autorzy są tego prawie pozbawieni, bo każde wydanie jest pierwszym i jedynym, nie licząc tych najlepiej sprzedających się pisarzy. Bookrage daje szansę na kolejną edycję książkom spoza listy bestsellerów.

Ma jeszcze jedną bardzo ciekawa funkcję – promowania autorów mniej znanych. Do pierwszego pakietu przyciągał bardzo Jacek Dukaj. W trzecim, w którym jestem, była to Anna Brzezińska i Feliks Kres, który swoją drogą pierwszy raz ukazał się w e-booku. Za takimi nazwiskami można sprzedać w pakiecie kilku innych autorów, którzy są mniej rozpoznawalni, a powinni być docenieni. Czyli w ostatniej edycji na przykład Maciej Guzek. Wydaje mi się, że takie mieszanie nazwisk mniej znanych z bardziej znanymi pozwala otworzyć nowym czytelnikom oczy na pozycje, po które sami z siebie by nie sięgnęli. Bo jeśli kupiłem pakiet kryminałów dla 2 czy 3 ludzi, których kojarzyłem i gdy już przeczytam ich książki, to przynajmniej zajrzę do tych pozostałych, bo mam je za darmo. W ten sposób może odkryję bardzo ciekawego autora, z którego istnienia nie zdawałem sobie do tej pory sprawy.

Na zakończenie rozmowy, takie pytanie na rozluźnienie – co robi pisarz, kiedy nie pisze?

Czyta przede wszystkim. Nigdy nie zrobiłem oficjalnego przelicznika, ale wydaje mi się, że na jedną napisaną stronę muszę przeczytać przynajmniej 100 stron. Czytam bardzo dużo i cały czas wydaje mi się, że za mało. To nie zawsze jest już czytanie dla przyjemności – czasem po prostu buduję listę źródeł do nowej książki i nawet bez szczególnej ekscytacji szczegółowo zaliczam kolejne pozycje, żeby stworzyć lepszy, ciekawszy, bardziej pogłębiony świat.

Czytam oczywiście fantastykę polską, przynajmniej najważniejsze rzeczy, które się ukazują. Staram się trzymać rękę na pulsie fantastyki zachodniej. Staram się trzymać rękę na pulsie literatury niefantastycznej – z tego robią się tak niesamowite ilości książek, że na niewiele co zostaje mi czas. A jeżeli pozostaje czas, to głowa jest tak opuchnięta, że nie mam ochoty na żadne rozrywki intelektualne.

Kiedyś dużo grałem na perkusji w zespole. Z powodów różnych teraz gram już mniej, posiadam tylko elektryczny zestaw, zamiast akustycznego. Granie na perkusji mnie dość odprężało. Obecnie, jak niestety wiele osób w dzisiejszych czasach, spędzam prawdopodobnie odrobinę za dużo czasu grając w gry komputerowe. Ale to dlatego, że po dniu w pracy, dniu pisania i czytania, nic angażującego wyższe funkcje mózgu nie jestem w stanie zrobić.

I takie proste rzeczy wypełniają mi większość czasu. Kiedy tylko jest okazja, to gdzieś wyjeżdżamy z żoną – staramy się podróżować, ile tylko się da, staramy się żeglować. To jest takie fajne odświeżenie, zastrzyk energii, który próbuję sobie aplikować pomiędzy kolejnymi książkami. Ale, niestety, przy klawiaturze, przy książkach i przy czytniku e-booków spędzam zdecydowaną większość swojego życia.

 

 

Zapraszamy także do lektury recenzji najnowszej powieści Krzysztofa Piskorskiego, czyli Cieniorytu.




Czytaj również

Zadra
Piękna oprawa, nijakie sedno
- recenzja
Bawić to nie grzech
Rozmowa o "Cieniorycie" Krzysztofa Piskorskiego
Cienioryt
Eskapizm, ale jaki!
- recenzja
Cienioryt
Strzeż się cieni
- recenzja
Krawędź czasu - Krzysztof Piskorski
Fantastyczna, czasowa powieść
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.