Wiatr przez dziurkę od klucza

Literacka matrioszka

Autor: Michał 'von Trupka' Gola

Wiatr przez dziurkę od klucza
Można by pomyśleć, że po ukończeniu cyklu liczącego sobie w sumie siedem tomów i kilka tysięcy stron, autor uzna go za kompletny. Siedem lat po zwieńczeniu dzieła King odkrył jednak, że – jak sam pisze – jego postacie "mają jeszcze coś do powiedzenia".

Akcja Wiatru przez dziurkę od klucza umiejscowiona jest pomiędzy wydarzeniami z czwartego i piątego tomu – nasi bohaterowie zmierzają właśnie w stronę Calla, gdzie przyjdzie im się mierzyć z Wilkami, gdy podczas przeprawy promowej przez rzekę przewoźnik ostrzega ich przed lododmuchem. Gdy kryją się w wiejskiej świetlicy przed niosącą śmierć pogodą, Roland zaczyna snuć opowieść z czasów swojej młodości. Jego ojciec wysłał go wówczas do górniczego miasteczka, by powstrzymał tajemniczego skóroczłeka, zmiennokształtnego potwora masakrującego lokalnych mieszkańców. Podczas polowania rewolwerowiec bierze pod swoje skrzydła przypadkiem ocalałego z rzezi chłopca, któremu opowiada swoją ulubioną baśń z dzieciństwa, traktującą o Timie Dzielne Serce.

Wiatr… jest więc opowieścią zawartą we wspomnieniu w otoczce z powieści. "Zewnętrzna" warstwa, dotycząca losów ka-tet rewolwerowców jest przy tym w zasadzie pozbawiona znaczenia. Nie dowiadujemy się z niej w zasadzie niczego nowego o bohaterach, oglądamy jedynie kilka widoczków, poznajemy zjawisko lododmuchu, przeżywamy dosłownie jeden moment żwawszej akcji, a pewien pomniejszy wątek sagi otrzymuje wyraźniejsze zwieńczenie. Równie dobrze King mógłby zrezygnować z kotwiczenia powieści w cyklu i od razu przejść do rzeczy, a czytelnik niewiele by na tym stracił. Wspominki o młodym i jeszcze nieco naiwnym rewolwerowcu wypadają na tym tle lepiej, choć również nie idealnie. Fabuła tej części powieści jest tak prosta, że doprawdy z trudem uzasadnia jej długość, choć ta nie jest znaczna. Wyraźnie widać, że w ostatecznym rozrachunku wszystko to jest niewiele więcej niż pretekstem dla eksperymentu z formą, zaś sednem książki i jej jedyną liczącą się częścią jest "centrum", czyli opowieść o przygodach Tima.

Ta zaś jest istnym ekstraktem z końcówki cyklu o Mrocznej Wieży. Losem głównego bohatera od początku manipulują siły przeznaczenia (czy też ka jeśli wolicie), on zaś pozostaje potulną marionetką w ich rękach, bez większego sensu i celu pchającą się tam, gdzie niesie go wiatr. Wszystkie problemy i trudności ktoś rozwiązuje za niego – przy czym "ktoś" zwykle jest niezbyt staranie (w najlepszym razie) zamaskowanym deus ex machina – on musi wykazać się jedynie hartem ducha i determinacją, by cały czas przeć do przodu. Czyż nie brzmi to znajomo? W istocie Tima i młodego Rolanda można od siebie odróżnić jedynie z największym trudem – temu pierwszemu brak wprawdzie lat treningu i zabójczej skuteczności, jednak pod względem charakteru są niemal bliźniakami. Inne nowe postacie nie oszałamiają oryginalnością, są jednak wykreowane z widoczną wprawą i obdarzone dostateczną dawką charakteru, by darzyć je sympatią (lub też antypatią) oraz rozumieć kierujące nimi motywacje.

Choć w do tej pory nie szczędziłem tej pozycji uszczypliwości, to Wiatr… nie jest złą powieścią. O ile ktoś przejdzie do porządku dziennego nad prostą i niezbyt ambitną literacko fabułą, to lektura może sprawić sporo przyjemności. Ja sam przebiłem się przez trzysta stron książki w ciągu jednego wieczora, za co zasługę w równym stopniu można przypisać dużej czcionce jak gawędziarskiemu, lekkiemu w lekturze stylowi pisarza, który pozwala łatwo wpaść w literacki trans, z którego budzimy się dopiero wraz z odwróceniem ostatniej kartki książki.

Wiatr przez dziurkę od klucza to powieść specyficzna, Miłośnicy cyklu o Mrocznej Wieży mogą po nią sięgać bez wahania, gdyż świetnie wpasowuje się ona w klimat całości. Pozostali, o ile nie odstraszy ich pretekstowa fabuła, również mogą dobrze się bawić, gdyż do obcowania z tą pozycją nie jest konieczna znajomość pozostałych tomów cyklu – choć z pewnością pomaga.