Tengu

Masterton (nieco) inaczej

Autor: Michał 'von Trupka' Gola

Tengu
Nie raz, nie dwa pozwalałem sobie pokpiwać z prozy Grahama Mastertona, zarzucając jej powtarzalność i brak logiki. Nie rozumiałem też, skąd wzięło się tak liczne grono fanów tego pisarza. Lektura Tengu nieco rozjaśniła mi w głowie.

Wczesne lata osiemdziesiąte. W Hollywood dochodzi do makabrycznej zbrodni – niezidentyfikowany osobnik gołymi rękami rozrywa na strzępy młodą gwiazdeczkę serialu w jej własnym domu. Wkrótce dochodzi do nowych aktów przemocy, których sprawcy zdają się dysponować nadludzką siłą i wytrzymałością. Sąsiad pierwszej zamordowanej, Jerry Sennett, weteran II Wojny Światowej, stopniowo dostrzega kolejne ogniwa łączące obecne wydarzenia z japońską demonologią oraz operacją wywiadu amerykańskiej marynarki o kryptonimie "Appomattox". Choć jeszcze o tym nie wie, on i jego niezwykli sprzymierzeńcy są jedynymi ludźmi, którzy mogą powstrzymać zagładę Stanów Zjednoczonych.

Tengu zaczyna się w sposób typowy dla książek Brytyjczyka – rzeką krwi. Jednak ku mojemu zaskoczeniu później powieść zbacza z utartego szlaku. Śledzimy prowadzone sprawnie, choć bez większych efektów policyjne dochodzenie, obserwujemy przypadkową zbieraninę najemników, wynajętą do przeprowadzenia operacji przeciwko USA, dla której lojalność jest pustym słowem, i stopniowo odkrywamy klucz do fabuły. Ta ostatnia nie jest może szczególnie zaskakująca, ale nie można jej nazwać pretekstową – ma sens i jest względnie spójna. Potrafi nawet wciągnąć, zwłaszcza pod koniec, kiedy wydarzenia toczą się z ogromną prędkością, a wynik rozgrywki pozostaje nieznany aż do ostatniej chwili.

Trochę szkoda, że to dobre wrażenie jest częściowo zacierane przez ogólną "mastertonowość" powieści. Przez jakiś czas, w jej środkowej części, można odnieść wrażenie, że autorowi udało się wyrwać z kolein i napisać coś świeżego. Podczas lektury niektórych fragmentów nie ma się ciągłego wrażenia déjà vu – może to kwestia nie do końca jeszcze uformowanej tożsamości pisarza, a może nie był on wtedy jeszcze całkiem zrutynizowany (wszak książka powstała w 1983 roku). Później jednak fabuła wraca na utarte szlaki, skupiając się w głównej mierze na rozrywanych tkankach oraz bryzgach posoki i choć wciąż potrafi zaskoczyć (i to momentami poważnie), to uczucie powtarzalności powraca.

Również ocena bohaterów Tengu daleka jest od jednoznaczności. Z jednej strony stanowią typową zbieraninę wydmuszek, u których wszelkie ślady osobowości stanowią tylko pozory niezbędne dla popchnięcia fabuły do przodu. Z drugiej trudno o bardziej urozmaiconą i barwną zbieraninę. Mamy tu weterana z depresją (której nijak nie widać), japońską gejszę-dominę, cyrkowego siłacza, przemytnika o lodowatym sercu, latynoskiego lowelasa do zadań specjalnych… Nie sposób więc odmówić autorowi oryginalności przy kreowaniu uczestników konfliktu, zwłaszcza że niektórym z nich zdarza się zmieniać strony. I chociaż nie posiadają nawet śladów charakteru, to ich dialogi cieszą naturalnością, a od czasu do czasu również niewymuszonym komizmem – co prawda na ogół zabarwionym groteską.

Ta ostatnia dla fanów pisarza jest rzeczą oczywistą i oczekiwaną, jednak osoby niezaznajomione z twórczością Brytyjczyka powinny wiedzieć, że na kartach jego książki natrafią na liczne sceny seksu i przemocy. Krew i sperma bryzgają tu wcale często, a autor nie szczędzi czytelnikowi detali. Opisy rzezi są obrazowe, choć zwykle dość absurdalne z punktu widzenia anatomii, jednak fani wyrywania flaków powinni być usatysfakcjonowani.

Tengu to jedna z pierwszych powieści Mastertona, która pozwoliła mi wreszcie zrozumieć, skąd wzięła się marka tego pisarza. Choć daleko jej do wybitności, to potrafi zapewnić kilka godzin godziwej rozrywki, z rzadka tylko popadając w schematyzm lub bzdurne rozwiązania. Interesująca, sprawnie napisana fabuła, nie najgorsze postacie i odpowiednia ilość gore – dla każdego fana tego autora jest to pozycja obowiązkowa, a i pozostali miłośnicy gatunku mogą po nią sięgnąć, nie ryzykując rozczarowania.