» Artykuły » Inne artykuły » Wszystkie książki Abercrombiego (część druga)

Wszystkie książki Abercrombiego (część druga)


wersja do druku

Kim są? Za co ich cenimy?

Autor: Redakcja: Piotr 'Clod' Hęćka, Matylda 'Melanto' Zatorska, Staszek 'Scobin' Krawczyk

Wszystkie książki Abercrombiego (część druga)
Kontynuujemy rozmowę o książkach Joego Abercrombiego (część pierwsza – tutaj). Tym razem wymieniamy spostrzeżenia o przemianach postaci oraz o naszych ulubionych bohaterach.

Uwaga: rozmowa zawiera spoilery. Jeśli nie znacie jeszcze wszystkich powieści Abercrombiego, czytacie na własne ryzyko!

Piotr: Tomku, pozwolisz, że sprostuję nieco Twoją wypowiedź dotyczącą jednego z motywów, które tak ukochał sobie Brytyjczyk. Proponuję mówić nie o wszelkiej ewolucji postaci, tylko o motywie "przemiany w lepszego człowieka" oraz tym, czy taka przemiana może okazać się permanentna. Dlaczego? Na kartach wszystkich sześciu powieści otrzymujemy kilka przykładów takich przemian, lecz w większości nie są one trwałe (wspomnę tylko Coscę z Zemsta..., który toczył nierówny bój z butelką, oraz Dreszcza, chcącego porzucić krwawą robotę i znaleźć sobie miejsce na świecie – jak obaj kończą, nietrudno się domyślić). Tym samym Abercrombie wydaje się mówić, że trudno wyplenić stare nawyki, odrzucić prawdziwą naturę i wcielić w życie pobożne życzenie o "staniu się lepszym człowiekiem". Bo czy którejś z postaci tak naprawdę się to udaje? Stanie się lepszą osobą?

Matyldo, mogłabyś, z kobiecego punktu widzenia, wyjaśnić, co też z postaciami kobiecymi u Abercrombiego nie gra? Mam swoje zastrzeżenia, ale zapewne będą się różniły od Twoich. Jako główny zarzut wymieniłbym bowiem "męski" styl bycia bohaterek. Nie mam nic przeciwko twardym kobietom, które wiedzą, czego chcą i potrafią dążyć do swoich celów oraz radzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach, ale zarówno Ferro, Monza jak i (choć w nieco mniejszym stopniu) Płoszka to, za przeproszeniem, mężczyźni z piersiami. Dużo bardziej przypadła mi do gustu Ardee West ze swoim problemem alkoholowym i bezpretensjonalnym sposobem bycia lub Finree dan Brock, która znacznie bardziej nadawała się do prowadzenia politycznych gierek niż jej mąż.

Matylda: Nie wiem, na ile to kobiecy punkt widzenia, a na ile niechęć do sztampy w obrębie twórczości jednego autora. Zgadzam się z Tobą, Piotrze, że wymienione trzy damy mają w sobie sporo cech męskich, jednak podobnie jest też z kobietami u Kresa, a tam w ogóle mi to nie przeszkadza, tu natomiast nuży. Poza tym przy tylu złych chłopcach, ilu mamy u Abercrombiego, kiepsko wypadają "mężczyźni z piersiami", czym bowiem się od nich różnią? Niczym, a do tego ich losy są mniej, przynajmniej dla mnie, interesujące. Gdyby pisarz bardziej skontrastował te postaci lub przynajmniej dał im jakąś cechę niepowtarzalną, byłoby lepiej.

Motywy Ferro i Monzy są podobne – zemsta, w obu przypadkach uzasadniona, ale właśnie... Jeśli zemsta wypełnia grube tomiszcze (lub trzy tomiszcza, jak w przypadku Ferro), to w pewnym momencie się przeje, zwłaszcza że jest naczelną treścią. Tak po prostu. W dodatku, o ile Ferro jest bohaterką eksponowaną, ale nie główną, o tyle Monza to postać pierwszoplanowa. I co? Otóż to, że bardziej zaciekawiły mnie postaci poboczne, a nie tak chyba miało być? Dopiero w momencie, w którym kobieta zastanawia się nad celowością swoich działań i nad tym, czy w ogóle chce jeszcze dalej ciągnąć całą swoją "krucjatę", zaczyna nabierać głębi. Ciekawa jestem, jak bohaterka odnajdzie się w nowej dla siebie rzeczywistości. Płoszka natomiast z wymienionej trójki jest najciekawsza – w jej życiu jest coś więcej niż zemsta, a do tego kobieta przechodzi przemianę taką właśnie jak męscy bohaterowie. Celem jej poszukiwań nie jest tylko zemsta, ale też ludzie, którzy są jej bliscy. I chyba tylko ona jedna może być usatysfakcjonowana z tego, co przyniosła jej podróż, jaką musiała odbyć.

Mnie również podobała się Ardee. To bohaterka złożona, a w dodatku prezentująca ciekawą kwestię tego, jak trudno jest odnaleźć się w nowym świecie osobom znikąd, z awansu. A intrygantki – Finree, ale też Carlot dan Eider (to dopiero była wytrwała niewiasta)? Moim zdaniem przynajmniej jedna z nich powinna otrzymać pierwszoplanową rolę.

Odniosę się jeszcze do motywu przemiany: nie wydaje mi się, żeby którykolwiek z bohaterów stał się lepszą osobą, natomiast dostają oni szanse, by stać się kimś innym i poznać życie od innej strony. Natomiast to, czy mogą w pełni z tej szansy skorzystać, nie do końca zależy od nich ze względu na pewnego rodzaju determinizm panujący w świecie wykreowanym przez pisarza. Tu przeszłość zawsze, w taki czy inny sposób, upomni się o swoje. Jedyny – moim zdaniem – przykład trwałej przemiany stanowi Glokta. Czy to przemiana w dobrą stronę, to rzecz co najmniej dyskusyjna, ale faktem jest, że to człowiek, który uczynił swoją największą siłę z tego, co go spotkało, i wykorzystał przeszłość, by móc znosić tak teraźniejszość, jak i przyszłość.

Tomasz: Nie zgodzę się z tym, że bohaterowie nie zmieniają się na lepsze, mogę wymienić przynajmniej kilka wyjątków. Choćby Jezal, którego moim zdaniem zbyt wielu czytelników skreśla z powodu jego podporządkowania się Bayazowi. Bądźmy szczerzy – jaki miał wybór, umrzeć w męczarniach, nie osiągając przy tym nic wartościowego? Być może jest durniem, być może czasem zdarza mu się okazać tchórzostwo, ale bez wątpienia okazywał też bohaterstwo (szarża na Gurkhulczyków podczas bitwy o Aduę), a podczas trylogii stał się lepszym człowiekiem. Porównajmy jedną z pierwszych scen Samego ostrza, gdzie bezlitośnie ogrywa znajomego z całej jego gotówki, nie przejmując się zupełnie, co to może dla niego znaczyć, i jedną z ostatnich z Argumentu..., gdzie osobiście pomaga wydobywać ciała spod budynków zawalonych podczas bitwy. Jesteście w stanie z czystym sumieniem stwierdzić, że nie dokonała się w nim zmiana na lepsze?

Podobnie stało się z Monzą, co widzimy w scenach, gdy jest gotowa darować życie młodszemu synowi Orso (niweczy to niestety złośliwość Dreszcza) oraz gdy uwalnia z lochów samego Dreszcza, choć ten niedawno próbował ją zamordować. Inny przykład – Temple, notoryczny tchórz, który, koniec końców, ryzykuje życie dla Płoszki. Oczywiście, znacznie częściej opisywane są przypadki, gdy bohater próbuje się zmienić, ale powraca do tego, kim jest (Ferro, Logen, Cosca!), albo wręcz zmienia się na gorsze (Dreszcz, Gorst). Moim zdaniem jednak to tylko pokazuje, że Abercrombie nie narzuca nam prostych odpowiedzi na pytanie, czy człowiek zawsze może zmienić swoją naturę.

A skoro już rozmawiamy o postaciach z cyklu – które z nich zdobyły Wasze największe uznanie?

Staszek: Zdecydowanie Glokta. Po pierwsze, inkwizytor jest postacią charakterystyczną, dzięki której trzeszczą ramy konwencji. Nawet jeśli to nie pierwszy taki przypadek w fantasy (nie znam historii gatunku na tyle, aby pokusić się o tak śmiałe stwierdzenie), to na pewno jeden z nielicznych. Nie chodzi mi tylko o to, że Glokta jest właściwie antybohaterem – rzecz raczej w tym, jak głębokie i jak szczegółowo opisane jest jego antybohaterstwo. Brutalne przesłuchania prowadzone osobiście przez inkwizytora, jego czarne myśli o sobie samym oraz niechęć do niemal wszystkich innych ludzi (z wyjątkiem Ardee i Westa, a w pewnym stopniu także Severarda i Frosta), bolesne skutki dwuletnich gurkijskich tortur – wszystko to poznajemy z zaskakującymi detalami.

Po drugie, rozdziały poświęcone Glokcie wyróżniają się wśród reszty pod względem stylistycznym. Tę wyrazistą narrację dobrze się czyta, nawet jeśli sarkazm byłego pułkownika nie jest specjalnie subtelny (zresztą u tak zgorzkniałego bohatera trudno tego oczekiwać).

Swoją drogą ramy konwencji trzeszczą, ale nie pękają. Ludzie torturowani przez Gloktę to postacie trzeciego i czwartego planu, ich los jest nam obojętny – byłoby zupełnie inaczej, gdyby inkwizytor miał w którymś momencie złamać Logena. To dość podobnie jak w Pieśni lodu i ognia, gdzie spotykamy się z historiami o gwałtach, żadna z nich jednak nie zmusza nas do przyjęcia punktu widzenia kobiety, która musi radzić sobie z taką traumą (Martinowi zarzucano zresztą, że motyw gwałtu wprowadza bezrefleksyjnie, ale to odrębna kwestia).

Ciekawe wydaje mi się też to, że sardoniczne przemyślenia inkwizytora bardzo dobrze wpisują się w ogólny ton trylogii (a pewnie też następnych książek). Chyba to właśnie Sand dan Glokta jest bohaterem, który w największym stopniu ucieleśnia światopogląd tej prozy. A zatem z jednej strony postać złamanego pułkownika odbiega od konwencji fantasy, z drugiej zaś – definiuje konwencję prozy samego Abercrombiego.

Piotr: Po części zgadzam się z Tobą, Staszku, jeśli chodzi o postać kulejącego inkwizytora. Z pewnością wyróżnia się na tle reszty, gdyż nie wojuje brutalną siłą i zimnym żelazem – do osiągania swych celów używa raczej sprytu i inteligencji, więc wyłamuje się z typowego dla fantasy archetypu wojownika (choć wiemy, że w powieściowej przeszłości wyglądało to zgoła inaczej). Trudniej mi jednak zgodzić się z tą "wyrazistą narracją". O ile rozdziały Glokty rzeczywiście mocno wyróżniają się na tle reszty chociażby dlatego, że jest on jedynym bohaterem, który w tak bezpośredni sposób komentuje dane wydarzenia (Abercrombie udziela mu głosu, wyróżniając wypowiedzi inkwizytora poprzez cudzysłów), to towarzysząca mu otoczka bólu i upodlenia bywa bardzo męcząca. Zbyt częste i zbyt szczegółowe podkreślanie pewnych spraw działa stanowczo na niekorzyść rozdziałów ukazanych z perspektywy Glokty. A i nurtuje mnie jedno pytanie: czytałeś trylogię zarówno po polsku, jak i w oryginale, czy tylko w jednym języku? Pytam, gdyż obawiam się, że polski czytelnik do tej pory nie miał okazji, by lepiej zapoznać się z ową "wyrazistą narracją", szczególnie jeśli chodzi o tomy pierwszy i drugi, gdyż tłumaczenia Samego ostrza i Nim zawisną… pozostawiają sporo do życzenia…

Staszek: Pierwszą część czytałem po polsku, drugą i trzecią już po angielsku. Nie dałbym rady teraz szczegółowo porównać tych tomów, za dużo czasu minęło; pamiętam jednak, że lepsze wrażenie zrobił na mnie styl tych, które czytałem w oryginale. A co do uporczywości rozdziałów Glokty, to przeszkadzałaby mi pewnie, gdybym miał je czytać ciągiem. Na tle reszty tekstu – znacznie słabiej przefiltrowanej przez psychikę postaci, z których perspektywy prowadzona jest narracja – były dla mnie cennym urozmaiceniem.

Matylda: Gloktę też doceniam, ale w jednym autor zawiódł. Stworzył bardzo oryginalną, kompletną postać, zilustrował nią nietypowy jak na fantastykę problem. Po czym w tak przewidywalny sposób poprowadził jej karierę. Zdziwiło mnie tylko to, że ów bohater otrzymał finalne stanowisko tak późno i że nie przejrzał szybciej zamiarów tego, kto mu je dał. Gdyby to Glokta i jego perspektywa wypełniali zupełnie osobną książkę, to same jego rozdziały wystarczyłyby na pierwszorzędną lekturę. Żaden inny wykreowany przez Abercrombiego bohater nie sprostałby tej roli. A wszelkie realistyczne wtręty dotyczące fizjologii i bólu tylko dodają wiarygodności, jeszcze silniej kontrastując to, kim obecnie jest dawny wojownik z tym, kim był kiedyś. Podobnie jak jego zestawienie z postacią Jezala.

Piotr: Mam nie lada problem ze wskazaniem ulubionego bohatera, ponieważ Abercrombie posiada niezwykły talent do tworzenia wyrazistych postaci i na myśl przychodzi mi od razu kilku kandydatów. Tak jak Staszek cenię Gloktę i to z tych samych względów, z Pierwszego prawa zaś wymieniłbym jeszcze Jezala i Logena, właśnie w tej kolejności. Losy egocentrycznego paniczyka tak bardzo mnie wciągnęły, że zrobiłem coś, co jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło – od pewnego momentu podczas lektury pomijałem wszystkie inne rozdziały i czytałem tylko te pisane z jego perspektywy. Jezal również do pewnego stopnia wymyka się schematom: jest tchórzliwy, leniwy, narcystyczny, trudny w obejściu, a na dodatek bardzo ambitny. Gdy go poznajemy, nie chce ratować świata, interesuje go tylko ogrywanie niższych stopniem znajomych w karty, picie na umór i poszukiwania panienek, które ogrzeją mu łoże. Mimo że przechodzi pewną przemianę, nie ma ona u podstaw ani głębokich refleksji, ani górnolotnych celów – zmienia się, gdyż ktoś zranił jego ambicję, bo chce zdobyć kobietę lub też dlatego, iż został zmanipulowany. A i nie można mu odmówić dozy tragizmu.

Innym wartym wymienienia bohaterem jest mój ulubiony najemnik w fantasy – Nicomo Cosca. Już kiedy go poznajemy przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy: brudny, trawiony przez najróżniejsze choróbska, przegrywający walkę z butelką, wydawałoby się, że stoi u progu przepaści, że brakuje tylko jednego kroku, by runął w ramiona śmierci. Ale nie, nie tak prędko. Zaprawiony w bojach (nie)sławny najemnik, podobnie jak Glokta, nie wojuje szpadą, która służy mu przede wszystkim jako ozdoba, ale bystrym umysłem, chytrością dorównując przysłowiowemu lisowi i przy okazji dając dowód na to, że alkohol nie stępił ostrza jego dowcipu. Sceny, w których Cosca gra pierwsze skrzypce, należą do moich ulubionych momentów w Zemsta…. Abercrombie nieźle sobie radzi z dialogami, ale fortuna musiała mu być szczególnie przychylna, gdy pisał te z udziałem Coski. Ta postać, jak chyba żadna inna, dobitnie pokazuje, że nie można się zadowolić połowiczną wygraną na drodze do stania się lepszą osobą, gdyż może to doprowadzić do ostatecznej tragedii.

Jednak jeśli zostałbym zmuszony do wskazania mojej ulubionej postaci w dorobku Abercrombiego, byłby nią Dreszcz. Moja fascynacja tym bohaterem zapewne wiąże się z kolejnością, w jakiej zapoznawałem się z poszczególnymi powieściami. Otoż poznałem Dreszcza jako trzecioplanową postać w Nim zawisną… i choć przykuł moją uwagę, nie spodziewałem się, że odegra jakąś większą rolę w przyszłości. Następnie przeczytałem Bohaterów, a tam jest on już zupełnie kimś innym – zimnym, wielkim draniem, i kiedy tylko pojawia się w jakiejś scenie, to czytelnikowi po plecach maszerują dreszcze. Bardzo przypadł mi do gustu sposób, w jaki Abercrombie obszedł się z Dreszczem w Bohaterach, czyniąc z niego tajemniczego, przerażającego wojownika, z którym musieli liczyć się najpotężniejsi na Północy. Potem przyszła kolej na Zemsta… i choć wiedziałem, jak Dreszcz musi skończyć, byłem szalenie ciekaw, jak do tego dojdzie – nie zawiodłem się. Natomiast zakończenie Czerwonej krainy, które w pierwszym momencie sprawiło mi zawód, po pewnym czasie okazało się całkiem znośne, głównie dlatego, iż udowodniło, że jednak można się zmienić. Zmiana ta dotyczyła m.in. właśnie Dreszcza, który ostatecznie zrezygnował z zemsty, zakopał topór wojenny i porzucił przeszłość. A to pierwszy krok ku lepszemu.

Byłbym zapomniał! Specjalne wyróżnienia z mojej strony wędrują także do Gorsta, który w moim prywatnym rankingu deklasuje nawet Logena pod względem epickości w walce (nikt nie potrafi tak doskonale sknocić prób samobójczych jak Gorst!); do Caldera, wszak to na dobrą sprawę północna wersja Jezala; oraz do Temple'a, bo według mnie ma wiele z Polaka (co właściwie postaram się wyłożyć w tekście o Czerwonej krainie, który jednak jakoś nie chce się napisać...). Wyróżnienia dla kobiet zostały już umotywowane wcześniej.

Matylda: Moim ulubionym bohaterem jest Logen – to chyba najciekawiej przedstawiony berserker w literaturze, ze wszystkimi odcieniami tej umiejętności (pewnie lepszym słowem byłaby "przypadłość"). Musi znosić wszelkie konsekwencje szału bitewnego oraz tego, co i kogo przez niego traci. Historia Logena to dla mnie opowieść o upadku kogoś, kto miał szacunek krajan, przyjaźń niektórych z nich, finalnie zaś stał się legendą tak okrutną jak jego przydomek, a do tego właściwie zdrajcą. Przestał w świadomości rodaków być Logenem, został Krwawym-dziewięć, wojownikiem, lecz nie wodzem czy przyjacielem, może nawet nie człowiekiem. Im bardziej próbował zmienić swój los, tym bardziej się pogrążał w oczach innych, a w końcu we własnych. Poza tym ogromnie podobały mi się fragmenty dotyczące Północnego w mieście (czyli "barbarzyńca w ogrodzie").

Cosca jako postać zrobił na mnie wrażenie, ale dopiero w ostatnim stadium swojego upadku. Autor w doskonały sposób pokazał, co ze zniszczonym, a w dodatku niesamowicie próżnym człowiekiem robi chciwość, która przesłania wszystko. Znakomita jest cała otoczka tego bohatera, jego wygląd, sposób zachowania – Cosca przypomina nieco błazna, ale jest to błazen tyle sprytny, co tragiczny.

Wymienię jeszcze Ardee West. Nieszczęściem tej postaci jest niedopasowanie do nowej rzeczywistości, w której przyszło jej żyć, i to, że jest przez ten świat odrzucona, z czego doskonale zdaje sobie sprawę jako bystra i inteligentna osoba. Jej niektóre zachowania są demonstracją niejednoznacznego statusu i mają wybitnie prowokacyjny charakter, bo Ardee chce zwrócić na siebie uwagę tak naprawdę kogokolwiek. Bohaterka próbuje radzić sobie z samotnością na każdy dostępny jej sposób, nawet jeśli wiedzie to donikąd i jeśli musi dużo za to zapłacić. Jestem ciekawa, jak potoczyły się jej losy w związku, w którym przyszło jej żyć.

Tomasz: Mój faworyt to nieco mniej oczywisty wybór niż wasze – Jezal. Jednym z moich ulubionych wątków w literaturze jest przemiana i rozwój postaci złych lub słabych, i choć Luthara raczej nie da się nazwać złym, to z całą pewnością poznajemy go jako godnego pogardy aroganckiego paniczyka, myślącego wyłącznie o sobie. Nic na to nie poradzę, ale początkowo jest takim hipokrytą i egoistą, że nie mogłem się nie śmiać, czytając niektóre z jego "przemyśleń". Potem, bardzo powoli – a mówiąc "powoli", mam na myśli kilkaset stron – obserwujemy jego nieco spóźnione dorastanie, i choć ostatecznie kończy w pozycji nie do pozazdroszczenia, to nie ulega wątpliwości, że przez kontakty z Logenem na światło dzienne wyjrzała jego wrodzona przyzwoitość. Jezal to mój ulubieniec przede wszystkim dlatego, że jest chyba najbardziej ludzki spośród wszystkich postaci stworzonych przez Abercrombiego. Ma mnóstwo wad, jest słaby, niezbyt bystry, lubi się przechwalać… ale mimo wszystko zależy mu na innych ludziach i prawdopodobnie byłby dobrym królem, gdyby nie machinacje Bayaza.

Drugie miejsce w moim osobistym rankingu zajmuje Logen, głównie za wyjątkowo sprytny twist / nietwist z trzeciego tomu: okazuje się, że wojownik, weteran wielu wojen i berserker, o którym opowiada się straszne historie przy ognisku, który używa powiedzonek w stylu "nigdy nie można mieć zbyt wiele noży", to tak naprawdę zły człowiek. Szokujące, prawda? Ale tak jest, każdy jest bohaterem własnej historii, a łatwo się utożsamić z Logenem, który marzy o staniu się lepszym człowiekiem. Niestety, jego zetknięcie się z dawnymi znajomymi uświadamia nam prawdę: Krwawy Dziewięć to mistrz w wyszukiwaniu wymówek i okłamywaniu samego siebie.

Jest oczywiście wiele innych postaci, o których chciałbym wspomnieć: Calder, Cosca, Gorst, West, Carlot dan Eider, Finree… Pisarz ma talent do kreowania barwnych postaci i naprawdę trudno jest znaleźć kogoś, kto negatywnie wyróżniałby się pod tym względem, ale o tym później. Na honorowe wspomnienie zasługuje jednak Bayaz. Nie sztuka stworzyć czarny charakter, którego się nie lubi, bo jest taki złyyyy i okrutny; poprawne napisanie antagonisty, którego nienawidzi się z pasją, to już zupełnie inna para kaloszy, a Abercrombiemu ta sztuka się udała. Już nie mogę się doczekać chwili, kiedy ten arogancki drań dozna jakiejś karmicznej odpłaty, ale do tego raczej prędko nie dojdzie, biorąc pod uwagę, że następna powieść osadzona w tym świecie ma się ukazać około 2018 roku...




Czytaj również

Samo ostrze - Joe Abercrombie
Barbarzyńca, szlachcic i inkwizytor wchodzą do baru...
- recenzja
Ostre cięcia
Okruchy życia postaci starych i nowych
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.