» Fragmenty książek » Szept

Szept


wersja do druku

Szept

PROLOG

Nazywają mnie „Jane Doe”.

Mówią, iż to dlatego, że nie chcę im zdradzić, jak naprawdę się nazywam, i musieli nadać mi jakąś zwyczajową tożsamość. Tkwi w tym ironia, ponieważ nie ma we mnie niczego zwyczajnego.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Jednak oni o tym nie wiedzą.

Mogliby nazwać mnie jakkolwiek, jednak nie bez powodu wybrali anonimowe miano „Jane Doe”. Słyszę szepty. Uważają mnie za kogoś, kto dla nich znaczy niewiele więcej niż niezidentyfikowany żywy trup. I tak mnie traktują. Trącają, popychają, szturchają, szarpią. Wszyscy oni chcą sprowokować mnie do jakiejś reakcji. Ale ich wysiłki spełzają na niczym.

Dwa lata, sześć miesięcy, czternaście dni, jedenaście godzin i szesnaście minut. Od tak dawna przebywam w zamknięciu, odizolowana od świata. Od tak dawna starają się wydobyć ze mnie informację, dzień po dniu. Od tak dawna jestem poddawana eksperymentom, godzina po godzinie, tydzień za tygodniem.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Niewiele mi mówią. Wszystko jest poufne, ściśle tajne. Chociaż kiedy tu przybyłam, przedstawili mi zarys sytuacji. Upiększyli ją, używając gładkich słówek, sprzedali mi marzenie, a nie koszmar, w jakim odtąd żyję. Powiedzieli, co trzeba, żeby uśpić moją czujność. Ale wszystko to były kłamstwa.

– Lengard to tajny ośrodek rządowy, przeznaczony dla niezwykłych ludzi – powiedzieli mi. – Dla osób takich jak ty.

Uwierzyłam im. I to był mój błąd.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Byłam głupia.

Naiwna.

Pe ł n a n a d z i e i.

Teraz wiem, że na świecie nie ma nikogo takiego jak ja.

Jestem odmieńcem.

Wybrykiem natury.

Po t w o rem.

Nie nazywam się „Jane Doe”. Ale stałam się nią. I nią pozostanę.

Tak jest najbezpieczniej.

Dla wszystkich.

 

ROZDZIAŁ 1

– Obiekt Sześć-Osiem-Cztery, podnieś ręce nad głowę i odwróć się twarzą do ściany.

Ten trzeszczący głos dobiega z głośnika interkomu umieszczonego obok drzwi mojej celi. Wiem, że mam tylko dziesięć sekund na wypełnienie polecenia, zanim wpadną tu strażnicy i zmuszą mnie do posłuszeństwa. Po dzisiejszej sesji z Vanikiem moje ciało Nie zdoła znieść kolejnego maltretowania, więc pośpiesznie wstaje i robię, co mi kazano.

– Wchodzimy do pomieszczenia. Jeżeli uczynisz jakikolwiek gwałtowny ruch, nie zawahamy się cię obezwładnić.

Nie słucham ich słów. Nie muszę. Znam już zasady. Wiem, że nawet mój zbyt głośny oddech mógłby przestraszyć ich na tyle, że poraziliby mnie paralizatorem elektrycznym. Już się tak zdarzało.

Strażnicy w Lengard traktują poważnie swoje obowiązki. Ten tajny ośrodek rządowy ukryty głęboko pod ziemią odgrywa rolę mojego „domu”. Zaklasyfikowano mnie jako zagrożenie piątego stopnia. Strażnicy nie wiedzą, co to znaczy, i to powoduje ich nerwowość. Wiedzą tylko, że jestem niebezpieczna.

Mylą się.

Ale zarazem mają rację. Drzwi się rozsuwają i w moje gołe nogi uderza od tyłu powiew powietrza. Mój regulaminowy strój to niewiele więcej niż workowata poszewka na poduszkę z otworami na szyję i ręce, sięgająca tuż nad kolana. Nie zapewnia żadnej ochrony, ciepła ani wygody. Jest trwały i praktyczny. Stanowi nieustanne przypomnienie, że ktoś taki jak ja nie może już oczekiwać w życiu żadnych luksusów.

– Obiekt Sześć-Osiem-Cztery, idziesz z nami. Pozostań na miejscu, dopóki cię nie skrępujemy.

Jestem nadal zwrócona twarzą do ściany, więc nie widzą, że zdezorientowana, marszczę czoło.

Życie w Lengard biegnie według ściśle ustalonego, niezmiennego porządku. Każdy dzień jest taki sam. Rano budzi mnie odgłos wsuwania przez szczelinę u dołu drzwi mojej celi miski z pozbawionym smaku kleikiem wzbogaconym o błonnik i zaprawionym proteinami. Na zjedzenie tego czegoś mam dziesięć minut. Potem jestem odprowadzana pod eskortą do łazienki na pięć minut. Stamtąd odsyłają mnie prosto do doktora Manninga na codzienną ocenę mojego stanu psychicznego. Trwa ona dwie godziny, a później dostarczają mnie do Enza, który przez następne trzy godziny nadzoruje mój fizyczny trening siłowy i wytrzymałościowy. Potem dają mi piętnaście minut na prysznic i przebranie się w świeżą poszewkę stanowiącą mój uniform, zanim odeślą mnie z powrotem do celi na godzinę, w trakcie której pojawia się kolejny mdły posiłek, wzbogacony proteinami. Po tym lunchu czekają mnie dwie godziny piekła z Vanikiem – określanego oficjalnie jako „terapia eksperymentalna” – a jeśli udaje mi się opuścić jego laboratorium, będąc wciąż przytomną, jestem włóczona pomiędzy wizytującymi lekarzami i ewaluatorami, dopóki nie orzekną, że na dziś ze mną skończyli. Może to trwać od dwóch do sześciu godzin. Wtedy podaje się mi odżywczy koktajl – napój z witaminami i składnikami pokarmowymi, mający utrzymać mnie w optymalnym stanie zdrowia – i mam ostatnie pięć minut w łazience, zanim wepchną mnie z powrotem na noc do celi.

Ten ustalony porządek nigdy nie uległ zmianie. Ani razu.

Aż do teraz.

Mój dzień miał się już skończyć. Jest pora nocna. Wypiłam odżywczy koktajl i po raz ostatni odwiedziłam łazienkę. Miałam pozostać zamknięta w celi do rana, kiedy wszystko znów się powtórzy. Nie mam pojęcia, dlaczego odstępują od rutyny. Ale stoję nieruchomo, gdy strażnicy zbliżają się do mnie od tyłu, chwytają mnie za ręce, szarpią je w dół i metalowymi kajdankami skuwają za plecami.

Kiedy mnie odwracają, widzę ich: dwóch mężczyzn stojących po moich bokach, dwakroć wyższych ode mnie. Te kajdanki nie są konieczne. Fizycznie w żaden sposób nie zagrażam tym strażnikom. A żadne więzy nie zabezpieczą ich przed prawdziwym zagrożeniem, jakie stanowię. Nic ich przed tym nie zabezpieczy.

– Idź z nami i zachowaj milczenie – mówi mężczyzna po mojej lewej stronie, powtarzając te same słowa, jakich używają wszyscy inni strażnicy, ilekroć prowadzą mnie na zewnątrz. Chwyta mnie za ramię tak mocno, że niemal krzywię się z bólu, jednak udaje mi się zachować niewzruszony wyraz twarzy. Nie przytakuję ruchem głowy. Nawet nie mrugam. Patrzę prosto przed siebie i stawiam kolejne kroki, gdy wyprowadzają mnie z celi.

Na korytarzu jest jasno. Światło lamp w górze boleśnie mnie razi. Z wysiłkiem staram się nie wzdrygnąć. Tylko spuszczam głowę, tak aby włosy zasłoniły mi oczy. Gdy idziemy,

skupiam wzrok na lśniących czarnych i białych kafelkachpodłogi. Nie ośmielam się zapytać strażników, dokąd zmierzamy.

Usłyszałam rozkaz i zachowuję milczenie. Nawet gdybym postanowiła zignorować ich ostrzeżenia, nie zadałabym pytań.

Ale oni o tym nie wiedzą. A ja im nie powiem.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Szept
Autor: Lynette Noni
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Wydawca: Uroboros
Data wydania: 27 stycznia 2021
Liczba stron: 432
Oprawa: miękka
Cena: 41,99 zł

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.