» Recenzje » The Priory of the Orange Tree

The Priory of the Orange Tree


wersja do druku

Smoki Wschodu, smoki Zachodu

Autor: Redakcja: Michał 'von Trupka' Gola

The Priory of the Orange Tree
Samantha Shannon to brytyjska pisarka, która szturmem wzięła rynek wydawniczy. Jej debiutancka, wydana w 2013 roku powieść, Czas Żniw, opowiadająca o jasnowidzach w dystopijnej, futurystycznej Anglii, okazała się wielkim sukcesem komercyjnym i artystycznym. The Priory of the Orange Tree to pierwsza książka autorki, która nie jest osadzona w świecie Sajonu. Jak Shannon radzi sobie w opisywaniu kompletnie wymyślonej rzeczywistości i czy jej klasyczne fantasy powinno znaleźć się na naszych półkach?

Świat Priory of the Orange Tree jest podzielony politycznie i ideowo. Główna linia rozłamu przebiega na osi Zachód-Wschód, ale istnieją także różnice między quasi-europejskim Zachodem a Południem ze świata arabskich legend. Na 800 stronach książki zwiedzimy cały świat przedstawiony, stoczymy mniejsze lub większe potyczki u boku bohaterów, poobserwujemy życie polityczne różnych państw. a nawet będziemy świadkami romansu królowej z jedną z protagonistek. 

Narracja jest przedstawiana z perspektywy czterech postaci. Z początku przygody każdego z bohaterów stanowią osobne wątki, z czasem jednak – w miarę jak coraz więcej Smoków budzi się ze snu i atakuje ludzi po obu stronach Oceanu – ich historie zaczynają się przeplatać, by pod koniec książki tworzyć jedną wspólną opowieść, widzianą z czterech perspektyw. Ów kwartet to: Ead, czarodziejka-zabójczyni smoków przebywająca na dworze królowej Sabran i skrycie ją chroniąca, Tane, Wschodnia dziewczyna ucząca się na jeźdźczynię smoków-bogów, Niclays, wygnany alchemik-anatom i Loth, najlepszy przyjaciel Sabran, aktualnie podróżujący nie z własnej woli do Smoczego Królestwa Yscalinu. Kreację postaci oceniam pozytywnie – są realistyczne, mają sekrety, podejmują decyzje w oparciu o swoją, nie zawsze pełną wiedzę i wierzenia, przeżywają wewnętrzne przemiany itd. Szczególnie spodobały mi się dialogi Ead z królową. Mam też jednak wrażenie, że postaci były pisane nieco na jedną nutę. Mamy tu dwie wojownicze kobiety i dwóch wygnanych mężczyzn. Nie jest to bardzo wielki problem i czyta się ich narracje naprawdę nieźle, ale mam wrażenie, że nie zaszkodziłoby im większe zróżnicowanie mimo, że pochodzą z trzech różnych stron świata, których historia i kultura wpływają na przekonania postaci.

O czym jest Zakon Drzewa Pomarańczy? W wielkim skrócie – Zachód jest rządzony przez grupę państw wyznających kult króla-założyciela Inys, którego krew, płynąca w żyłach ich władców, ma bronić świat przed odrodzeniem się smoków, w tym przerażającego Nienazwanego. Niestety, pomimo tego, że jego wciąż dziedziczka żyje, różnej maści wyrmy stają się coraz powszechniejszym widokiem. Jakby tego było mało, tuż na południe od Inis, królestwo Yscalin zmieniło swoją państwowa wiarę i teraz modli się do Bezimiennego, a po jego terenach smoki i ich zaraza panoszą się bez żadnej przeszkody. W tym samym czasie za Oceanem Otchłannym na Wschodzie obserwujemy starania młodej Tane, by zostać jeźdźczynią Wschodnich smoków – które są naturalnymi przeciwnikami ognistych wyrmów Zachodu, co umyka uwadze członków Virtuodom – jak i niezbyt udane próby Niclaysa zmierzające do powrotu na Zachód i stworzenia eliksiru życia, który mógłby mu przynieść bogactwo i odzyskanie łask królowej Sabran. Wschód, w obawie przed smoczą zarazą, która pięćset lat temu zabiła wielu ludzi, broni swoim obywatelom jakiegokolwiek kontaktu z Zachodem, co utrudnia komunikację i zrozumienie między państwami. Dodatkowo istnieje także Południe, ważne dla narracji i losów bohaterów, ale jako, że pojawia się ono później w książce, wolałbym nie pisać o nim zbyt wiele. Jest też zła wiedźma, której poświęcono sporo miejsca i która posiada jeden albo dwa ważne sekrety. Mam nieco żalu do autorki, bo uważam, że motywacja tej postaci nie jest zbyt głęboka i można ją nazwać typowym złym z fantasy, ale przynajmniej jej tajemnice są dobrze przemyślane i mają spore znaczenie dla świata przedstawionego. Dodam też, że fabułę książki można podsumować, jako proces zyskiwania przez bohaterów zrozumienia dla podzielonego świata w którym żyją oraz próby pokonania owych podziałów, a także walkę z coraz to liczniejszymi i potężniejszymi smoczymi bestiami.

Bardzo podoba mi się to, że Priory to książka na wskroś feministyczna. Połowa narratorów jest kobietami, co więcej, są one bardzo aktywne i silne, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Nie czekają, aż los coś im da, tylko same sięgają po to, co uważają za im należne, częstokroć ruszając z mieczem na potężnego smoka i go pokonując. Skoro o tym mowa, to powinienem także wspomnieć, że połowa narratorów jest homoseksualna, a na kartkach powieści ukazano zarówno relację lesbijską, jak i wspomnienia Niclaysa o jego zmarłym kochanku. Nie ukrywam, że reprezentacja osób niehetoseksualnych jest jednym z powodów, dla których tak bardzo podoba mi się twórczość Shannon i bardzo się cieszę, że i tym razem się nie rozczarowałem.

Najbardziej w całej książce lubię język. Samantha Shannon pisze barwnie i nawet, jeśli aktualnie nic się nie dzieje pod względem akcji, to czytanie stworzonych przez nią opisów jest przyjemnym doznaniem, jednoznacznie świadczą one o sprawności autorki w posługiwaniu się słowem pisanym. Choć książka ma 800 stron, to nie czuje się jej objętości w żaden sposób podczas lektury i pod koniec pomyślałem sobie „O Boże, ale fajna książka… czemu nie ma więcej kartek?”.

Niestety, Priory nie jest książką doskonałą. Sama autorka na swoim Twitterze twierdziła, że dokonała na jej potrzeby najwięcej światotworzenia w całej swojej karierze, ale patrząc na jej treść, ciężko mi się z tym zgodzić. Podzielony świat, tajemny zakon, smoki – choć Priory of the Orange Tree zostało dobrze napisane, to mam wrażenie, że w separacji od wordmanship Shannon, jest to dosyć typowe fantasy. Z pewnością nie można tu doświadczyć niezwykłości na miarę światów wykreowanych przez Brandona Sandersona, z których każdy ma zaskakującą i oryginalną magię. Co prawda moce tajemne w Zakonie występują i nie są typowym "mag macha różdżką", ale nie jest też jakimś szczytem niepospolitości. Niemniej jednak jest to mój jedyny zarzut pod adresem tej publikacji i to bardziej uwaga na marginesie niż poważne oskarżenie.

Podsumowując, Zakon Drzewa Pomarańczy to dobra, a nawet bardzo dobra książka. Czyta się ją z przyjemnością, zawiera wszystko to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w dobrym fantasy – intrygę dworską, wyjawienie mistycznych tajemnic świata przedstawionego, magiczny miecz, nawet smoka i wiedźmę do pokonania – i choć może nie jest to coś bardzo oryginalnego pod względem treści, to wykonanie jest na najwyższym poziomie. Cieszy mnie też to, iż książka ma pozytywne zakończenie – coś, co nie było takie oczywiste patrząc na główny cykl Shannon. Polecam lekturę the Priory każdemu, kto ceni sobie książki napisane dobrym językiem i klasyczne fantasy bez większych udziwnień.

7.5
Ocena recenzenta



Czytaj również

Pieśń jutra
Fałszywa pieśń
- recenzja
Zakon mimów
Idzie ku lepszemu
- recenzja
Czas żniw
Czarna przyszłość jasnowidzów
- recenzja
Pieśń jutra
- fragment

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.