Syndrom Everetta: Ulysses

Suma wszystkich strachów

Autor: Marcin 'Karriari' Martyniuk

Syndrom Everetta: Ulysses
Sięgając po debiutancką powieść Jarosława Ruszkiewicza byłem przekonany, że oto kolejny raz mam do czynienia z militarną space operą. Wrażenie potęgował zamieszczony na tylnej okładce blurb, traktujący o wielkiej wojnie pomiędzy dwoma niezwykle rozwiniętymi technologicznie cywilizacjami. Brzmiało sztampowo, ale na szczęście zostałem mile zaskoczony.

Wspomniałem o okładkowej notce fabularnej, za którą wydawnictwu należy się spory minus, ponieważ w dużym stopniu zdradza, wokół jakich kwestii będzie rozwijana główna oś fabularna. Straciły na tym pewne wydarzenia, które zamiast zaskakiwać, stały się w ogólnym efekcie zbyt przewidywalne. Stanowczo odradzam jej czytanie przed lekturą całości.

Opowieść jest rozłożona na kilka wzajemnie przeplatających i łączących się na końcu powieści wątków, które tylko na pozór nie posiadają wspólnego mianownika. Historia rozpoczyna się bitwą, której jedna strona konfliktu za wszelką cenę stara się uniknąć i w nadziei na lepsze jutro, pragnie ukryć przed wrogiem choćby część swojej podupadłej cywilizacji. Po około 50 stronach wojna i statki kosmiczne przestają nas niemal zupełnie interesować, a Syndrom Everetta zamienia się w osadzoną w 2111 roku powieść z pogranicza kryminału i sensacji, przy czym tej drugiej składowej jest znacznie więcej. Trzeba przyznać, że w tej roli sprawdza się świetnie, bowiem niektóre rozwiązania akcji są intrygujące, a Ruszkiewicz zadbał o stopniowe podwyższanie towarzyszącego lekturze napięcia. Mamy do czynienia z włamaniami, szemranymi lokalami i jeszcze gorszymi klientami, pościgami i strzelaninami, polityką międzynarodową, która łączy się także z teoriami spiskowymi, potęgowanymi faktem piastowania przez niektórych protagonistów wysokich urzędów państwowych lub prowadzenia intensywnej działalności w wielkomiejskim półświatku. 

Autor uraczył nas kilkunastoma bohaterami, przy czym kilku z nich pojawia się już na początku powieści, towarzysząc nam aż do jej końca, i nie mam wątpliwości, iż część charakterów znajdzie także swoje miejsca w kontynuacji. Niestety ciężko powiedzieć o nich coś więcej – jest ich dużo, jednak niemal wszyscy są bezbarwni, oddając palmę pierwszeństwa zamierzeniom fabularnym. Choć czytelnik jest w stanie zidentyfikować większość postaci po charakterystycznych zachowaniach czy nawet sposobie prowadzenia dialogów, to nie jest w stanie zżyć się z którąkolwiek z nich. Jedynym wyjątkiem jest tytułowy Ulysses, pozostający zresztą jedną z największych tajemnic w całej powieści, ale wciąż nie jest to ktoś wybitnie interesujący, głównie przez to, że wzmianki o nim pojawiają się raptem w kilku momentach i tak naprawdę niewiele się z nich dowiadujemy. Na dodatek rozdziały nie stanowią bezpośredniej kontynuacji swoich poprzedników, zazwyczaj przenoszą czytelnika w inną lokalizację i do odrębnych postaci, co czasem wprawia w lekkie zakłopotanie, tym bardziej, że znajdziemy garść bohaterów szukających wyjaśnień w kwestiach dobrze już czytelnikowi znanych za sprawą poprzednich wątków. 

Ruszkiewicz mozolnie buduje świat powieści i niejednokrotnie przeszło mi przez myśl, że zbyt dużo uwagi poświęcił opisom rzeczy nieistotnych, przez co niektóre linijki tekstu śledziłem głównie z obowiązku. Moim zdaniem informacja, że bohater wyciągnął papierosa, po czym rozmyślił się i schował go z powrotem do kieszeni, poza wyjątkami wpływającymi na kreację postaci jest absolutnie zbędna, a w powieści znajduje się więcej takich niewiele wnoszących wzmianek . Szkoda, bo zarysowana historia absorbuje uwagę czytelnika, powodując natychmiastową ochotę na przeczytanie kolejnych stron, tym bardziej, że Ruszkiewicz bardzo dobrze posługuje się suspensem i ostatnie zdania poszczególnych rozdziałów pozostawiają czytelnika z uczuciem zaciekawienia i niepewności.

Pomimo przesadnego rozwleczenia debiut Ruszkiewicza można zaliczyć do bardzo udanych, gdyż opowiedziana historia wciąga i intryguje, a autor w świetny sposób prowadzi fabułę. Przez większość powieści ledwie uchyla rąbków tajemnicy, bądź piętrzy przed czytelnikiem kolejne zagadki, jak przystało na pierwszy tom cyklu. Do plusów należy też zaliczyć pieczołowicie oddany klimat zagrożenia i strachu w obliczu śmiertelnie groźnej niewiadomej, której naturę warto poznać samemu, biorąc się za lekturę Syndromu Everetta

Dziękuję wydawnictwu Drageus Publishing House za udostępnienie egzemplarza do recenzji.