» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Anną Brzezińską

Wywiad z Anną Brzezińską


wersja do druku

W czarno-białe paski widzę tylko zebry

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Wywiad z Anną Brzezińską
Pomysł na niniejszy wywiad pojawił się tuż po spotkaniu Anny Brzezińskiej z czytelnikami, na którym autorka promowała drugi tom opowiadań o Babuni Jagódce, czyli Wiedźmę z Wilżyńskiej Doliny, a które odbyło się 28 listopada 2010 roku w jednym z gdańskich Empików. O tym, jak właściwie wygląda czarownica w literaturze fantastycznej z pisarką rozmawiała Aleksandra 'milllo' Walkowska.


Aleksandra Walkowska: Moda na wampiry powoli się kończy, obecnie na topie są anioły. Czy następne w kolejności będą czarownice?

Anna Brzezińska: Nie wiem, mody są dla mnie zagadką. Myślę, że o popularności wampira przesądziło połączenie atrakcyjności wizualnej z niebezpiecznym, pełnym grozy napięciem seksualnym. Poza tym kultura popularna wpisała wampiry w klasyczne schematy romansów, czyli oswajanie potwora przez miłość, małym dziewczynkom wpaja się to marzenie o Pięknej i Bestii, zanim jeszcze nauczą się dobrze mówić.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Czarownica zaś z definicji jest figurą kobiecą, więc nie da się całkiem wprost wpisać jej w podobny schemat opowieści. Możemy oczywiście się pobawić i podśpiewując pod nosem Under my thumb, wykombinować jakąś narrację atrakcyjną dla chłopaka albo, przeciwnie, zmienić ją w power figure w prozie dla dorastających dziewczynek, tyle że mnie to zupełnie nie interesuje. Nie utożsamiam się z własnymi bohaterami, nie przypuszczam też, żeby młode dziewczęta masowo zaczęły się widzieć w roli Babuni Jagódki.

AW:Na spotkaniu z czytelnikami 28 listopada w gdańskim Empiku powiedziałaś, że gdy poziom zirytowania rzeczywistością osiąga punkt krytyczny, powracasz do świata Babci Jagódki. Czy uniwersum Wilżyńskiej Doliny jest krzywym odbiciem naszej rzeczywistości czy tylko ucieczką w świat wyobraźni?

AB: Jeśli mam być szczera, w swoich światach wyobraźni nie chciałabym się znaleźć, więc z ucieczką bym zdecydowanie nie przesadzała. Często się jednak zdarza, że ludzie, którzy nie znają fantastyki, mają jej uproszczony obraz i wydaje im się, że te wszystkie książki o elfach i księżniczkach pisze się po to, żeby autor i czytelnicy mogli się zanurzyć w uproszczony baśniowy świat, gdzie trawa jest zielona, kobiety piękne i wierne, a racje moralne rozłożone tak czytelnie, że aż chce się żyć. Tymczasem wyśmienicie wiemy, że złote czasy Conana Barbarzyńcy przeminęły i fantasy od dawna tak nie wygląda.

W Wilżyńskiej Dolinie obowiązują te same paskudne mechanizmy społeczne, których doświadczamy w normalnym świecie. Nie jest to zresztą antybaśń, inspirowała mnie raczej tradycja hiszpańskiej pikareski.

AW: Literaturę fantasy często traktuje się jako bajki dla dorosłych. W dwóch tomach opowiadań o Wilżyńskiej Dolinie bawisz się motywami z popularnych bajek, jednak te historie kończą się "życiowo" – niekoniecznie happy endem. Czy dorosły czytelnik, a przede wszystkim pisarz, nie są już w stanie uwierzyć w zakończenie żyli długo i szczęśliwie? A może tragiczne historie są ciekawsze?

AB: Czytałaś Wszystkie szczęśliwe rodziny Fuentesa, kapitalny komentarz do sławetnego cytatu z Tołstoja o podobieństwie wszystkich szczęśliwych rodzin? Rozumiem funkcje, jakie zakończenie a potem żyli długo i szczęśliwie pełni w baśniach, w moich opowiadaniach interesowało mnie jednak, co się wydarzyło niejako obok tego oficjalnego zakończenia.

W Wiedźmie z Wilżyńskiej Doliny jest Babie lato, tekst o miłości, która pokonuje wszelkie przeszkody. Książę i księżniczka szczęśliwie trafiają przed ołtarz mimo oporu rodziny i politycznej bezsensowności tego związku. Książę jednak ma dość wiary, miłości i nadziei – albo dumy i uporu, jeśli ktoś woli wariant bardziej pesymistyczny – żeby przeforsować swoją wolę. Jeśli ucinamy w tym momencie historię, mamy budujące, optymistyczne zakończenie. Tyle że potem z baśni wpadamy w koleinę historii, która wydarzyła się naprawdę. Cała walka z poddanymi okazuje się bez sensu, ponieważ księżniczka niebawem umiera, nie pozostawiwszy żadnego potomka, a to w przypadku księżniczki, czy to prawdziwej, czy baśniowej, katastrofa zupełnie fundamentalna. Jak więc naprawdę kończy się ta historia, skoro ostatnie miesiące życia księżniczka spędza wprawdzie nie jako kochanka, ale prawowita żona, otoczona przez dwór, który nienawidzi jej tak bardzo, że nikt nie chce jej nocami podać wody, a w listach dworzanie cieszą się, że gnije za życia w karze za swoje grzechy oraz zaczarowanie księcia?

Mogę też opowiedzieć inną historię księżniczki, której akurat nie ma w książce, a szkoda, bo jest niezwykła. Jej małżeństwo z księciem zostało zaaranżowane, pochodziła z ościennego kraju, a dynastie skakały sobie do gardeł od pokoleń. Państwo młodzi widzieli się pierwszy raz podczas zaślubin, które odbywały się w atmosferze harmonijnej jak rzadko: dworzanie pana młodego, żeby olśnić wrażych przybyszów, wyłożyli pannie młodej drogę z karocy czerwonym aksamitem, jej dworzanie, żeby przebić pulę, przyścielili aksamit złotogłowiem i tak było ze wszystkim, jedna wielka kłótnia aż pod ołtarz, bo oblubieniec i oblubienica wyznawali inną wiarę, więc nawet wybór świątyni nie był oczywisty.

A potem było jeszcze gorzej. Konflikt między jej krajem i jego krajem się zaostrzył. Ona nie urodziła dzieci. On odziedziczył tron po bracie i nagle został królem w kraju, w którym królowa nie mogła wyznawać innej wiary. Ją wyzywano od psów czy poganek i odmówiono prawa do korony, ponieważ nie uległa presji i nie zmieniła wiary. On urządził jej na zamku królewskim kaplicę, aby mogła się swobodnie modlić. Jej ojciec próbował ją szczuć przeciwko mężowi. Doradcy knuli, jak by ich tu rozwieść. A oni nie chcieli, bo, na ile można wierzyć źródłom, kochali się i szanowali.

A kiedy król umierał, odbywszy idiotyczną kurację medyczną, przepisaną mu przez szarlatana, królowa opiekowała się nim tak troskliwie, że nikt ze współczesnych, naprawdę im wrogich, nie potrafił się do tego przyczepić. Była dobrą gospodynią, została zasobną wdową, ale po śmierci męża postanowiła wrócić do ojczyzny. Ponoć ją otruto, żeby zagarnąć jej dobra.
Więc jaka naprawdę jest ta historia? Dobra czy zła? Taki mam paskudny defekt optyczny, że w czarno-białe paski widzę tylko zebry. Ludzkie losy są znacznie bardziej skomplikowane.

AW: Nie można nie zauważyć, że postać Babci Jagódki jest wzorowana na postaci bajkowej Baby Jagi. Ponieważ interesuję się rosyjskim folklorem, gdzie Baba Jaga jest jedną z głównych postaci w panteonie istot półdemonicznych, chciałabym spytać, jakie konkretnie cechy, motywy z ludowych opowieści Cię zainspirowały?

AB: Znów bardzo ciężko będzie mi odpowiedzieć. Wiedźma jest istotą półdemoniczną nie tylko w rosyjskim folklorze, jest tak postrzegana w ogóle wśród Słowian, co zauważył już Moszyński w swojej fundamentalnej monografii o kulturze ludowej Słowian. Kiedy zajmowałam się zawodowo – jako historyk społeczny, nie etnograf czy literaturoznawca – magią w XVI w., wykorzystywałam bardzo różne typy źródeł, także ludowe. Ale też bardzo wiele baśni czytano mi, kiedy byłam dzieckiem, później również sama bardzo dużo czytałam dla przyjemności.

Zapewne wszystkie te przeczytane książki zostawiły we mnie ślad, ale nie umiem powiedzieć, które konkretnie wątki i skąd pozbierałam – po prostu za długo siedziałam w literaturze magicznej. Chciałam mieć postać niejednoznaczną, którą będę mogła zmieniać w zależności od kontekstu.

AW: Wybór szkaradnej staruchy wydaje się ryzykowny, bo obecnie w modzie są śliczne, przebojowe nastolatki, ewentualnie dwudziestokilkulatki, obdarzone magicznymi umiejętnościami. Brzydota kiepsko się sprzedaje, a fascynująca osobowość często nie nadrabia tego braku. Poza tym brzydka i stara czarownica nie zostanie obiektem westchnień i romantycznych uniesień mrocznego kochanka – nie ma szans na przeżycie wielkiej miłości, która jest głównym motywem w powieściach z popularnego gatunku paranormal romance. Czy stworzyłaś swoją bohaterkę trochę na przekór obowiązującym trendom?

AB: Stworzyłam ją w 1997 r., kiedy chyba o paranormalnych romansach niewiele jeszcze słyszano. Zwierzę Ci się: nie byłam śliczną, przebojową nastolatką, magicznych umiejętności żadnych nie posiadam, więc ciężko mi się w te mody wczuwać, ani są dla mnie interesujące, ani atrakcyjne. Chociaż zapewne rzeczywistość mnie dogoni, bo mój młodszy syn budzi mocne emocje wśród dziewczynek ze swojej grupy w przedszkolu, a starszy w wieku lat sześciu też poczynił pewne plany matrymonialne. Statystycznie jest więc niebagatelne niebezpieczeństwo, że kiedyś się z fenomenem Hello Kitty i brokatowym lakierem zetknę, chociaż mierżą mnie te różowości straszliwie i sama w wieku nastoletnim nosiłam raczej rozpadające się spodnie z Anarchią na tyłku.

Ale masz rację, brzydota kiepsko się sprzedaje. Zwłaszcza brzydota starej kobiety, bo o ile stary mężczyzna od wieków budził ambiwalentne skojarzenia (w zależności od potrzeb mógł był symbolem mądrości lub chuci, chociaż straszliwie tu upraszczam dość skomplikowaną grę różnych wątków), to starucha dobrej opinii nigdy nie miała. Mądra być w ogóle nie mogła, bo, jak głosi cudne przysłowie, długie włosy – rozum krótki. Podstawowej funkcji kobiety, reprodukcyjnej konkretnie, spełniać już nie mogła.

Powinna zatem siedzieć w kruchcie, w bliskości grobu, do którego się niebawem stoczy i pokutować za grzechy swoje oraz świata. A grzechów miała co niemiara, zwłaszcza że po ustaniu menstruacji jej organizm nie może się oczyszczać z nadmiaru trucizny, więc starucha może samym spojrzeniem wykańczać dzieciątka oraz kurczęta, a zwierciadła mętnieją pod jej wzrokiem (to nie ja, to Arystoteles).

W niektórych aspektach stara kobieta staje się bytem na poły demonicznym, jak wiedźma. A teraz wracam do Babuni Jagódki – otóż potrafię rozłożyć stereotyp staruchy na czynniki pierwsze, podobnie jak te, które stoją poza domniemaniem, że tylko piękno i młodość mają prawo do przeżywania wielkich i romantycznych uniesień. Nie narzucają mi jednak rozwiązań literackich. Mogę się nimi, owszem, bawić, ale kiedy wymyślałam Babunię Jagódkę, nie robiłam tego w kontrze do czegokolwiek. Wydawała mi się po prostu bardzo obiecująca fabularnie, również przez swoją dwoistość.

AW: W literaturze fantasy doszło do swoistej reinterpretacji postaci wiedźmy. Dawniej czarownice były szwarccharakterami – przykładowo te z klasycznych bajek Disneya – natomiast taki Harry Potter stał się światowym fenomenem i idolem czytelników w każdym wieku. Podobnie jak w przypadku wampirów, zło wypiękniało i złagodniało, zaczęło fascynować do tego stopnia, że już przestało być prawdziwym złem. Stworzona przez Ciebie wiedźma jest bohaterem chaotycznym. W Babci Jagódce jest więcej dobra czy zła?

AB: Mechanizm oparty na prostym odwróceniu wzoru nie jest wcale domeną współczesnej fantasy, w której pojawiają się i postacie dobre, i złe wiedźmy. W złotych czasach wiedźm – w średniowieczu (kiedy nie płonęły stosy czarownic, wbrew temu, w co się często wierzy) i renesansie – tym odwróconym, dobrym odpowiednikiem wiedźmy była święta. Posiadała wiele cech, będących niekiedy wręcz lustrzanym odbiciem cech wiedźmy – miała dostęp do nadnaturalnych mocy (tyle że ich źródłem był Bóg, nie Szatan), dokonywała swoistego paktu ze swoim panem (mistyczne zaślubiny z Chrystusem), nosiła ich znak (strój zakonny, obrączka), potrafiła cudownie przemieszczać się w powietrzu (sporo świętych lewituje) – pewien naukowiec zrobił katalog tych cech, które łączą te dwa wizerunki, świętej i czarownicy.

We Włoszech w średniowieczu żyła sobie święta, którą nazywano czarownicą Boga. Fenomeny zbiorowej wyobraźni są niesamowite, prawda? Babunia Jagódka nie wpisuje się w te zabawy intelektualistów, bliżej jej do tradycji ludowej. W tradycji ludowej ten, kto ma moc uzdrawiania, ma również moc czynienia zła, zabijania za pomocą czarów. W kurnych chatach nie deliberowano nad liczbą czartów, które zmieszczą się na czubku igły, liczyły się zaduszone kurczaki (od spojrzenia staruchy) oraz krowy, które nie dają mleka.

Etyka też była jakby mniej oczywista, bo jeśli za przyczyną wiedźmy skwaśniało piwo w konkurencyjnej karczmie, był to czyn ze wszech miary godziwy i zbożny, ale jeśli to nasze piwo kwaśniało, to już na pewno diabelskie podszepty. Z Babunią Jagódką jest podobnie, tyle że w przeciwieństwie do wioskowych wiedźm ma zbyt dużo prawdziwej mocy, żeby dało się z nią rozprawić na gustownym stosie. Wieśniacy się jej boją i nie rozumieją, czym się kieruje.

AW: Chociaż Babcia Jagódka jest bardzo "bajkowa" i mieszka w świecie fantastycznym, to czy można o niej powiedzieć, że ma cechy nowoczesnej kobiety? Czy według Ciebie istnieje, a jeśli tak, to jaka jest współczesna słowiańska czarownica?

AB: Oj, nie podejmuję się odpowiadać, mam tylko mętne wrażenie, że słowa nowoczesna i czarownica cokolwiek się wykluczają. Natomiast Babunia Jagódka zdecydowanie posiada cechy współczesne, niemożliwe w prawdziwym, agrarnym i zhierarchizowanym społeczeństwie. Ona się porusza całkowicie w poprzek ról społecznych, przy czym nie chodzi o to, że potrafi przybierać role męskie, chodzi o to, że ona nie jest charakteryzowana głównie przez gender, płeć społeczną.

To współczesna sprawa, dawniej – i teraz w znacznym stopniu również – kobiety konstruowały swoją tożsamość głównie wokół płci. Współczesna jest również samodzielność, odrębność i refleksja nad konsekwencjami własnych wyborów. A poza tym jeszcze to, że jej się udaje wygrywać.

AW: To oczywiste, że czarownica para się magią. Babcia Jagódka często rzuca drobne, ale efektowne zaklęcia i małe klątwy, ale poważniejsze problemy rozwiązuje bez wspomagania się czarami. Czy zgodzisz się z twierdzeniem, że bycie czarownicą to stan umysłu a nie rzeczywistych zdolności, które najczęściej są niczym więcej jak sztuczkami?

AB: Ależ zielonego pojęcia nie mam. Mogę mniej więcej powiedzieć, w co wierzyli ludzie, którzy prześladowali czarownice i w co one wierzyły. Mogę opowiedzieć, jakie praktyki magiczne zalecano gwoli zwalczenia czyraków i dla osiągnięcia szczęścia w miłości. Ale doprawdy nie zgadnę, czy to działało i jaki wpływ miała na to autosugestia – to tak, jakbyś mnie zapytała, czy mogę na podstawie ofiar wotywnych ocenić, jaki procent chorych (tu definicja choroby, bo to się zmienia w czasie) pątników przybywających do Composteli naprawdę został uzdrowiony przez św. Jakuba. Nie da się, tu się kończy nauka, zaczynają kwestie wiary.

Jasne, mogłabym powiedzieć, że aby odnieść sukces czarownica powinna była stosować rozmaite psychologiczne sztuczki i lepiej od innych rozpoznawać sytuacje oraz potrzeby swoich klientów. Pewnie niektóre z nich tak robiły. Sęk w tym, że wiele babin trafiło na stos nie dlatego, że prowadziły – że tak to współcześnie nazwę – praktykę magiczną, tylko dlatego, że trudniły się lichwą (w niektórych rejonach tradycyjne zajęcie samotnych kobiet), a tu nieurodzajne lato nastało i kilku chłopów nie miało z czego oddać, a ponieważ nie znali kanonu dziewiętnastowiecznej powieści, nie rozwiązali problemu siekierą, tylko na stosie.

A o współczesności to w ogóle nie podejmuję się wypowiadać, jestem obrzydliwie racjonalna i w życiu u wróżki nie byłam, nawet w znaki zodiaku i horoskopy nie wierzę. Babunia Jagódka natomiast jest w Wilżyńskiej Dolinie postacią dominującą. Ona określa kształt wioski i okalającego ją świata. Rozumie więcej niż większość wieśniaków, zdobywa się na refleksje dla nich niedostępne. Jest dobrą obserwatorką. Ale przecież też popełnia paskudne błędy, na przykład wtedy, kiedy obrzuca klątwą kasztelankę. Klątwa ostatecznie nie obraca się przeciwko niej, ale przeciwko jej dziecku. Czasami wyczucie psychologiczne i dobre intencje to za mało.

AW: Wiedźma żyje w wiosce na odludziu, stroni od wielkiego świata, a kiedy już zdarza się zmasowany atak cywilizacji usiłuje jak najszybciej przywrócić poprzedni, spokojny stan rzeczy. Z jednej strony taka wioskowa sceneria, stylizowana na wyidealizowane średniowiecze, jest naturalnym środowiskiem dla utworów fantasy. Równocześnie brzmi to jak zawoalowana krytyka coraz szybszego trybu życia i wyraz tęsknoty za sielskim, nudnym życiem gdzieś daleko od zgiełku wielkiego miasta i wszelkich atrakcji, jakie ono oferuje.

AB: Ale przecież ta moja wioska jest strasznie paskudna, w tej konwencji nie da się jej opisać bardziej przyjaźnie! Owszem, wiedźma ma marzenie o sielskim życiu, ale na marzeniu się kończy, bo świat boleśnie do sielskiego ideału nie dorasta. Mam wrażenie, że raczej drwię z arkadyjskich obrazków, na których wyfiokowane Laury pasają puchate, bieluśkie owieczki, a Filoni w białych pończochach przygrywają im na flecie (już w tym momencie włącza mi się paskudna, prześmiewcza wyobraźnia).

Z racji wykształcenia nijak też nie potrafię idealizować przeszłości, nawet nie muszę sobie przypominać, że co trzecia kobieta umiera w połogu, i nie opuszczę cię aż do śmierci trwa statystyczne siedem lat, a zapalenie otrzewnej jest bodaj paskudniejsze od procesu inkwizycyjnego. Okrutnie mnie te mieszczańskie tęsknoty do starych, dobrych czasów śmieszą. Owszem, płacimy za cywilizację, ale ja jestem paskudny zdechlak, w czasach magii i miecza nie dożyłabym chrztu. Jakoś się więc pogodzę z chemią w żywności i alergiami, przynajmniej żyję wystarczająco długo, żeby na nie narzekać.

AW: Chociaż słowo feminizm nie tylko źle się kojarzy, ale wydaje się nie mieć wiele wspólnego z literaturą fantasy, to Erica Jong napisała bardzo feministyczne w swojej wymowie Czarownice. W opowiadaniach poza Babcią Jagódką pojawiają się również inne bohaterki, które usiłują uciec od pozycji podporządkowanej mężczyźnie, na przykład rezolutna kasztelanka, która bierze swój los w swoje ręce. Panna finguje porwanie przez smoka, żeby pozwolić się "uratować" odpowiedniemu kandydatowi na męża, który pozwoli sobą odpowiednio pokierować. Czy można je nazwać specyficznymi feministkami, które swoje cele osiągają niebezpośrednio – podstępem, bez naruszania funkcjonujących zasad? W dodatku byłyby feministkami na swój wyłączny użytek, bo nie zmieniają przecież sytuacji innych kobiet. Czy tak wygląda nasz polski feminizm – jednostkowy, podstępny i nie wojujący otwarcie?

AB: A mnie się słowo feminizm źle nie kojarzy, że tak na marginesie zaznaczę swoje votum separatum, ale nie ma chyba sensu wdawać się tutaj w dywagacje o Ursuli Le Guin czy Marion Zimmer Bradley i feminizmu trzeciej fali. Masz natomiast rację, że tworzę postaci silnych kobiet, które starają się wpływać na rzeczywistość. Nazywanie ich feministkami jest o tyle błędem, że nie nazwałabym tak Elżbiety I, władczyni Anglii, chociaż też dobierała wszelkie dostępne sposoby, żeby wzmocnić swoją pozycję. Te sposoby się oczywiście zmieniają.

Zupełnie inne strategie wybierała moja prababka, która sama została z maleńkim dzieckiem w początkach I wojny światowej, bo pradziadek przystał do Piłsudskiego i dał się szybciutko zabić; inne moja babka, która przeprowadziła rodzinę, w tym też maleńkie dziecko, przez okupację i wołyńskie rzezie, a potem uroki repatriacji (dziadek, szczęśliwie uciekłszy krasnoarmiejcom, zgodnie z tradycją udał się do lasu, a nadmienię, że nie był z profesji gajowym); inne moja matka, kiedy swobodnie robiła karierę zawodową; jeszcze inne ja. Polkom jest tutaj stosunkowo łatwiej, ponieważ od wielu pokoleń żyją w kulturze pogranicza, gdzie kobiety musiały przejmować męskie role i nie dało się ograniczyć sfery ich działania do KKK (Kinder, Küche, Kirche, z niem. dzieci, kuchnia, kościół – przyp. red.).

Otwarte kontestowanie stereotypów społecznych wydaje mi się dość współczesnym wynalazkiem. Wcześniej kobiety raczej starały się przeforsować swoje racje w obrębie funkcjonujących zasad, niektóre zresztą bardzo błyskotliwie. Czasami, szczególnie w okresach zamętu, nieco je poszerzały, ale to już bywało ryzykowne (na przykład w okresie wczesnej reformacji kobiety zaczynały wygłaszać kazania, wchodząc w sferę dotąd dla nich zamkniętą, ale ten epizod szybko został zamknięty, kaznodziejki spacyfikowano; podobnie rzecz się miała z beginkami, świątobliwymi kobietami, które nie składając ślubów zakonnych, żyły w kobiecych enklawach – ich beginaże czasami rozpędzano, same musiały się tłumaczyć z oskarżeń o czary).

Historia Joanny d’Arc jest dobrze znana i ona pokazuje, że przekraczanie ról społecznych mogło w pewnym momencie zostać wykorzystane przeciwko kobiecie (mężczyźnie też), jeśli akurat taka nastała potrzeba chwili. Bo Joanna nie spłonęła na stosie dlatego, że chodziła w męskich gatkach, to był pretekst, żeby zrealizować interesy zupełnie inne niż poprawa stanu moralności w narodzie, choć oczywiście i ta motywacja się przewijała. W tamtych czasach częstą strategią kobiety wychodzącej poza odwieczną rolę żony i matki było powoływanie się na wyjątkowość swojej sytuacji. Innymi słowy, Elżbieta I nie wygłosiła do narodu orędzia: "Dobra, dziewczyny, ja dziedziczę po tatusiu, wy dziedziczycie po tatusiach, te z nieprawego łoża też!", tylko stworzyła całą skomplikowaną konstrukcję Królowej Dziewicy, Gloriany, zaślubionej Anglii.

Bo właśnie o to chodziło, żeby nie burzyć porządku społecznego, tylko wykorzystać pewne istniejące w jego obrębie wątki dla swojej korzyści. Jeśli chodzi o podstępność kobiet, to osobiście jej nie zauważyłam, ale skłonność do intryg, obmowy i skrytobójstwa przypisywano im już w antyku. Mężczyzna rozstrzygał spory mieczem, kobieta – trucizną, magią oraz podstępnie szczując mężczyzn na siebie. No, ale nie ma w tym chyba nic straszliwie szokującego, prawda? Ktoś, kto nie ma otwartego dostępu do władzy, stosuje takie metody, jakie ma na podorędziu.

Czy teraz się to zmieniło? Nie jestem całkowicie przekonana – struktury mentalne trwają bardzo długo, mimo że świat, choćby na poziomie technologicznym, zmienia się coraz szybciej. Mam dzieci w stosownym wieku, więc obserwuję teraz bardzo intensywnie literaturę dziecięcą i podręczniki wczesnego nauczania. Dla specjalisty od ról społecznych jest to arcyciekawy materiał, bo potykam się nieustannie o siwowłose, robiące na drutach babcie w koczku i matki żywcem z Żon ze Stepford.

Ostatnio w loteryjce nasza dziatwa dostała opis pralki ("Twoja mama wkłada do niej pranie"), żelazka ("Twoja mama prasuje nim ubranie") i miotły (tu podobny wywód). To są wzorce, które wpajamy naszym dzieciom, programując je, żeby w dorosłym życiu przypisywały role aktywne mężczyznom, pasywne kobietom. I nie chodzi o to, że zamierzam wartościować, że ten czy inny model jest lepszy, ale też nie będę tutaj odgrywała pantomimy zaskoczenia, że, och, paskudne z tych kobiet manipulantki.

Uczymy dziewczynki, że otwarty konflikt jest zły, więc są agresywne w inny sposób, na przykład poprzez agresję werbalną, choć akurat sposoby wyrażania agresji przez dziewczęta zmieniają się bardzo szybko. Ale tutaj wchodzimy w bardzo obszerną dyskusję o społecznym konstruowaniu płci. Złożoność współczesnego feminizmu i spory wśród feministek mnie nie dziwią, sądzę, że to zdrowy objaw. Kobiety są różne, różne mają interesy, i trudno, by się utożsamiały wyłącznie z tego powodu, że są szczęśliwymi posiadaczkami jajników.

Podczas niedawnej dyskusji o wieku emerytalnym zupełnie inne interesy miała kochająca swoją pracę, pełna intelektualnej werwy, samotna profesor z uniwersytetu, inne zmęczona fizyczną pracą robotnica, która chciała się zająć wnuczętami. To naprawdę nic dziwnego i dziwiły mnie wówczas te głosy: ojej, biada, biada, baby się nie potrafią dogadać. Tożsamość jest skomplikowaną sprawą, płeć stanowi tylko jej część.

AW: W świecie rządzonym przez mężczyzn to Babcia Jagódka wzbudza największy respekt, jeśli nie strach. O radę i pomoc zwracają się do niej zarówno możni tego świata, jak i pospólstwo, nagradza ona i karze, ale nie zawsze jest sprawiedliwa i bezstronna, a już z całą pewnością nie jest wszechwiedząca. Co ważniejsze, jej postać pozostaje poza wszelką kontrolą jakiegokolwiek władcy, najczęściej trzyma się na uboczu, aż do momentu, kiedy jej interwencja jest absolutnie niezbędna i przywraca porządek w świecie. Dlaczego to kobieta-czarownica jest arbitrem?

AB: Bo tak napisałam. Zapewne mogłabym wyobrazić sobie jakąś inną postać w tej roli, chociażby świątobliwego pustelnika – a dzieje świętych mężów są pełne czynów bezkompromisowych i mocno kontrowersyjnych, więc fabularnie byłoby to bardzo ciekawe – ale wymyśliłam akurat wiedźmę. A pełni funkcję arbitra niejako mimochodem i wbrew woli, ponieważ pozostałe autorytety boleśnie się skompromitowały. Władza świecka wsiadła na konika, na karego, hej! – i popędziła na wojnę szukać bitewnej chwały, co się będzie zajmowała projektem melioracji pól i plagą chrabąszczy.

Władza duchowna najchętniej przesiedziałaby wszelki zamęt z gospodynią Rozalką pod pierzyną, skasowawszy zawczasu wszelkie zwyczajowe wziątki. A wieśniacy, jak to wieśniacy, mają dwa tysiące usprawiedliwień, żeby nie wziąć spraw w swoje ręce. Brzmi znajomo, prawda? A na dodatek nie w każdej dolinie mieszka wiedźma.

AW: W swojej książce Clarissa Pinkola-Estez interpretuje bajkę Mądra Wasylissa. Pojawia się w niej klasyczna postać wiedźmy, która jednak nie jest przedstawiona jako antagonistka głównej bohaterki. Według Pinkoli-Estez wiedźma pełni rolę szamanki, która poddaje bohaterkę wielu próbom, sprawdza, czy jest ona wystarczająco dojrzała i zasługuje na pomoc. Czy na wiedźmę z Wilżyńskiej Doliny też można spojrzeć jak na szamankę? Wydaje mi się to trafnym spostrzeżeniem, ponieważ w drugim tomie opowiadań często nie jest ona centralną postacią, ale tą osobą, która w miarę możliwości kieruje losy bohaterów poszczególnych historii na właściwe tory.

AB: Ależ mnie naukowo maltretujesz! No dobrze, więc przyznam się po cichutku, że w związek szamanizmu z czarownictwem w naszej części Europy niespecjalnie wierzę: w moich źródłach żadnego szamaństwa nie było. W świecie Wilżyńskiej Doliny istnieją zaświaty, ale wiedźma się do nich nie wyprawia, nawet symbolicznie. Nie ma dostępu do świata duchów, bo duchy się nie pojawiają. Nie wchodzi w trans. I nie jestem pewna, czy odpędza petentów dlatego, że postanowiła poddać ich próbom, czy dlatego, że zwyczajnie chce mieć święty spokój.

Owszem, wiele baśni jest budowanych na schemacie inicjacyjnym: poprzez wiele prób bohater musi dowieść swojej wartości, dorosnąć, zaakceptować role społeczne. Tymczasem u mnie właściwie tych wątków inicjacyjnych w ogóle nie ma, chociaż czasami wiedźma pomaga ludziom odkryć prawdę o samych sobie. W każdym razie w ogóle nic o szamanizmie nie myślałam, ale pewnie i tak można Babunię Jagódkę odczytywać. Nad interpretacjami autor wszak nie może panować.

AW: Babcia Jagódka notorycznie zmienia swoich kochanków w kozły. Ten motyw nawiązuje do mitu o Kirke, jak również do średniowiecznych przesądów o nadzwyczajnej rozwiązłości czarownic. Z drugiej strony czy można taką postawę wytłumaczyć bardziej współcześnie: jest tak zwaną kobietą wyzwoloną i zdarza jej się traktować mężczyzn przedmiotowo?

AB: Tak, Babunia Jagódka traktuje mężczyzn użytkowo. Nie są dla niej partnerami, podobnie zresztą jak pozostali mieszkańcy wilżyńskiej wioski. Jedyny mężczyzna, na którym dłużej zatrzymała wzrok, zbójca, czmychnął od niej, kiedy zorientował się, że spętała go czarem i nie może on opuścić Doliny. Przymus – czy jest nim zaklęcie, czy też kredyt – wydaje mi się kiepskim fundamentem związku.

I jeszcze jedna sprawa. Wiedźma nie jest nadzwyczajnie rozwiązła. Owszem, przez jej obejście przewija się kilku parobków, ale w tradycyjnych społecznościach wiejskich takie zachowania się zdarzały i wśród niezamężnej młodzieży były akceptowane (oczywiście jeśli panna nie zaszła w ciążę, bo wszystko można, co nie można, byle cicho i z ostrożna). Babunia Jagódka nie robi nic, czego nie zaznałaby za młodu większość nabożnych wilżyńskich gospodarzy, nie wyłączając plebana, który wszak żyje niespecjalnie skrycie z plebanichą. Problem stanowi raczej to, że wiedźma celebruje swoje miłostki całkiem otwarcie.

Ona nie należy do tej społeczności, nie chce i nie próbuje się w nią włączać. Jest samowystarczalna, całkowicie wolna i potwornie samotna, bo nic nigdy nie jest za darmo. Niemniej nie wydaje mi się, żeby miarą jej współczesności była liczba kochanków. Jest współczesna, bo ma świadomość, że gramy znaczonymi kartami. Podlegamy stereotypom. Dokonujemy wyborów i płacimy za nie, czasami bardzo wiele. Hamuje nas biologia, własne ograniczenia, ambicje i słabości. Bez względu na to, jak wielką mamy władzę (a wiedźma moc), nie panujemy nad światem. Świat nas nie kocha, nie jest troskliwym ojcem, który pochyli się nad zranionym kolanem.

I to doświadczenie samotności wydaje mi się najbardziej współczesną rzeczą w Wilżyńskiej Dolinie. Człowiek w dawnych czasach nie był sam.

A na koniec: ogromnie jestem ciekawa, czy ktoś zgadnie, kim była ta druga księżniczka, ta otruta.



Czytaj również

Księga wojny #3
Jakub Nowak - Ciężki metal
Księga wojny
Anna Brzezińska – Jeden dzień (fragment)
Opowieści z Wilżyńskiej Doliny - Anna Brzezińska
Z czarami nie ma żartów
- recenzja

Komentarze


Scobin
   
Ocena:
+3
Nie ma to jak Anna Brzezińska mówiąca o literaturze i historii w tym samym miejscu. :-)
14-02-2011 00:19
Szept
   
Ocena:
+1
Walnęliście to czarno-białe zdjęcie, jeszcze ta sukienka/szal(?) wyglądające jak krepa, że w pierwszym momencie się przestraszyłem co się stało :)
14-02-2011 09:13
Sigrid
   
Ocena:
+5
Nie, na razie żyję, ale właśnie dotarliśmy w góry, wilki wyją, dzieci ciągną na narty, a tutejszy zajzajer jest mocny, więc teraz się będę bała, czy to nie profetycznie :)
PS. To bluzka konkretnie.
14-02-2011 20:47
~nimsarn

Użytkownik niezarejestrowany
    Próba odpowiedzi...
Ocena:
0
... na zadanie na końcu pytanie.
Motyw otrucia dla bogactw kojarzy się z Boną, swoją drogą tekst z Barbarą R. jest świetny.
16-02-2011 22:43
anna.tess
    Mody
Ocena:
0
"Moda na wampiry powoli się kończy, obecnie na topie są anioły."

Ja to odbieram inaczej, modę na anioły zauważałam raczej za czasów "Siewcy wiatru" i "Kłamcy", wampiry przyszły potem... ;) I jak ostatnio rozmawiałam z paniami pracującymi w bibliotece dziecięcej o gustach młodych czytelników wyszło, że krwiopijcy mają się świetnie. Po książkę o aniołach młodzież sięgnie, jeśli się ją przedstawi jako "podobną do tych o wampirach" ;)
21-02-2011 20:07
~namomęcik

Użytkownik niezarejestrowany
    uwaga
Ocena:
0
Władza świecka wsiadła na konika, na karego, hej! – i popędziła na wojnę szukać bitewnej chwały, co się będzie zajmowała projektem melioracji pól i plagą chrabąszczy.

Władza duchowna najchętniej przesiedziałaby wszelki zamęt z gospodynią Rozalką pod pierzyną, skasowawszy zawczasu wszelkie zwyczajowe wziątki. A wieśniacy, jak to wieśniacy, mają dwa tysiące usprawiedliwień, żeby nie wziąć spraw w swoje ręce. Brzmi znajomo, prawda?"

no właśnie nieznajomo: żaden z przykładów się w gruncie rzeczy nie sprawdza, chyba że w jakimś wybitnie partykularnym aspekcie. Ale wówczas niczego nie potwierdza.
24-02-2011 02:47

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.