» Recenzje » Szczęśliwa godzina w Piekle

Szczęśliwa godzina w Piekle

Szczęśliwa godzina w Piekle
W każdej religii i każdej mitologii ukazana jest wizja zaświatów. Zatem i w chrześcijaństwie nie mogło zabraknąć drobiazgowego ukazania piekielnych czeluści. Na ową zaświatową niwę przeniósł czytelnika Tad Williams w drugim tomie przygód Bobby’ego Dolara, zatytułowanym Szczęśliwa godzina w Piekle. Uczynił to w sposób niezwykle wciągający, mieszając tragedię z groteską, momenty na granicy pastiszu kontrapunktując tymi żyłującymi emocje odbiorcy, a całość doprawiając iście barokową wizją otchłani, która usatysfakcjonuje nie tylko miłośników makabry.

Uniknąwszy w poprzednim tomie śmierci serwowanej mu na rozliczne wyrafinowane sposoby, pokonawszy wrogów (a przynajmniej kilku z nich), odkrywszy tajniki spisku prowadzącego do utworzenia Trzeciej Drogi, wywęszywszy tajemniczy alians pomiędzy przedstawicielem anielskiej wierchuszki, a piekielnym arystokratą, wreszcie – zdobywszy kobietę swego życia (by ją w tej samej chwili utracić), Doloriel ma prawo by zmęczony. Lecz to nie koniec atrakcji. W Szczęśliwej godzinie w Piekle wezwany przez Eforat musi stawić czoła piątce mocno zdenerwowanych archaniołów, prowadzących śledztwo dotyczące jego postępków, zaś po zapadnięciu wyroku zawieszającego jego adwokackie uprawnienia, miast zażywać uroków owego przymusowego urlopu, Bobby szykuje kolejną eskapadę. Tym razem w rejony, gdzie anioły (prócz nielicznych wyjątków) nie pojawiały się od czasu, kiedy garstka upadłych przejęła władztwo nad owym ognistym dominium. Celem jego wyprawy przedsięwziętej "z małą pomocą przyjaciół" ma być uwolnienie hrabiny Casimiry Zimnorękiej, demonicznej miłości jego życia.

Zdecydowanie nad wejściem prowadzącym do piekielnych czeluści powinien być umieszczony napis: Lasciate ogne speranza, voi ch’intrate, gdyż przekroczenie Mostu Nerona zapoczątkuje dla Bobby’ego niekończącą się drogę przez mękę, kiedy, odziany w "garnitur" ze skóry demona, krok po kroku realizuje kolejne punkty swej misji. Jakież to szalone wizje oglądamy jego oczyma. Ileż wynaturzonych i zdeprawowanych postaci spotka na swojej drodze. Jak wiele razy musi uciekać się do swego sprytu, siły fizycznej, tudzież żonglować kolejnymi wersjami potencjalnych rozwiązań sytuacji pozornie bez wyjścia, które podszeptuje mu jego błyskotliwa inteligencja. A wszystko to kierowane imperatywem: odnaleźć Caz, która cierpi w niewoli Eligora Jeźdźca - złowrogiego Księcia Piekieł. Wychodząc cudem z kolejnych zasadzek i pułapek, gromiąc zarówno szatańskie siły specjalne, jak i prostych żołdaków, wymykając się z seksualnych sideł rozerotyzowanych demonic, zyskując nowych wrogów, lecz i zawiązując wielce korzystne alianse – Doloriel sukcesywnie pokonuje kolejne kręgi Piekła, by wreszcie trafić tam, gdzie zamierzał. Lecz, ku swemu niebotycznemu zaskoczeniu, okaże się to dopiero początkiem jego kłopotów.

Ale któż ma z nich wybrnąć, jeśli nie Bobby – twardziel, przebiegły niczym stado lisów na sterydach, kombinator, wojownik jakich mało, do tego uwielbiający stosować nieczyste metody walki. Jego postać w drugim tomie cyklu nie uległa znaczącym przeobrażeniom. Owszem, jest znacznie bardziej zdeterminowany, aby osiągnąć swój cel, ponieważ ma motyw silniejszy i ściśle osobisty: gna go zarówno pragnienie uratowania ukochanej, jak i wywarcia zemsty na jej dręczycielu. Podobnie, jak w pierwszej części, tak i tutaj to on jest narratorem, zatem mamy ponownie możność zapoznania się z jego charakterystycznym, niezwykle barwnym sposobem opisywania toczących się wydarzeń, z licznymi wtrętami humorystycznymi, szybkimi i dramatycznymi niczym staccato, relacjami kolejnych ucieczek, pościgów, gargantuicznych starć i apokaliptycznych spisków. Aby czytelnik mógł zyskać chwile oddechu, przełamane są one interludiami znacznie spokojniejszymi, w których Williams przedstawia Dolara szarpanego emocjami, w scenach czuło-erotycznych z Casimirą. W tym miejscu muszę przyznać, że te wtręty nieco zaburzały mi odbiór lektury. Owszem, były potrzebne po to, by uzupełnić postaci zarówno Caz, jak i Doloriela, a także ukazać podwaliny jego motywacji, lecz wizja Bobby'ego jako delikatnego romantyka, czy też gorliwej seksmaszyny nie do końca mi pasowała. Zdecydowanie bardziej wolę go w wersji bezpardonowego fightera o ciętym języku. Natomiast sceny, w których Dolar ukazuje koszta wszelakich paranormalnych mocy, uderzają niczym precyzyjnie wymierzone pchnięcie, kiedy okazuje się, iż pod płaszczykiem awanturniczo-przygodowego paranormala kryją się znacznie głębsze treści.

Zgrzyta również przedstawiona w Szczęśliwej godzinie… nowa wersja Casimiry. Gdzież podziała się ta wyszczekana demonica, zimna i beznamiętna (wyjąwszy pewne "momenty"), o naturze dominy, znana w kręgach anielsko-diabolicznych pod mianem zimnej suki? Teraz Williams przekształcił tę postać w klasyczną damsel in distress, oczekującą w swej piekielnej wieży na zbawcę i nie potrafiącą wykonać zdecydowanego ruchu. Po części to zachowanie tłumaczyć może lęk o kochanka, który mocno już podpadł piekielnej kamaryli, ale taka postawa jest tak wyraźnie sprzeczna z dotychczasowym zachowaniem hrabiny, że trudno mi ją zaakceptować. Owszem, ma swoje wyraziste momenty, lecz tylko we wspomnieniowych przerywnikach, kiedy stanowi mieszankę wybuchową cech godnych sukkuba i biednego, zagubionego dziewczątka, potrzebującego miłości i pocieszenia tudzież wciela się w rolę Szeherezady opowiadając Bobby’emu legendy swego rodu.

Skoro w przypadku dwojga głównych protagonistów nastąpił regres, można by było się zastanawiać, jak na tym tle prezentują się pozostali, znani z Brudnych ulic Nieba bohaterowie. Otóż – nad wyraz drętwo. Pojawiają się bowiem na kartach nowej powieści Williamsa migawkowo, podczas samego zadzierzgnięcia akcji, by potem ustąpić miejsca nowym postaciom rodem z piekielnych otchłani. Jest to wielce barwne, charyzmatyczne i momentami mocno zaskakujące towarzystwo (Doloriel zdecydowanie lubi sobie dobierać nietuzinkowych kompanów). Mamy tu i nieletniego demona – złodziejaszka o imieniu Gob, który pełni rolę cicerone wskazując naszemu aniołowi drogę na pierwszym etapie jego podróży, ogro-podobnego Riprasha, szalonego kapitana o pirackich skłonnościach, dla którego żadna piekielna rzeka nie ma tajemnic, za potworną powierzchownością kryjącego złote serce i mesjanistyczne zapędy... głoszącego teorię o wyzwoleniu z piekła i odpuszczeniu wszelkich przewin. Tudzież całe panoptikum przelotnie poznanych indywiduów, których wynaturzone opisy mocno zapadają w pamięć.

Nie ma u Williamsa prostego czarno-białego podziału, choć pozornie łatwo wywnioskować, kogo powinniśmy obdarzyć swą sympatią, na kogo zaś nałożyć odium niechęci. Ale nawet ci źli są przerysowani, często do granic groteski. Przykładem mogą być kreowany na bête noir psychopatyczny zombie–zabójca Śmiszek (którego prawdziwe intencje są mocnym szokiem dla czytelnika) lub też komisarz Niloch – żądny zemsty, nie ustający w pogoni za Dolorielem, ukazany jednocześnie jako wizualnie odstręczająca persona (macki, wszędzie macki!), lecz niepozbawiony elementów humorystycznych. Najbliżej definicji szwarccharakteru stoi Eligor Jeździec, naczelny antagonista Dolara. Rzeczywiście, można się lękać tego do cna zdeprawowanego Księcia Piekieł, który każdy swój krok kalkuluje na zimno, posiłkując się iście demoniczną inteligencją, jednocześnie żywiąc pogardę dla wszystkich niżej od siebie postawionych, równych mu, a nawet przewyższających rangą.

Szczęśliwa godzina… to powieść o podróży zarówno w formie fizycznej, jak i metaforycznej, ujętej jako przemierzanie kolejnych warstw podświadomości, by, dobrnąwszy do tych najgłębiej położonych, zadrżeć z przestrachu. To epos o pokonywaniu demonów – zarówno tych cielesnych, jak i duchowych. Doloriel, niczym Odyseusz idący na ratunek swej Eurydyce, pokonuje kolejne próby a naśladując Tezeusza podążającego za nicią Ariadny, odnajduje kolejne tropy. Sam Tad Williams podsuwa czytelnikowi owe mitologiczne paralele. I wreszcie, jest to historia prawdziwej miłości, w imię której należy wszystko i wszystkich poświęcić (lecz akurat ten wątek jest moim zdaniem minimalnie naciągany).

Autor każe Dolarowi przemierzać kolejne kręgi Piekła, ukazując obraz owego demonicznego świata w sposób niezmiernie przejmujący, czerpiąc z przebogatego dorobku malarzy i pisarzy (między innymi Hieronima Boscha, Dantego, Williama Blake'a), posiłkując się filozofami (Orygenes), uzupełniając ów wizerunek mitologicznymi wtrętami, takimi jak wpasowanie w portret piekielnego dominium pięciu rzek Hadesu (miłośnicy antyku znajdą tu znacznie więcej analogii), zaś całość dopełniając swą nieokiełznaną wyobraźnią. To Piekło, porażające w swym majestacie, jest pełne skrajności. Podczas swych peregrynacji Doloriel poznaje wstrząsające rejony Głębi, w której potępieńcy, a także demony poddawani są karze, najgorsze slumsy Abadonu, jak również splendor siedziby szlachetnie urodzonych – Czerwonego Miasta w Pandemonium. Każda z tych wizji jest wycyzelowana w najdrobniejszym szczególe, będąc jednocześnie w pełni zamierzonym literackim przejawem horror vacui. Prócz literacko-mitologicznych odwołań, pisarz wielokrotnie puszcza oko do czytelnika wprowadzając epizody i sugestie rodem z popkultury. Pojawia się (choć jeno w skojarzeniach protagonisty) i Clint Eastwood, mamy odniesienia do popularnych seriali (jestem niemalże pewna, iż Williams musi oglądać Supernatural), czy wreszcie przelotnie wspomniana postać bluesmana Roberta Johnsona, który ponoć za swój talent oddał duszę diabłu.

Do moich w dużej mierze pochlebnych do tej pory rozważań czas dorzucić nieco większą dawkę krytyki. Wspominałam już, iż emocjonalna wersja Doloriela nie do końca odpowiada mojemu wyobrażaniu tej postaci, narzekam także na Caz. Pewne wątki rozwiązane są metodą deus ex machina, nie nachalnie co prawda i poprowadzone mistrzowską ręką, ale momentami potraktowane nazbyt "na skróty". Zbyt często również Bobby traci przytomność. To rozwiązanie fabularne co prawda mocno podnosi napięcie, ale w pewnym momencie staje się przewidywalne, na zasadzie mechanizmu: poważne kłopoty – Dolorielowi urywa się film. Te drobiazgi nie odbierają jednak przyjemności z lektury Szczęśliwej godziny w Piekle, ba – stanowią rysę niedoskonałości, która sprawia, iż książka staje się bliższa czytelnikowi, zgodnie z zasadą, że z perfekcyjnym ideałem trudno jest obcować w pozycji innej, niźli na klęczkach, zaś o przygodach Dolara można czytać wygodnie zwiniętym fotelu. Czując co prawda wściekłość po dobrnięciu do finału (tak szarpiącego nerwy cliffhangera dawno nie widziałam), a jednocześnie – wyczekując finału z niecierpliwością graniczącą z obsesją.

8.5
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Szczęśliwa godzina w piekle (Happy Hour in Hell)
Cykl: Bobby Dolar
Tom: 2
Autor: Tad Williams
Tłumaczenie: Janusz Szczepański
Wydawca: Rebis
Data wydania: 27 maja 2014
Liczba stron: 484
Oprawa: miękka
Format: 132x202 mm
ISBN-13: 978-83-7818-458-4
Cena: 34,90 zł



Czytaj również

Zaspać na Sąd Ostateczny
Daj nam Boże eony wojny
- recenzja

Komentarze


Asthariel
   
Ocena:
0

Pewnie kiedyś przeczytam, ale zdecydowanie nie podzielam twoich zachwytów. Pierwszemu tomowi nie wystawiłbym więcej niż 6+/10. Wątek romantyczny był żenujący.

31-07-2014 10:59

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.