» Recenzje » Utopia Avenue

Utopia Avenue

Utopia Avenue
Polskie wydanie Atlasu chmur, towarzyszące premierze ekranizacji w reżyserii Tykwera i Wachowskich, było dla mnie wydarzeniem – zarówno ze względu na to, że książka mnie zachwyciła, jak i fakt, iż było to moje pierwsze zetknięcie z jej autorem, którego prac do dziś wyczekuję z ekscytacją. David Mitchell podbijał moje serce jeszcze dwa razy – przy okazji Widmopisu oraz Czasomierzy, które uważam za arcydzieło. Czy Utopia Avenue okazało się kolejnym olśnieniem? 

Levon Frankland stawia wszystko na jedną kartę: znajduje czterech muzyków (basistę, pianistkę, gitarzystę oraz perkusistę) i tworzy z nich zespół, pozwalając pokazać, co im w duszy gra – czy będzie to blues, czy folk, czy psychodelia. Wszyscy pochodzą z różnych światów i zmagają się z różnymi problemami, ale to właśnie za sprawą eklektyzmu i wielości doświadczeń, którą zawierają w piosenkach, odnoszą sukces, o jakim ich koledzy po fachu mogą tylko śnić. Czytelnik będzie towarzyszył kapeli w studiu i na scenie, a  życie prywatne i intymne pierwszej trójki spośród wymienionych muzyków pozna w szczegółach.

Żeby nie trzymać nikogo w niepewności, zacznę od odpowiedzi na pytanie zamykające pierwszy akapit: nie, Utopia Avenue mnie nie zachwyciło. Czy to oznacza, że powieść jest nieudana? Ależ skąd, to bardzo dobry, niezwykle wciągający, a momentami wręcz porywający tekst. Mimo to nie wszystko w nim, nomen omen, zagrało. 

W każdym z utworów Mitchella, również w tym, znalazło się coś, co czyni literaturę potężną, choć nie zawsze da się to wskazać palcem i stwierdzić: o, to zostało zrobione dobrze, to się udało; tym czymś jest energia, obok której nie da się przejść obojętnie, a którą najprawdopodobniej powinno się nazwać po prostu życiem – bo ta powieść żyje. Na pierwszych kilku stronach Utopia Avenue nie dzieje się nic wielkiego, ot, chłopak marzący o wielkiej karierze doświadcza przykrości ze strony prozaicznych potykaczy: zostaje okradziony przez kieszonkowca, wyrzucony ze stancji przez mało sympatyczną starszą panią i wylany z pracy. W przypadku mniej utalentowanego pisarza te kilka scen byłoby nudnawym, ale koniecznym zaproszeniem do kontynuowania znajomości z protagonistą, do zadawania pytań, co będzie dalej; u Mitchella o żadnym nabieraniu rozpędu nie ma mowy, świat wykreowany za pomocą zaledwie kilku zdań zdaje się barwny i kuszący, a przy tym, co kluczowe, przekonujący – po prostu nie chce się go poddawać w wątpliwość. 

W jednym ze swoich głośnych esejów Susan Sontag napisała, że:

dzieło sztuki to próba udowodnienia bezsporności wydarzenia, które opisuje

– ten nieco wyświechtany już cytat jak ulał pasuje do prozy autora jako takiej, a także do pierwszych rozdziałów recenzowanej powieści. W tych słowach jest oddech, który tchnąć w drukowane strony potrafią nieliczni: Michael Chabon, Jonathan Foer, Nathan Hill – oraz David Mitchell. 

Pisarz oczywiście na udanym otwarciu nie poprzestaje. Utopia Avenue rozwija się w splot trzech indywidualnych historii, których w żaden sposób nie da się od siebie oddzielić – wszak dla każdego z trójki protagonistów granie w tytułowym zespole stanowi aktywność absolutnie podstawową – a jednak każda z nich zabiera czytelnika w nieco inne rejony literackich i życiowych doświadczeń. W wątku Deana pojawia się sporo elementów klasycznych dla biografii muzyków rockowych, czyli seks, używki i szaleństwo, opowieść o Elf krąży wokół trudności związanych z dyskryminacją kobiet na scenie (choć można dyskutować o tym, czy Mitchell wystarczająco mocno zaakcentował tę feministyczną tożsamość), natomiast fragmenty poświęcone Jasperowi skupiają się wokół przeżywania choroby psychicznej. Ta wielość perspektyw i tematów sprawia, że Utopia Avenue, choć z perspektywy miłośników literatury podszytej przygodą przyziemna, nigdy nie nudzi – poszczególne wątki różnią się od siebie na tyle, że odbiorca nigdy nie wie, co stanie się na kartach następnego rozdziału. 

Kolejną unikalną cechą książki jest bogactwo miejsca poświęconego muzyce oraz absolutnie specyficzna perspektywa, z jakiej można na nią spojrzeć. Niemal wszyscy możemy się wypowiedzieć się o emocjach wzbudzanych przez piosenki, ale mało kto ma własne doświadczenia związane z ich tworzeniem. Tymczasem jednym z najważniejszych elementów Utopia Avenue jest opisywanie doświadczeń zarówno w sensie zewnętrznych zdarzeń, jak i wewnętrznych przeżyć czy przemyśleń, które potem przekształcają się w muzykę. Mitchell zawsze fascynował się tą dziedziną sztuki, co mocno wpływało na jego literaturę – i nie inaczej jest w tym wypadku, co w powieści tak pełnej rytmu i melodii czuć bardzo wyraźnie. 

Tutaj niestety dochodzimy do pierwszego poważnego problemu. W Atlasie chmur muzyczne fascynacje pisarza były w naturalny sposób ograniczone do fragmentów, które skupiały się na Robercie Frobisherze, kompozytorze; tutaj takiej naturalnej granicy nie ma, bo stanowią one absolutny rdzeń utworu. A to przecież lata 60. w Wielkiej Brytanii i USA – lata Beatlesów, Stonesów, Jefferson Airplane, Grateful Dead, Pink Floydów, Dylana… można by wymieniać w nieskończoność i mniej więcej to robi Mitchell, kiedy przegania przez karty powieści kolejne legendarne postaci. Niektóre camea wypadają nieźle (choćby rozmowy Elf z Janis Joplin), ale przy innych nie sposób nie zgrzytać zębami. Pierwsze spotkanie Davida Bowiego i Jaspera skutecznie wybiło mnie z immersji i na pewien czas – na szczęście krótki – nie pozwoliło czerpać pełnej przyjemności z lektury. Mitchell po prostu przesadza i zachowuje się jak autor nastoletnich fanfików, a nie jeden z najbardziej uznanych współczesnych pisarzy brytyjskich: wkłada w usta bohaterów cytaty z ich własnych piosenek, przez co dialogi wypadają niezwykle sztywno i sztucznie. Wybitny rzemieślnik nie zapanował nad fanowskim pierwiastkiem własnej osobowości. 

Wydaje się, że druga z najpoważniejszych wad Utopia Avenue także wynika z nadmiernego entuzjazmu Mitchella i tego, że nie zdobył się na chłodne, redaktorskie spojrzenie na własne dzieło. Mowa o tym, jak lekka i w gruncie rzeczy pozytywna jest to opowieść. Samo w sobie, oczywiście, nie stanowi to problemu, choć wydaje się nieco naiwne (droga zespołu do sukcesu teoretycznie jest pokrętna, ale trudno wątpić w to, że cel osiągną, mimo iż wszyscy wokół rozmawiają o muzykach, którym się nie udało). Niestety, ta lekkość oddziałuje także na te fragmenty, po których można by się spodziewać potężnych emocjonalnych ciosów. 

Przykład? Można by się pokusić o stwierdzenie, że jest nim cały wątek Deana – jedynego człowieka na planecie zdolnego rzeczywiście poradzić sobie z kłopotami (także obiektywnie poważnymi) poprzez powiedzenie sobie „inni mają gorzej”. Inny, bardziej konkretny, to trzy śmierci, do których dochodzi na kartach powieści: każda z nich powinna stanowić potężny cios dla bohaterów, ale czarne chmury w gruncie rzeczy rozwiewają się, zanim zdążą się na dobre zebrać – wszak gdzieś tuż za rogiem czeka pozytywne wydarzenie, które zagłusza ból straty. Wadą Utopia Avenue nie jest to, że to powieść kolorowa, pełna energii, skupiona przede wszystkim na jasnych stronach życia, ale to, że nie oddaje ciężaru momentów mrocznych i smutnych, kiedy to one znajdują się w jej centrum. 

Powtórzę: najnowsza (choć już prawie pięcioletnia) książka Davida Mitchella mnie nie zachwyciła, choć zrobiły to niektóre z jego wcześniejszych dzieł. Mimo to uważam Utopia Avenue za powieść udaną, ciekawą i niezwykle wciągającą za sprawą energii, którą brytyjskiemu pisarzowi udało się w nią wtłoczyć. Każdy kto żywi sentyment do muzyki zmieniającej oblicze kultury w latach 60. XX wieku powinien sięgnąć po nią – podczas lektury trudno pozbyć się uśmiechu. 

8.0
Ocena recenzenta
8
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Utopia Avenue
Autor: David Mitchell
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Wydawca: Mag
Data wydania: 21 sierpnia 2024
Liczba stron: 640
Oprawa: twarda
Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
ISBN-13: 978-83-68069-25-9
Cena: 69,90 zł



Czytaj również

Slade House
Ciemne zaułki duszy
- recenzja
Czasomierze
Piaski czasu
- recenzja
Czasomierze
- fragment
Widmopis
W drodze po opowieść
- recenzja
Widmopis
- fragment

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.