» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Jakubem Ćwiekiem

Wywiad z Jakubem Ćwiekiem

Wywiad z Jakubem Ćwiekiem
Jakub Ćwiek to kulturoznawca, animator kultury, dziennikarz i pisarz. Pochodzi ze Śląska i od kilku lat jest aktywnym działaczem Śląskiego Klubu Fantastyki (obecnie jego wiceprezesem). Sympatyczny młody człowiek, miałam przyjemność spotkać podczas Szczecińskich Dni Fantastyki.


Magdalena Litwin: Czytając różne rozmowy i wywiady z Tobą odnosi się wrażenie, że jesteś człowiekiem, który bardzo lubi obiecywać, ciągle mówisz "to napiszę, tam się pojawię"… Dysponujesz dobą z gumy?

Jakub Ćwiek: Hm, nie. Dysponuję za to bardzo tolerancyjną żoną <śmiech>. To zjawisko "rozciągania czasu" sprowadza się tak naprawdę do tego, że po pierwsze - jeżeli już się za coś zabieram, to rzeczywiście staram się to zrobić w miarę szybko i sprawnie. Po drugie – tu weźmy jako przykład pisanie, choć nie dotyczy to wyłącznie tego – jak już siadam i piszę, to mam swój rytm, w który się wbijam i wtedy zapisuję pomysł za pomysłem. Pomiędzy projektami nie robię przerw na odpoczynek, zebranie sił itp. Kończę powieść, zabieram się za opowiadanie, kończę opowiadanie w jednym stylu, gatunku i zabieram się za drugie w innym, żeby odpoczywać inną formą, a nie dosłownie wylegując się pod palmą i sącząc drinki. Jak się wybiję raz z rytmu to potem ciężko do niego wrócić, bo jestem leniem z natury.

Dodatkowo w kwestii całej masy innych rzeczy jak teatr, jak wyjazdy na konwenty, występy i tym podobne wiele zawdzięczam przyjaciołom, którzy mi pomagają. Na wiele konwentów nie jeździłbym, gdyby nie to, że zbieramy się większą paczką (jakoś tak nie dorobiłem się ani samochodu ani nawet prawa jazdy, więc żeruję na innych). Pociągami, pomijając koszta, pewnie bym się nie wyrobił czasowo – to tak a propos tej doby z gumy. Natomiast grupa teatralna działa tak, że po etapie scenariuszowym musimy się już zbierać wszyscy razem i w związku z tym w niewielkim stopniu ode mnie zależy jak szybko coś powstaje.

Więc jak w takim razie wygląda przeciętny dzień Jakuba Ćwieka?

Przed siódmą wstaję. Idę do pracy na pół etatu w Centrum Kultury – kończę gdzieś około jedenastej. Potem mam odrobinę przerwy podczas której wracam do domu. Czasem nie mam nawet tego, bo dorabiam jeszcze w radiu jako korespondent, w związku z tym dostaję jeszcze czasem jakieś zlecenia, materiał do zebrania etc. Potem przychodzę do domu, zazwyczaj coś jem, przez jakiś czas zajmuję się dzieciakami. Następnie zabieram się za swój regularny pakiet zajęć edukacyjnych (jak już pisałem, jestem leniem i muszę mieć mobilizujący grafik) - wtedy uczę się czegoś, czytam materiały popularno-naukowe, teksty źródłowe do następnych rzeczy jakie zamierzam napisać. Następnie zabieram się zazwyczaj za pisanie artykułów do prasy lokalnej przez jakąś krótką chwilę (powiedzmy godzinę - to nie są długie teksty i rzadko piszę je na raz). Znowu trochę z dzieciakami, żeby odciążyć żonę, a potem, późnym wieczorem, siadam do pisania. W międzyczasie gdzieś tam się jeszcze pojawiają posiłki, bo bez nich to jednak ani rusz. Śpię około czterech godzin na dobę.

Mało.

No, mało. Czasami ten plan wygląda troszeczkę inaczej, bo moja żona pracuje na dzienny dyżur i wtedy większość mojego czasu to jest siedzenie z dzieciakami, ale generalnie takie dni jak ten są normą. No chyba, że akurat gdzieś wyjeżdżam.

Czy te wyjazdy na konwenty są dla Ciebie czystą rozrywką, czy też przy okazji starasz się kreować swój wizerunek w środowisku?

Mam wrażenie, że wizerunek kreuje się sam. Natomiast, co wydaje mi się szczególnie warte podkreślenia, ja przede wszystkim jestem fanem, pisarzem dopiero w jakieś drugiej, trzeciej kolejności. Inaczej – gdybym nie pisał, to też bym jeździł na konwenty, pewnie odrobinkę rzadziej, ale jednak ich liczba nie byłaby jakaś tam wariacko mniejsza. Po prostu uwielbiam spotykać się z ludźmi, przyjaciółmi, a dzięki konwentom mam ich wszędzie, w całej Polsce. Po prostu to mi sprawia frajdę, więc, jak powiedziałem, jeździłbym i tak, natomiast trochę trudniej przekonywałoby mi się żonę, że rzeczywiście muszę <śmiech>.

A uważasz, że fandom odgrywa kluczową rolę w promocji autora i jego książek czy niekoniecznie?

Trudno powiedzieć. Istnienie fandomu wśród wielu swych ról pełni także funkcję zagajnika dla młodych fantastów (niekoniecznie pisarzy). To miejsce, w którym autor, skupmy się bowiem na nim, wyrasta, gdzie ma tych odbiorców często – nie zawsze, ale naprawdę dość powszechnie – najbardziej obeznanych w tym, za co się zabiera. I nie ważne czy to fizyka kwantowa, biologia czy historia Supermana. Z punktu widzenia pisarza to taka właśnie grupa to skarb nie do przecenienia i stąd bardzo często pojawiają się wolne elektrony, pasożyty próbujące na tym żerować nie dając nic w zamian (stąd biorą się czasem konflikty, nie w fandomie, ale na linii fandom- wykorzystywacz). Zatem w powstawaniu dzieł fandom rolę pełni często niebagatelną. W promowaniu różnie, choć ja i w tym zakresie korzystam ile wlezie, a i sam pomagam promować innych.

W mniejszym stopniu w każdym razie?

W mniejszym stopniu na pewno. Myślę sobie, że jednak są już formy reklamy, które działają mocniej. Aczkolwiek jest nieoceniony do organizacji spotkań, nawet w renomowanych księgarniach czy w Empikach, czy w innych salonach - na takich spotkaniach możemy poszczycić się frekwencją jakiej nie miewa wiele znanych z telewizji twarzy.

Z pewnością. A w jaki sposób bycie znanym pisarzem zmieniło Twoje życie?

Na szczęście nie jestem znanym pisarzem na tyle, żeby gdzieś tam ktokolwiek rozpoznawał mnie na ulicy <śmiech>. Więc nie, pod tym względem moje życie się nie zmieniło. Jeżdżę więcej na konwenty, to pewne. Pojawiają się też różne prośby, ktoś mnie gdzieś łapie wyciągając na spotkania, chce żebym gdzieś pojechał i wypowiedział się w jakiejś szkole, mówiąc o czymś, o czym nie mam bladego pojęcia <śmiech>. Czasem pojawiam się w jakimś radiu, czasem w telewizji. Przede wszystkim ten cały czas, który miałem wolny, gdzieś zupełnie przepadł właśnie na tego typu elementy... I wbrew pozorom to jest fajne. Znaczy mnie to sprawia frajdę generalnie, choć już jakby nie mam wyboru, co będę robił w wolnym czasie.

No tak…

No i oczywiście dostaję sporo maili takich w stylu "Napisałem coś, czy mógłbyś przeczytać?".

I pomagasz młodym autorom?

Tak. Uważam, że mam dług i na tyle, na ile mogę pomóc, to pomagam. Kiedy ja zaczynałem pisać wykorzystywałem całą masę ludzi. Do dzisiaj to robię korzystając z pomocy niezawodnych przyjaciół, którzy zawsze dzielnie pomagają mi przy tekstach. I to jest chociażby była prezes ŚKF-u czyli Ela Gepfert, czy obecna prezes czyli Aleksandra Rudzińska, a także Ania Kańtoch, która jest zawsze moim pierwszym czytelnikiem, Michał Cholewa i jeszcze kilka innych osób. W każdym razie jest to dosyć spora grupa ludzi, przede wszystkim ze Śląskiego Klubu Fantastyki. Myślę też – ba, jestem pewien – że nie byłoby mnie jako autora gdyby nie takie osoby jak Ania Brzezińska czy Andrzej Pilipiuk, które kiedyś w pewnym momencie powiedziały "OK, dawaj, to przeczytamy co napisałeś". Dlatego uważam, że mam teraz dług wobec tych wszystkich ludzi, który mogę spłacić tylko "podając dalej". No i mam również nadzieję, że kiedyś będę mógł powiedzieć "O, ten oto Kowalski, to jest człowiek, który pisze dlatego, że ja kiedyś przeczytałem jego opowiadanie".

Twoje pierwsze opowiadanie powstało kiedy miałeś siedem lat. Pamiętasz o czym ono było?

Tak, pamiętam. Było o młodym superagencie siedmiolatku, który żyje w dalekiej przyszłości i zostaje poproszony o to, żeby cofnąć się w czasie i zdobyć wodę, której nie ma w przyszłości. Zastanawiam się właśnie jak to było możliwe, ale tak to sobie akurat wtedy wyobrażałem - nie było prawdziwej wody tylko jakieś tam syntetyczne wariactwa... To była później seria opowiadań, bo ja pisałem dzień po dniu, zafascynowany tym, że oto udało mi się coś stworzyć. W następnej części super ekstra wspaniałym klejem Kajtek 2000, tak się bowiem nazywał, łatał dziurę ozonową, a później były jakieś afery szpiegowskie i różne dziwactwa. Oj, działo się...

Ale widziałeś siebie w osobie głównego bohatera czy to nie do końca tak?

Nie, zupełnie nie. Jakoś nie miałem szczególnego wyobrażenia jak on wygląda, aczkolwiek pewnie coś w tym było, bo miałem dokładnie tyle samo lat.

A czy odczuwasz do dzisiaj w jakimś stopniu tremę, stres przed wydaniem nowej książki czy to już jest sprawa przeszłości?

Śledzę recenzje. I jakiś stres na pewno istnieje, bo chyba nie ma takiej opcji, żeby zniknął lęk przed złą oceną. Drugi Kłamca był dla mnie w miarę spokojny, bo wiedziałem, że jest grupa odbiorców na tego typu literaturę, poznałem ich przy okazji pierwszej książki i, myślę, fajnie nam ze sobą. Przed pierwszym oczywiście trochę się stresowałem. Stresowałem się też bardzo mocno przed Liżąc ostrze, które jest zupełnie inną książką, w innym klimacie i miało być zupełnie czym innym w zamierzeniu. I widzę w tej chwili niebezpieczeństwo, które zaczęło się pojawiać - groźba szuflady. Całkiem spora grupa osób po obu tomach Kłamcy miała już pewne oczekiwania wobec mnie, których Liżąc ostrze z założenia miało nie spełniać. Miało być zupełnie inną literaturą, dlatego też ich przyjęcie tej książki jest… chłodne, nie powiem, natomiast nieco bardziej wyważone przez to, że ludzie po prostu oczekiwali czegoś innego (pewnie nie tylko, nie zakładam wcale, że to genialna rzecz tylko ludzie mnie nie rozumieją). Zamierzam jednak iść w ten sposób i próbować z różnymi innymi rzeczami. I wtedy, kiedy próbuję z czymś nowym, to oczywiście pojawia się stres, czy to się przyjmie, czy kogokolwiek zainteresuje. Ale myślę, że coraz mniejszy, mimo wszystko.

Przyzwyczajasz się do tego?

Wiem, że jest grupa ludzi, której się to podoba. Czasem ona się zmienia i jeżeli tak jest to fajnie. Jeżeli będę miał grupę odbiorców na książki typu Kłamca, a z drugiej strony na książki w stylu Liżąc ostrze i to będą różni ludzie, będę zachwycony. Jeżeli się pokryją, też nie będę narzekał. Natomiast nie musi być czegoś takiego, że wszystkim podoba się wszystko, co piszę, bo staram się a przynajmniej będę się starał pisać tematycznie różnie.

Na razie w twojej twórczości królują dwa h: humor i horror. A co będzie potem?

W tej chwili jeszcze trochę idę w horror. Najbliższa książka, którą wydam, będzie horrorem i to takim bardziej rasowym. Kończę ją właśnie, więc powinna być niebawem. Następny jest znowu trzeci Kłamca, więc idzie to też w stronę tych h, ale Kłamca trochę poważniejszy jednak mimo wszystko. Natomiast dalej mam w planach "mixy", nic do końca czystego. Kolejną książką, którą szykuję jest thriller, bez elementów fantastycznych. Ma nosić tytuł Łendi i ma się dziać w moich rodzinnych Głuchołazach. A oprócz tego szykuję coś, co jest mieszaniną horroru i historii alternatywnej z akcją dziejącą się w czasie wojny secesyjnej. Będą zabawy z gatunkami. Spróbuję trochę poodskakiwać w jakieś powiedzmy dziwne nurty tych gatunków. W tej chwili w ramach opowiadań, bo przy nich najlepiej się eksperymentuje, troszeczkę bawię się science fiction, ale takim bardzo lightowym. Nie jestem "ścisłowcem", więc niezbyt mocno się mnie to trzyma, ale próbuję.

Ale w wywiadzie dla Esencji z Twoich ust padło takie bardzo filozoficzne zdanie o miłości. Nie zastanawiałeś się kiedyś nad tym, żeby napisać jakąś filozoficzną rozprawę, bardzo wydumaną i głęboką?

Nie, bo chyba nie umiem.

Nie masz takich zapędów?

Nie. Wiele z tych uczuć, takich wielkich jak przyjaźń, miłość, pojmuję instynktownie. Oczywiście jak pewnie wielu, a już kulturoznawca zwłaszcza, muszę znać definicje, które filozofowie cały czas tworzą, ale nie znaczy to, że sam muszę definiować podobnie czy chociaż się z nimi zgadzać. Być może o wielkiej miłości coś kiedyś napiszę, ale nie mam w tej chwili pod tym kątem żadnego tworzącego się w głowie planu. Ale jeśli już, to nie będzie to wydumana próba odpowiedzi na pytania o jej sens czy istotę. Nie będę dochodził do tego czym jest sedno tylko raczej cieszył się tym, jak to wygląda na zewnątrz.

Zanosi się na to, że trzecia część Kłamcy nie ukaże się w tym roku?

No nie, nie ukaże się.

Więc wychodzi na to, że masz słabą statystykę, bo tylko jedna książka rocznie… Nie czas przyspieszyć?

To jest dosyć zabawna rzecz, bo ja bardzo chciałem, by w tym roku wyszły dwie i nawet było to możliwe, ale wydawcy nie dali. Posypało się natomiast całkiem sporo opowiadań. Opowiadanie do antologii AD XIII, do drugiego tomu, które już poszło. Później opowiadanie do antologii Runy, Księga strachu, do nowej antologii Fabryki, która się szykuje, do gry komputerowej Loki... A jeszcze po drodze Nowa Fantastyka, teraz gra Beowulf, więc tych opowiadań zebrało się całkiem sporo i one wybiły mnie z rytmu pisania dłuższych form. Na szczęście w przyszłym roku statystyki powinny mi się poprawić, ponieważ w tej chwili kończę horror Ciemność płonie i jestem już kawałek za połową trzeciego Kłamcy. Myślę sobie, że przy dobrych układach skończę go do końca roku, wtedy go oddam i w przyszłym roku na pewno wyjdzie. No i szykuje jeszcze zbiór opowiadań niezależnych od siebie, brakuje mi jeszcze może dwóch. Tu też przyszły rok jest szansą.

Czyli będzie lepiej?

Tak, zdecydowanie. Aha i gotowy jest komiks o Lokim, więc coś jeszcze się pojawi. Będzie też drugi komiks, już nie związany z Kłamcą; powstaje cały czas. Jest już narysowany, w tej chwili trwa obróbka komputerowa, więc myślę, że to jest gdzieś kwestia miesiąca, jakoś tak.

Zatem Twoich fanów czekają nie lada atrakcje.

No tak sobie myślę, taką mam nadzieję. Zawsze to fajnie jest widzieć nową rzecz kiedy się pojawia, co znowu wymyślił Piotrek Cieśliński na okładkę, zawsze jest to sympatyczne uczucie. On jest fachowcem i miło się z nim pracuje, dlatego zawsze z niecierpliwością czekam na efekty jego pracy.

A jesteś dumny z tego, że doczekałeś się zadedykowania Ci książki Ani Kańtoch, 13 anioł?

Zwłaszcza tej. Ta książka zaczęła powstawać dosyć dawno temu i a potem Ania zawiesiła prace nad nią i zajęła się innymi rzeczami. Pierwszy fragment tej książki powstał z tego, co pamiętam jeszcze przed Zabawkami diabła. Napisała wtedy siedemdziesiąt stron, czy coś koło tego. Przeczytałem wtedy i stwierdziłem, że jest to po prostu rewelacja, szalenie mi się podoba i bardzo bym chciał, żeby kiedyś to dokończyła. Trochę ją męczyłem o to, bo ona się wzbraniała (że teraz nie, że teraz coś innego), ja ciągle poganiałem aż już mnie miała dosyć. Ale napisała ją w końcu i bardzo, bardzo mnie to cieszy. Znaczy jestem pewien, że zrobiłaby to prędzej czy później, natomiast moja maluteńka zasługa jest taka, że zrobiła to prędzej. Potrafię być upierdliwy kiedy mi na czymś bardzo zależy, a ta książka podoba mi się szalenie. Zresztą cóż, widocznie nie tylko mnie, skoro dostała nagrodę dla najbardziej obiecującego autora Europy, znaczy jednego z nich, wybranych w czasie Euroconu i z tego powodu oczywiście jestem bardzo szczęśliwy, bo to wielka nobilitacja dla Ani. I zasłużona.

Jako, nazwijmy to sobie, patron tej książki, jak byś mógł ją zareklamować?

Hm, jak bym mógł ją zareklamować… Ostatnimi czasy pojawiło się całkiem sporo książek o aniołach. Pisze Maja, pisze Bartek Grykowski, ja piszę. Ale głęboko, całym sercem wierzę, że ta jest najlepsza. Zdecydowanie. Ona jest tak dobra, jak niektóre z opowiadań Mai, tych, w których naprawdę wspinała się na wyżyny. Jakkolwiek uważam, że Maja świetnie pisze oczywiście cały cykl anielski, tak odnoszę wrażenie, to jest moja subiektywna opinia, ale będę się jej mocno trzymał, że Ania weszła o krok wyżej. Chociaż może nie powinienem oceniać w ten sposób, bo obie rzeczy są jakby o czym innym, jedynym elementem łączącym są anioły. To jest niesamowita historia, łączy w sobie naprawdę wiele, ładne urban fantasy i świetny klimat, bardzo dobry pomysł na świat i powieść detektywistyczną, świetnie zarysowanych bohaterów i ... cały szereg innych rzeczy. Jest znakomita.

A jak twoim zdaniem rozwija się teraz polska fantastyka, do czego zmierza?

J.Ć: Hmm… Najtrafniej chyba można by to nazwać okresem, etapem mocno rozrywkowym. Ja to osobiście lubię, natomiast wiem, że wielu się tego obawia. Rzeczywiście rynek zostaje zalany bardzo dużą ilością literatury rozrywkowej, jaką na przykład piszę chociażby ja czy Ania Kańtoch, chociaż ona w inny sposób. Także Marcin Mortka, Jacek Komuda, Jarek Grzędowicz, Maja Kossakowska – to wszystko jest literatura rozrywkowa. Ona jest lepsza lub gorsza pod względem warsztatu, są autorzy, którzy mają w swoich utworach więcej do powiedzenia jak chociażby właśnie Jarek czy Maja, mniej jak ja. W grę wchodzą także różnice wynikające z talentu (ot, na przykład naturalnie utalentowana Ania). Wydaje mi się, że najlepiej by było, gdyby literatura zmierzała do czegoś takiego jak kiedyś tworzył Roger Żelazny. To znaczy tworzył literaturę rozrywkową i potrafił w nią władować przesłanie. Uważam, że najlepszą książką wszech czasów jaką kiedykolwiek czytałem jest Pan Światła Żelaznego, którą tak naprawdę można odczytywać na poziomie przygodówki i będzie się człowiek świetnie bawił. Może ją odczytywać jako traktat teologiczno-filozoficzny i również będzie usatysfakcjonowany. Coś takiego jest niezwykłe. Co do kondycji rynku myślę, że niezbędny jest oczywiście ktoś taki jak Dukaj czy Huberach i niezbędny jest Andrzej Pilipiuk. Dlatego myślę, że rynek polskiej fantastyki zaczyna wyglądać trochę tak jak ten w latach pięćdziesiątych w Stanach, gdzie było bardzo dużo różnych rzeczy i wybijały się tam różne dzieła. Bardzo się cieszę, że jest mnóstwo antologii, to jest rzecz, której brakowało na taką dużą skalę.

Uważasz, że antologia to dobra forma?

Tak. Przedstawia jeden temat z bardzo różnych punktów widzenia, dzięki czemu pojawiają się bardzo ciekawe pomysły. No i oczywiście uważam, że fajnie jest kiedy pojawia się dużo opowiadań. Fajnie się to czyta, bo można w ten sposób oceniać wyobraźnię autora. A ja sobie wyobraźnię akurat u autorów bardzo cenię.

Obecnie wielu polskich twórców, Ty także, odbiega od tego klasycznego fantasy. Coraz rzadziej spotyka się elfy i drużynki biegające z mieczami. Dlaczego?

Bo wydaje mi się, że temat się trochę wyeksploatował. Znaczy oczywiście fantastyka jak i wszystko inne łapie się na mody, to jasne. Był taki czas, że rzeczywiście pojawiła się moda na mocne fantasy, klasyczne. Takim typowym fantasy, naszym, jest chociażby Wiedźmin, ale nie tylko... Ania Brzezińska, Ewa Białołęcka Iwona Surmik piszą takie właśnie klasyczne fantasy. Teraz, widać zresztą na świecie, przez jakiś czas panowała moda na urban fantasy, rozwijana chociażby przez Gaimana. Kiedy urban fantasy miał się pojawić w Polsce, weszli praktycznie nowi dla rynku autorzy, którzy zaczęli to pisać. Uaktywnili się też tacy jak Jarek Grzędowicz, który co prawda pisywał opowiadania w Feniksie, ale książek na koncie nie miał żadnych. W każdym razie wraz z modami przychodzą nowi autorzy. Przykładem takiego pokolenia od urban fantasy jestem chociażby ja. Też wszedłem w momencie, kiedy pojawiła się moda postgaimanowska. Teraz co prawda jest czas na new weird, ale fantasy nie umiera. Kiedy pojawi się jakaś nowa formuła, jakiś nowy sposób na wyeksploatowanie historii spod znaku magii i miecza, pojawi się na nowo. George Martin ma pomysł. Jeżeli ktoś jeszcze będzie miał, to jakoś się to ruszy. A poza tym nadal się utrzymają tacy giganci jak Tad Williams czy Terry Goodkind i oczywiście Terry Pratchett ze swoim fantasy humorystycznym. Ale oni się będą trzymać mocno, ponieważ zawsze są fani takiej twórczości.

Uważasz się za przedstawiciela nowego pokolenia polskich fantastów, czy też nie ma aż takiej różnicy między wami, młodymi pisarzami, a starymi wyjadaczami?

Jest. Różnica w mentalności, podejściu. Oczywiście kluczowa różnica jest też w doświadczeniu. Dość łatwo można podzielić polską fantastykę na kilka etapów, widać, kiedy królowała fantastyka problemowa, a kiedy wkroczyła typowo rozrywkowa (to trochę sztuczny podział rzecz jasna - można przecież, jak wielu - pisać fantastykę problemową, tak, by dawała i rozrywkę, ale odpuśćmy sobie taką dyskusję i przyjmijmy owo uproszczenie). Był czas, gdy autorów wychowywała z jednej strony Fantastyka i Nowa Fantastyka, a z drugiej Fenix. Dziś ten etap "magazynowy" nie jest potrzebny do debiutu książkowego, co niekoniecznie jest dobre. Kluczowa różnica to jednak warsztat, który, co z bólem przyznaję, wypada mocno na niekorzyść.

Młodych czy starych?

Młodych oczywiście - dlatego z bólem piszę, bo to ta "moja" grupa. Pewna świadomość powinna tkwić w umysłach młodych autorów – we mnie jest ona osadzona dość mocno – że jest jeszcze kawał rzeczy do zrobienia, żeby wypracować pewien poziom, póki co jeszcze dla nas nieosiągalny.

To opowiedz nam jeszcze trochę o swoim życiu rodzinnym… Indoktrynujesz swoje dzieci tylko fantastyką czy mogą one też czytać Kubusia Puchatka?

Kubuś Puchatek jest jak najbardziej fantastyką!

Wiedziałam, że to powiesz! <śmiech>

Strasznie mnie bawi, choć niekiedy i drażni, kiedy ktoś odbiera fantastyce jej wielkie dzieła, bo przecież nie godzi się, by coś tak wspaniałego nazywać fantastyką. Tak próbowano zrobić z Tolkienem, to spotkało Orwella. A to, że coś jest wielkie, nie znaczy, że przestaje być "nasze", prawda? I Kubuś jest właśnie nasz - fantastyka dziecięca. Jeśli chodzi o moje dzieci, to staram się im czytać przede wszystkim bajki i baśnie... No i oczywiście takie kluczowe dla rozwoju młodego człowieka rzeczy jak Alicja w Krainie Czarów, jak Piotruś Pan. Pokazuję im także klasyczne bajki Disney’a. Nie ten chłam, którego pojawiło się mnóstwo w ostatnim rzucie klasycznej animacji, ale właśnie klasykę – Piotrusia Pana, Królewnę Śnieżkę, Robina Hooda, Piękną i Bestię czy właściwie ostatnią taką wielką bajkę Disneya jaką był Król Lew. Moje dzieci są jeszcze na takim etapie, że chłoną obrazki a nie treści, ale zapamiętują niektóre elementy. Oczywiście nie chcę ich zarazić fantastyką, bo nie o to chodzi. Nie będę ich zmuszał, to może przynieść tylko odwrotny skutek. Zamierzam ich zarazić i mam wielką nadzieję, że mi się to uda, pasją czytania, oglądania filmów i chęcią poznawania świata. A jeżeli będą naprawdę mieć zaszczepione to i to, to wierzę głęboko, że sami ruszą w kierunku fantastyki, bo chyba najwięcej odpowiedzi kryje się właśnie w niej.

No przy takim tacie nie będzie to dla nich trudne.

Myślę sobie, że kiedy podrosną troszeczkę, będę je zabierał na konwenty, więc od samego początku będą wrastać w to środowisko, ale mówię – nic na siłę, to znaczy, jeżeli będą chcieli. Podstawą jest jednak to, żeby nie zmuszać. Nie muszą być tacy, jak ja - to ich życie.

Ale fajnie, gdyby byli. A ja nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała: Jakie masz plany na przyszłość?

Ha, dosyć szerokie oczywiście. Na początek Ciemność płonie – to jest ten horror, który dzieje się w Katowicach i on już niebawem. Następnie oczywiście Kłamca 3, który jest pierwszą częścią powieści, podzielonej na dwie części – to zakończy historię Kłamcy. Później szykuję się do paru rzeczy, zbieram materiały. Będzie coś w rodzaju westernu grozy z weteranami wojny secesyjnej w rolach głównych. Pojawi się wspomniany już thriller (bez elementów fantastycznych) czyli Łendi, której akcja wydarzy się w okolicach moich rodzinnych stron, tamtejszych lasów. Pojawi się też po drodze parę opowiadań. Mam parę pomysłów, które chciałbym gdzieś upchnąć. Bardzo, bardzo chcę napisać zbiór opowiadań o iluzjonistach. Tak jak napisałem do Nowej Fantastyki opowiadanie o Houdinim, tak teraz mam parę pomysłów na opowiadania fantastyczne z innymi wielkimi tej jakże ciekawej sztuki. Mam też zamiar napisać książkę, która zajmie mi naprawdę bardzo, bardzo dużo czasu, bo muszę się do niej przygotowywać merytorycznie i zbierać dużo materiałów. Myślę, że jest to projekt na za jakieś dwa, trzy lata. Dotyczyć będzie świata Majów. Aha, od stycznia biorę się też za pisanie książki z gatunku science-fantasy do spółki z przyjacielem Michałem Cholewą, który wpadł na świetny pomysł wyjściowy z którego kleci się nam sympatyczne story.

W takim razie pozostaje mi tylko życzyć powodzenia. Dzięki za wywiad.

Dziękuję.

Komentarze


earl
    Ciekawy i solidny wywiad
Ocena:
0
Autorka poruszyła w nim, według mnie, wszystkie istotne kwestie dotyczące Jakuba Ćwieka, które powinny interesować czytelników. Pytania są konkretne, wtrącenia jak najbardziej na miejscu, dzięki czemu Magda mogła nakłonić pisarza do szerszego rozwinięcia swoich myśli, sama rozmowa ma charakter logiczny i spójny. I porusza zarówno tematy zawodowe jak i osobiste, bo każdy zainteresowany Jakubem Ćwiekiem chciałby dowiedzieć się, jaki jest naprawdę w życiu prywatnym i jak mu się ono układa.
19-11-2007 12:40
Ezechiel
   
Ocena:
0
I porusza zarówno tematy zawodowe jak i osobiste, bo każdy zainteresowany Jakubem Ćwiekiem chciałby dowiedzieć się, jaki jest naprawdę w życiu prywatnym i jak mu się ono układa.

Nie zgadzam się. Nie interesuje mnie życie wewnętrzne autorów, szanuję ich prywatność od czasów, gdy Sapek obrzygał mi glany.
20-11-2007 18:50
senmara
   
Ocena:
0
Ezechiel, miałeś naprawdę traumatyczne pzeżycia :)

Ja zazwyczaj lubię rozmawiać z autorami, których w pewien sposób "lubię" :) Wiem, ze to brzmi naiwnie, ale jak już kiedyś pisałam, czytając książkę czasem automatycznie kojarzę ją z autorem, z kolejną książką to idzie dalej itd
O życiu "publicznym" mogę sie dowiedzieć z różnych źródeł, np. newsów wydawnictwa, a autor czasem interesuje czytelnika jako człowiek. A skoro autor na to pozwala, to czemu nie zaszaleć i nie zadać pytań z życia autora? (to jakaś plotkarska dusza odzywa się we mnie)
20-11-2007 21:57
earl
   
Ocena:
0
Ezechiel, dla mnie autor jest również człowiekiem a nie tylko maszyną do pisania. I chcę go poznać także od tej strony prywatnej, bo tylko wówczas będę miał w miarę pełny obraz tego, kim on jest naprawdę, co sobą reprezentuje.

A co do rzygania Sapkowskiego - mogłeś z nim nie pić lub chociaż odsunąć się z pola rażenia.
21-11-2007 11:03
malakh
    @Ezechiel
Ocena:
0
Nie interesuje mnie życie wewnętrzne autorów, szanuję ich prywatność od czasów, gdy Sapek obrzygał mi glany.

Niom, rzeczywiście. Szczególnie pisząc takie rzeczy o autorach, szanujesz ich prywatność;p
21-11-2007 12:03
~Czyżyk

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Wystawiłeś je na allegro? : > Toż to relikt polskiej fantastyki
21-11-2007 21:58
~Krasnola

Użytkownik niezarejestrowany
    Senmara
Ocena:
0
Senmara, popieram :) I zapewne z tego wywiadu ucieszą się chyba najbardziej niewiasty, gdyż jak mi się wydaje to fanek, a nie fanów ma najwięcej ::P
22-11-2007 13:05
earl
    Czyżyk
Ocena:
0
Za 10 lat te glany z zaschłymi rzygami warte będą pewnie nowego porsche lub willi na Mazurach.
22-11-2007 22:49
senmara
   
Ocena:
0
Jestem ciekawa tego new weird. Ile tam będzie z "new" a ile z "old".
Pamiętam jakąś dyskusję o tym, czy powinno się pisać w "starym stylu", czy po prostu niektóre nurty już przeminęły i pisanie w stylu dawnych pisarzy do czegoś innego niż zamierzone antologie "ku czci", to nic dobrego. O ile opowiadania np. Freeman są miłe i klimatyczne, bo mamy świadomość, w jakim czasie autorka pisała. Nazwa może być kręcąca i przyciągnąc czytelników tych opowieści, ale z drugiej strony - może to być niewypał.

Spotkałam sie z czymś takim, że do worka "new weird" wrzuca sie wszystkich od Kate Koji przez Clive Barkera po Stephena Kinga. Wszystko jest new weird, bo hasło horror przestało być modne?
23-11-2007 12:16

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.