Trylogia husycka

Ale i tak było wesoło

Autor: Dawid 'Fenris' Wiktorski

Trylogia husycka
Polscy autorzy fantasy przez kilkanaście ostatnich lat szli na łatwiznę – stagnacja, marazm i marna jakość tego gatunku to już niemal standard w publikowanych przez rzekomych tuzów tekstach; co najwyżej debiutanci próbują jeszcze "uszczknąć" dla siebie coś z wydawniczego tortu, ale szybko odbija im się to czkawką. Tymczasem nie trzeba szukać daleko – Trylogia husycka Andrzeja Sapkowskiego to cykl świetny, choć przyćmiony przez sławę, jaką zdobyła seria o wiedźminie za sprawą gier.

Pierwszy tom trylogii, Narrenturm, rozpoczyna się osobliwymi słowami: "koniec świata w Roku Pańskim 1420 nie nastąpił". I faktycznie – jedyne ognie piekielne zostaną wzniecone w finale, podczas wysadzania w powietrze pewnego przybytku. Poza tym opowieść zaczyna się bardzo przyziemnie – główny bohater, Reynevan, stworzony w pewnym stopniu na podobieństwo Jaskra (aczkolwiek trzeba przyznać, że nad wyraz stały w uczuciach), zostaje przyłapany in flagranti z zamężną szlachcianką. Jej szwagrowie nie godzą się na kalanie rodowego nazwiska i ruszają za nim w pościg, co rozpoczyna średniowieczną komedię – na czele z… bójką z porywczymi mnichami. A to tylko bardzo niewielki urywek tego, co oferuje trylogia.

Do Andrzeja Sapkowskiego można mieć różny stosunek – z jednej strony jako prywatna osoba nie wzbudza on zbytniej sympatii, z drugiej zaś zaskakująco dobrze radzi sobie z piórem (o ile pominiemy milczeniem "dzieła" takie jak Żmija). Podobnie dwojako oceniane są dwa jego największe dokonania – cykl opowieści o Geralcie i Ciri oraz właśnie recenzowany trójksiąg o Reynevanie. Zdania co do wyższości jednego nad drugim są bardzo podzielone, jednak czy na pewno zestawianie tych tytułów ma w ogóle sens?

Zaskakująca jest ilość materiału zamieszczonego w całej sadze. Już Narrenturm wystarczyłby do obłożenia fabułą czterech, a nawet pięciu innych powieści, bo właściwie nie sposób doszukać się tam nawet chwili spokoju. Bohaterowie co i rusz pakują się w tarapaty i w spektakularny sposób się z nich wydostają (najczęściej bez ofiar w ludziach, ale bywa różnie). Boży wojownicy i Lux perpetua pod względem fabularnym są trochę gorsze i bardziej monotonne, bo w sporej mierze czytelnik poznał już realia świata (a tym samym element zaskoczenia znika), niemniej nawet mniej dopracowane części trylogii nadal pozostawiają w tyle współczesnych "wyrobników" fantasy.

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas lektury Narrenturm a także Bożych wojowników i Lux perpetua, to nad wyraz pieczołowite odwzorowanie czasów, w których rozgrywa się akcja (by przypomnieć – to zmierzch średniowiecza, kilkadziesiąt lat przed upadkiem Konstantynopola). Silna archaizacja języka, głębokie osadzenie bohaterów w ówczesnych zwyczajach i obyczajach oraz prywatne wendetty, ryzyko spalenia na stosie za czary i podobne typowo średniowieczne "atrakcje" to w trzytomowej powieści chleb powszedni. Podobnie jak elementy typowe dla naszego folkloru, jak chociażby wiara w czarownice i ich sabaty.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że średniowiecze u Sapkowskiego będzie odmalowane jak najwierniej, łącznie ze skostniałą obyczajowością i religijnością. Autor niezwykle wprawnie wplótł w trylogię smaczki postmodernistyczne, co poskutkowało powstaniem iście wybuchowego koktajlu. Z jednej strony tworzą go więc elementy oddające realia wieków średnich, z drugiej zaś obściskujące się na miotle wiedźmy, wilkołak-sodomita czy nawet wspominki kolegów ze studiów na temat tego, co wyprawiali w Pradze podczas pobierania nauk magicznych (główny bohater para się magią, co już jest ewenementem). Nawet bracia zakonni wymykają się stereotypowym wyobrażeniom (towarzysz Reynevana to niezły zabijaka, a i odprawiane przez niego "egzorcyzmy" są dość… osobliwe).

We wspomnianym wyżej postmodernizmie mieści się także jawna krytyka stanu duchownego. W zasadzie w całej Trylogii husyckiej nie ma kapłana, który wzbudziłby większe zaufanie czytelnika (może poza opiekunem tytułowego Narrenturmu, czyli przybytku dla obłąkanych, jednak i jemu daleko do świętości). Nepotyzm, materializm, obłuda – to cechy niemal każdego duchownego przewijającego się przez karty trylogii. Nawet Szarlej, były mnich i towarzysz głównego bohatera, nie ma zbyt wiele wspólnego z typowym średniowiecznym zakonnikiem – jest niezłym kombinatorem, opojem, a z pewnością skutecznym zabijaką, który byłby zapewne zdolny w pojedynkę położyć niewielki oddział wroga.

W sumie należałoby zastanowić się, czy cała trylogia dla Andrzeja Sapkowskiego nie była idealnym krzywym zwierciadłem dla ukazania średniowiecza nie poprzez pryzmat suchych, nudnych szkolnych podręczników, lecz tak, jak faktycznie mogły tamte czasy wyglądać (pomijając oczywiste wypaczenie tej wizji poprzez elementy humorystyczne i fantastyczne). Najlepiej obrazują to kobiety – mało jest w świecie powieści białogłów, które mogłyby poszczycić się małżeńską wiernością, większość z nich niezmiernie łatwo zbałamucić. Niewiasty te wcale nie pozostają stroną bierną i nie boją się wykorzystywać kochanków dla własnych korzyści (co czyni zresztą Adela von Stercza, z powodu której dochodzi w Narrenturm do szalonej eskapady). Tego typu humorystyczne aspekty można wymieniać dość długo, tym bardziej, że i bohaterowie nie próżnują i co rusz pakują się w jakąś kabałę. 

Poważną bolączką fabularną wielu powieści, nie tylko fantastycznych, jest wyraźna linia między historią a tłem, na jakim ta się rozgrywa. Na szczęście nie ma to miejsca w recenzowanej trylogii – dzieje Reynevana, a później splecenie jego losu z tytułowymi husytami, idealnie współgrają z niesamowitym, wręcz szalonym średniowieczem; wydają się wręcz nierozerwalną całością. W sporej mierze o kolejnych przygodach decydują zresztą fantastyczne byty, które napotyka młody medyk – już w pierwszym tomie pewien ciąg historii nadaje inny mnich towarzyszący mu w podróży (opętany podczas "egzorcyzmów"). A to idealne połączenie, gdyż tło historyczne w Trylogii husyckiej jest niezwykle istotne.

Warto wspomnieć, że podczas czytania przyda się choćby podstawowa znajomość łaciny lub po prostu… wyszukiwarka internetowa. Decyzją samego autora tylko niewielka część wypowiedzi i cytatów została przetłumaczona (na dodatek w formie bardzo nieporęcznego słowniczka z tyłu każdej z książek), brakującej reszty trzeba poszukać na własną rękę. Jednak nie ma tego też tyle, by przeszkadzało nadmiernie w lekturze.

O ile Saga o Wiedźminie nadaje się dla młodszych czytelników, tak Trylogia husycka to rzecz wymagająca większego obycia, zarówno kulturalnego, jak i historycznego. Można powiedzieć wprost, że Narrenturm, Boży wojownicy i Lux perpetua razem wzięte to dla polskiego fantasy powieści równie ważne co Ziemiomorze czy Władca Pierścieni dla całego gatunku – ze świecą szukać cyklu równie dopracowanego i tak niesamowicie dynamicznego co ten autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Inteligentny, wyrafinowany i postmodernistyczny humor w połączeniu z niebanalną opowieścią i niezwykłymi bohaterami. Owszem, główny bohater to nie heros z dwoma mieczami przewieszonymi przez plecy, ale wcale nie są mu one potrzebne do bycia jedną z barwniejszych postaci w gatunku.