» Opowiadania » Statkorództwo – Aliette de Bodard

Statkorództwo – Aliette de Bodard


wersja do druku

(Shipbirth)

Autor: Redakcja: Bartłomiej 'baczko' Łopatka
Ilustracje: blublu

Statkorództwo – Aliette de Bodard

Głodny Kojot przebywał w głębokich płaszczyznach przez dziesięć dni, czyli całą podróż pomiędzy planetą Quetzalcoatl a tym odosobnionym miejscem spotkania. Przez te dziesięć dni Acoimi czuł, że powoli, nieodwołalnie popada w szaleństwo.

W głębokich płaszczyznach na statku wszystko było nie tak: drzwi migotały niczym w fali gorąca, wskaźniki migały z częstotliwością bolesną dla oczu, a metal korytarzy skręcał się i zmieniał wygląd od tłustego połysku po kruchą przezroczystość kryształu. Na progu słyszalności czyhały dźwięki: szepty i głosy, fragmenty piosenek, które wydawały się znane, ale umykały tym dalej, im bardziej starał się ich słuchać… Lecz gorsza od wszystkiego była przemożna obecność Umysłu Głodnego Kojota, jego procesy przytłaczały myśli Acoimiego, jak czarna dziura pulsująca za burtą statku, kurcząc wszystko w środku.

Teraz przynajmniej byli w przestrzeni rzeczywistej, w czasie rzeczywistym, a wszystko zdawało się… prawie normalne – poza gąbczastą, elastyczną fakturą przyspieszonej stali ścian. I obecność, choć była wyciszona poza głębokimi płaszczyznami.

Acoimiego przeszedł dreszcz. Niech to Czarny Pan pochłonie, nie powinno mnie tu być, przekonywał siebie już nie pierwszy raz. Nie żeby dano mu wybór – był tictilem, lekarzem, więc służył tam gdzie, go posłał Pan Ludzi. A jednak…

Jednak jego inny tytuł, szeptany mu za plecami, to huecatl ahuiyal: "ten słodki, ten głęboki" – niewymazywalne wspomnienie tego, czym kiedyś był. Czekało na niego jednak wszystko to, przed czym uciekał: lęki nocy zlanych potem, pełnego wątpliwości budzenia się w obcym mu ciele zanim nie uświadomił sobie, że to wcale nie sen, że rzeczywiście dokonał zmiany...

Głos Umysłu Głodnego Kojota wyrwał go z zamyślenia. – Łączenie zakończone. Opuścić pokład.

Przed nim zakończyło się rozkładanie łącznika w próżni pomiędzy Głodnym Kojotem oraz nienarodzonym statkiem, na którym go potrzebowano. Acoimi przeszedł na drugą stronę i odetchnął z ulgą pomimo wszystkiego, co się działo. Tu, na pokładzie nienarodzonego statku, ściany były chłodne i twarde, nic nie pulsowało pod jego placami, nic się nie skręcało ani nie wgłębiało bardziej niż normalnie.

– Transfer zakończony. Trwa zrywanie połączenia. Głos Umysłu dobiegł z daleka, cichy i niemal niegroźny. Za nim ściany znów się zamknęły, a łącznik wsunął się do Głodnego Kojota, który nie przerwał oddalania się. Drobne pocieszenie: Acoimi nie będzie musiał znosić obecności Umysłu dłużej niż to konieczne. Umysły były samotnikami z natury, a statki zbliżały się do siebie tylko w przypadku wyższej konieczności, a i wtedy nie na długo.

Nienarodzony statek miał klasyczny układ klasy Jaguar: cztery ramiona wychodzące z pomieszczenia-serca; pięć korytarzy łączących ramiona i tak dalej – lustrzane odbicie porządku świata śmiertelników. Nie, to podkreślenie, afirmacja tego, że pomiędzy wygłodniałymi gwiazdami porządek zrodzony z ognia i krwi pozostaje niezachwiany. Korytarze wykonano z zakrzywionego metalu, drobiazgowo zdobionego wieloma symbolami ochronnymi – od stylizowanych węzłów po jadeitowe paciorki. Ich monotonia jest miejscami łamana przez freski: wojownicy wydostający więźniów ze zdobytych statków, kobiety wstępujące w Niebiosa z dłońmi przyciśniętymi do zakrwawionych łon; procesja bogów towarzyszących słońcu w Jego podróży pomiędzy planetami.

Acoimi znalazł akuszerkę, Xoco, w jednym z pokoi obwodowych: w północnym, poświęconym Babci Ziemi, śmierci i zniszczeniu. Jej twarz była wciąż chuda, o ostrych rysach, lecz poza tym wyglądała bardziej jak matrona, z brzuchem wylewającym się z jadeitowych spodni. Jej oczy były niepokojąco szare, tak samo jak dołki jej twarzy.

– Jesteś – powiedziała Xoco – Jest twoja.

Jego. Acoimi stłumił gorzki śmiech. Starał się nie patrzeć na trzecią osobę w pomieszczeniu: kobietę siedzącą ze skrzyżowanymi nogami na kolorowej macie z zielono-żółtym jaguarem. Jej twarz nie miała wyrazu, oczy były nieobecne niczym u trupa.

– Huexotl z klanu Atempan – powiedziała Xoco. Potrząsnęła głową, a łuk jej wąskich ust zdradzał nieco… smutku, odrazy? Atempan to jeden z szesnastu najstarszych i największych klanów pochodzących jeszcze ze Starej Ziemi. Spotkanie członka starej szlachty, który zniża się do czekania w tym bezosobowych pokoju na wstydliwe zwieńczenie jej życia…

– Jak długo…? – Acoimi spytał ostrożnie. Pokój był czysty, pachnął lekko wybielaczem, a o tym, co się stało nie świadczyło nawet kilka kropel krwi. Czego oczekiwał? Zwijającej się, pulsującej masy optyki i ciała, rzucającej się jak ryba na lądzie? Jakby rzeczywiście oni mogli zostawiać takie ślady, kilka dni po porażce…

– Skurcze zaczęły się trzynaście dni temu. Xoco potrząsnęła głową. Była tam od samego początku – od przybycia na statek Huexotl z brzuchem zaokrąglonym charakterystycznie dla środkowego okresu/etapu ciąży. Jej twarz na pewno aż lśniła w oczekiwania na chwałę. Xoco pewnie gotowała dla Huexotl, czesała jej włosy co rano, masowała wypukłość, w której wygodzie i w czystości spał Umysł, przygotowując ją na ostatnią, najbardziej niebezpieczną część ciąży – moment przerwania łona, gdy Umysł wyrywa się, szukając połączenia z rdzeniem w pomieszczeniu-sercu, aby ożywić statek, naginając pokoje, korytarze oraz przejścia według swojej woli.

Słowa, które śpiewali na pogrzebie jego siostry, przypomniały mu się nieproszone:

Wznieś swe skrzydła, o Matko

Dawczyni życia, oddawczyni życia

Wznieś swe skrzydła, o Matko

Niech Śmierć będzie twym przejściem do Domu Słońca, Domu twego ojca i matki…

– Rozumiem – powiedział Acoimi. Spojrzał ponownie na Huexotl, westchnął i położył torbę na podłodze.

– Możesz odejść.

Xoco przyglądała mu się przez chwilę, przeszywając go wzrokiem, jakby chcąc ocenić jego wartość.

– Zgłosiłeś się na ochotnika? – spytała.

Acoimi roześmiał się. Kiedyś jego śmiech był tak czysty, że zwracał uwagę mężczyzn. Teraz był ostry i groźny. Odtworzyli mu gardło i struny głosowe, ale niektórych kwestii nie da się ukryć. Śmiech był zbyt bliski temu, kim kiedyś był… wewnątrz.

– Żeby potwierdzić, że umarła? Kto by się zgłosił do czegoś takiego? – powiedział. – Nie jestem katem. Jak ciebie, wysłano mnie tam, gdzie jestem potrzebny.

Xoco nie poruszyła się. Może nie zauważyła tego, gdy wszedł, ale teraz jej twarz nabrała wyrazu charakterystycznego dla osoby, która próbuje wyłapać coś, co przeoczyła.

– Ty…

– Nie zawsze byłem taki – Acoimi pochylił głowę i nawet teraz absurdalnie prosto było zaufać starym odruchom – płynnym ruchem lekko przechylić głowę w bok i uśmiechnąć się pozornie beztrosko. Ale nie, już taki nie jest, nie jest strachliwą dziewczyną, która obserwowała ciało swojej siostry przez cztery dni czuwania. To zostało zrobione i odnotowane, a Dwoistość dała mu nową szansę; nowe życie, które nie jest powiązane z Umysłami, głęboką przestrzenią, ani porodami. Już nigdy.

A przynajmniej tak mu się do dziś wydawało.

– Rozumiem – odpowiedziała Xoco – To nie zawsze proste.

– Nie – nie powiedział nic więcej, a ona wyczuła, że posunęła się za daleko. Skłoniła się mu, jak równemu sobie.

– Acoimi-tzin – powiedziała – Będę czekała na rezultaty twojej pracy.

Kiwnął głową, choć jedynym, na co czekał, był koniec tego nieprzyjemnego przedsięwzięcia.

***

Gdy został sam, wyciągnął małe lusterko z torby, opierając się pokusie spojrzenia w nie. Był piękną dziewczyną – o delikatnych rysach, pełnych, okrągłych policzkach i szerokich biodrach, które obiecywały siłę i wytrzymałość, czyli wszystko, co jest potrzebne, aby rodzić Umysły. Jako mężczyzna był zbyt… delikatny, kruchy, proporcje jego ciała nigdy się nie zgadzały, niezależnie od tego, ile przytył lub schudł.

– Huexotl z klanu Atempan – powiedział formalnie – Jestem Acoimi z klanu Chimilco, tictilem Mistrza Strzałek, Pana Ludzi, Wybrańcem Kolibra Południa. Czy poddasz się badaniu?

Huexotl nie odpowiedziała ani nie poruszyła się. Jej oczy przesunęły się w bok, niby to patrząc w ścianę za nim. Martwa, pomyślał i zaraz odsunął od siebie tą myśl. To było to, co miał sprawdzić: jeśli istniała szansa na to, żeby ją uratować, naprawić tak, aby mogła rodzić kolejne Umysły, marnować swoją krew i wodę na dawanie życia tym okropnościom, które poruszały się po płaszczyznach międzygwiezdnych...

A jeśli nie… Do tego służyła reszta jego zestawu: iniektor na dnie, który miał w sobie dość toksyn żeby zatkać płuca i zatrzymać serce bijące w piersi.

Dla nieuzbrojonej kobiety. Jakże honorowy, żołnierski czyn. Dowódca oddziału Acoimiego zdegradowałby go, gdyby o tym wiedział, lecz on także pozostał daleko w przeszłości, nie do odzyskania.

Nie jestem katem.

Jak dobrym kłamcą stał się z czasem.

Wziął głęboki oddech – przeszedł go dreszcz; strach, którego nie powinno tu być – i wyciągnął resztę sprzętu: miseczkę wypełnioną wodą, którą położył na udach Huexotl. Podniosła rękę i przez krótki moment jego serce stanęło – pomyślał, że ona reaguje, ale ręka opadła, tak samo apatyczna jak reszta kobiety.

Ostrożnie położył lusterko na powierzchni wody i zanucił hymn ku czci Jadeitowej Spódniczki, Bogini Narodzin i Płynących Wód:

– Przyjdź, moja matko, kamieniu jadeitowy

Jadeitowa spódniczko, Jadeitowa bluzko

Przyjdź, moja matko.

Twarz, która pojawiła się w lusterku, wydawała nie różnić się od tej, która znajdowała się nad nim, lecz wtedy woda zafalowała, a po policzkach przebiegł cień, który sprawił, że skóra nabrała ciemnego odcienia przestrzeni między gwiazdami.

A jeśli twarz ściemnieje, to tonalli, duch przebywający w głowie, odszedł, został odstraszony…

Nie; to zwykły przesąd, niepasujący do obecnych czasów. Acoimi wykonał rytuał, ponieważ tego od niego oczekiwano, a nie z powodu wiary w to, że da jakiekolwiek wiążące rozstrzygnięcie. Bogowie byli daleko, nigdy nie mieszali się do ludzkich spraw, niezależnie od ilości krwi przez nich przelewanej.

Acoimi rozpakował resztę sprzętu – położył bandaż na jej ręce i zaczekał, aż wykres głosu jej serca ustabilizuje się na materiale, wolny i równy. Wyciągnął myślosieć i zawinął je dookoła jej głowy, przyglądając się setkom światełek na metalowej siatce, podobnej do padającego deszczu. Wszystko to zwierzęce odruchy – dane przesyłane z oczu do rdzenia, małe impulsy płynące przez mięśnie i mózg. Lecz wzorzec, który powinien dojrzeć – rozbłyski światełek migających w znajomym tańcu ducha tonalli – nigdy się nie pojawił.

Przez cały czas brak reakcji. Jej kolano podskoczyło, gdy badał odruchy, lecz twarz nie poruszyła się, a ona nie powiedziała ani słowa. Oczy tylko mrugały.

Widział w lazaretach żołnierzy w stanie szoku, twarze bez wyrazu zupełnie jak ta: mamroczących idiotów oraz wrzeszczące krwawe masy ledwo przypominające człowieka. Ale nigdy… nigdy nie wyglądało to tak ostatecznie. Huexotl nie była sztywna jak zwłoki, czasem się poruszyła, ale nie było w niej nic, co można by nazwać życiem, jakkolwiek to słowo zdefiniować.

Może bogowie, jednak, nie byli tak oddaleni. Może Xoco miała rację i nic tam nie pozostało. Może ona już była cihuateteo: boginią z tarczą i włócznią towarzyszącą słońcu w niekończących się obrotach wokół planet. Może on powinien na kolanach składać ofiary krwi, żeby mogła je przyjąć, czy zobaczyć.

Xoco czekała na niego w korytarzu. Wyglądała na bardziej zmęczoną i znużoną niż wcześniej. Zastanawiał się, czy dostała jakieś inne wiadomości. Nie, to było niemożliwe – sygnały radiowe nie mogły być przesyłane, dopóki statek się nie narodził, a to sie na razie nie zdarzy, nie dzięki Huexotl.

– Więc? – spytała, choć na pewno widziała odpowiedź w wyrazie jego twarzy.

– Ona… – prawie dokończył, prawie wypowiedział słowa, które przypieczętowałyby jej los, urzeczywistniłby jej śmierć. Ale wtedy w ciemności dostrzegł twarz swojej siostry, Icxhel, jej zamknięte oczy, jej umyte włosy rozłożone wokół jak sieć rybacka, jej skóra koloru rzeczy, które nie widziały nigdy słońca oraz jej smutne usta, zupełnie jakby wiedziała, jak ciężkie i samotne będzie jej życie po życiu, spędzone na walce z ciemnością otaczającą słońce, zupełnie jak jej walka z bólem porodu.

– Potrzebuję więcej czasu. Muszę mieć pewność.

– Jak chcesz – ton Xoco sugerował, że nie robi jej to różnicy, lecz w jej głosie nie było wrogości, tylko znudzona obojętność. I coś jeszcze. Kiedyś był dobry w odczytywaniu wyrazu twarzy i emocji, lecz w trakcie swej aborcyjnej kariery w armii przestał zwracać uwagi na szczegóły.

– Możesz odejść – powiedział w końcu – Nie chciałbym...

Xoco wykonała drobny, pełen znużenia gest w drodze do jej kwatery.

– Widziałam wszystko od początku. Jestem jej winna zostać z nią do końca. Jakikolwiek on będzie.

Jej kwatera mieniła się kolorami – było to niespodziewane wytchnienie po bieli i pustce poprzedniego pomieszczenia. Na ścianach wolno obracały się freski – na wszystkich była Jadeitowa Spódniczka, Ta, która patronuje porodom, oraz jej mąż, Pan Burzy, bóg dostatku i płodności, a także chorób. Dwie strony medalu. Przy odłączonym terminalu leżała fajka z muszli żółwia w starodawnym stylu, a ekran wyświetlał zatrzymany film, który Xoco oglądała.

Wyłączyła telewizor machnięciem ręki i nastawiła na parzenie czekolady, którą nalała do dwóch niewielkich miseczek. W pokoju roznosił się zapach wanilii i przypraw, przypominając o domu. Przez chwilę siedzieli w ciszy.

– Na noc możesz wybrać sobie jedną z kwater – powiedziała Xoco – Chyba, że chcesz spać na statku, którym przybyłeś.

Nie. Dziesięć dni na pokładzie to zdecydowanie za dużo – dziesięć dni poczucia, że ściany poruszają się wokół niego, zmieniając się za każdym razem, gdy się odwracał – dziesięć dni wolnej dyslokacji, kiedy Umysł wciągał ich głębiej w płaszczyzny, obszary światła i złamanych kolorów pomiędzy gwiazdami. Za każdym razem gdy to się działo, przypominał sobie o pierwszym razie: podróż zrodzonym statkiem z rodzicami w celu odebrania ciała Ixchel z odległego miejsca, w którym umarła dając życie – żal i gniew mieszały się w nim, nie znajdując ujścia.

To nie było dobre miejsce. Nigdy nim nie będzie.

Przesunął ręką po ścianie za nim i poczuł, że jest lekko ciepła. Zmarszczył brwi.

– Jest martwy, prawda? Umysł, który urodziła.

Spojrzenie Xoco na moment przestało być tak pewne.

– Nie urodził się martwy. Próbował przeczołgać się przez pokój-serce, aby przenieść swą esencję do rdzenia statku. Ale był za słaby. Nic się nie stało.

Przed oczami stanęła mu scena: coś dużego i mrocznego, wyrywa się z łona, próbując dotrzeć do centrum pokoju-serca, w desperacji sięgając lśniącymi wypustkami i próbując przywrzeć do rdzenia statku ostatkami sił. Taki sam zabił Ixchel...

Zacisnął pięści i nie poruszył się dopóki obraz nie wyblakł.

– Z tym, że zostawił w niej tylko szaleństwo.

– To się zdarza się – głos Xoco był cichy, głos nauczyciela mówiącego do uczniów – Umysły nie przebywają tylko w łonie. Przebywają w ciele i w duszy w bardzo realnym sensie. Czasem nie potrafią wyplątać się ze swej rodzicielki.

Acoimiego przeszedł dreszcz.

– Więc ten statek jeszcze się nie narodził.

Xoco wzruszyła ramionami z lekkim smutkiem.

– W niektórych miejscach słychać echa. Dziwne odgłosy; rzeczy, których nie powinno tam być. Ale to tylko duchy. Wspomnienia rzeczy martwych.

– Rozumiem – powiedział Acoimi – Będę spał w pokojach Huexotl. Na wszelki wypadek.

Zbyt późno zorientował się, że to obowiązek Xoco – czuwać nad ciężarną będącą pod jej opieką od samego początku do końca.

Usta Xoco zwęziły się w… złości, niesmaku?

– Wkładasz serce w swoją pracę, tictil.

Ostatnie słowo zabrzmiało w jej ustach niczym przekleństwo, a nie uznanie jego wartości.

– Robię tyle, ile trzeba – powiedział, tak jak wcześniej.

Nie patrzyła na niego, tylko na freski. Jadeitowa Spódniczka była wysoka i dumna, jej ubranie przemieniało się w wodę od pasa w dół, a w Jej strumieniu pływały niemowlęta koloru jadeitu i turkusu – najcenniejszych rzeczy świata śmiertelników.

– Powiedz mi o tym, jak to jest być mężczyzną.

– Wszystkim, czego chciałem, – powiedział – była ścieżka wojen krwi, do chwały zwycięskich wojowników, do bogactw, jakimi obsypywani są zwycięzcy. Nawet jeśli...

Koniuszki jej ust znów się podniosły, jakby w rozbawieniu.

– Wyobrażam sobie, że tak jest na początku. Ale to musi być ciężkie, prawda?

– Może.

Spoglądała na niego niczym sęp, który chce dopaść konające zwierzę.

– Ilu mężczyzn pojmałeś w boju?

Znała odpowiedź na to pytanie. Widziała jego twarz, twarz mężczyzny w średnim wieku z kosmykiem włosów opadającym na plecy: twarz niesprawdzonego wojownika, który nie zdobył żadnych statków i nie złożył w ofierze żadnego więźnia.

– Żadnego – odpowiedział i spojrzał jej w oczy bez strachu.

Oczekiwał, że będzie awansował, podobnie jak jego bracia – ze śmiechem dążąc do lepszych ubrań, większych pokoi i przywilejów, lecz ze zdziwieniem odkrył, że jego rówieśnicy go wyprzedzają. Może, mimo wszystko, bezwzględność i fanatyzm były zarezerwowane dla mężczyzn. Może kobiety po prostu nie były przystosowane do wojen krwi, niezależnie od tego, jaką drogę przebyły. Może dlatego został lekarzem i przywracał zdrowie pacjentom.

Lub zabijał ich, jeśli zaszła taka potrzeba.

Dość. Nie będzie bez końca użalał się nad sobą. Musi kontratakować. Tak zrobiłby wojownik. Zapytał więc, znając odpowiedź, wiedząc, że zrani ją równie głęboko, jak ona jego.

– Ile Umysłów zrodziłaś?

Przez chwilę trwała w bezruchu. Potem przechyliła głowę z niewymuszoną gracją, której uczą w każdej szkole dla dziewcząt: niczym ptaszek w klatce prezentujący się właścicielowi.

– Obawiam się, że jestem bezpłodna. Nic nie zawiąże się w moim łonie, ani Umysł, ani dziecko. – Zaśmiała się nieco gorzko – Dobrana z nas para. Ja patrzę jak kobiety zdobywają chwałę, ty zajmujesz się pokonanymi wojownikami, synami Piątego Słońca. Patrzącymi z cienia.

Żadna z nas para, pomyślał Acoimi. Czekolada grzała jego ręce niczym dotyk kobiety.

– Mogłaś poprosić o zmianę płci.

Uśmiechnęła się.

– Mogłam. Lecz nie wszyscy mają tyle odwagi, co ty.

Ach, ale to nie była odwaga. Nie była to żądza krwi, walki ani nawet ambicja. Po odessaniu tłuszczu i wyczyszczeniu kości do białości sprawa okazywała się być prosta.

To był po prostu strach.

***

Tej nocy śnił o Ixchel albo o Matce, nie był pewny – myląca mieszanka twarzy wykrzywionych bólem porodowym, ceremonii chwalących kobiety, które poświęciły czas i życie, aby umożliwić loty międzygwiezdne. W pustce pomiędzy jego żebrami wybrzmiewały bębny i krzyki, które mogłyby być krzykami więźniów, lecz nie były.

Matka przemieszczała się pomiędzy szybami ich domu. Jak zwykle cicho i ostrożnie, jak gdyby każdy gest mógł niespodziewanie złamać kość, a w tle majaczyły trzy mroczne i zniekształcone Umysły, które zrodziła. Gonił je, lecz traciły na ostrości, odlatując w gwiazdy niczym ziarna dmuchawca na wietrze. Ixchel zlała się w całość – krucha i nierzeczywista, duch z pazurami, wojownik z włócznią i tarczą, kobieta krzycząca, gdy jej łono jest rozrywane. Leżała cicho na warcie, a położna w kółko powtarzała modlitwy, zapewniając, że jest z teraz ze Słońcem, że jej przeznaczeniem była chwała i światłość. Spojrzał na nią, lód skuł pustkę w jego piersi; pomyślał, że pewnego dnia on też tak będzie leżał i skulił się z bólu, jak gdyby coś już żyło w jego łonie, próbując wyrwać się na zewnątrz.

Ktoś wypowiedział jego imię – był to głos Umysłu Głodnego Kojota odbijający się od sufitów bardziej rozległych niż jakakolwiek planeta. Acoimi.

Obudził się, z łomoczącym sercem. W pokoju panowała cisza... Nie, chwilę. Coś się nie zgadzało.

Pokój był pusty. Huexotl zniknęła.

Gdzie mogła się podziać?

Wstał, szybko narzucając formalny płaszcz na ubranie i poszedł jej szukać. Może poszła do pokoju Xoco, ale ze środka nie dobiegał żaden odgłos, a nie chciał budzić położnej, gdyż musiałby przyznać się do porażki. Przeklęta męska duma. Chociaż to zyskał na zmianie płci.

Zamiast tego wędrował po szerokich, krętych korytarzach, nadstawiając uszu. Na pewno nie oddaliła się zbytnio. Na pewno...

Ściana za ścianą – mnóstwo ochronnych symboli pchających się na siebie, ułożonych jeden na drugim niczym ofiary w składzie Wielkiej Świątyni: ludzkie serca, smukłe orły, zakrzywione węże z kłami. Nie było tam nic prócz bicia jego spanikowanego serca oraz jednej, smutnie rozbawionej myśli: że przynajmniej na coś zareagowała. Ale czy na pewno ona też była tylko zwierzęciem, przestraszonym przez nieznaną twarz, uciekającym bez żadnego celu?

Korytarze rozmywały się i przechodziły jeden w drugi – wydawały się stawać korytarzami drugiego statku, Głodnego Kojota i jego Umysłu, przeszywając nawet jego myśli.

Powinien był wiedzieć, że nigdy się ich nie pozbędzie. Powinien wiedzieć, że tak samo jak jeden z nich zabił Ixchel...

Usłyszał ciche urywane dźwięki: echo pieśni dobiegające z bardzo daleka.

– Huexotl? – zawołał. Jego głos odbijał się od rozległych metalowych łuków i wracał bez ciepła i treści.

Korytarz nagle otworzył się niczym rozerwana klatka piersiowa. Widział przed sobą światło – jasną, ostrą żółć słońc i kukurydzy. Wszystko zdawało się skręcać i stykać: haczykowate ściany, drzwi zatracające kształty niczym topiący się metal, odgłosy dziwnego drapania przypominające gryzonie.

Duchy. Wspomnienia. Nic tam nie było...

Pieśń rozgościła się w jego myślach: pozbawiony słów rytm niczym świątynne bębny, niczym hymny ofiarne, uniżona litania, która nie chciała wyjść mu z głowy. Ściana była ciepła w dotyku, a pod palcami wyczuwał delikatne bicie serca – lustrzane odbicie jego własnego. Jego słowa stała się lekka, niematerialna, jak gdyby opuścił świat śmiertelników...

Ocknął się przestraszony, jego ręka nadal trzymała się zakrzywionej ściany. Teraz była już chłodna, zamilkło wszystko poza pieśnią, która dobiegała gdzieś z przodu. Przez krótką, bezczasową chwilę, zawisła poza czasem i przestrzenią rzeczywistości – zupełnie jak w głębokich płaszczyznach na pokładzie Głodnego Kojota.

Martwy. Umysł umarł, a ta niewielka jego część, która przeciekła do metalu teraz też nie żyła. Pozwolił się oszukać swojej wyobraźni.

Po tym, co przeszedł, aby do niego dojść, pokój-serce wydał się niemal rozczarowujący. Był idealnym okręgiem, prawie pustym za wyjątkiem konstrukcji na jego środku: oleisty metal wyginający się ku sufitowi, masa kątowników i prętów wystająca niczym kości z tronu Pana Śmierci. Światło odbijało się od niego niczym setki odległych gwiazd, lecz nie skrywało ciemnych plam na podłodze – wspomnienia tego, co tu zaszło.

Przeszedł go niechciany dreszcz. Ciężko było pozbyć się obrazu Umysłu czołgającego się po podłodze.

Huexotl klęczała w rogu, patrząc na plamy. To ona śpiewała; na początku wydawało mu się, że hymn nie ma słów, lecz z czasem rozpoznał zniekształcone, przerywane sylaby znanych zdań.

– Wznieś swe skrzydła, o Matko

Dawczyni życia, oddawczyni życia

– Huexotl – powiedział.

Poderwała się. Jej wzrok był mroczny i przestraszony, a ona sama mocniej wtuliła się w ścianę.

Więcej wyższych funkcji i emocji niż widział przez cały dzień. Może była jeszcze nadzieja.

Może próbował rozwiązać problem w zły sposób. Może ona wycofała się w głąb siebie tak bardzo, że była powłoką, warstwą kredy na składanej ofierze, przemieniającą człowieka w boga. A jeśli tak było... Musiał ją wyciągnąć.

– Jestem tu, żeby Ci pomóc – powiedział, klękając przy niej. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, przestraszona niczym sarna w pułapce. Niech Czarny go pochłonie, co ma robić? Nie bała się Xoco ani nawet jego badania. Ale to była noc na martwym statku, a w tym szerokim, dziwnym miejscu, w którym zagubiła swój umysł, byli tylko we dwoje, a on był mężczyzną.

Rozluźnił się ostrożnie, chwytając wspomnienia, które zdawały się uciekać. To kiedyś był instynkt: coś, o czym nie przestawał myśleć, niczym dumny krok i chęć zaimponowania innym, które przyszły wraz ze zmianą płci. A przynajmniej tak mu się wydawało. Ale przecież tak naprawdę nie zmieniali mu nic w mózgu ani w sercu. Tego tonalli nadal było z nim, duch pozostał bez zmian. Pamiętał. On...

Pomyślał o czasach tak dawnych, że zdawały się być z innej ery: Ixchel i dziewczyna, którą kiedyś był, siedzą razem i oglądają filmy kandydatów walczących o rękę kobiety – uśmiechnięte, licytujące się, ile Umysłów urodzą, rozmawiają o pięknych płaszczach, biżuterii i ziemiach, które należą się wytrwałym i odważnym. Były wtedy młode. Były głupie.

Ixchel tak się poruszała: lekko się garbiła, aby ukryć wzrost, powoli i celowo obracała głowę, lekko otwierając ustami, jakby chciała się uśmiechnąć lub przesłać całusa.

– Nie jestem taki jak kiedyś – powiedział. Głos mu zadrżał i opadł, kiedy próbował naśladować niski, poważny ton upadłych wojowników.

– Nie masz się czego bać.

Huexotl obróciła się nieznacznie. Jej oczy znów były puste.

– Nie wiem przez co przechodzisz – powiedział powoli – Nie wiem, czy wie to ktokolwiek, nawet te, które rodziły Umysły. Ale ja straciłem kiedyś kogoś bliskiego i wiem, jak to boli. Myślę, że Tobie jest jeszcze trudniej.

– Wznieś swoje skrzydła – Ręka Huexetl podniosła się, wskazując metal na środku pomieszczenia – Skrzydła.

– To dobrze – powiedział Acoimi uspokajającym głosem – Ale musisz zrobić coś jeszcze. Gdzieś tam jesteś – żywa. Wiem to.

Chciał, żeby przekonanie w jego głosie było obecne także w jego sercu, ale nie było. Widział Ixchel i jej matkę – wiedział więc, że rodzenie Umysłów odbierało coś kobietom, coś czego nie da się odzyskać. Wiedział, że był więcej niż łonem, a naiwnie myślał, że może być bronią, że może obrać męską drogę ku Niebu.

– Pokaż mi. Proszę – Wyciągnął ręce, jakby pokazując, że nie ma żadnej broni. Przesunął się i pochylił w stronę Huexotl, jak siostra, z którą dzieli się tajemnicą, przyjaciółka zwierzająca się z zauroczenia: jak kobieta, którą był – powłoka jego własnego, nieokreślonego jestestwa.

Huexotl przyglądała się mu, nieporuszona niczym posąg Jadeitowej Spódniczki: podkrążone oczy, przykurczona pod ścianą niczym zranione dziecko, mamrocząca w kółko te same słowa, podczas gdy jej ręka błądziła po metalu, jak gdyby jej chłód dawał jej pociechę.

Kogo chciał oszukać? To było beznadziejne.

– Chodź – powiedział Acoimi, prostując się – Wracamy do naszych pokoi.

Myślał, że wróci do męskiej postawy bez problemu, lecz gdy szli, odkrył, że nie potrafi. Czy to przez Ixchel? Huexotl w ogóle jej nie przypominała, ale to mogła być ona. Gdyby nie przypadek.

W tym leżał problem – nie potrafił o niej zapomnieć. Nie wiedział w jaki sposób mężczyźni czynią swe serca niewrażliwymi – jak mogą bezwzględnie zabijać dla dobra abstrakcyjnych, odległych ideałów – dla kraju, dla bogów. On zauważał tylko te drobne sprawy – mężczyzn i kobiety, wszystkich różniących się od siebie, każde zamknięte w swoim świecie o odrębnych regułach. Mógł zabić dla Ixchel, ale na to było już za późno.

Myślał, że to jedynie jego własne nieprzystosowanie do porządku rzeczy. Mężczyźni walczyli z mężczyznami, aby zdobywać jeńców – nie zabijali bezbronnych kobiet. Ale to było coś więcej, fizycznie odczuwana głęboka odraza – ta sama, która sprawiła, że uciekł sam od siebie. Może koniec końców był tylko kobietą – zdradzoną tak samo, jak wcześniej w armii, przez to czego zmiana płci nie wymaże. Przez delikatność i siostrzaną bliskość.

Nie, niech Czarny go pochłonie, nie. Nie był tak słaby. Raz go zdradzono. Więcej na to nie pozwoli.

***

Acoimi zapukał do drzwi Xoco następnego ranka i zobaczył, że siedzi z zamglonymi oczami przed miską syntetycznych płatków kukurydzianych.

– Masz rację – powiedział bez wstępu, bezpośrednio i agresywnie jak wojownik – Ona odeszła. Nie możemy w żaden sposób jej pomóc.

Przekręciła lekko głową, z namysłem.

– Noc sprawiła, że zmieniłeś zdanie?

– W pewnym sensie.

Dawny on tłumaczyłby się i usprawiedliwiał albo chociaż czuł wstyd. Teraz już nic z tego.

Xoco wzruszyła ramiona.

– Jak chcesz. To ja się spakuję. Wiesz, co musisz zrobić.

– Tak.

Myślał, że będzie się bać, poczuje niepewność lub żal, ale w jego piersi była tylko pustka. Rozejrzał się po pokoju i dojrzał to, co przegapił podczas wejścia – schludne pudełka, złożone ubrania na macie do spania.

– Wiedziałaś.

– Mówiłam Ci. Widziałam wiele narodzin – Xoco rozłożyła ręce – Jej dusza umarła tam, na podłodze, starając się dotrzeć do rdzenia statku. Nie można jej odzyskać/przywrócić w żaden sposób.

***

Wrócił do pokoju gdy znowu został sam. Huexotl czekała tam gdzie ją zostawił: siedziała na podłodze i wodząc rękami po macie rysowała losowe wzory, które mogły być glifami albo oznaką szaleństwa. Jej nieobecne oczy zwróciły się w jego stronę i przez chwilę wytrzymały jego wzrok.

Mogła być jego siostrą.

Lecz jeśli to on byłby jej bratem, nigdy nie pozwoliłby, żeby sprawy tak się potoczyły.

Acoimi przyklęknął i wyciągnął iniektor z torby. Instynktownie wprowadził dawkę odpowiednią dla osoby o jej wadze i budowie ciała: dość, aby wysłać ją w łagodną drogę w noc zaświatów, lecz nie tyle, aby składniki wspólnie wywołały paraliż bez utraty świadomości. Następnie usiadł obok niej, podwinął jej rękaw i przyjrzał się żyłom zebranym pod skórą.

Syk iniektora w pustym pokoju był jak wystrzał. Zacisnął dłoń, niemalże oczekując, że pacjentka zacznie się dusić i upadnie, ale przecież efekt nie był natychmiastowy. Zostało jej jeszcze kilka minut, może kwadrans, w zależności od tego, jak szybko toksyny rozejdą się po ciele.

– Powiedz coś. Proszę.

Patrzyła na niego niewzruszona. Po pewnym czasie to Acoimi nie mógł wytrzymać ciszy.

– Wznieś swe skrzydła, o Matko – wyszeptał, a głos łamał mu się na ostatnim słowie, stając się zbyt wysoki, gdy chciał go wzmocnić – Dawczyni życia...

Ręce Huexotl zacisnęły się lekko.

– Wznieś swe skrzydła– powtórzyła i delikatnie, ostrożnie wyprostowała ciało, trzęsąc się przy tym – o Matko.

Acoimi wzdrygnął się zaskoczony. Lecz ona nie zdawała sobie sprawy z jego obecności: wstawała i powoli kierowała się w stronę drzwi i korytarzy za nimi.

Wiedział, dokąd szła: z powrotem do pokoju-serca, który miał jakieś znaczenie dla jej ograniczonego umysłu. Mógł ją popchnąć, zmusić do siedzenia nieruchomo. Ale po co? Zabijając ją, zrobił wystarczająco dużo – czemu miałby zabraniać jej wyboru miejsca śmierci?

Huexotl szła wolniej i wolniej, kiwając się, korytarze skręcały i wyginały się wokół nich – lśniący metal, pulsujące włókna węglowe, a echo jej pieśni stawało się coraz głośniejsze, kiedy ona słabła. W końcu statek wydawał się wypełniony jej hymnem.

Po pewnym czasie doszła do pokoju-serca; zatrzymała się w drzwiach, oddychając ciężko i zaciskając dłonie. A potem przewróciła się niczym ścięte drzewo, wyciągając ręce w stronę rdzenia, jakby sama była Umysłem, który próbuje odnaleźć się ze statkiem.

– Proszę... pomóż – wyszeptała.

Jej głos wytrącił go z otępienia. To byłe pierwsze składne słowa, jakie od niej usłyszał, pierwsze nie będące objawem szaleństwa lub urywkami pamięci. Zanim mógł zastanowić się nad tym, co jej zrobił, już schylał się i podnosił ją – całym ciężarem spoczywała na jego rękach. Zataczając się, zaniósł ją do rdzenia.

Jej dłonie objęły wystający kawałek metalu i uśmiech pojawił się na jej twarzy. Nie był to jednak bezmyślny uśmiech wywołany przez leki, lecz coś bardziej pierwotnego, silna, nagła radość, która sprawiła, że zrobiło mu się niedobrze.

– Wznieś swe skrzydła – wyszeptała.

Jej oddech był jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu. Powolny i ciężki – jej płuca wypełniały się płynem, mięśnie zawodziły jeden po drugim.

– O Dawczyni życia...

Ręce Huexotl puściły metal. Jej spojrzenie błądziło, aż napotkało jego wzrok, a w jej oczach zobaczył coś... miłość, głód, pożądliwość... stapiające się w jedno uczucie tak obce i silne, że paliło go niczym kwas rzucony w twarz, zdzierając wszystkie pozory, kłamstwa i uniki.

– Proszę – wyszeptała.

Podciągnęła się i oplotła swoim ciałem rdzeń statku, tuląc twarz do metalu, który zamglił się od jej oddechu.

– Pomóż... mu...

Umilkła, gdy ostatnie z jej mięśni zostały sparaliżowane. Oczy zamknęły się. Nie wiedział, kiedy dokładnie umarła, lecz w pewnym momencie jej bezruch stał się 'tym charakterystycznym dla zwłok', a jej twarz zupełnie zbladła – wyglądała teraz żałośnie i drobno, lecz przedziwnie ludzko. W momencie śmierci nie była ani pusta, ani szalona, ale krucha jak każdy inny.

– Przepraszam – wyszeptał Acoimi, wiedząc, że to niczego nie naprawi. Mgła jej oddechu przesuwała się po belkach i rurach, znikając z pola widzenia. Słyszał tylko bicie swego serca, boleśnie walącego w klatce piersiowej.

Stopniowo zaczął sobie zdawać sprawę, że nie jest sam. Wyczuł rozległą, niemal boską obecność – coś, co zakrzywiało przestrzeń wokół nich, nadawało oleisty połysk metalowi i migotało w powietrzu niczym fala gorąca. Przez pokój przeszły wstrząsy, gdy próbował dostosować się do nowych form i zasad – poczuł otarcie obecności: światło i złamane kolory, płaszczyzna, która nie powinna być dla niego dostępna.

Matko, szeptało płakało, albo krzyczało to coś. Matko!

Duch. Wspomnienie, powiedziała Xoco. Ale Acoimi był lekarzem-tictil, od początku do końca, nawet tu, nawet teraz, w obliczu... tego. I dostrzegał nie ducha, nie wspomnienie, lecz okaleczony byt, wlokący się w górę z bólem i żalem.

Nie był dość silny, aby związać się ze statkiem, ale i tak czemuś udało się przedostać. Coś powoli rozchodziło się po korytarzach i próbowało zebrać siły, aż do momentu, gdy wstrząs wywołany śmiercią Huexotl zmusił go do bycia.

W ustach czuł żółć i krew.

Umysł. Okaleczony, niekompletny Umysł próbujący przejąć kontrolę nad statkiem, pozbierać się – niczym ranny wojownik, który nadal chce walczyć, wstając i upadając raz za razem, z karabinem w trzęsących się dłoniach, przygotowując się do oddania strzału, który może zabić wroga lub wykończyć przyjaciela. W konwulsjach próbuje odcisnąć piętno na rdzeniu, co zdestabilizowałoby równowagę statku, przenosząc jego część lub całość w głębokie płaszczyzny, gdzie ludzkiego życia nie dałoby się podtrzymać. Pozostawiłby ich pośród pustki, aby udusili się lub zmarli z głodu...

Powinien uciekać; to właśnie powinien zrobić. Wstać, uciekać i znaleźć Xoco zanim to coś dokona zniszczeń. Mogli wezwać Głodnego Kojota, poprosić jego Umysł o wysadzenie tego okaleczonego, dysfunkcyjnego potwora w powietrze, o skrócenie jego cierpień. Powinien...

Nie poruszył się. Pokój znów się zatrząsł: zmieniał kształty w każdym miejscu, na które patrzył, ściany oddalały się coraz bardziej, metal zmieniał się w kryształ, we włókna, a potem znów w metal. Powietrze pachniało olejem i krwią.

Poprosiła go, aby mu pomógł. Jej ostatnie życzenie, ostatnia świadoma myśl.

A co jeśli w końcu uda mu się przejąć kontrolę nad statkiem, tak jak innym Umysłom? A co, jeśli...

Był przecież mężczyzną – nie potrafił znieść wstydu zabicia bezbronnej kobiety. Był przecież kobietą – stworzoną by dawać życie, oddawać życie, ale nigdy zabierać. Na koniec wszystko go zdradziło... albo nic. Może po prostu znów był sobą – dziewczyną, która płakała przy zwłokach siostry, pełną strachu i żalu; mężczyzną, który zrezygnował z wojen krwi, gdyż mord był dla niego obrzydliwy. Może...

– W górę – wyszeptał.

I nie wiedział już, czy była to modlitwa skierowana przeciw temu, co nieuniknione, czy też – niech mu Czarny dopomoże – zachęta.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

 

Aliette de Bodardurodzona w USA pisarka pochodzenia francusko-wietnamskiego, wychowała się w Paryżu, gdzie nadal mieszka. Zawodowo zajmuje się inżynierią oprogramowania. Tworzy w gatunkach fantasy i science fiction (bardzo rzadko także horroru). Jest zdobywczynią nagrody BSFA za najlepsze opowiadanie (The Shipmaker), jak również nagrody w konkursie Writers of the Future. Poza tym była nominowana do Hugo i Nebuli (za opowiadanie Dom Jaguara pogrążony w cieniu i za tekst prezentowany powyżej) oraz Nagrody Campbella. Wydała trzy powieści, kryminały fantasy osadzone w fikcyjnym XV-wiecznym Imperium Azteckim (Servant of the Underworld, Harbinger of the Storm, Master of the House of Darts, które ukazały się także w zbiorczej edycji, zatytułowanej Obsidian and Blood). Jej opowiadania były publikowane m.in. w magazynach Interzone i Asimov's oraz antologii The Year's Best Science Fiction.



Czytaj również

Komentarze


lemon
   
Ocena:
0
Opowiadanie w miarę ok. Świetna ilustracja blublu!
30-01-2013 19:44

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.